sobota, 16 listopada 2019

Czy przeszłość, która łączy może dzielić?

Kochani, myślę, że zgodzicie się ze mną, iż wieś jest miejscem, które wszystkim kojarzy się ze swego rodzaju azylem, w którym ciesząc się bliskością natury, możemy odnaleźć spokój i ciszę. Coraz więcej osób ciągnie do wsi właśnie po to, aby choć na chwilę zapomnieć o gwarze wielkich miast, natłoku pracy i codziennych obowiązków, bo przecież:

„Nic tak człowieka nie nastraja pozytywnie do życia, jak zieleń zaraz po przebudzeniu”.

Jest to, jak najbardziej zrozumiałe, ale dziś za sprawą najnowszej książki Doroty Pasek „Dziewczyna od trawnika”, o której chcę Wam opowiedzieć, przekonamy się, że niestety dla niektórych ludzi wieś staje się ucieczką i nadzieją na odnalezienie bezpiecznej przystani po trudnych przeżyciach z przeszłości, o których chciałoby się zapomnieć. Tylko czy od przeszłości naprawdę można uciec?

Swoją codzienną nierówną walkę z traumatycznymi wspomnieniami każdego dnia toczy główna bohaterka powieści Marysia Tamulska. Kobieta urodziła się i wychowywała na wsi, ale miłość przywiodła ją do miasta. Dziś, kiedy my czytelnicy wkraczamy w jej życie, dowiadujemy się, że:

„Miasto zabrało jej to, co miała najważniejszego. Nie odnajdywała się już w zdyszanym pośpiechu, zaczął przytłaczać ją wielkomiejski hałas, zniechęcała zimna pustka betonowych ulic”.

Nie będę zdradzała Wam oczywiście zbyt wiele, abyście mogli sami przekonać się, przez co przeszła nasza bohaterka. Powiem tylko tyle, że doświadczyła największego upokorzenia i cierpienia, jakiego ofiarą może paść kobieta, a jakby tego było mało, w ostatnim akcie jej życiowego dramatu los zadał jej bezlitosny cios prosto w serce, odbierając chęć do życia. Od tamtejszych wydarzeń minęło już dwa lata i przez cały ten czas kobieta próbuje na nowo stanąć na nogi. Zdecydowanie pomaga jej w tym powrót na wieś w rodzinne strony gdzie mieszka wspólnie z bratem, na którego wsparcie i pomoc zawsze może liczyć. Sposobem na ukojenie i emocjonalne wyciszenie stała się dla Marysi jej praca, a jednocześnie największa pasja, którą jest pielęgnowanie ogrodów. Marysia z wykształcenia jest projektantem krajobrazu i doskonale zna się na tym, co robi. Nie umyka to uwadze okolicznej społeczności, która również korzysta z jej fachowych porad. Jednym z jej pracodawców staje się nowy właściciel znanego wszystkim domu nad jeziorem – Adam Antoni Kochański. Mężczyzna wzbudza niemałe zainteresowanie  wśród mieszkańców, gdyż wielu zastanawia, dlaczego miastowy biznesmen postanawia kupić dom na wsi.
Jak się zapewne domyślacie, między tą dwójką wkrótce zaczyna się coś dziać, ale jeśli myślicie, że skoro ich serca zabiły do siebie mocniej, to teraz już wszystko na pewno będzie dobrze, to niestety tak dzieje się tylko w bajkach, a ta książka zdecydowanie bajką nie jest. Wręcz przeciwnie to samo życie, a jak wiemy, życie ma to do siebie, że zanim pozwoli zbudować coś nowego, bezwzględnie domaga się konfrontacji i rozliczenia z przeszłością. A w przypadku tej dwójki nie będzie to łatwe, bo musicie wiedzieć, że Adam również nie miał w życiu łatwo. Ale o tym przeczytajcie już sami, sięgając po książkę. Aby uchylić rąbka tajemnicy, zdradzę Wam jednak, że Marysię i Adama łączy naprawdę bardzo wiele, choć sami jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. W tym miejscu nasuwa się pytanie, czy prawda, której dowiedzą się o sobie wzajemnie stanie na drodze ich uczuciu. Czy znajdą w sobie siłę i odwagę, by jeszcze raz skonfrontować się z tym, co każde z nich chciałoby na zawsze wymazać z pamięci? Na te pytania oczywiście odpowiedź znajdziecie na kartach książki.

„Dziewczyna od trawnika” to bardzo poruszająca i wartościowa powieść ukazująca blaski i cienie życia w jego najbardziej bolesnych przejawach. Wspólnie z bohaterami będziemy musieli bowiem zmierzyć się z poczuciem ogromnej straty, bólem, cierpieniem, poczuciem krzywdy, upokorzeniem, poczuciem winy i niesprawiedliwości.

„Jak to jest, myślała, że w życiu człowieka dzieją się takie straszne rzeczy, a wiatr wieje, jak wiał? Uznawała, że to naprawdę jest niesprawiedliwe”

Zaznaczyć jednak należy, że mimo naprawdę trudnych i bolesnych przeżyć, jakimi autorka doświadcza bohaterów swojej książki, nie zabraknie w niej również nadziei, chwil szczęścia, radości, no i oczywiści, miłości, o którą trzeba będzie cierpliwie zabiegać, aby nie wypuścić jej z rąk. Dokładnie tak, jak w życiu, w tej książce smutek przeplata się z radością, a nadzieja z lękiem. Bezsprzecznym atutem tego tytułu jest fakt, że jej lektura owszem porusza i wzrusza, ale w żaden sposób nie przytłacza za sprawą trudnej tematyki. Lekkość stylu pisania autorki sprawia, że książkę czyta się niezwykle lekko i przyjemnie, nieustannie mając wrażenie, że to, o czym czytamy, mogłoby być również historią naszego życia.

Moi drodzy, Pani Dorota Pasek oddała w ręce swoich czytelników książkę, którą z całego serca Wam polecam. Czas spędzony na jej lekturze na pewno pozostawi Was z poczuciem, iż spożytkowaliście go bardzo pożytecznie. Zapewniam Was, że jeszcze na długo po odłożeniu książki na półkę w waszej głowie i sercu kłębić się będzie wiele emocji i refleksji, co w moim przekonaniu świadczy o wyjątkowości tej książki.
W moim przypadku było to drugie spotkanie z twórczością Pani Doroty i wiem, że bardzo długo tego spotkania nie zapomnę. Jeśli jeszcze nie czytaliście mojej recenzji książki „Czas gniazdowania”, to zapraszam serdecznie tutaj.

A Wy znacie książki Pani Doroty, czytaliście „Dziewczynę od trawnika”, a może dopiero macie ją w swoich planach czytelniczych?

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.









środa, 13 listopada 2019

Artur Urbanowicz "Gałęziste" ( Wydanie II poprawione) Fragment powieści/ Premierowo.


Kochani, nie wiem, czy też tak macie, ale jeśli o mnie chodzi, to jesienią bardzo lubię sięgać po mroczne w swoim klimacie książki, których lekturze sprzyja ponura pogoda za oknem, krótkie dni i bardzo szybko zapadający zmrok. Jeszcze jakiś czas temu nie lubiłam bać się podczas czytania, ale od kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po twórczość Pana Artura Urbanowicza, przepadłam bez reszty i od tej pory jest on moim ulubionym twórcą literatury grozy, dlatego dziś jest dla mnie wyjątkowy dzień, ponieważ właśnie dziś swoją premierę ma wydane nakładem wydawnictwa Vesper drugie poprawione wydanie książki „Gałęziste tego autora. 

Jako że moją recenzję mieliście już okazję przeczytać przedpremierowo, to w dniu premiery wspólnie z autorem chcemy zaprezentować Wam fragment powieści.


