poniedziałek, 16 września 2019

Wiem coś, czego nie wiedzą inni i ciąży nade mną miecz Damoklesa.

Moi kochani, czy pamiętacie czasy, kiedy byliście uczniami liceum? Wiem, że wiele osób odwiedzających mnie na blogu właśnie teraz wkroczyło w ten etap edukacji. Ten okres w naszym życiu to moment, w którym czujemy się bardzo dorośli i wydaje nam się, że doskonale wiemy jak żyć. To właśnie wtedy do głosu zaczynają dochodzić pierwsze uczucia, a tworzące się związki, wydają się tymi na całe życie. Niestety w życiu często bywa tak, że poczucie dorosłości wówczas nie idzie w parze z tym, jak się wtedy zachowujemy. Ośmielę się nawet powiedzieć, że nasze czyny nie mają zbyt wiele wspólnego z rozsądkiem. Wtedy zdecydowanie kierujemy się emocjami. Niestety jak się dziś za sprawą książki „Zjazd absolwentów” Guillaume Musso przekonacie, decydując o czymkolwiek w takim stanie emocji, możemy postępować zbyt impulsywnie i pochopnie, co w rezultacie może doprowadzić do sytuacji tragicznej w skutkach, która odciśnie swoje piętno na naszym całym życiu, a odwrotu już nie będzie.

Thomas, główny bohater, a jednocześnie narrator historii opisanej na kartach „Zjazdu absolwentów” lata szkolne ma już za sobą. Ma ustabilizowane życie i robi to, co kocha. Jest uznanym pisarzem i pewnie dawno zapomniałby o szkole, gdyby nie prześladujące go wspomnienia tragicznych wydarzeń, które działy się w jej murach dwadzieścia pięć lat temu. Można by pomyśleć, że dwadzieścia pięć lat to tak długi czas, że nawet o tragicznych wydarzeniach można zapomnieć, ale mężczyzna wie,  że to, co stało się w zimową śnieżną noc 1992 roku, nie do końca jest całą prawdą, jaką zna cała ówczesna społeczność szkolna. On wie, coś, czego nie wiedzą inni i do dziś boi się prawdy, która jeśli wyjdzie na jaw, zniszczy mu życie.

Abyście mogli dokładniej zrozumieć całość historii, należy zaznaczyć, że akcja powieści toczy się dwutorowo. Mamy wiosnę roku 2017 i to właśnie teraz dyrekcja szkoły organizuje zjazd absolwentów rocznika 1992 połączony z ogłoszeniem informacji o wyburzeniu i przebudowie jednego z budynków szkoły. Można śmiało powiedzieć, że Thomas nie pojawiłby się na tej uroczystości, gdyż od zawsze czuł, że nie pasuje do reszty kolegów i koleżanek. Zawsze był chłopakiem innym niż wszyscy. Jego światem, do którego uciekał, stały się książki. Wie jednak, że wraz z rozpoczęciem prac budowlanych wszyscy poznają od lat skrywaną w murach szkoły przerażającą tajemnicę.
Powodowany strachem jednak wraca pełen obaw, że prawda ujrzy światło dzienne. Bo kto źle broi, ten się boi, a prawda, jak oliwa zawsze na wierzch wypływa.

A wszystko stało się właśnie przez miłość. Wracając we wspomnieniach Thomasa do roku 1992, poznajemy postać Vincy Rockwell bardzo bliskiej sercu Thomasa najzdolniejszej dziewczyny w szkole i jej tajemniczego romansu z nauczycielem filozofii. Oficjalna wieść obiegająca szkołę, którą absolwenci żyją do dziś, jest taka, że zakochana dziewczyna uciekła ze swoim wybrankiem i od tej pory ślad po nich zaginął. Thomas i jego przyjaciel Maxime wiedzą coś, co ukrywali przez lata, a co sprawia, że wszystko to, co do tej pory wszyscy zainteresowani sprawą uznali za oczywiste, co zamyka całą sprawę, z perspektywy tej dwójki wygląda zupełnie inaczej.
Co w takim razie naprawdę stało się tej mrocznej i tragicznej nocy? Tego już musicie dowiedzieć się sami, sięgając po książkę Przekonajcie się również czy rzeczywiście zawsze, kiedy jest wina, musi również być kara.

