czwartek, 18 lipca 2019

Jak żyć dalej, kiedy wszystko, w co w życiu wierzyłaś, okazuje się kłamstwem?

„- Nie, nie zorientuje się. Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć. W to, co im powiesz. Zaufaj mi, wiem, co mówię”.

Kochani, zapewne, gdybym teraz zapytała Was, jakie skojarzenia budzi w Was dom rodzinny, większość z Was na pewno odpowiedziałaby mi, że z miłością, ciepłem, bezpieczeństwem i wieloma innymi ciepłymi określeniami, które wznieciłyby poczucie ciepła w waszych sercach i promienny uśmiech na ustach. Tylko czy jesteście tego pewni? Czy macie pewność, że to poczucie szczęśliwej rodziny, którego doświadczyliście, będąc dziećmi i nastolatkami, nie było tylko pokazem iluzji, w który wasi bliscy chcieli, abyście uwierzyli?

Jak mówi jedno z przysłów: „Prawda, jak oliwa, zawsze na wierzch wypływa”. Tylko pamiętajcie, grzebanie w przeszłości bywa niebezpieczne. Dziś zapraszam Was, abyście wspólnie ze mną i główną bohaterką książki „Nie szukaj mnie Clare Mackintosh – Anną Johnson odkryli, prawdę, o tym, co tak naprawdę stało się z jej poukładanym światem, którego dziś już nie ma, a którego kobieta tak bardzo potrzebuje.

Życie Anny, po raz pierwszy rozsypuje się na kawałki, kiedy jej ojciec popełnia samobójstwo, skacząc z urwiska. Wówczas zrozpaczona córka, wspólnie z matką próbują odpowiedzieć sobie na pytanie, co takiego skłoniło ich bliskiego do tak drastycznego kroku. Niestety, wiele pytań zostaje bez odpowiedzi. Siedem miesięcy później świat Anny legnie w gruzach po raz kolejny, ponieważ jej matka Caroline również odbiera sobie życie. Śledztwo prowadzone w tej sprawie wskazuje na to, że był to desperacki krok zrozpaczonej żony, czego potwierdzeniem jest identyczny, jak w przypadku męża sposób popełnienia samobójstwa.

Kiedy my czytelnicy poznajemy życie Anny po tragedii, która ją spotkała, widzimy, że bardzo stara się pogodzić ze strasznymi faktami, ale nie jest to łatwe. Tym bardziej że nigdy do końca nie uwierzyła w to, że rodzice mogliby odebrać sobie życie. Brak najbliższych doskwiera szczególnie teraz, kiedy sama została matką i chciałaby móc uczyć się tej nowej roli, mogąc liczyć na wsparcie matki. Marzy o tym, aby córeczka dorastała, ciesząc się miłością dziadków. Może liczyć na wsparcie swojego partnera, jednak żałoba jest nieodłącznym elementem ich codziennego życia. Można śmiało powiedzieć, że Anna i Mark tworzą z nią swego rodzaju trójkąt. Zapewne prędzej czy później kobieta pogodziłaby się z tą bolesną, ale jednak nieodwracalną stratą, gdyby nie tajemnicza kartka, która dociera do niej dokładnie rok po śmierci matki. Trzy słowa, które na niej widnieją, nie pozwalają córce zamknąć przeszłości na zawsze. Jak się przekonacie:

„Czasami lepiej trzymać się kłamstw. Prawda mogłaby cię zabić”.

Moi drodzy, czy jesteście gotowi zaryzykować i towarzyszyć Annie w drodze do prawdy, mimo ostrzeżeń, które, ktoś jej wysyła?

Ja oczywiście bardzo gorąco Was do tego zachęcam, bo „Nie szukaj mnie” to bardzo dobry thriller psychologiczny, który czyta się z ogromnym zaangażowaniem, nie mogąc się doczekać, odkrycia prawdy. Policja jest przekonana, że to samobójstwo, Anna podejrzewa morderstwo, komu uwierzycie?

Historia ta to nie tylko dążenie do odkrycia faktycznych okoliczności śmierci bliskich nam osób. To również bolesne odkrywanie sekretów rodzinnych, które były skrywane przed Anną przez całe jej życie, a konfrontacja, z którymi niszczy wszystko, w co do tej pory wierzyła nasza bohaterka. Jak się okazuje, jej dom rodzinny od zawsze spowity był pajęczyną kłamstw i intryg. Każde dziecko wierzy w nieskazitelny wizerunek swoich rodziców, jak żyć ze świadomością, że był on tylko złudzeniem? Czy da się zrozumieć i wybaczyć? Na te wszystkie pytanie, będziecie musieli odpowiedzieć sobie już sami po przeczytaniu książki.