Po piętnastu minutach dotarli do czerwonej tabliczki z napisem Rezerwat przyrody. Cmentarzysko Jaćwingów. Karolinę zaciekawiło to miejsce już wtedy, kiedy pod raz pierwszy wspomniała o nim Janikowa. Wiedziała, że ten pradawny bałtyjski lud zamieszkiwał w średniowieczu obszary dzisiejszej północno-wschodniej Polski, ale nic poza tym.
– O kurde… – wyrwało się Tomkowi.
Miejsce było magiczne.
Weszli na niedużą polanę, na której tu i ówdzie rosły samotne drzewa, bez podszytu i krzewów. Całą jej powierzchnię pokrywał gęsty, biały dywan zawilców. Przy wejściu na cmentarzysko znajdował się spory, okrągły, kamienny kurhan – zapewne najważniejszy z grobów, ponieważ jedyny taki na całym obszarze. Rozglądając się wokół, Karolina i Tomek dostrzegali jednak coraz więcej płaskich, okrągłych, zarośniętych trawą kopców, których na pewno nie stworzyła natura. Magii miejscu dodawał zapadający zmrok, delikatna mgiełka unosząca się tuż nad ziemią oraz fakt, że cmentarzysko znajdowało się na gęsto zalesionym płaskowyżu.
I ta cisza. Zupełnie jakby ktoś wyłączył dźwięk. Żadnego śpiewu ptaków ani szumu wiatru, który poruszałby drzewami.
– Jak z Władcy Pierścieni! – zapiała z zachwytem Karolina. Wyciągnęła smartfona i póki pozwalało na to światło, zrobiła kilka zdjęć. Tomek podszedł do tablicy informacyjnej, na której można było przeczytać o wykopaliskach prowadzonych tutaj w przeszłości. Dowiedział się między innymi, że najbliższa osada Jaćwingów znajdowała się – o ironio – tam, gdzie obecnie leżą Osinki. Okolicę między nią a cmentarzyskiem oblewało wówczas spore jezioro, co tłumaczyło ukształtowanie terenu.
– Słucham recenzji szanownego pana! – powiedziała Karolina, kiedy wracali do Białodębów. Wycisnęli z końcówki dnia tyle, ile się dało, i opuścili cmentarzysko, dopiero gdy zapadł zmierzch i nie mogli już w pełni podziwiać jego piękna.
– Z niechęcią, bo z niechęcią, ale muszę przyznać ci rację. Warto było tam się wybrać – odpowiedział z żartobliwym przekąsem.
– A widzisz! To jeszcze mi powiedz, jak bardzo się cieszysz, że tu przyjechaliśmy, a będę wniebowzięta. – Wtuliła się w jego ramię.
– O nie, Karuś, na to musisz bardziej zasłu… – urwał, kiedy po ich lewej stronie, daleko w leśnej gęstwinie, głośno trzasnęła gałązka. Zatrzymali się i spojrzeli w tamtym kierunku. Po chwili ciszy usłyszeli, jak runo szeleści od czyichś kroków. Szybkich kroków.
Karolina ścisnęła mocniej dłoń Tomka, drugą ręką zaś objęła jego potężne ramię. Po kilku sekundach kroki ucichły.
– Jest tu kto?! – rzucił Tomek. Nie otrzymał odpowiedzi, ale usłyszeli kolejne szelesty. Nie odrywając ręki od Tomkowego ramienia, Karolina przesunęła się za bezpieczną barierę oddzielającą ją od źródła hałasów, którą tworzyło masywne ciało jej chłopaka. Wyciągnęła telefon. Pochłonięta utrwalaniem na zdjęciach cmentarzyska Jaćwingów nie zwróciła wcześniej uwagi na to, że w tym lesie nie było zasięgu.
Odgłosy kroków rozległy się ponownie. Zbliżały się. Tomek przełknął ślinę i wytężył wzrok, próbując dostrzec cokolwiek w leśnej gęstwinie.
Kiedy osobnik zbliżył się do nich mniej więcej na dziesięć metrów, znowu się zatrzymał.
– Kto tu jest?! – zawołał Tomek. Czuł na sobie dotyk drżących dłoni Karoliny, który w połączeniu z wieczornym chłodem i jego delikatnym niepokojem poskutkował gęsią skórką.
Cisza.
– Dobra, gościu, pokaż się! To wcale nie jest zabawne! Jak tam zaraz do ciebie wejdę… – Nie zdołał dokończyć zdania, kiedy po lesie powtórnie rozniósł się szelest. Tajemniczy ktoś już nie szedł, a biegł, i to szybko. Zamarli, kiedy spomiędzy drzew nagle wyskoczyła wielka, czarna, włochata i warcząca kula. Tomek nie zastanawiał się długo, instynktownie zarzucił drobne ciało Karoliny na ramię i co sił w nogach puścił się biegiem po ścieżce. Rytmicznie wciągał powietrze nosem i wypuszczał ustami, podczas gdy ona spoglądała z lękiem za jego plecy.
Ogromny odyniec za nimi nie dawał za wygraną i z przeraźliwym kwiczeniem gonił ich na swoich krótkich nóżkach. Tomek nie zwolnił, nawet gdy znalazł się w Białodębach. Pogłos jego ciężkich kroków odbijał się echem od drzew. Z gracją rączego rumaka śmignął pomiędzy kolejnymi gospodarstwami i dotarłszy na znajome, oświetlone jedynie lampą nad gankiem podwórko, energicznie postawił Karolinę na ziemi i zamknął za sobą bramkę. Jak się okazało – niepotrzebnie, gdyż dzika już za nimi nie było.
– Ja pierdzielę! – Tomek pochylił się i oparł dłonie na udach, głęboko oddychając. Karolina podeszła do niego i zaczęła masować po plecach okrytych mokrą od potu koszulką. Jej serce też biło o wiele szybciej niż normalnie, tyle że z emocji.
– W porządku?
– Tak. Ale, holender, uch, takiej przygody na zakończenie roman… tycznej przechadzki po lesie to ja się nie spodziewał… em. – Parsknął śmiechem.
– Mój ty bohaterze! – zapiała teatralnie wzniosłym tonem. Czy jednak na pewno musiała udawać? W swoich wyjściowych bucikach nie miałaby szans biec tak szybko. Gdyby nie Tomek, byłaby skazana na pastwę dzikiej świni.
„Być skazaną na pastwę dzikiej świni…”
Kiedy dodała do tej myśli obrazek rozpaczliwej ucieczki Tomka z nią na rękach, nie wytrzymała. Zaśmiała się głośno i dopiero gdy trochę się uspokoiła, dodała:
– Nie spodziewałam się, że umiesz tak szybko zasu… wać! – Zakrztusiła się.
– Ba, sam do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z tej supermocy! – odparł i także się roześmiał.
– Usain Bolt może ci buty czyścić, Tomaszu „Turbodymomenie” Wawrentowiczu! Gazowałeś jak mały samochodzik. – Karolina już prawie płakała ze śmiechu.
Nagle spoważniała.
– Zgubiłam plecak.
Wyprostował się.
– Jak to zgubiłaś?
– Miałam go przy sobie, jak wracaliśmy. Musiał mi się zsunąć z ramienia, jak brałeś mnie na ręce.
– Pięknie. Co w nim było?
– Jakieś resztki jedzenia, chusteczki, chyba twój scyzoryk i… kurczę, twoja bluza.
– A komórka?
– Mam ją w kieszeni. Na szczęście.
W odpowiedzi Tomek spojrzał w mrok, w kierunku, z którego przybiegli. Księżyc w trzeciej kwadrze oświetlał polanę srebrzystym blaskiem. Za dnia zielona, a teraz czarna ściana lasu wypełniała horyzont.
– Nie wiem jak ty, ale ja nie mam zamiaru tam wracać. Przynajmniej w nocy.
Karolina spojrzała w niebo.
– Na deszcz się nie zanosi. Chyba nic się nie stanie, jak poszukamy go jutro rano.
– No, chyba nie. Ale nie myśl sobie, że się czegoś boję!
– Oczywiście, że tak nie myślę! – odparła z udawaną egzaltacją.
– Jeżeli już, to tego, że okoliczni ludzie też olewają ten śmieszny zakaz wjazdu i ktoś zostawi odcisk opony na moim biednym plecaczku. – Tomek udał rozpacz.
– Ja to bym się martwiła, czy dzik, którego panicznie się przestraszyłeś, nie wyczuje tych wyśmienitych kabanosków, które zostały w środku.
– Ja panicznie przestraszyłem się dzika?! – Tym razem nad Białodębami rozbrzmiało sztuczne oburzenie.
– A nie? Miałeś gęsią skórkę nawet na dłoni. Mnie nie oszukasz. Myślisz, że nie czułam?!
– Oczywiście, że nie! – odpowiedział na pierwsze pytanie. – W razie potrzeby rozłożyłbym go jednym palcem. Ja po prostu się spieszyłem, bo… muszę pilnie do toalety!
– Tak, ja wiem, że musisz! Nawet znam powód. – Zachichotała.
Tomek zaraził się jej nastrojem i obydwoje, roześmiani jak nigdy, weszli do domu. Tam, w korytarzu na parterze, spotkali Natalię.
– Co wam tak wesoło?
Pytanie wywołało u nich kolejny niekontrolowany wybuch śmiechu. Karolina odpowiedziała dopiero po chwili, wcześniej zwyczajnie nie była w stanie:
– Taka mała przygoda z dzikiem spotkanym w lesie. Żebyś widziała, jak Tomek galopował!
– Nie słuchaj jej, wcale nie uciekałem, tylko narażałem życie, walcząc jak…
Zamilkł, gdyż za Natalią otworzyły się drzwi i stanęła w nich starsza kobieta. Wszyscy troje na nią spojrzeli. Tomek widział ją pierwszy raz w życiu, lecz domyślił się, że to najprawdopodobniej ta sama, która zmyła Karolinie głowę za jego niefortunny rzut butelką.
– Dobry wieczór miłej gospodyni! – zagaił.
Nie odpowiedziała. Nawet nie podniosła głowy. Jakby ich tam nie było. Ruszyła powolnym krokiem naprzód. Natalia zeszła jej z drogi. Tomek nie był pewien, czy babuleńka go nie dosłyszała, czy zwyczajnie zignorowała, i zastanawiał się, czy powtórzyć powitanie. Staruszka przeszła obok nich i skierowała się do pokoju na końcu szerokiego holu.
– Wybaczcie babci, że tak się zachowuje. Dziś umarł jej mąż, czyli mój dziadek Jurek. Sami rozumiecie… – powiedziała szeptem Natalia.
Sens jej słów dotarł do nich z opóźnieniem, dopiero po kilku sekundach.
Synchronicznie zwrócili głowy za kobietą, która akurat wchodziła do pokoju. Kiedy przeszła przez próg i zeszła z widoku, na ułamek sekundy ukazała się im biała jak ściana i pomarszczona twarz spoczywającego w łóżku zmarłego.
Drzwi z trzaskiem zamknęły się za babcią Natalii. Hałas rozniósł się po domu z pogłosem jak gdyby wzmacnianym przez wszechobecną ciemność. Po nim zapadła cisza.
– No cóż, bywa. Przynajmniej nie cierpiał, umarł ze starości – powiedziała Natalia.
Karolinę nagle coś tknęło, lecz nadmiar myśli nie pozwolił jej skupić się na tej konkretnej przez dłuższy czas i natychmiast wyleciała jej z głowy. Co to było?
– OK, kochani, nie wiem jak wy, ale ja powoli zbieram się do spania. Światło na korytarzu niech na razie zostanie, może babcia będzie chciała wrócić do drugiej sypialni. Dobrej nocy. – Natalia pomachała im i zniknęła za najbliższymi drzwiami.
Zostali sami w mrocznym korytarzu (w obliczu słabej żaróweczki w holu, „światło” z ust Natalii stanowiło spore nadużycie) i przez moment patrzyli sobie w oczy. W końcu Tomek ruszył w kierunku schodów, a Karolina pospiesznie podążyła za nim. Tak się złożyło, że nie chciała zostać tam sama, nawet przez chwilę. Odezwali się dopiero za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju.
– No fajnie, czyli mieszkamy w jednym domu z trupem – odezwał się Tomek. Chodził w tę i z powrotem z rękami na biodrach.
Karolina nie odpowiedziała. Usiadła na łóżku i spoglądała na niego. Cała wesołość uleciała z niej jak ręką odjął i wydawała się tak odległym wspomnieniem, jakby przygoda z dzikiem wydarzyła się wczoraj.
– I przygarnęli nas do siebie na kilka dni, kiedy właśnie umarł im dziadek? – zapytał Tomek. Jego głos docierał do niej z zakłóceniami, jakby nie do końca przebijał się przez gęste powietrze.
– Nie wiem. Może Janikowa nalegała i nie mieli innego wyboru? – odpowiedziała.
– Zwróciłaś uwagę na Natalię? Czy tak rozmawiałaby z nami osoba, która przeżywa śmierć bliskiego? Ty jesteś przyszłą psycholożką. To tak działa u kobiet? Jakieś wyparcie złych emocji i odłożenie ich na potem?
Karolina przypomniała sobie myśl, która przed chwilą od razu jej uleciała, gdyż zastanowiło ją dokładnie to samo. Jak ta dziewczyna mogła rozmawiać z nimi z taką swobodą, beztroską i wesołością?
– Nie wiem. Może go nie lubiła. Może nie jest za bardzo uczuciowa i nie przywiązuje się do bliskich. A może po prostu tacy są ludzie na Suwalszczyźnie?
– Dobra, olać to teraz. Podstawowe pytanie: co robimy?
Karolina miała ogromną ochotę znowu zacząć od „nie wiem”, lecz w porę ugryzła się w język. Nie uśmiechało jej się spędzenie nocy w tym domu. Nie chodziło nawet o to, że się bała. Jako głęboko wierząca osoba uważała, że duchy – swego rodzaju projekcje, echa dusz po zmarłych – istnieją. Nie, nie chodziło o strach. Bardziej o tę atmosferę. W miejscach dotkniętych śmiercią wręcz odczuwało się ją w powietrzu. Zapewne przy sporym udziale wyobraźni, ale jednak. To, co kodowało się w umyśle, zmieniało postrzeganie rzeczywistości.
– Nic już nie znajdziemy o tej porze, chyba że hotel w Suwałkach – odpowiedziała wreszcie.
Tomek zaklął pod nosem. U niego także nie chodziło o strach czy coś w tym stylu. W odróżnieniu od Karoliny nie wierzył w duchy. Za to zgadzał się z nią w innej kwestii – zwyczajnie nie miał ochoty nocować pod jednym dachem z trupem. Wraz ze słowami Natalii, widokiem nieboszczyka oraz świadomością, że w linii prostej dzieliło ich od niego zaledwie kilkanaście metrów, atmosfera w Białodębach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniła się z sielskiej w… grobową.
Tak, to było dobre słowo.
– Dobra. Nie wiem, jak zapatrujesz się na to, co powiem, ale ja mimo wszystko bym został. I tak pewnie jutro wywiozą go do jakiegoś domu pogrzebowego. A nawet jeśli wpierw ściągnie tu cała wioska, by wspólnie się modlić, czuwać czy co tam jeszcze, to i tak przez cały dzień będziemy poza domem. Ale jeżeli wrócimy i on dalej tu będzie, wyjedziemy. Lepszego rozwiązania na ten moment nie widzę. Co ty na to?
Karolina spodziewała się takiej propozycji. Średnio jej się podobała, lecz sama nie potrafiła zaproponować nic lepszego.
– Spoko. Zostajemy w takim razie. Po prostu udawajmy, że tego nie widzieliśmy ani nie słyszeliśmy, i cieszmy się wyjazdem.
„Ha, łatwo powiedzieć!”
– Idź pierwsza pod prysznic. Gorąca kąpiel dobrze ci zrobi.
Choć Karolina po stokroć bardziej wolałaby teraz wannę, i tak powiedziała:
– Jesteś kochany.
Uśmiechnął się lekko.
– Do usług.
Wyjęła z walizki ręcznik, kosmetyczkę oraz piżamę i wyszła z pokoju. W tym czasie, aby zająć czymś skołatane myśli, Tomek wyciągnął z walizki tablet. Karolina nie kłamała. Urządzenie nie wykrywało żadnej sieci, o dostępie do internetu mogli jedynie pomarzyć.
Z braku laku odpalił grę w bąbelki i oddał się jej bez reszty.