Muszę przyznać, że najnowsza książka, autora, którego na pewno wszyscy znają, jeśli nie właśnie z jego książek to chociażby ze słyszenia wzbudziła we mnie mieszane odczucia. Wśród czytelników krąży opinia, że twórczość tego autora albo się kocha, albo nienawidzi. Tymczasem ja nie należę, do żadnej z tych grup. Uważam, że ma on zresztą, jak każdy inny pisarz książki gorsze i lepsze. A wracając do „Zjazdu absolwentów”, według mojej subiektywnej oceny jest to książka dosyć nierówna. Tak, jak mniej więcej pierwsza jej połowa strasznie mi się dłużyła i zupełnie nie potrafiłam się w nią wciągnąć, tak druga połowa wciągnęła mnie bez reszty i umknęła mi w mgnieniu oka. Fabuła zdecydowanie nabrała tępa, a autor niemalże bez przerwy ujawniał przed czytelnikiem nowe, zaskakujące fakty. Kiedy miałam wrażenie, że już wszystko wiadomo, nagle pojawiało się coś, co świadczyło o tym, że jednak to nie do końca wszystko. Co prawda były momenty, kiedy bieg wydarzeń stawał się przewidywalny, ale i tak książkę czytało się świetnie i z dużą ciekawością.

Jeśli chodzi o kreacje bohaterów, to nie są one jakoś szczególnie charakterystyczne, ale nie są też nijakie i miałkie. Można by rzec, że są po prostu ludzcy, jak każdy z nas za czasów swojej młodości impulsywni, stworzyli przeszłość, która nawet po latach nie pozwala o sobie zapomnieć.

Reasumując, oczywiście książkę polecam. Wielbicieli twórczości autora namawiać nie muszę, a tych z Was, którzy jeszcze nie mieliście okazji czytać żadnej z Jego książek, szczerze zapewniam, że „Zjazd absolwentów”, będzie doskonałym wyborem na długie jesienne wieczory.
Mamy tu tajemnicę, śmierć, mrok, zbrodnię, demony przeszłości i miecz Damoklesa wiszący nad tymi, którzy obawiają się prawdy.
Czegóż chcieć więcej. Nic tylko czytać.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Albatros, za co bardzo dziękuję.


sobota, 14 września 2019

Kiedy tracisz wszystko, co jest ci bliskie i co kochasz.

Kiedy dwoje młodych ludzi decyduje się założyć rodzinę, wszyscy wokół życzymy im szczęścia na nowej drodze życia i chcemy, aby krocząc wspólną drogą, mogli po latach małżeństwa powiedzieć o sobie „I żyli długo i szczęśliwie”. Taki scenariusz na wiele wspólnych lat jest pragnieniem każdej pary. Niestety jednak oczekiwania i marzenia często nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości, ponieważ los potrafi poddać nawet największe uczucie wielu bolesnym próbom, z których mimo starań małżonkom nie udaje się wyjść zwycięsko. Przekonała się o tym główna bohaterka książki Shalini Boland „Sekret matki”, z której recenzją dziś do Was przychodzę.