* * *
Karolina spędziła pod gorącym strumieniem wody dobre dwadzieścia minut. Przyjemne uczucie ciepła wypełniało jej drobne ciało i powoli zmywało z duszy niepokój. Umyła także włosy. Po kąpieli starannie wyszczotkowała zęby i wysmarowała ciało balsamem. Na koniec włożyła piżamę, przejrzała się w lustrze i wyszła z łazienki. Słabe oświetlenie korytarza w postaci pojedynczej lampy na ścianie drażniło oczy.
Starała się o tym nie myśleć, lecz odniosła wrażenie, że panuje tam dziwny, duszący, przenikliwy chłód.
Kiedy mijała żarówkę, ta zamrugała.
Przyspieszyła kroku. Wpadła do pokoju i zamknęła drzwi z trochę większą siłą, niż to było konieczne.
– A tobie co? – Tomek uniósł oczy znad ekranu tabletu.
– Nic, a co miałoby być? – odpowiedziała, siląc się na obojętny ton. Nawet nieźle jej wyszedł.
– Skończyłaś już?
– Co sko…? A! Tak.
– Dobra, to teraz ja. – Wziął z bagaży ten sam zestaw co ona, wyszedł z pokoju i zostawił za sobą otwarte drzwi. Karolina czym prędzej je zamknęła, znowu wykonując to o wiele gwałtowniej, niż musiała.
„Czego się boisz?”
Co najgorsze, nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, lecz nieprzyjemny ucisk w żołądku narastał z każdą sekundą. Wzięła głęboki oddech. Uczono ją, że dotlenienie komórek skutecznie pomaga się uspokoić, ale nie odczuła żadnej różnicy.
Wyjęła z walizki suszarkę, podłączyła ją do kontaktu przy lustrze, włączyła na cały regulator i zaczęła suszyć włosy.
* * *
Przed wejściem pod prysznic Tomek zdjął z szyi swój nieodłączny wisiorek – anch, czyli krzyż, którego górne ramię ma kształt pętli. Wiązała się z nim zabawna historia, z której powodu nosił go właściwie przez cały czas.
Otóż mało kto zdaje sobie sprawę, że ten symbol ma z chrześcijaństwem tyle wspólnego, ile babcia Natalii z tytułem miss uprzejmości. Karolina też tego nie wiedziała i to ona mu go kiedyś kupiła.
Do dziś pamiętał jej wzrok, kiedy wręczyła prezent, prosząc, by go nosił. Myślała bowiem, że daje mu jakiś rodzaj krzyża chrześcijańskiego. Pamiętał również swoje spojrzenie w tamtym momencie, zgoła inne – patrzył na nią jak na wariatkę. Nie wiedział, na co liczyła. Jak mogła naiwnie wierzyć, że jakiś kawałek metalu nagle magicznie wpłynie na jego postrzeganie świata? Na samą myśl chciało mu się kpiąco prychać.
Co za żałosny zabobon.
Czasami jedynie ostatnimi resztkami silnej woli powstrzymywał się, by agresywnie nie wypunktować Karolinie jej ciemnoty. On bowiem w przeciwieństwie do niej nie praktykował katolicyzmu z największą celebrą wyniesioną z domu rodzinnego.
Nie praktykował niczego.
Z oczywistego powodu: najzwyczajniej w świecie nie wierzył w Boga.
Dopiero kiedy przeszukał internet i przeczytał o znaczeniach tego symbolu, uznał, że niechcący wszedł w posiadanie przedmiotu, który pasował do niego jak ulał. No bo co może lepiej podsumowywać jego osobowość niż ikonka oznaczająca w pewnym sensie pochwałę rozwiązłości? W każdej jej interpretacji pojawiał się wspólny wykładnik w postaci seksu i już w czasach faraonów anch był ściśle związany z kultem płodności. Tomek o mało nie umarł ze śmiechu, kiedy przekazywał odkrycie Karolinie i z kąśliwą ironią dziękował jej za trafiony prezencik. Kiedy jej wpadka wyszła na jaw, zrobiło jej się niesamowicie wstyd. Tomek znowu nie rozumiał takiej postawy, gdyż traktował całą sytuację w kategoriach żartu i zaskakującego zbiegu okoliczności.
Chrześcijanie mają trudne życie, skoro przejmują się takimi głupotami.
Dowcipkował, że musiał to być znak od losu. Między innymi z tego powodu (choć tak naprawdę chciał zrobić Karolinie na złość) postanowił, że od tamtej pory nie będzie rozstawał się z tym wisiorem. Naturalnie poza momentami takimi jak teraz, kiedy wchodził pod prysznic, szedł na basen albo do sauny.
Położył wisiorek pod lustrem, zniknął za zasłoną i odkręcił wodę.
* * *
Kiedy Tomek się kąpał, Karolina bardzo nie chciała siedzieć w ciszy. Tylko że nie mogła już dłużej używać suszarki, ponieważ jej włosy były zupełnie suche i istniało zagrożenie, że je zniszczy. Kusiło ją, by zostawić włączone urządzenie i po prostu odłożyć, ale nawet brzmiało to idiotycznie. Rozejrzała się po pokoju i pożałowała, że nie ma tam radia.
– Kurczę… – mruknęła.
Zdarzały jej się wcześniej podobne napady niepohamowanego lęku, lecz ostatni przypadek nastąpił chyba jeszcze w gimnazjum i od tamtej pory nie powtórzył się ani razu. Nie rozumiała, o co chodzi. Wsadziła dłonie pod pachy i krążyła po pokoju, głęboko oddychając. Jakby jeszcze tego brakowało, uderzyła małym palcem u stopy o szafkę, dzięki czemu zwróciła uwagę na leżący przy niej duży metalowy klucz, którego wcześniej nie zauważyła. Okazał się kopią tego, który tkwił w drzwiach. Bez zastanowienia podniosła go i położyła na komodzie.
Cisza w pomieszczeniu była nieznośna.
Musiała zająć czymś myśli. Przypomniała sobie o zdjęciach z cmentarzyska Jaćwingów i postanowiła je przejrzeć. To był dobry moment.
Odnalazła w smartfonie odpowiedni folder, położyła się na łóżku i raz jeszcze oddała magii tajemniczego miejsca nieopodal Białodębów. Obejrzała dokładnie każde zdjęcie, niemalże piksel po pikselu. Lubiła skupiać się na szczegółach. Dzięki temu na fotografiach zawsze można było odkryć coś nowego, coś, na co początkowo nie zwróciło się uwagi.
Pewnie dlatego dopiero teraz zobaczyła coś dziwnego. Z początku trudno to było dostrzec, lecz po dokładniejszym zbadaniu…
Zrobiła siedem zdjęć. Na każdym z nich na tle lasu majaczył niewyraźnie ten sam kształt. Przez zapadający wówczas zmierzch trudno było ustalić, co to jest. Obiekt pojawiał się na wszystkich fotografiach, choć Karolina nie skupiała się wtedy na jednym fragmencie polany. Czy kierowała obiektyw na północ, czy na południe, czy na pozostałe strony świata, zawsze chwytała ten sam motyw, i to w różnych punktach kadru, zatem mikroskopijną plamkę na szybce można było wykluczyć.
Zmrużyła oczy.
Drzewo?
Być może, lecz gdyby się uparła, mogłaby powiedzieć, że na zdjęciu widać sylwetkę człowieka. Nie do końca, gdyż ten miałby w takim razie nienaturalnie długie ręce, niemal do ziemi. Do tego, aby załapać się na wszystkie ujęcia, musiałby niesamowicie szybko się przemieszczać. W praktyce niewykonalne.
Może zatem jakiś osobliwy gatunek drzewa, którego pojedyncze sztuki przypadkowo utrwaliła na każdym ze zdjęć? Brzmiało najrozsądniej.
Podskoczyła, gdy nagle otworzyły się drzwi.
– Jezu! – Złapała się za serce.
– Co? – zapytał zaczepnie Tomek, choć dobrze wiedział, o co chodzi.
– Przestraszyłeś mnie!
Kiedy to powiedziała, przypomniała sobie o lęku. Nie pozostał po nim nawet ślad. Ludzki organizm i jego anomalie – również psychiczne – to wciąż jedna wielka zagadka medyczna.
Chciała powiedzieć Tomkowi o zastanawiającym odkryciu, lecz w ostatniej chwili zrezygnowała. Nagle uderzyła ją potężna fala zmęczenia i nie miała siły na żadne dyskusje. Zwłaszcza na temat: „Czy to nie dziwne, że na fotografii lasu w tle majaczy drzewo?”.
Tomek położył się przy niej i na nowo zajął się swoim tabletem. Objęła go w pasie i oparła głowę na jego klatce piersiowej. Było jej z tym średnio wygodnie, ale trudno. Słyszała rytmiczną pracę jego serca, która w połączeniu z przyjemnym ciepłem ciała, świeżym zapachem żelu pod prysznic i równomiernym falowaniem klatki piersiowej sprawiała, że Karolina powoli odpływała. Pomyślała, że mama wzięła sobie do serca jej ostatnie słowa, gdyż od ich rozmowy w restauracji za Augustowem nie zadzwoniła ani razu. Cztery godziny! Niby nic, ale Karolina miała jej tyle do opowiedzenia! Chociaż w sumie… Może dzwoniła, ale tu i tak… nie było… zasięgu.
Zasnęła.
* * *
Tomek stracił rachubę czasu. Najwidoczniej miło go spędzał, marnując życie na gry, bo ani się obejrzał, jak zegarek na ekranie tabletu pokazał północ. „Przy dobrej zabawie…” i tak dalej.
Wielki Czwartek.
Ziewnął, wyłączył urządzenie, delikatnie zdjął z siebie rękę Karoliny i odłożył tablet do walizki. Wrócił do łóżka, położył się i wyłączył małą lampkę. W pokoju zapanowała ciemność, na której tle błyszczała żółta linia spod drzwi.
No tak. Kiedy wracał z łazienki, nie zgasił światła na korytarzu. Cholernie nie chciało mu się podnosić, ale tamten blask był tak irytujący, że Tomek całą siłą woli zmusił się, by ponownie usiąść.
Kiedy postawił nogi na ziemi, usłyszał jakiś dźwięk.
Nie był skupiony, więc za pierwszym razem nie rozpoznał odgłosu. Ten się powtórzył. Skrzypienie podłogi. Wyglądało na to, że ktoś szedł korytarzem na piętrze.
Hmmm… Szedł?
Raczej się skradał. Wszystko na to wskazywało, krok był bardzo ostrożny. Tomek znieruchomiał i nasłuchiwał. W pewnym momencie skrzypienie ucichło, a żółty odcinek spod drzwi podzielił się na trzy krótsze. Przez dobrych kilkanaście sekund nie działo się nic. Bardzo ciekawiło Tomka, cóż to za nocny marek postanowił wybrać się na przechadzkę i zatrzymać się akurat pod ich drzwiami. Zatrzymać się i stać. Coraz dłużej.
Tomek zadziałał instynktownie. Błyskawicznie i najciszej, jak mógł, doskoczył do drzwi i otworzył je.
Nie wiedział, czego oczekiwał, lecz widok, który ujrzał, z pewnością należał do ostatnich, jakie spodziewał się zobaczyć.
– Obudziłam cię? – Jego uszy popieścił słodki, wesoły głosik. W korytarzu stała Natalia. Nie wyglądała na kogoś przyłapanego na podsłuchiwaniu, lecz kiedy Tomek potem wspomniał tę sytuację, podziwiał sam siebie, że w ogóle to dostrzegł. Jego uwagę przykuła bowiem zupełnie inna rzecz.
Dziewczyna była kompletnie naga.
Tak jak teraz nie wyglądała nawet w jego najbardziej śmiałych wyobrażeniach. Perfekcyjna w każdym calu. Od paznokci po końcówki włosów. Miała wygolone włosy łonowe, nad nimi płaski, lecz nieprzesadnie umięśniony brzuch, a piersi…
„Mój Boże!”
„Pardon. Po prostu niesamowite!”
Całości dopełniała aksamitna skóra bez choćby jednego defektu. I ta twarz. Piękniejszej nie widział w życiu. Wliczając w to wszelkie modelki, piosenkarki czy aktorki – zarówno ze zwykłych filmów, jak i „przyrodniczych”.
Jednak nawet wrażenie, jakie na nim wywarła, nie przesłoniło (choć, szczerze mówiąc, niewiele brakowało) absurdu tej sceny. Przypomniał sobie nagle, że Natalia zadała mu pytanie.
– Eee… Nie. Właśnie się kładłem i chciałem wyłączyć światło na korytarzu – skłamał.
– Mogę cię prosić, byś nie gasił? Zawsze zostawiamy zapalone tutaj na noc, by babcia nie potknęła się na schodach. Na klatce schodowej nie mamy światła.
– W porządku.
Zapadła niezręczna cisza. Musiał w końcu poruszyć ten temat, głupio było udawać, że go nie ma. Wyszedł z progu na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Oj, gdyby Karolina zastała go z nią w takiej sytuacji…
– Mogę zapytać, ekhem, czemu…?
– …jestem naga? – Zaśmiała się słodko. Nawet głos miała modelowy. Jakby niepozornej, nieśmiałej dziewczynki, z lekka zachrypnięty. – Idę pod prysznic, rozebrałam się w swojej sypialni. Skąd miałam wiedzieć, że będziesz na tyle czujny, że przyłapiesz mnie we wstydliwej sytuacji? – zapytała z uśmiechem.
„Wstydliwej?!”
Pomyślał, że chyba sama nie wierzy w to, co mówi. Tak nie zachowuje się spłoszona kobieta. Przeciwnie. Na pewno wiedziała, kto w tej sytuacji bardziej się zawstydził. Zresztą najprawdopodobniej nie istniał na tej planecie heteroseksualny facet, który poczułby się inaczej, widząc ją w takim „stroju”.
– W twojej sypialni?
– Moja jest naprzeciwko waszej.
– Myślałem, że śpisz na dole. Jak się z nami pożegnałaś, to przecież… – Wskazał schody.
– Nie. Musiałam jeszcze dokończyć sprzątanie w pokoju dziadka. W końcu „wyprowadził się” od nas.
– Przyznam ci się, że informacja o tym, co wydarzyło się dzisiaj u was w domu, zwaliła nas z nóg. – Sam się zdziwił, że aż tak się przed nią otworzył. Na oścież. W ogóle nie myślał i wypluł te słowa bez kontroli.
– Domyślam się i przepraszam, że nie powiedzieliśmy wam wcześniej, ale pani Basia Janik tak bardzo prosiła, że nie miałam serca jej odmówić. O nic się nie martwcie. Dziadek zostanie pochowany już jutro, więc co najwyżej tylko tej nocy będzie was straszyć.
– Będzie nas co? – wyrwało mu się.
– Żartowałam! – Roześmiała się.
– No jasne. W końcu duchy nie istnieją. Załapałem – skłamał po raz drugi.
– W kwestii istnienia duchów mam trochę inne zdanie – odparła uprzejmie.
– Szybko działacie, skoro już jutro odbędzie się pogrzeb – zmienił temat. Z jakiegoś powodu ostatnie, czego chciał, to jakiejkolwiek polemiki z tą dziewczyną.
– Mała wioska, to i procedura szybsza. Nie będziemy go chować w Suwałkach. Tam dopiero by się to ciągnęło.
– Racja.
Znowu cisza. Zdecydowanie za długa, choć trwała tylko chwilę. Nie wiedzieć czemu Tomek za wszelką cenę chciał podtrzymać tę rozmowę. Niestety, Natalia chyba wreszcie przypomniała sobie, dlaczego sterczy nago na korytarzu, bo powiedziała:
– Dobra, Tomuś (poczuł przyjemne łaskotanie w brzuchu), miło się rozmawia, ale muszę w końcu wymyć to i owo. – Mrugnęła do niego.
– W takim razie życzę dobrej nocy, Natalio – wysilił się na szarmancki ton. Chyba nieźle mu poszło, bo zachichotała.
– Dobranoc, Tomaszu. Jak będę wracać, postaram się iść trochę ciszej.
– Pa.
Pomaszerowała w stronę łazienki, kręcąc jędrnymi pośladkami niczym modelka na wybiegu. Tomek za wszelką cenę starał się na nią nie patrzeć. Ostrożnie wrócił do pokoju. Zamknął drzwi, oparł się o nie i przez kilka sekund patrzył w ciemność. Jego oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się do niej, lecz wiedział, że spogląda w miejsce, gdzie leżała Karolina.
„Masz mnie za takiego?” – w jego głowie rozległo się echo słów, które sam dzisiaj wypowiedział. Nie mógł uporządkować myśli. Nie wierzył, po prostu nie wierzył, żeby Natalia – i to bez żadnej oznaki skrępowania – ot tak zaprezentowała mu swoją kobiecość, nie chcąc zasugerować mu czegoś więcej. Nie wierzył, że ich spotkanie w takich okolicznościach było przypadkiem. Nie wierzył też w ani jedno słowo o przyczynie jej nagości. Po prostu nie.
Nie wierzył, ale nie pasowała mu w tym wszystkim jedna rzecz. Po prostu brzmiało to zbyt pięknie, by było prawdziwe. Poznali się ledwie kilka godzin wcześniej. I co – już chciała „dyskretnie” dać mu do zrozumienia, że chętnie wylądowałaby z nim w łóżku? Taka panienka?! Choć nie miał żadnych kompleksów, nie dawało się ukryć, że Natalia grała w zupełnie innej lidze. W ekstraklasie. Zawodniczki stamtąd nawet nie patrzą na takich jak on, chyba że po naprawdę bliskim poznaniu. Mogła okręcić sobie wokół palca każdego faceta na świecie. Dowolnie przystojnego, dowolnie bogatego, dowolnie wartościowego w każdym innym aspekcie. Mimo to z jakiegoś powodu przystawiała się do niego. Coś tu się nie zgadzało.
A może jednak?
Tfu!
Jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i w końcu dojrzał tę ognistowłosą istotkę leżącą po lewej stronie łóżka. Wyglądała tak niewinnie, tak rozczulająco.
Czuł się podle.
Kochał ją. Jak nikogo innego. Nie miał wątpliwości, że to ta jedyna, planował po studiach poprosić ją o rękę. Jasne – nie podobało mu się, że nie współżyją, ale przecież związek to nie tylko seks. Od jego ostatniego skoku w bok minęło sporo czasu i – choć tak naprawdę nigdy sobie tego nie obiecywał – miał cichą nadzieję, że kolejny już nigdy więcej nie nastąpi. I tak sporo się działo. Wystarczająco. Czasem dziwki, czasem łatwe kobiety. Jednorazowe wyskoki, takie chwile słabości, i z największą ostrożnością pilnował, by Karolina nigdy o nich się nie dowiedziała. Szło dobrze, dalej żyła w błogiej nieświadomości.
Niemniej liczył, że to koniec. Że weźmie się w garść, dojrzeje i przestanie przegrywać z prąciem, a zacznie używać głowy. Że zacznie w końcu traktować Karolinę z partnerską uczciwością i szacunkiem, na jaki zasługiwała jak mało kto. W końcu to wspaniała, mądra dziewczyna o złotym serduszku. Co prawda irytująco zabobonna i staroświecka, jeżeli chodzi o sprawy łóżkowe, ale Tomek był pewien, że ich pierwszy raz, który nastąpi w noc poślubną, będzie najpiękniejszą chwilą w jego życiu.
Demony niewierności wróciły tej nocy.
Ukrył twarz w dłoniach i wymiętosił policzki.
„To może być twoja jedyna okazja w życiu, by zaliczyć taką piękność!” – odezwał się obrzydliwy głosik w jego głowie, teoretycznie niezależnie od niego. Stop! Jak możesz tak w ogóle…
Z myśli wyrwało go ciche pukanie do drzwi. Otworzył je i jęknął w duchu. Natalia znowu nie zadała sobie trudu, by przepasać się choćby ręcznikiem.
– Liczyłam na to, że jeszcze nie śpisz. – Uśmiechnęła się.
– Nie zasypiam tak szybko.
– Szybko? Wydawało mi się, że siedziałam w łazience strasznie długo. Wiesz, trochę czasu zajmuje, by wysmarować balsamem wszystkie moje zakamarki. – Spojrzała mu głęboko w oczy. Zacisnął zęby. Czuł, że zaraz oszaleje. Chciał ją błagać, by wreszcie się ubrała i dała mu spokój, lecz jednocześnie niczego teraz tak nie pragnął, jak móc dalej podziwiać jej doskonałe ciało. W nieskończoność.
Co najmniej podziwiać, choć można to było porównać do lizania cukierka przez papierek. Wiedział, że znajduje się zaledwie o krok od ziszczenia perspektyw znacznie ciekawszych z męskiego punktu widzenia. Działało to jak grawitacja – wystarczyło tylko pchnąć.
„Nie”.
– Chciałaś czegoś? – Czuł, że prawdopodobnie będzie tego żałował do końca życia, lecz starał się o tym nie myśleć. O dziwo, Natalia nie zareagowała tak, jakby się zawiodła. Albo wszystko było w porządku, albo miała sztukę aktorską opanowaną do perfekcji. Jej twarz nie zmieniła się ani przez moment.
– Tak, znalazłam to w łazience. To chyba wasze. – W dłoni trzymała jego wisiorek. Tomek przypomniał sobie, że rzeczywiście po kąpieli zapomniał zabrać anch spod lustra. Wziął go od niej, starając się nie dotknąć jej dłoni.
– Dziękuję. Tak, to moje.
– Wiesz, co ten symbol oznacza? – zapytała, uśmiechając się i świdrując go wzrokiem.
„Kurde”.
Część jego umysłu, która myślała jeszcze w miarę trzeźwo, doszła do wniosku, że nadszedł najwyższy czas, by zakończyć tę rozmowę. Nie, nie zakończyć. Brutalnie uciąć.
– Tak, prezentuje mój światopogląd na pewne sprawy – oświadczył uprzejmie i dodał: – Przepraszam cię, ale jestem już śpiący i lepiej położę się spać. Dobranoc, Natalio. – Skłonił się lekko, cofnął do pokoju i zamknął drzwi. Jeszcze zanim te na dobre oddzieliły go od dziewczyny, usłyszał, że także życzy mu dobrej nocy. Zdążył zobaczyć, że w dalszym ciągu nie wygląda na rozczarowaną.
Tylko ten rozbrajający, uroczy, życzliwy uśmiech.
Znowu oparł się plecami o drzwi. Odchylił głowę i stuknął o nie potylicą. Usłyszał oddalające się kroki Natalii, potem skrzypienie zawiasów i w końcu szczęknięcie zamka po przekręceniu klucza.
No i spokój.
W myśl niepisanej reguły po takim zachowaniu faceta kobiety takie jak ona nieodwołalnie go skreślają. Taka cecha ich natury. Oznaczało to, że nawet gdyby teraz chciał (a nie chciał…?), to i tak by mu się nie oddała. Nie po takim upokorzeniu. Nie po tym, jak okazało się, że jest gościem, który potrafi oprzeć się jej wdziękom albo, co gorsza, że mu się nie podoba (ha, ha!). Czuł dumę, że udało mu się nie ulec pokusie. Wracał do normalnego trybu myślenia. Demony odeszły.
Przynajmniej na jakiś czas.
Zdziwił go jednak brak reakcji Natalii na jego dictum. To nie powinno tak wyglądać. Nie bez choćby jednej, najdrobniejszej oznaki zawodu. A może… Brzmiało niedorzecznie, ale w sumie czemu nie? Może go sprawdzała? Kokietowała, by w razie gdyby się złamał, oświadczyć, że niczym nie różni się od dziesiątek napalonych facetów, których do tej pory spotykała? Takim pięknościom nie można ufać.
Z każdą sekundą Tomek coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że scenariusz ze swoistą próbą jego silnej woli brzmiał najbardziej prawdopodobnie. Jeżeli naprawdę miał zagrać według niego, to tym bardziej zdał egzamin celująco.
Kiedy oderwał się od drzwi, sklejona z nimi wilgotna piżama oderwała się od nich z oporem. Położył się obok Karoliny. Ta poruszyła się przez sen i ponownie go objęła. Pocałował ją delikatnie w głowę.
„Twoja jedyna nadzieja w tym, że to rzeczywiście była próba, bo jeżeli się pomyliłeś, właśnie popełniłeś największy błąd w swoim życiu” – wkurzający głosik odezwał się w nim po raz kolejny. Energicznie pokręcił głową i spróbował skierować myśli na cokolwiek innego. I udało mu się.
Czy to nie dziwne, że Natalia zachowuje się tak w dniu, w którym umarł jej dziadek? Naprawdę nie zajmuje głowy jego śmiercią? Chyba powinna? Zrozpaczone kobiety wpadają czasem na różne głupie pomysły, ale przerażające było to, że ona na zrozpaczoną nie wyglądała, wręcz przeciwnie – na taką, która myśli w stu procentach jasno i logicznie.
„Użyłem słowa »przerażające«? Nie, bez przesady. »Nie do końca normalne« brzmi lepiej”.
Uśmiechnął się. „Cóż, może po prostu takie uroki i klimat Suwalszczyzny”.
Zamknął oczy i kiedy zasypiał, uśmiech pozostał mu na twarzy.
* * *
Coś sprawiło, że Tomek się obudził. Nie wiedział co. Czy nieokreślony hałas, nieostrożny ruch śpiącej obok Karoliny, czy może sen, którego nie pamiętał? Sięgnął po leżący na komodzie telefon. Druga w nocy. Nie pospał zbyt długo.
Przez moment leżał, patrząc na sufit, nie myśląc o niczym i słysząc jedynie miarowy oddech swojej dziewczyny. W pokoju było całkiem jasno – raz, że na korytarzu w dalszym ciągu paliła się lampa, dwa – do pomieszczenia sączyło się również srebrne światło księżyca. Tomek wstał i podszedł do okna bez wyraźnego celu, przeciągając się. Na zewnątrz widział jedynie mur masywnych świerków – strażników granicy między Białodębami a królestwem natury. Zielonym królestwem.
Zastanawiał się, co dzieje się z ich porzuconym na ścieżce plecakiem. Czy dzik go dopadł i dobrał się do zawartości, czy bluza posłużyła zwierzęciu za fragment legowiska, czy może – podobnie jak resztę „rezydentów” plecaka – zabił ją jakiś nieostrożny nocny kierowca, który bez wyrzutów sumienia pomyślał, że najechał na samotną, leżącą na drodze gałąź?
Ruch na podwórku wyrwał go z zamyślenia. Widoczność była kiepska, toteż zmrużył oczy.
Ktoś szedł od strony domu w kierunku lasu. Dotarłszy do ogrodzenia, otworzył metalową bramkę i wyszedł poza posesję. Księżyc nie oświetlał fragmentu podwórka między drzewami a budynkiem, trudno było o tej osobie cokolwiek więcej powiedzieć. Tylko tyle, że to człowiek, gdyż szedł na dwóch nogach. Dało się to dostrzec na tle czerni trawy, ponieważ był ubrany w strój w jasnym, jednolitym kolorze.
Gdy nocny spacerowicz dotarł do połowy odległości między domem a linią drzew, zatrzymał się, po czym niespiesznie, jak na zwolnionym filmie, odwrócił.
Tomka zaś momentalnie olśniło.
– O nie… – Odruchowo odskoczył od okna. Gwałtowność reakcji zdziwiła nawet jego samego. Nie widział wyraźnie twarzy Natalii, lecz był pewien, że ta spogląda prosto w jego okno. Mało tego! Dałby sobie rękę uciąć, że dziewczyna znowu wykrzywia swoją śliczną buźkę w promiennym, słodkim uśmiechu. „Jasny strój” ponownie okazał się jej nagością. Tomek nie mógł również oprzeć się wrażeniu, że pomimo firanek, za którymi stał, Natalia dobrze wiedziała, że na nią patrzy.
Jego ciało przeszył dreszcz.
Jak na polski biegun zimna, wiosenna temperatura powietrza po zmierzchu zapewne rozpieszczała miejscowych, ale to i tak nie tłumaczyło beztroskiego hasania Natalii po podwórku na golasa. Nic tego nie tłumaczyło. Kto normalny łazi nago po lesie o drugiej w nocy?
Gwoli ścisłości: teraz akurat nie szła, tylko stała. Jak kołek, nieruchomo, wpatrując się w ten szklany prostokąt na piętrze, za którym ukrywał się Tomek.
A może nie o okno chodziło, tylko o niego? Drgnął na tę myśl. Dziewczyna wyglądała jak widmo albo duch.
„Chyba nie dasz mi tej nocy spokoju, co?” – pomyślał.
„Może tej nocy, może nigdy”.
Wzdrygnął się, gdy obok niego rozległ się jej cienki głosik. Jakby stała tuż przy nim i szeptała mu czule do ucha. Rozejrzał się nerwowo po pokoju.
Nic. Nadal towarzyszyła mu jedynie Karolina. Spała, przez cały ten czas nawet się nie poruszyła. Myślał gorączkowo. Nie był pewien, czy rzeczywiście usłyszał tamte słowa, czy wydobyły się gdzieś z czeluści jego umysłu.
Przełknął ślinę i znowu wyjrzał na podwórko. Natalia dalej tkwiła na samym środku trawnika, niczym doskonała rzeźba.
Wtem odwróciła się twarzą do lasu i puściła biegiem przed siebie. Nie minęła nawet sekunda, jak zniknęła między drzewami.
„Co…? Co to miało być?”
Sytuacja wydawała się Tomkowi na tyle nierealna i idiotyczna, że poważnie rozważał scenariusz, w którym śni albo doświadcza jakichś halucynacji. A może to majaki hipoglikemiczne? Właśnie! Po powrocie z cmentarzyska Jaćwingów zapomniał sprawdzić cukier. Był pewien, że przed spacerem przyjął zaledwie cztery jednostki insuliny, czyli praktycznie tyle co nic, idealną dawkę na kanapkę. Może jego pen się zepsuł? Postanowił, że sprawdzi to rano.
Wyglądając czegokolwiek dziwnego na zewnątrz, postał przy oknie jeszcze kilka minut, ale niczego nie zauważył. Wrócił do łóżka. Kiedy się położył, wpadła mu do głowy szalona myśl, żeby zerknąć do pokoju naprzeciwko, czy Natalia aby na pewno z niego wyszła. Pomysł wydawał się rozsądny, ale ostatecznie go zaniechał. Wyobrażał sobie, jak otwiera drzwi, czym niechcący ją budzi, i próbuje pokrętnie wytłumaczyć powód swojej obecności („Aaa… Jednak tu jesteś! Bo wydawało mi się, że widziałem, jak biegasz nago po podwórku, więc przyszedłem sprawdzić, czy coś mi się nie pozajączkowało”). Swoisty paradoks – nie umiał kłamać, lecz w tym wypadku nie umiałby nawet powiedzieć jej prawdy. I tak robiłby to na próżno. Doszłaby do wniosku, że przyszedł pogapić się na nią albo, co gorsza, że przemyślał swoje zachowanie i jednak byłby chętny na zabawę dla dorosłych z domieszką erotyki.
Przypomniał sobie, że przecież poprzednio zamknęła swój pokój na klucz, więc nawet jeżeli wyszła, pewnie i tak nie można było do niego się dostać. Koniec tematu.
Wzięcie z niej przykładu brzmiało rozsądnie. Tomek wstał po raz kolejny i przekręcił tkwiący w dziurce klucz. Położywszy się, przytulił od tyłu leżącą na boku Karolinę. Przywarł do niej całym ciałem, chłonąc jej przyjemne ciepło.
Jedyne, co mu przeszkadzało, to jego twardy jak kamień penis, który drażnił się z jej pośladkami i wyraźnie nie mógł znaleźć tam sobie miejsca. Co gorsza, to nie z powodu jej bliskości sterczał w gotowości.
Tomek przeklął pod nosem i położył się z powrotem na plecy. Choć ciało Karoliny go wygrzało, drżał. Nie, nie z zimna.
Ze strachu też nie.
Odwlekał moment „wypowiedzenia tego w myślach” tak długo, jak mógł, lecz nie widział sensu, by dłużej oszukiwać samego siebie.
Perwersyjna tajemniczość Natalii ekscytowała go NIE-SA-MO-WI-CIE.
Minęło sporo czasu, zanim zasnął.