Tessa i Scot Martkham byli szczęśliwym małżeństwem, lecz dziś, kiedy my czytelnicy za sprawą Tessy wkraczamy w ich życie, od razu dowiadujemy się, że zarówno po ich związku, jak i po wspólnym szczęściu nie pozostał już żaden ślad. Stało się tak dlatego, że nie udało im się wspólnie podnieść po tragicznych przeżyciach, które dosięgły ich rodzinę. Jako młodzi rodzice z niecierpliwością wyczekiwali narodzin swoich ukochanych dzieci. Wspaniała nowina, iż spodziewają się bliźniąt wypełniała ich serca ogromem szczęścia i miłości. I wtedy stało się coś, co zniszczyło cały ich świat. Ich ukochane maleństwa zmarły.
Choć od tamtych druzgocących wydarzeń minął już jakiś czas, to niestety serce matki nie potrafi pogodzić się z tak dojmującą stratą. Mimo leczenia i wielu godzin terapii tamtejsze przeżycia i emocje pozostają w kobiecie nadal żywe. Jak się możecie domyślać to, że nasza bohaterka ciągle żyje przeszłością, odbija się negatywnie na jej relacjach ze Scotem. Mężczyzna postanawia odejść i spróbować ułożyć sobie życie na nowo.
A co z Tessą? Otóż ona żyje z dnia na dzień, Trwa w swoim bólu, który stara się ukoić, oddając się pracy zawodowej. Ale pewnego dnia wracając właśnie z pracy do domu, nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że w domu czeka na nią ktoś, kogo pojawienie się zmieni zupełnie jej życie.
Co ma myśleć kobieta w momencie, kiedy wchodząc do własnego domu, zastaje w nim chłopca, który twierdzi, że przyprowadził go do niej anioł, a ona jest jego nową mamusią? Oczywiście sprawa zostaje zgłoszona na policje, ale niestety zgłoszenie nie zostaje potraktowane przez wymiar sprawiedliwości tak, jak Tessa tego oczekuje. Policjanci, mając wiedzę na temat jej traumatycznych przeżyć z przeszłości, nie wierzą w jej wyjaśnienia, uznając, że to ona porwała dziecko i przyprowadziła je do swojego mieszkania. Co więcej, nie wierzy jej nawet Scot. Wkrótce o całej sprawie dowiadują się media i węsząc temat na pierwsze strony gazet, urządzają nagonkę na Tessę, zamieniając jej życie w koszmar. Kobieta, czując, że została ze wszystkim, co ją spotkało zupełnie sama, postanawia walczyć o swoje dobre imię i oczyszczenie z zarzutów na własną rękę. Tylko jest jeden bardzo istotny problem. W pewnym momencie próby samodzielnego wyjaśnienia, tego, o co w tym wszystkim chodzi, sama zaczyna wątpić w swoją niewinność. A jeśli ci wszyscy ludzie mają rację i ona rzeczywiście porwała chłopca, tylko nic nie pamięta. Przecież to możliwe. W końcu nadal przeżywa stratę swoich dzieci i przerwała terapię. Może powinna znowu zacząć się leczyć?

Na te wszystkie pytania i wątpliwości odpowiedz, znajdziecie oczywiście na kartach książki, ale macie moje słowo, że tego, jakie będzie rozwiązanie zagadki pojawienia się w życiu Tessy małego Harego, na pewno się nie spodziewacie.

„Sekret matki" to wciągający i zajmujący thriller psychologiczny, który doskonale uświadamia nam czytelnikom dwie bardzo ważne życiowe kwestie, które niestety mają swoje potwierdzenie również w życiu realnym.
Po pierwsze to, jak łatwo i bez skrupułów społeczeństwo potrafi szufladkować i przypinać etykiety ludziom. Tessa straciła dzieci, po których stracie cierpi, więc wszyscy wokół założyli, że to, czego doświadczyła, odbiło się na jej psychice i uprowadziła bezbronne dziecko. Z góry została jej przyklejona etykieta porywaczki. I coś w tym jest. Z racji zawodu miałam okazję rozmawiać kilkakrotnie z byłymi więźniami i zawsze, kiedy mówiono im, że po odbyciu kary mają szansę zacząć nowe życie, oni niezmiennie odpowiadali:

„Jeśli raz zostanie ci przyklejona etykieta, to ten smród będzie się ciągnął za tobą już zawsze, i jeśli w twojej okolicy dojdzie do przestępstwa, to choćbyś powtarzał, że jesteś niewinny, to i tak będziesz pierwszym podejrzanym". Przykre, ale jakże prawdziwe.

Drugim równie istotnym problemem, na który autorka książki zwróciła, uwagę jest niszcząca siła szeroko pojętych mediów. To, co spotkało Tessę ze strony dziennikarzy i to, co przeczytała o sobie na stronach wielu portali internetowych, jest dowodem na to, że tak naprawdę wystarczy tylko niewielka pogłoska, by media uczyniły z naszego życia piekło. Byśmy czuli się wręcz zaszczuci, stając się więźniami czterech ścian naszego domu. Każdy z nas, doskonale zdaje sobie sprawę, że dla mediów liczy się gorący temat, który jak najdłużej skupi zainteresowanie i uwagę odbiorców. Oczywiście nie chcę generalizować, bo nie każdy dziennikarz kieruje się takimi przesłankami, ale historia Tessy otwiera nam oczy na to, że mediom nie zawsze chodzi o odkrycie prawdy, a o sensacje i emocje. Dlatego pamiętajcie, nigdy nie wierzcie ślepo w to, co słyszycie i co czytacie.