Mam nadzieję, że fragment zachęcił Was do lektury. A może, podobnie jak ja jesteście już po lekturze książki? Jeśli tak, koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami w komentarzach.

poniedziałek, 11 listopada 2019

Konkurs z "Zaufaj mi jeszcze raz" Magdaleny Krauze.



Witajcie kochani, dziś zapraszam Was konkurs z książką „Zaufaj mi jeszcze raz” Magdaleny Krauze. Mam nadzieję, że pytanie konkursowe okaże się dla Was ciekawe i chętnie weźmiecie udział w zabawie.

Aby wziąć udział w konkursie, należy:
– zapoznać się z regulaminem rozdania -> REGULAMIN
– odpowiedzieć na zadanie konkursowe.
- podaj mail kontaktowy w przypadku wygranej.

ZADANIE KONKURSOWE:

Czy według Ciebie tworząc związek, powinniśmy dzielić się z partnerem naszą przeszłością, czy też mamy prawo zachować ją tylko dla siebie?

Informacje uzupełniające:
– do wygrania są dwa egzemplarze, Zaufaj mi jeszcze raz Magdaleny Krauze.
– rozdanie trwa –11-18.11.2019
– sponsor nagrody – Wydawnictwo Jaguar.
– koszty wysyłki pokrywa SPONSOR
– miło mi będzie, jeśli zaobserwujesz bloga Kocie czytanie, udostępnisz informację o konkursie na swoich socjal mediach oraz polubisz fanpage wydawnictwa oraz autorki.

Opis:

Po tym, jak tajemnica Igora ujrzała światło dzienne, jego związek z Pauliną został wystawiony na ciężką próbę. Kobieta w poczuciu zdrady wyjeżdża, aby nabrać dystansu do sprawy oraz sił, żeby się z nią uporać. W urokliwym Karpaczu Paulina poznaje Adama – mężczyznę, którego życie boleśnie doświadczyło.
Czy pobyt z dala od Igora pozwoli Paulinie spojrzeć na świat z innej perspektywy?
Czy może pozwoli jej na to nieoczekiwana przyjaźń z Adamem?


Serdecznie zachęcam do udziału w konkursie i życzę  wszystkim powodzenia.

Pozdrawiam serdecznie,
Czytający kotek

piątek, 8 listopada 2019

Cytaty z "Zaufaj mi jeszcze raz" Magdalena Krauze. /część I.

Moi kochani zapewne pamiętacie, że niedawno mieliście okazję przeczytać na moim blogu posty dotyczące promocji najnowszej książki Magdaleny Krauze „Zaufaj mi jeszcze raz”, której Kocie czytanie ma przyjemność patronować. Już wówczas, mając w pamięci rewelacyjny debiutu autorki „Czekałam na ciebie”, wykazaliście ogromne zainteresowanie poznaniem jego kontynuacji. Jeśli jednak z jakiegoś powodu nie sięgnęliście jeszcze po „Zaufaj mi jeszcze raz”, dziś przychodzę do Was z garścią cytatów z książki, które mam nadzieję, zachęcą Was i zmobilizują do tego, aby jak najszybciej nadrobić zaległości.




Mam nadzieję, że cytaty, które dla Was wybrałam, utwierdziły Was w przekonaniu, że tę książkę naprawdę warto przeczytać, a jeśli macie ochotę na jeszcze więcej cytatów, to zapraszam Was serdecznie na bloga Zapatrzona w książki, gdzie czeka na Was ich druga część.

W komentarzach napiszcie mi, proszę, który z cytatów podoba Wam się najbardziej? 

A już dziś zdradzę Wam, że już niebawem będziecie mieli szansę wygrać u mnie „Zaufaj mi jeszcze raz".

środa, 6 listopada 2019

Dzień z "Zagubieni" Adriana Rak. / Konkurs.



Kochani dziś nadszedł długo oczekiwany przez wielu z nas dzień premiery książki Adriany Rak "Zagubieni",którą blog Kocie czytanie ma przyjemność otulić swoim ciepłym kocim futerkiem w postaci patronatu medialnego.

Zapewne niektórzy z Was pamiętają, że na blogu pojawiły się już wcześniej materiały promujące książkę oraz moja przedpremierowa recenzja. 

Jeśli nie mieliście jeszcze okazji zapoznać się z owymi postami, zostawiam Wam do nich bezpośrednie linki.


Dziś przychodzę do Was z obiecaną kontynuację: fragmenty 2 /3.




2. ALEXANDER


Wszystkie piękne i chętne panie uważajcie: król Alexander Heckmann nadchodzi! – krzyknął radośnie mój polski asystent Dagmar Konieczny, kiedy przekroczyliśmy próg jednego z gdańskich nocnych klubów.
Król? – Zaśmiałem się, poklepując go po ramieniu. – Jeszcze nikt nigdy nie mianował mnie na tak wysokie stanowisko.
Król wszystkich kobiecych serc – odparł. Uśmiech wciąż nie schodził mu z twarzy. Pracowaliśmy ze sobą dopiero od dwóch miesięcy, a to wyjście było naszym trzecim wspólnym wypadem, ale ja już zdążyłem polubić tego szaleńca. Był dokładnie taki sam jak ja: żądny przygód i ciekawy wszystkiego, dzięki czemu z łatwością już od pierwszej rozmowy nawiązaliśmy ze sobą świetny kontakt.
Ja bym raczej powiedział to wprost: król wszystkich cipek – dodał mój starszy brat Gregor, stojący tuż obok mnie, na co posłałem w jego stronę posępne spojrzenie. – No co? – Zaśmiał się, widząc moją reakcję. – Taka jest właśnie prawda, mój drogi. Nie odpuścisz sobie żadnej i jestem święcie przekonany, że tej nocy nie wrócisz sam do hotelu.
I choć poczułem się nieco urażony jego słowami, w głębi duszy wiedziałem, że mój ukochany braciszek ma rację. Uwielbiam towarzystwo pięknych kobiet, a jeszcze bardziej lubię spędzać z nimi czas na osobności. Z wielu powodów nie chciałem jednak z żadną wiązać się na dłużej czy też wdawać się w jakiekolwiek głębsze relacje. Swego czasu zaufałem jednej pięknej, mądrej, niezwykle uzdolnionej i bardzo czarującej kobiecie. Miała na imię Monika, poznaliśmy się na studiach. Od początku ciągnęło nas do siebie na tyle mocno, że już po miesiącu byliśmy razem. Zasadniczo wszystko było w porządku do czasu, kiedy po kilku miesiącach okazało się, że moja dziewczyna jest w ciąży. Gdy przekazała mi tę informację, byłem jednocześnie przerażony i podekscytowany. Posiadanie syna było moim największym życiowym marzeniem i skoro los postanowił obdarować mnie dzieckiem w wieku dwudziestu trzech lat, to przyjąłem tę wiadomość i cieszyłem się, mimo tego, że bałem się potwornie, czy sprawdzę się w roli ojca. Jednakże Monika myślała inaczej. Z marszu oznajmiła mi, że umówiła się już z lekarzem na kolejną wizytę, bo chciała poddać się aborcji. Gdy usłyszałem te słowa, wpadłem w szał. Byłem tak bardzo wściekły, że nie potrafiłem zapanować nad sobą, przez co moja matka straciła kilka cennych pamiątek. Pech chciał, że w chwili, w której Monika przekazała mi te druzgocące wiadomości, przebywaliśmy w jadalni w moim rodzinnym domu. Od kilku lat na jednym z dębowych regałów stało kilka cennych, pamiątkowych kryształów, które swego czasu moja mama dostała w prezencie od swoich rodziców. Niestety tamtego feralnego wieczoru straciła je bezpowrotnie. Cały w nerwach wstałem od stołu i aby dać upust emocjom, wziąłem je do ręki i zniszczyłem, rzucając nimi o podłogę. Dźwięk tłuczonego szkła współgrał z przerażonym wzrokiem wciąż siedzącej przy stole Moniki. Gdy wspominam ten wieczór, aż dziw mnie bierze, że wraz z kryształami nie zniszczyłem tego cholernego szklanego stołu, na którym jeszcze kilka dni wcześniej uprawialiśmy namiętny seks. Wtedy jednak już po kilku minutach – wraz z powrotem rodziców do domu – przyszło otrzeźwienie. I w zaledwie kilka godzin ustaliliśmy wszystko.
Nie mogłem dopuścić do tego, aby Monika dokonała aborcji. Wprost nie mieściło mi się to w głowie, tak samo zresztą, jak i moim rodzicom, którzy z przerażeniem słuchali słów Moniki. Moja (wtedy jeszcze moja…) dziewczyna początkowo nie chciała zgodzić się na to, aby donosić ciążę, jednakże z każdą kolejną minutą jej pewność siebie słabła. Być może domyśliła się, że nie odpuszczę i zrobię wszystko, aby urodziła. Na szczęście już po kilku miesiącach zostałem ojcem. I to na pełen etat, bo Monika zrzekła się praw do dziecka, co było dla wszystkich nie lada zaskoczeniem. Gdyby nie moi rodzice, którzy od pierwszych chwil okazali się niesamowitym wsparciem, doprawdy nie wiem, jakbym sobie poradził. Szczególnie na samym początku, kiedy nawet zmiana pieluch była dla mnie kompletną abstrakcją i rzeczą, której nie byłem w stanie poprawnie wykonać. Moja matka przejęła stery nad opieką i wychowaniem swojego ukochanego wnuczka i tak jest do dzisiaj. Jest nie tylko babcią, lecz również matką i przede wszystkim najlepszą przyjaciółką dla mojego obecnie siedmioletniego synka.
Od dnia, w którym Monika przyniosła do naszego domu zaledwie trzytygodniowego maluszka i oznajmiła nam, że zrzeka się praw rodzicielskich i wyjeżdża do RPA, aby tam kontynuować swoje studia, nie widziałem jej już nigdy więcej. I mam wielką nadzieję, że już tak zostanie, bo tamtej nocy, kiedy poinformowała mnie o ciąży i jednocześnie o zamiarze dokonania aborcji, przestałem ją kochać. Do tamtej chwili myślałem, że nie da się przestać kochać kogoś od razu, pod wpływem jednej sytuacji. Przecież byłem święcie przekonany, że Monika to kobieta mojego życia i że znam ją jak nikt inny na świecie… O tym, jak bardzo jestem naiwny, dowiedziałem się niebawem. Tamta pamiętna noc sprawiła również, że obiecałem sobie jedno. Już nigdy więcej nie zaufam żadnej kobiecie. Jedyną, którą darzyłem szczerym uczuciem, była moja matka i w tej kwestii nie miałem zamiaru zmieniać niczego. Już nigdy więcej…
Byłem zatem panem swojego życia. Przez ostatnie lata bawiłem się kobietami tak samo, jak Monika mną. Gdy odeszła ode mnie, zostawiając mi maleńkie dziecko, zaczęły dochodzić do mnie informacje, że tak naprawdę nigdy mnie nie kochała. Nasi znajomi, widząc jej zachowanie, postanowili powiedzieć mi prawdę. A ich zdaniem prawda była taka, że Monika była ze mną tylko dla pieniędzy i dlatego, że myślała, iż dzięki mnie i wpływom moich rodziców czekać ją będzie wielka kariera. Nienawidziłem jej więc z całego serca i nienawidzę do dzisiaj. Szczególnie za to, że przez te wszystkie lata ani razu nie próbowała skontaktować się z własnym dzieckiem…
Jak każdy żyjący facet na tym świecie miałem jednak swoje potrzeby i jedną z nich było towarzystwo kobiet. Tak, wiadomo, w jakim celu spotykam się z nimi… To nieuniknione, tym bardziej, że od zawsze lubiłem się dobrze zabawić.
Mój brat miał zatem rację – tej nocy z pewnością nie wrócę sam do hotelu, zwłaszcza że, odkąd tylko przekroczyliśmy próg klubu, zewsząd wyłaniały się same piękności. Za to właśnie kochałem Polskę – za piękne i błyskotliwe kobiety, z którymi spędzenie nocy nie zawsze oznaczało sam seks. Większość z nich uwielbiała rozmawiać, tak samo, jak i ja. Nie wiem, czy jest to standardem, czy najzwyczajniej w świecie w jakiś nieznany mi sposób przyciągałem do siebie takie kobiety, jednakże w żadnym innym kraju na świecie nie spotkałem się z czymś takim, a już szczególnie w Niemczech, gdzie żyję na co dzień wraz z całą moją rodziną.
Po wejściu do klubu skierowaliśmy się do zarezerwowanej wcześniej loży. Dagmar jak zwykle miał nosa. Zajął dla nas najlepsze ze wszystkich możliwych miejsc. Tuż przed naszą lożą był podest, na którym po kilku sekundach pojawiły się tancerki. Zupełnie jakby ze swoim występem czekały na nas.
Wraz z pierwszymi ruchami ponętnych kobiet mój humor poprawił się. Wreszcie, po tylu dniach stresu, który związany był z naszą nową polską lokalizacją, mogłem się wyluzować i pobyć w towarzystwie płci pięknej.
Widzę, że szykuje się dzisiaj zajebista impreza – powiedział mój brat, patrząc na apetyczny tyłeczek jednej z pań. – O, właśnie dotarło nasze zamówienie – dodał, wymownie spoglądając w oczy kelnerki. – Nieźle się zapowiada…
I rzeczywiście, impreza była całkiem udana. Już po chwili, kiedy wypiliśmy pierwsze drinki, udaliśmy się na parkiet, a tam czekało na nas całe stado napalonych lasek. Jedna z nich, niska szatynka o zielonych oczach, szczególnie zwróciła moją uwagę – głównie dlatego, że na pierwszy rzut oka zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Piękna nieznajoma była ubrana w czarną sukienkę do kolan, która szczelnie zasłaniała jej biust i plecy. Wyraz jej twarzy jasno pokazywał, że chyba nie do końca jest zadowolona z tego, że jest w takim klubie. Była wyraźnie zdezorientowana, a jej ruchy wyglądały na sztuczne, jakby wymuszone. Na tle innych tańczących i roznegliżowanych kobiet jawiła mi się jako istota z innego świata.
Hej, zatańczymy? – zapytałem, stając tuż za nią, co chyba nieco ją wystraszyło, bo kiedy usłyszała mój głos, momentalnie wzdrygnęła się.
Jeśli chcesz – odpowiedziała, nie patrząc mi nawet w oczy, po czym oboje zaczęliśmy powoli poruszać się w rytm rozpoczynającej się piosenki. Ku mojemu zdziwieniu, już po kilkunastu sekundach, gdy delikatnie położyłem swoją dłoń na jej plecach, piękna nieznajoma zbliżyła się do mnie, po czym wtuliła się w moje ramiona.
Mogę wiedzieć, jak masz na imię? – zapytałem, chcąc rozładować wciąż napiętą atmosferę panującą między nami.
Czy to ważne? – odpowiedziała zalotnie.
Wolałbym wiedzieć, kto tak pięknie pachnie i jak nazywa się właścicielka najseksowniejszego ciała w tym klubie, ale skoro to taka tajemnica, to muszę pozostać w błogiej nieświadomości. – Zaśmiałem się, a mój śmiech udzielił się również mojej partnerce.
Mam na imię Kasia.
Miło mi, Kasiu – odparłem i przycisnąłem ją do swojego ciała. Patrząc wprost w jej rozanieloną twarz, dotknąłem dłońmi jej pośladków, na co błyskawicznie zareagowała, cicho pojękując w moje ucho, co dało mi jasny sygnał. Byłem gotowy do dalszego działania. – Może miałabyś ochotę wyjść stąd i pojechać do mojego apartamentu? Strasznie tu tłoczno i duszno… – dodałem, a ona przyjęła to z uśmiechem na ustach.
Pół godziny później byliśmy w moim apartamencie. I gdy zostaliśmy całkiem sami, bez ciekawskich oczu stojących z boku, siedząc i delektując się w ciszy szampanem, którego wyciągnąłem z lodówki, moja nowa znajoma rozluźniła się na tyle, że już po kilku minutach leżeliśmy nadzy w moim łóżku i pozostaliśmy w nim aż do świtu…
O poranku obudziłem się z powrotnym bólem głowy, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, bo przecież poprzedniej nocy nie wypiłem na tyle dużo, abym teraz musiał cierpieć. Zanim jednak zdążyłem dojść do siebie, przypomniałem sobie o obecności Katarzyny. Odwróciłem się zatem, przekręcając na drugi bok, i jakie było moje zdziwienie, kiedy zamiast śpiącej kobiety zobaczyłem zaścielone, puste miejsce. Wstałem pospiesznie z łóżka i skierowałem się do kuchni. I to właśnie tam ją zobaczyłem, ubraną jedynie w mój czarny T-shirt, stojącą przy kuchennym blacie.
Dzień dobry – przywitałem się. – Dziękuję ci za to, ale naprawdę nie oczekiwałem od ciebie tego, abyś wstała i zrobiła nam tyle jedzenia – dodałem, patrząc na talerz pełen kanapek i jajecznicę dochodzącą na patelni.
Och, przepraszam. Nie chciałam cię zezłościć – odpowiedziała i momentalnie posmutniała. – Myślałam, że po tylu nocnych wrażeniach jedyne, o czym będziesz marzył o poranku, to dobre jedzenie… Przepraszam, nie powinnam była się tak panoszyć.
Nie, to nie tak, że jestem zły. Po prostu… Kobieta gotująca w mojej kuchni to dla mnie nowość. – Chrząknąłem, starając się jakoś wyjść z tej kłopotliwej sytuacji. Przecież to nie była jej wina, że miałem obsesję na punkcie swojej prywatności i nie chciałem, aby z nią czy jakąkolwiek inną kobietą, z którą spotykałem się z wiadomych powodów, łączyło mnie coś więcej aniżeli wspólne chwile spędzone w łóżku. – To co my tutaj mamy dobrego? Och, skąd wiedziałaś, że lubię takie kanapki? – Zaśmiałem się, plotąc to, co ślina przyniosła mi na język. Katarzyna szybko odzyskała dobry humor.
I w tak dobrych nastrojach spędziliśmy tamten poranek, żegnając się czule i obiecując sobie nawzajem, że z pewnością wkrótce się spotkamy, co z mojej strony nie było prawdą, ale nie chciałem jej ponownie urazić. Miałem jednak jedną zasadę: nigdy nie spotykałem się z kobietą więcej niż raz, bo z żadną nie chciałem się angażować w jakąkolwiek poważniejszą relację. Już nigdy więcej nie zamierzałem cierpieć z powodu nieszczęśliwej miłości i miałem wielką nadzieję, że uda mi się wytrwać w tym postanowieniu przez całe moje życie…
Gdy Katarzyna opuściła mój apartament, wróciłem do łóżka i już po chwili zasnąłem. Obudziłem się tuż po osiemnastej i zjadłem resztki naszego śniadania, po czym udałem się do swojego biura i włączyłem znajdujący się na biurku laptop. Pomimo tego, że przespałem dobrych kilka godzin, wciąż czułem zmęczenie. Rozsiadłem się zatem wygodnie w moim fotelu i zacząłem odpisywać na służbowe e-maile, których codziennie było tak dużo, że nie zawsze byłem w stanie odpowiedzieć na nie tego samego dnia, a z racji tego, że wczoraj nie miałem czasu na sprawdzenie poczty, takich wiadomości było naprawdę sporo.
Zapowiada się pracowity wieczór – pomyślałem, przeglądając otrzymane maile. Wśród wielu służbowych znalazłem również kilka reklam, a jedna z nich zwróciła moją uwagę. Informowała o portalu randkowym MeAndYou. Swego czasu spędzałem czas na szukaniu tej jednej, jedynej, wymarzonej kobiety właśnie na tego typu stronach. Z ciekawości zajrzałem zatem na ten portal i gdy wyświetliła mi się główna strona, ujrzałem zdjęcie pewnej kobiety, znajdujące się w rubryce Nowi członkowie.
Kliknąłem w jakże wyszukaną nazwę Tamara123 i zacząłem czytać:

Drodzy Podglądacze,

nazywam się Tamara…

Przeczytałem, wpatrując się wciąż w podobno realne zdjęcie autorki tego ogłoszenia i nie myśląc zbyt długo, postanowiłem odpisać.

Droga Tamaro,

wiedz, że urzekło mnie twoje ogłoszenie. Zakładając, że jest ono szczere i prawdziwe, tak jak załączone przez ciebie zdjęcie, chciałbym zapytać, czy ten portal jest miejscem dla takiej kobiety jak ty? Bo coś mi mówi, że znalazłaś się tutaj zupełnie przypadkiem.

Pozdrawiam,
Twój Podglądacz Alexander.

PS. Uśmiechnij się ;-) Masz niezwykle smutne i przejmujące spojrzenie…

Napisałem, po czym wysłałem swoją wiadomość. Wciąż jednak wpatrywałem się w ten przygaszony wzrok, pozbawiony jakiejkolwiek radości. Doprawdy, nie mogłem pojąć, dlaczego jego właścicielka znajduje się na tym portalu, pełnym zboczeńców i poszukiwaczy jednorazowych przygód… Kiedy jednak ponownie spojrzałem na listę otrzymanych wiadomości, przestałem zastanawiać się na tym i zająłem się swoimi obowiązkami, bo przecież to wychodziło mi najlepiej. I cokolwiek miało by się nie dziać, praca zawsze będzie dla mnie najważniejsza. Oczywiście poza moim synem, za którym mimowolnie tęskniłem, żywiąc nadzieję, że już za kilka dni, kiedy domknę wszelkie sprawy w Polsce, wyjadę z nim na długie wakacje. Tego właśnie pragnąłem najbardziej.



3. TAMARA

Masz niezwykle smutne i przejmujące spojrzenie…
Brawa dla ciebie, geniuszu, za odkrycie prawdy – powiedziałam kąśliwie, czytając te słowa.
Spośród kilkudziesięciu innych wiadomości jedynie ta nadawała się do tego, abym przeczytała ją w całości, poświęcając na to kilka jakże cennych sekund mojego życia. Reszta spamu, bo właśnie tym były pozostałe wiadomości, nie była warta mojej uwagi, bowiem we wszystkich anonsach chodziło tylko o jedno – o seks oczywiście, czego ja, jak zresztą wyraźnie zaznaczyłam w swoim ogłoszeniu, nie szukałam. Jednakże, kiedy przeglądałam swoją skrzynkę odbiorczą, zrozumiałam, że ten portal nie jest odpowiednim miejscem dla mnie ani dla żadnej szanującej się kobiety. Okej, może gdzieś na świecie istnieją ludzie, którzy poznali się dzięki takim portalom i obecnie wiodą szczęśliwe życie, ale ja, patrząc na te wszystkie obrzydliwe, niemające żadnego sensu wiadomości nie mogłam myśleć inaczej. Zresztą, mogłam spodziewać się tego wcześniej i w ogóle nie zakładać tego konta…
Wiadomość od niejakiego Alexandra była jedyną normalną odpowiedzią i właśnie dlatego, choć tak naprawdę sama nie wiedziałam po co, odpisałam mu. A jeszcze chwilę wcześniej myślałam o usunięciu konta… Coś mi jednak mówiło, że powinnam odpisać.

Drogi Podglądaczu Alexandrze,

dziękuję za twoją troskę i obawę o to, czy rzeczywiście ten portal jest miejscem dla takiej kobiety jak ja. Notabene, sama nie wiem, co dokładnie masz na myśli, używając słów „takiej kobiety jak ty” – przecież nie znasz mnie, więc skąd te wnioski…? Zresztą nieważne.
W odpowiedzi na twoją wiadomość chciałabym cię poinformować, że od kilku lat jestem dorosłą kobietą, która doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co i dlaczego robi ;-)
Pewnej nocy, będąc pod wpływem emocji, założyłam to konto, licząc w duchu na to, że i ja (tak jak i rzekomo tysiące innych osób na świecie) właśnie tutaj znajdę swoją drugą połówkę. Z przykrością jednak stwierdzam, pomimo otrzymania ponad stu wiadomości, że moje oczekiwania były na wyrost – z pewnością nie znajdę tutaj swojego księcia na białym koniu ;-) A szkoda, bo zawsze chciałam poczuć się jak prawdziwa księżniczka… ;-)

Dziękuję za twoją (jedyną normalną spośród całego „spamu”) wiadomość i życzę wszystkiego najlepszego,
Tamara.