Wobec powyższego nie muszę chyba już nikogo przekonywać, że „Sekret matki” zdecydowanie warto przeczytać, do czego gorąco zachęcam. Autorka przedstawiła nam poruszającą historię kobiety, która straciła wszystko, co miała i kochała, a teraz została zmuszona do walki o siebie. Finał tej walki zaskoczy ją bardzo, ale Was zaskoczy jeszcze bardziej. Autentyczny wymiar wszystkiego, o czym czytamy w książce sprawia, że postać głównej bohaterki staje nam się bardzo bliska i mocno trzymamy za nią kciuki w tych niełatwych zmaganiach, o to, aby odkryć prawdę.

Na pewno jesteście ciekawi, czy prawda ją wyzwoli i pozwoli wreszcie odzyskać utracone życie oraz spokój, a może będzie to prawda, której wolałaby nigdy nie poznać?
Nie zastanawiajcie się dłużej, tylko niezwłocznie sięgnijcie po książkę, bo na pewno nie pożałujecie spędzonego z nią czasu. 

Jednak jest coś, co powinniście wiedzieć przed tym, zanim przystąpicie do lektury. Otóż owszem książka na pewno Was wciągnie i nie będziecie mogli się od niej oderwać, daje Wam moje słowo, ale jest coś, czego mi zabrakło, a mianowicie napięcia. Oczywiście przez całą książkę z ogromnym zainteresowaniem śledziłam  rozwój następujących po sobie wydarzeń, ale w moim subiektywnym odczuciu natężenie emocji było zbyt niskie w porównaniu do opisywanych sytuacji. Jak dla mnie klimat był od początku do końca utrzymany na jednostajnym poziomie. Mnie zabrakło dreszczyku emocji charakterystycznego dla tego gatunku książek. 
Nie zmienia to, jednak faktu, że jest to świetna książka i musicie ją koniecznie przeczytać.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.





wtorek, 10 września 2019

Moja rodzina mnie nie wspiera.

Nikt bardziej niż osoby niepełnosprawne, do których grupy należę, nie jest w stanie przekonać się o tym, jak bardzo krzywdzące jest postrzeganie nas przez pryzmat choroby. Choć trzeba przyznać, że w porównaniu do lat ubiegłych, dziś poziom tolerancji wobec osób z różnego rodzaju schorzeniami jest o wiele wyższy, to jednak nadal są osoby, które uważają nas za gorsze ogniwo w społeczeństwie. I o ile do tego, że osoby, które nas nie znają i nic o nas nie wiedzą, postrzegają nas jako „gorszych”, jesteśmy w stanie się zdystansować, o tyle jest to bardzo bolesne, wówczas kiedy podobnie myślą o nas nasi najbliżsi.

Zapewne teraz pomyśleliście sobie, że będę pisała o tym, jak bardzo moja rodzina krzywdzi mnie, nie dostrzegając we mnie tego, jaka jestem, a tylko moje problemy zdrowotne.
Nie kochani, nie musicie się martwić. Wręcz przeciwnie, ja mam wspaniałą rodzinę, która nigdy nie stawiała moich schorzeń na pierwszym miejscu. W takim razie dlaczego, o tym piszę?
Otóż jak to często bywa, motywacją do podejmowania tak trudnych i życiowych tematów są książki, które czytam.

Dziś opowiem Wam, o książce Elżbiety RodzeńChłopak, którego nie było i jej głównej bohaterce Martynie, która nie miała szczęścia liczyć na wsparcie i pomoc swojej rodziny, kiedy  zdiagnozowano u niej chorobę psychiczną. Od tej pory już zawsze, była tą gorszą, która nieustannie porównywana do swojej siostry przegrywała już na starcie. Choć od czasów dzieciństwa minęło już wiele lat, a Martyna jest już dorosłą kobietą, która doskonale radzi sobie z chorobą, to jednak w kwestii traktowania jej przez rodziców nic się nie zmieniło. Ojciec nieustannie wmawia jej, że do niczego się nie nadaje. Nasza bohaterka pracuje w podupadającym pensjonacie prowadzonym przez matkę i ojca i jest traktowa niczym tania siła robocza. Co więcej, ciągle słyszy, że to ona jest winna problemom finansowym rodziców. Martyna ma swoje plany i marzenia, ale postępowanie krewnych podcina jej skrzydła oraz pozbawia poczucia własnej wartości. Nie trudno się dziwić, że coraz bardziej przestaje wierzyć w to, że coś w jej życiu może jeszcze się zmienić.
Wszystko zmienia się, gdy pewnego dnia spacerując nad morzem, spostrzega mężczyznę, który łudząco przypomina, kogoś, kto kiedyś bardzo wiele dla niej znaczył. Wie jednak, że to niemożliwe, aby to był właśnie on.
Wkrótce między tą dwójką rodzi się uczucie.
Martyna niczym pobudzony do życia kwiat podlany życiodajną mocą miłości rozkwita. Żar szczerej miłości pozwala obojgu na nowo odkryć prawdziwe szczęście. Mimo że są szczęśliwi, Martyna czuje w sercu niepokój odnośnie do podobieństwa Jamesa do Kuby. Jednak nie tylko ona jest pełna obaw. Jak się przekonacie, ten, który skradł serce kobiety, też w życiu przeszedł bardzo wiele.
I tu nasuwa się bardzo ważne pytanie. Czy to, czego nasi bohaterowie dowiedzą się o sobie wzajemnie, zagrozi ich uczuciu?
Jednak aby, poznać odpowiedz na to pytanie, musicie sami przeczytać książkę.

Powiedzieć o „Chłopaku, którego nie było”, że jest to książka o miłości, to zdecydowanie za mało. Elżbieta Rodzeń bowiem na kartach swojej najnowszej książki zwróciła naszą uwagę nie tylko na aspekty duchowe i emocjonalne, ale także te, bolesne i realnie dotykające wielu z nas na co dzień.
Po pierwsze i najważniejsze problem szufladkowania i kategoryzowania na lepszych i gorszych.
Kiedy u Martyny stwierdzono chorobę psychiczną, odwrócili się od niej nie tylko znajomi, ale i rodzina. Nieustannie dają jej do zrozumienia, że jest dla nich ciężarem i powinna, być im wdzięczna, że pozwalają jej ze sobą mieszkać. Dziewczyna pracuje od rana do nocy, ale nigdy nie słyszy słów wdzięczności, czy podziękowania. To starsza córka Ewa jest ich oczkiem w głowie. Martynę już spisali na straty.

Autorka uświadamia nam również, jak boleśnie paradoksalne bywa życie. Rodzice, którzy powinni kochać i akceptować swoje dziecko bezgranicznie i bezwarunkowo. Wierząc w nie, nawet kiedy wszyscy wokoło już je skreślili i wspierając na każdym kroku, przez całe życie tłamsili swoją córkę, podcinali jej skrzydła, kiedy ta chciała coś dla siebie zrobić. Coś osiągnąć także po to, aby choć raz zasłużyć na ich uznanie. Aż nagle zjawia się ktoś, kto sprawia, że te podcięte skrzydła znowu odrastają. James ofiarowuje kobiecie nie tylko miłość, ale również odbudowuje jej wiarę w siebie i w to, że jak każdy ma prawo być szczęśliwa i kochana, a przede wszystkim, że na to szczęście i miłość zasługuje. Zaledwie w kilka miesięcy mężczyźnie udaje się dokonać tego, czego rodzice dziewczyny przez całe jej życie nawet nie starali się jej dać.

W historii Martyny i Jamas'a dostrzegamy niezwykłą moc przeznaczenia. Ja w nie wierzę i to, przez co oni przeszli jest wspaniałym przykładem na to, że dwie przeznaczone sobie dusze zawsze się odnajdą, pomimo bardzo wielu krętych dróg, które będą musieli pokonać, podążając ku sobie.