Odpisałam i wylogowałam się z portalu, po czym położyłam się do łóżka. Mijający dzień był kolejną katastrofą. Wieść o moim zwolnieniu rozeszła się błyskawicznie, poprzez co stałam się obiektem skupiającym na sobie uwagę wszystkich pozostałych pracowników. Część z nich, na czele z Amelią Krauze, jawnie cieszyła się z decyzji naszego kierownika, a pozostali, w tym pani Jadzia, jedna z nielicznych pracownic sklepu, z którą od samego początku udało mi się złapać doskonały kontakt, wyrażała swoje niezadowolenie. Poza tym pani Jadzia, znająca moją obecną sytuację życiową, szczerze obawiała się tego, czy i jak poradzę sobie bez pracy.
Kochana, jak na ciebie patrzę, to nie umiem inaczej – mówiła, ocierając łzy z oczu, kiedy prosiłam ją, by przestała płakać. – Ja rozumiem, że każdy chce jak najlepiej i wymaga od swoich pracowników ciągłej dyspozycyjności, ale w twoim przypadku należałoby okazać zrozumienie i jakoś inaczej to wszystko rozegrać… Sama nie wiem… Mam ochotę oddać ci swoje miejsce. – Łkała, co rusz ocierając łzy chusteczką.
Pani Jadziu, niech pani nawet tak nie myśli…. Sądzę, że pani ta praca jest potrzebna, może nawet bardziej niż mnie… Pani syn jest niepełnosprawny, a mąż właśnie stracił zatrudnienie. Poza tym ja jestem młoda, dam sobie radę… – mówiłam, wpatrując się w zatroskaną kobietę. – Zresztą, to bez znaczenia, kto i jaką ma sytuację. Widocznie tak miało być, pani Jadziu, że stracę tę pracę, muszę się pogodzić z tym wszystkim…
Wiedziałam, że cokolwiek by się nie działo, dam radę. Taka już przecież byłam – silna, choć nigdy nie wierzyłam w siebie i często użalałam się nad swoim życiem.
Tym bardziej w takie dni jak ten, kiedy sterana po pracy, z głową pełną niezbyt przyjemnych myśli, wracam do domu, a tam, tak jak i poprzedniego dnia, ojciec siedzi pijany przed telewizorem i dyryguje zrozpaczoną matką próbującą zabawiać Oleńka. W takich chwilach, kiedy widziałam mojego syna patrzącego na pijanego dziadka i niejako zmuszonego przeze mnie do tego, aby spędzać z nim całe dnie, nienawidziłam samej siebie. Mój syn, tak jak i każde dziecko, zasłużył na to, aby wychowywać się w spokojnym domu, pełnym miłości, a w obecnej sytuacji to było niemożliwe, bo przecież całe dnie przebywał z babcią i oboje byli skazani na obecność tego okropnego ochlejtusa.
O, widzę, że ktoś tutaj świetnie się bawi – powiedziałam kąśliwie, wchodząc do mieszkania. – Szkoda tylko, że my nie jesteśmy w takim dobrym humorze – dodałam, patrząc wymownie na matkę.
A co sobie będę żałował – odpowiedział rozbawiony ojciec, nie przerywając oglądania.
A podanie o pracę złożyłeś? – zapytałam, choć doskonale znałam odpowiedzieć. Na pewno nigdzie nie poszedł, mimo tego, że o poranku obiecywał na wszystkie świętości, że pójdzie do wskazanej przeze mnie agencji pracy i złoży swoje CV.
Jak wyszłaś z domu, to tak się źle poczułem, że aż zostałem w domu – drwił sobie dalej, nie odrywając wzroku od jednego z tych durnych talent show, w którym tak naprawdę zwracało się uwagę na wszystko poza talentem.
Dobrze, że chociaż na chlanie piwa miałeś siły i czas…
Oj, na to zawsze jestem w pełni gotowy.
Jak tam w pracy? – wtrąciła po chwili matka. – Pewnie jesteś bardzo zmęczona. Idź do kuchni i zjedz sobie, w garnku znajdziesz zupę, a w lodówce odłożyłam dla ciebie porcję spaghetti.
Bez żadnego sprzeciwu, chcąc jak najszybciej zjeść, umyć się i położyć w łóżku, udałam się do kuchni, gdzie odgrzałam sobie jedzenie. Po kilku minutach i szybkim prysznicu byłam z Olkiem już w naszym pokoju, gdzie syn zaledwie po przeczytaniu jednej krótkiej bajki zasnął w moich ramionach, a ja właśnie wtedy włączyłam laptop i przejrzałam swoją elektroniczną pocztę. Po odpisaniu na wiadomość niejakiego Alexandra (a odpisałam mu głównie ze względu na jego imię…) leżałam i wpatrywałam się w okno, za którym rozprzestrzeniał się widok na okolicę. W oddali słychać było jeżdżące tramwaje i ten monotonny, na co dzień denerwujący dźwięk, który akurat w tej chwili koił moje nerwy.
Tamtej nocy moja głowa była pełna myśli. Nadal nie wiedziałam, jak powiedzieć matce, że właśnie straciłam pracę. Z pewnością biedaczka przejmie się tym na tyle, że nie będzie w stanie, tak ja i ja, myśleć o niczym innym. Znałam ją doskonale i wiedziałam, że pod tym względem jesteśmy identyczne – ciągłe rozmyślania to dla niej chleb powszedni. Miała wystarczająco dużo zmartwień, a u boku niewdzięcznego małżonka, któremu jak widać, wciąż nigdzie się nie spieszyło, a już szczególnie do pracy, dlatego nie miałabym serca katować jej kolejną złą wiadomością. Postanowiłam więc, że moją utratę pracy będę trzymała w sekrecie tak długo, jak będzie to możliwe. Tym bardziej, że liczyłam na to, że w najbliższym czasie znajdę jakiekolwiek sensowne zatrudnienie. W ciągu kilku najbliższych dni z pewnością udam się do dobrze znanej mi agencji i rozważę każdą z możliwych ofert, taki przynajmniej miałam plan…
Rozmyślając o nadchodzącej przyszłości, zasnęłam i obudziłam się nazajutrz z samego rana, czując na sobie rączki mojego wciąż wtulonego we mnie synka. To właśnie za to – za tę poranną bliskość i ten niezwykły, nieporównywalny do niczego innego widok śpiącego dziecka – kochałam macierzyństwo, chociaż bycie matką zupełnie odbiegało od tego wizerunku, który często kreowany jest przez media. Ilekroć widziałam, czy to w reklamach, czy w jakimś programie, matkę ubraną w nieskazitelnie czyste ciuchy, dumnie kroczącą u boku swoich dzieci, z wielkim uśmiechem na ustach, tylekroć zastanawiałam się, jakim cudem takie kobiety dają sobie radę w życiu. Bo w to, że takie istnieją naprawdę, nie wątpiłam, wszak wciąż wierzyłam w prawdziwą miłość i szczęście, jakiego można zaznać u boku drugiej osoby. Mimowolnie w takich chwilach zazdrościłam tym wszystkim idealnym matkom nie tylko ich życia, lecz właśnie bliskości ukochanego partnera, w czym doszukiwałam się powodzenia w ich życiu.
Leżąc i patrząc na beztroskiego, śpiącego Oleńka, zastanawiałam się nad tym, co nieprzerwanie trapiło mnie od dnia, w którym zerwałam z Arkiem, tracąc przy okazji siły do dalszego życia w jakimkolwiek związku.
Czy kiedykolwiek dane mi będzie zasmakować szczęścia u boku innego mężczyzny? Czy będę w stanie zagwarantować mojemu dziecku takie życie, o jakim zawsze marzyłam? Czy w czasach, w których naszą atrakcyjność wyznaczają lajki na Facebooku i Instagramie, uda mi się znaleźć mężczyznę, który zwiąże się ze mną, pomimo moich wad i tego, że mam dziecko? – zastanawiałam się, nie odrywając wzroku od syna.
To oczywiste, że Olek nigdy nie stanowił dla mnie żadnego problemu i wedle własnej oceny wciąż w głębi duszy wierzyłam w to, że w oczach innych mężczyzn jestem na tyle atrakcyjną kobietą, iż warto zwrócić na mnie uwagę. Ja i Olek stanowiliśmy nierozłączny pakiet i tak pozostanie już na zawsze.
Nocne i poranne rozmyślania wprawiły mnie w dość dobry nastrój. Niestety, kilka minut później, kiedy oboje z Oleńkiem, który w międzyczasie zdążył się już obudzić i obsypać mnie porannymi buziakami, udaliśmy się do kuchni, na widok pijanego ojca zrzedła mi mina, a mój dobry humor ulotnił się niczym kamfora. Na zegarze wybiła dziewiąta rano, a mój wspaniały ojczulek był wyraźnie wstawiony. W takich chwilach zawsze zastanawiałam się, skąd on na to picie bierze pieniądze, bo przecież nie zarabiał ani grosza… Wiedziałam jednak, że w tym wszystkim poniekąd winna jest moja mama, która pomimo tego, że wiedziała, iż nie jest to mądre posunięcie, dawała mu drobne kwoty, które ten w całości przeznaczał na zakup alkoholu. Poza tym tacy ludzie jak on zawsze znajdowali sposób na szybki i łatwy zarobek lub darmowe chlanie na umór z przypadkowymi osobami u boku…
No widzę, że nie zwalniasz tempa – krzyknęłam, rzucając w jego stronę posępne spojrzenie. – Dziewiąta rano, a ty już bełkoczesz i ledwo stoisz na nogach. Szkoda, że akurat dzisiaj nie odwiedziła nas pani Wiola i nie zobaczyła, w jaki sposób ten biedny, schorowany staruszek spędza poranki – dodałam, wspominając o jednej z pracownic Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, która odwiedzała nasze mieszkanie co jakiś czas.
Kilka lat temu psycholog szkolny, widząc mnie i mojego brata po kilkudniowej libacji ojca, po której wróciliśmy do szkoły, wyciągnęła z nas całą prawdę i z pomocą wspomnianej pani Wioli założyła ojcu tak zwaną Niebieską Kartę, dzięki której byliśmy pod stałą obserwacją osób zajmujących się niesieniem pomocy rodzinom takim jak nasza. Przez tyle lat w zachowaniu naszego ojca nie zaszły żadne większe zmiany, a już z pewnością żadne pozytywne, dlatego też pani Wioletta odwiedzała nas co jakiś czas, notując w swoim starym, wysłużonym notesie wszystko to, co jej mówiliśmy, i to, co sama była w stanie zaobserwować podczas tych kilku krótkich chwil spędzonych w naszym mieszkaniu.
Ha, ha. – Zaśmiał się. – Wy to tylko byście chciały się mnie pozbyć i żyć w luksusach.
W końcu mówisz do rzeczy!
Ale złego diabli nie biorą – dodała cicho moja mama i czym prędzej wyszła z kuchni, zabierając ze sobą Oleńka, a ja, wykorzystując tę sytuację, zrobiłam dla naszej trójki szybkie śniadanie i również udałam się do salonu, nie chcąc dłużej patrzeć na tę pijacką mordę.
No nic, ja muszę się już zbierać. O jedenastej powinnam być w pracy. – Po skończonym śniadaniu i kilkunastu minutach spędzonych na zabawie z synem musiałam zbierać się do pracy, chociaż najchętniej zostałabym w domu z Oleńkiem i zamknęła się z nim w pokoju. Niestety, musiałam wyjść i pójść do sklepu, w którym pracowałam, bo nie mogłam dopuścić do tego, aby moi najbliżsi pozostali bez jakichkolwiek pieniędzy. Tym bardziej, że wkrótce zostanę bez pracy…
I na szczęście, ku mej ogromnej radości, osiem godzin, które musiałam spędzić w sklepie, minęło zaskakująco szybko, głównie ze względu na to, że niemalże przez cały dzień rozpakowywaliśmy dostarczony towar. Praca była niezwykle męcząca, ale dzięki temu, że każdy z pracowników odpowiadał za rozpakowanie konkretnego produktu i ułożenie go nie tylko na magazynowych półkach, ale i tych znajdujących się na głównej, sprzedażowej hali, każdy z nas zajęty był sobą, co sprawiło, że nikt nie miał czasu plotkować na mój temat.
Gdy tuż przed dwudziestą pierwszą wróciłam do domu, ojciec spał w najlepsze, co tylko spotęgowało mój względnie stabilny nastrój. Dodatkowo, kiedy weszłam do sypialni, ujrzałam śpiącego syna, dzięki czemu miałam czas tylko dla siebie.
Zasiadłam więc do laptopa z chęcią usunięcia konta na portalu MeAndYou. Właśnie taki plan – chęć usunięcia tego konta – chodził za mną przez cały dzień i po kilkunastogodzinnych rozmyślaniach postanowiłam, że to zrobię. Nie było przecież sensu w posiadaniu czegoś, co i tak nie przyniesie mi żadnych korzyści, a już z pewnością nie sprawi, że poznam kogoś godnego uwagi. Po włączeniu laptopa kliknęłam w ikonkę przeglądarki i już po kilku sekundach zalogowałam się na portalu, gdzie w skrzynce odbiorczej czekało na mnie łącznie trzydzieści nowych wiadomości, w tym jedna od rzekomego Alexandra.

Tamaro,

dziękuję za szczerość. Zresztą tego właśnie spodziewałem się w odpowiedzi – szczerości i humoru, nie pytaj, proszę, skąd to wiem, bo przyznam szczerze, że... sam nie wiem… ;-) Po prostu – kiedy pierwszy raz ujrzałem twoje zdjęcie, wiedziałem, że mam do czynienia z kimś szczególnie godnym uwagi i czytając twoją nową wiadomość, cieszę się, że zdecydowałem się napisać do ciebie.
Ja też, tak samo jak i ty, dałem się niegdyś omamić sile reklamy tego portalu i chciałem być, tak jak tysiące innych osób, szczęśliwie zakochany, znajdując tutaj kobietę swojego życia. Szybko zrozumiałem, że marzenia to jedno, a prawdziwe życie to już zupełnie inna historia, niemająca nic wspólnego z takimi miejscami jak to… ;-)

Dziękuję ci również za miłe słowa i cieszę się, że jako jedyny napisałem, jak sama to nazwałaś, normalną wiadomość ;-) Czyżby dzięki temu wróciła do ciebie wiara w istnienie normalnych mężczyzn? Jeśli tak, to wspaniale – bo właśnie taki jestem na co dzień…

Spokojnej nocy, Tamaro.
Wciąż czekam na twój uśmiech.

Z pozdrowieniami,
Alexander

PS. Zawsze chciałem być rycerzem, który pewnego dnia, przyjeżdżając na białym koniu, odwiedzi pewną piękną księżniczkę…
PS2. W takim przypadku odwiedziny te z pewnością skończyłyby się porwaniem…

Przeczytałam, śmiejąc się w duchu. Wiadomość Alexandra, a już szczególnie jej zakończenie sprawiło, że na mojej twarzy wreszcie pojawił się dawno niewidziany uśmiech.
No dobrze, panie Alexandrze, to właśnie z uśmiechem na ustach odpiszę na twoją wiadomość – powiedziałam na głos, zabierając się do pisania i kiedy po chwili przeczytałam to, co ten uroczy nieznajomy miał dostać w odpowiedzi, uśmiechnęłam się ponownie.
Za moment znalazłam się w swoim wygodnym łóżku, wzięłam do ręki jedną z książek, które niedawno (z ciężkim bólem serca) kupiłam sobie w jednym z supermarketów i zaczęłam czytać, zanurzając się w cudowny świat bohaterów. Świat pełen namiętności i gorących uczuć – czyli dokładnie taki, o jakim wciąż skrycie marzyłam…





Mam nadzieję, że fragmenty zachęciły Was do sięgnięcia po książkę. Jeśli tak to mam dla Was niespodziankę.

Zapraszam Was na konkurs z  Zagubieni Adriany Rak.

Aby wziąć udział w konkursie, należy:
– zapoznać się z regulaminem rozdania -> REGULAMIN.
– odpowiedzieć na zadanie konkursowe.

ZADANIE KONKURSOWE:
Odpowiedź na pytanie:

Czy internetowa znajomość ma szansę przerodzić się w prawdziwe uczucie?

Informacje uzupełniające:
– do wygrania są dwa egzemplarze,"Zagubieni" Adriany Rak z dedykacją lub autografem autorki na życzenie zwycięzcy.
 .
– rozdanie trwa - 6- 13.11.2019
– sponsor nagrody – Wydawnictwo WasPos.
– koszty wysyłki pokrywa SPONSOR
– miło mi będzie, jeśli zaobserwujesz bloga Kocie czytanie, udostępnisz informację o konkursie na swoim blogu bądź innych mediach społecznościowych oraz polubisz fanpage wydawnictwa oraz autorki.


Serdecznie zachęcam do udziału w konkursie i życzę wszystkim powodzenia.

***
Wyniki konkursu.


Kochani bardzo dziękuję wszystkim Wam, którzy wzięliście udział w konkursie. Wszystkie odpowiedzi na pytanie konkursowe bardzo mi się podobały i uwierzcie mi, że wybór dwóch zwyciężczyń był naprawdę trudny, Ale udało się, nagrodzę, egzemplarz książki „Zagubieni” otrzymują 

Nikola Jabłońska oraz Aneta Iwaniuk.

Dziewczynom serdecznie gratuluję i proszę o wysłanie mi adresów do wysyłki nagrody na maila znajdującego się w zakładce „Współpraca i kontakt”( W mailu napiszcie proszę, czy chcecie otrzymać książkę z dedykacją imienną od autorki, autografem, czy też nie życzcie sobie żadnego wpisu)? A tych z Was, którym dziś nie udało się  wygrać, zachęcam do wypatrywania kolejnego konkursu na blogu.