Kiedy sięgniecie po „Chłopaka, którego nie było” bez reszty zagłębicie się w bardzo piękną i poruszającą historię dwójki ludzi, którzy naprawdę wiele w życiu przeszli. To, o czym przeczytacie, zapewne w pewnym stopniu wyda Wam się odrealnione, jednak kiedy dotrzecie do końca lektury i odłożycie książkę na półkę, zrozumiecie, że jest ona bardziej realna, niż mogliście przypuszczać. I to właśnie ta dojmująca świadomość, która dotarła do mnie wraz z przeczytaniem ostatniej strony, nie pozwala mi wyciszyć natłoku emocji, które nadal pozostają we mnie bardzo silne i jestem pewna, że pozostanie tak jeszcze bardzo długo.
Jestem przekonana, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie. Mamy tu bowiem coś dla romantyków: miłość, przeznaczenie, jak i dla osób, które szukają w książkach czegoś więcej niż wątek miłosny, choroba, brak wsparcia i akceptacji w rodzinie, trudna przeszłość, marzenia, nadzieje.

Ja z oczywistych względów odnalazłam w przeżyciach Martyny cząstkę siebie. Zachęcam Was serdecznie, abyście Wy również przeczytali tę wspaniałą książkę i przekonali się, czy znajdziecie w niej coś, z czym również się utożsamicie.

Nie było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Elżbiety Rodzeń. Jeśli jesteście ciekawi, jaką inną jej książkę jeszcze czytałam i czy mi się podobała, zapraszam tutaj.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka, za co serdecznie dziękuję.
Zachęcam was również do zapoznania się z całą ofertą literatury kobiecej przygotowaną przez księgarnię.

sobota, 7 września 2019

Podaruj siebie innym.

Przyjaźń to jeden z najpiękniejszych darów, jakie los może nam podarować. Każdy z nas marzy o tym, aby mieć w swoim życiu kogoś, kogo może nazwać prawdziwym przyjacielem. Kogoś, kto zawsze wysłucha, wesprze, pomoże, kiedy trzeba. Kogoś, kto będzie u naszego boku w najtrudniejszych chwilach naszego życia, płacząc z nami i ocierając nasze łzy. Bo nie sztuką jest być przyjacielem, kiedy kroczymy przez proste odcinki drogi życia. Prawdziwy przyjaciel to ten, który podtrzyma Cię za rękę, kiedy na twej drodze pojawią się wyboje.

Do tego rodzaju przemyśleń skłoniła mnie lektura książki Amandy Brooke Dar serca, o której chcę Wam dziś opowiedzieć.

Bohaterkami powieści są trzy przyjaciółki Julia, Helen i Phoebe. Kobiety znają się od najmłodszych lat i zdecydowanie są dla siebie najlepszymi przyjaciółkami. Życie żadnej z nich nie oszczędzało, dlatego ich relacje niejednokrotnie stawały w obliczu niezamierzonych, aczkolwiek poważnych „testów przyjaźni”.

Julia jest kobietą, która tworzy szczęśliwy związek z kochającym i wspaniałym mężczyzną, którego pozazdrościć mogłaby jej nie jedna z nas. Niestety szczęście Julii i Paula nie jest pełne, gdyż oboje najbardziej na świecie chcą trzymać w ramionach swoje upragnione i wyczekiwane dziecko, o które starają się już od dłuższego czasu, lecz niestety wszelkie próby zajścia w ciąże kończą się niepowodzeniem, co odbija się bardzo mocno na związku małżonków. Julia zdaje sobie sprawę z tego, że zegara biologicznego nie da się zatrzymać, dlatego jej pragnienie zostania mamą przeradza się niemal w obsesję.
Nasza bohaterka oddałaby wszystko, by być na miejscu Helen, która z kolei bardzo wcześnie została matką, a swoją nastoletnią dziś córkę postrzega, jako, kulę u nogi. Kocha ją, ale wie, że nieplanowana ciąża odcisnęła znaczące piętno na tym, jak dziś wygląda jej życie.
Mamy również Phoebe, która bardzo wcześnie straciła matkę i wychowywana przez babcię do dziś, mimo że jest już dorosła, pozostaje pod jej silnym wpływem. Babci zawdzięcza bardzo wiele, więc teraz na jej barki spadła opieka nad staruszką, u której zdiagnozowano Alzheimera.

Jak widzicie, wszystkie trzy przeszły bardzo wiele, ale bez względu na to, co się działo, zawsze przez wszystko przechodziły wspólnie. Są przekonane, że znają się jak przysłowiowe łyse konie i nie mają przed sobą żadnych tajemnic, ale już wkrótce na jaw wychodzi sekret Paula i Phoebe, który, jak się okazuje, jest tylko jednym rzuconym kamyczkiem poruszającym lawinę tajemnic z przeszłości. Dopiero wówczas widzimy, że każda z bohaterek ma sobie coś do zarzucenia i ujawniona prawda może zniszczyć budowaną przez lata przyjaźń już na zawsze.

Już na okładce książki czytamy, że dochodzi do tragicznego wypadku, który połączy te kobiety na zawsze. Wypadek ten dla bliskich jego ofiary będzie ogromnym cierpieniem, ale dla kogoś może stać się szansą na nowe życie. Na jeden najważniejszy dla siebie i swoich bliskich telefon czeka nastoletnia Lucy. Dziewczyna czeka na przeszczep serca i wie, że każdy kolejny dzień oczekiwania zmniejsza jej szansę. Marzy o powrocie do zdrowia, jednak doskonale zdaje sobie sprawę, że aby ona mogła żyć, ktoś musi umrzeć. Kto poniesie tę największą ofiarę, aby Lucy mogła żyć? O tym już musicie przekonać się sami.

Dar serca” to bardzo życiowa i ponadczasowa historia, która, choć z opisu widniejącego na książce wydaje się jednowątkowa, wręcz przeciwnie skrywa w sobie ich zdecydowanie więcej, a każdy z nich bezsprzecznie wymusza na czytelniku refleksje i przemyślenia. Początkowo byłam przekonana, że książka w głównej mierze będzie poświęcona zagadnieniu transplantologii, a tymczasem nad czym przyznaje, ubolewam, temat ten został w całej fabule, nakreślony tylko nieznacznie. Autorka chce nam uświadomić, że mimo iż nasze ziemskie życie dobiega kresu, możemy żyć dalej w innym człowieku. Dar życia to najpiękniejsze, co możemy ofiarować zupełnie obcej osobie.

Kolejny problem, któremu Amanda Brooke poświęciła swoją uwagę na kartach „Daru serca” to jakże często spotykane w dzisiejszych czasach zjawisko zbyt wczesnego macierzyństwa, a z drugiej strony rosnący problem bezpłodności, z którym boryka się tak wiele par. Podczas gdy młode matki, często mają poczucie, że przez nieplanowane pojawienie się ich dziecka na świecie wiele w życiu straciły, a ich życie odebrało  zupełnie inny kierunek, niż by tego chciały, inna kobieta jest gotowa na największe nawet poświęcenie, aby usłyszeć słowo mama.

I tym oto sposobem docieramy do trzeciego już wątku, o którym przeczytamy w książce. A mianowicie tego, jak destrukcyjne dla pary starającej się o dziecko może okazać się to doświadczenie. Julia i Paul bardzo się kochają, jednak w pewnym momencie doskonale widzimy, że  choć oboje chcą zostać rodzicami, to jednak dla Julii pragnienie to stało się obsesją, która zdeterminowała całe jej życie. Taka sytuacja rodzi napięcie i przerasta Paula, przez co oddala się od żony.

Jak wspomniałam wcześniej, w tej historii trzeba będzie rozliczyć się również z wieloma skrywanymi tajemnicami przeszłości. Bo nie wolno nam zapomnieć, że nie ma na świecie człowieka, o którym wiedzielibyśmy wszystko. Nawet jeśli jest to nasza najlepsza przyjaciółka, nie możemy zapomnieć o tym, że nie stanowimy z nią spójnej całości i że poza łączącą nas z nią przyjaźnią każde z nas ma też swoją odrębną część życia, którą nie zawsze chce się z kimkolwiek dzielić.
Tak też dzieje się w przypadku tej historii. Jedna z przyjaciółek wie, że druga ma tajemnicę przed tą trzecią, a ona musi zdecydować, co z tą wiedzą zrobić i po której stronie się opowiedzieć. Jak cała ta sytuacja wpłynie na więzi łączące Julię, Helen i Phoebe?

Mogę Was zapewnić, że tytuł ten nie pozostawi obojętnym na to, o czym przeczytacie nikogo z Was. Poruszy nawet najbardziej zatwardziałe serca. Sprawi, że będziecie chcieli rozmawiać o tej książce z innymi i polecać ją, jak największej liczbie osób. Pomogą Wam w tym pozostawione przez autorkę pytania prowokujące wręcz do ożywionej i wartościowej dyskusji.
Kiedy już zaczniecie czytać tę książkę, nie będziecie mogli się od niej oderwać, a wasze serca wypełni mnóstwo emocji, które potęgowane będą przez dojmujący autentyzm zarówno fabuły, jak i kreacji bohaterów.

Chyba już nikomu nie muszę mówić, że z całego serca polecam Wam sięgnąć po „Dar serca”. Jest to historia o miłości, przyjaźni, pragnieniach i marzeniach. Trudnych decyzjach i wyborach. Wybaczaniu i dawaniu siebie innym.
Jeśli lubicie książki Jodi Picoult i Diane Chamberlain, to macie moje słowo, że Amanda Brooke również dołączy do grona waszych ulubionych pisarek.
Drogi czytelniku, pamiętaj, że historia, którą oddała w nasze ręce autorka, mogłaby być również częścią Twojego życia, dlatego przeczytaj koniecznie i odpowiedz sobie na pytanie, jakie byłyby Twoje decyzje i wybory, gdybyś musiał się z nią zmierzyć?

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

piątek, 6 września 2019

ZAPOWIEDŹ: GAŁĘZISTE ARTUR URBANOWICZ WYDANIE DRUGIE.


Moi kochani, dziś mam ogromną przyjemność zaprezentować Wam zapowiedź wznowienia powieści mojego ulubionego twórcy polskiej literatury grozy Artura Urbanowicza. Sukces i popularność „Inkuba", a także liczne prośby ze strony fanów autora, sprawiły, że wydawnictwo Vesper zdecydowało się wznowić debiutancką powieść autora - „Gałęziste". Książka, wydana pierwotnie w 2016 roku, w ramach self publishingu, już wówczas zyskała uznanie fanów literackiego horroru, czego wyrazem były liczne pozytywne recenzje oraz wyróżnienie czytelników w plebiscycie Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego.

O książce:

Nowa, ulepszona wersja powieści, która zdobyła Nagrodę Czytelników Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego!
Nie wierz w nic, co widzisz, słyszysz… i w co do tej pory wierzyłeś.

Jest taki dom, w którym nie chciałbyś spędzić nocy. Z jakiegoś powodu ciemność w nim jest inna. Jeszcze bardziej złowroga niż gdziekolwiek indziej.
Jest takie jezioro, w którym mieszkają nieumarli. Ich przewaga nad Tobą jest prosta – oni nie potrzebują nabierać powietrza.
Jest taki demon, o którym wolałbyś nie wiedzieć. Niematerialne uosobienie zła, przed którym nie sposób uciec.
Jest takie miejsce, w którym znajdziesz ten dom. Miejsce, które skrywa też to jezioro, miejsce, w którym ten demon był od zawsze. To las. Las, w którym za nic w świecie nie chciałbyś się zgubić. Kiedy już raz do niego wejdziesz, nie pozwoli Ci wyjść.
Jest taka historia, której nie chciałbyś poznać. Opowieść, która Cię zaintryguje, zaskoczy i przerazi do szpiku kości. Powieść grozy na baśniowych ziemiach Suwalszczyzny, z zaskakującym zakończeniem godnym mistrzów gatunku.
Odważysz się?

W porównaniu z pierwowzorem tekst powieści został gruntownie przeredagowany, poprawiony, okraszony klimatycznymi ilustracjami oraz uzupełniony o rozbudowane posłowie.

Premierę książki planowana jest na 13.11.2019. Jej prapremiera odbędzie się podczas tegorocznej edycji Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie.


GAŁĘZISTE
Autor: Artur Urbanowicz
Okładka: Dawid Boldys
Ilustracje: Michał Lorenc
Wydawnictwo Vesper
Stron: 450
Format: 145x205 mm
Cena detal. 45,90 zł
Oprawa twarda
ISBN 978-83-7731-340-4
Kod EAN 9788377313404

Skusicie się? A może czytaliście już pierwsze wydanie książki?