Jeśli o mnie chodzi, nie wiem, czy potrafiłabym wybaczyć, to czego dopuścili się rodzice Anny i jak okrutnie postąpili wobec własnej córki. Ale jedno wiem na pewno. Gdybym była na jej miejscu, wolałaby nigdy tej prawdy nie poznać.

W książce możemy dostrzec trzy główne zwroty akcji odpowiadające trzem częściom, na które została podzielona jej fabuła. Każda z tych części odkrywa nowe szokujące fakty, które mnie samą nie raz zaskoczyły. Autorka nie wykłada od razu wszystkich asów z rękawa, co dodatkowo potęguje naszą ciekawość tego, co będzie dalej, nie pozwalając nam zaprzestać lektury książki do momentu jej przeczytania. Muszę przyznać, że pomysł na fabułę książki, jest naprawdę świetny. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z podobną koncepcją. Nie znajdziecie tu powtarzalności i schematów, a zakończenie całej historii nie tylko was zaskoczy, ale również, a może przede wszystkim skłoni do wielu przemyśleń na temat waszych rodzin i tego, czy to jak je postrzegacie, jest słuszne. Aż się boje pomyśleć dokąd te przemyślenia Was zaprowadzą.
Dodatkową zachętą do sięgnięcia po „Nie szukaj mnie” niech będzie fakt, że historia, którą skrywają jej karty, inspirowana jest autentycznymi wydarzeniami.

Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić Was do przeczytania książki, Zapewniam Was, że niesamowita umiejętność skupiania uwagi czytelnika, którą bezsprzecznie posiada autorka w połączeniu z intrygującą i zaskakującą, a wręcz wprawiającą czytelnika w osłupienie i niedowierzanie fabułą sprawi, że dosłownie pochłoniecie tę książkę w kilka godzin, podczas których reszta świata przestanie dla Was istnieć.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję. 

niedziela, 14 lipca 2019

Patronat: Czekałam na ciebie - Magdalena Krauze/ Recenzja przedpremierowa.




Moi drodzy, dziś nadszedł ten długo, oczekiwany przeze mnie moment, kiedy mogę podzielić się z Wami wrażeniami po lekturze książki Magdaleny Krauze „Czekałam na Ciebie”, którą blog Kocie czytanie ma przyjemność objąć patronatem medialnym.

Ci z Was, którzy są stałymi czytelnikami mojego bloga, wiedzą, że nie podejmuję się zbyt często patronowania książkom. Wynika to przede wszystkim z tego, że ja swoim blogowym patronatom stawiam naprawdę wysoką poprzeczkę. Wychodzę bowiem z założenia, że jeśli decyduję się na promowanie danego tytułu, to muszę być absolutnie przekonana, że historia, którą skrywają karty owej książki, jest tą, którą ja mogę swoim czytelnikom z czystym sumieniem polecić.

Na pewno teraz, wiele z Was zastanawia się, co w takim razie ma w sobie akurat ta książka, co zdecydowało o tym, że jednak dołączyła ona do grona moich blogowych patronatów?

Oczywiście odpowiem Wam na to pytanie, ale pozwólcie, że potrzymam Was jeszcze chwilę w niepewności, gdyż zanim opowiem Wam o samej powieści, nie byłabym sobą, gdybym nie pokusiła się o chwilę życiowych refleksji i przemyśleń, do których oczywiście skłoniła mnie ta historia.

Kochane kobietki, dziś chciałabym się zwrócić szczególnie do tych z Was, które jesteście singelkami. Ile razy zdarzyło Wam się słuchać zwierzeń waszych koleżanek, które są, bądź były w związkach, na temat tego, jak to, one wiele przeżyły i jak duże doświadczenie w tej dziedzinie życia mają. One się ekscytowały, a Wy czujecie się gorsze. Ja sama będąc romantyczką, ze smutkiem muszę stwierdzić, że w dzisiejszym świecie niestety romantyzm został zatracony. Młode dziewczyny, czując presję, coraz bardziej spieszą się do tego, aby z kimś być, często zapominając o tym, co tak naprawdę jest istotą prawdziwego uczucia, a co gorsza zatracając w tym siebie.

Dziś wspólnie z autorką i główną bohaterką jej debiutanckiej książki - Pauliną Jabłońską spróbujemy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto nie patrząc na poglądy innych, mieć swoje zasady i czekać na prawdziwe uczucie?

Paulina jest dwudziestoośmioletnią kobietą, której życia mogłaby pozazdrościć jej nie jedna z nas. Ma satysfakcjonującą pracę w wydawnictwie kobiecego pisma, kochającą rodzinę, która zawsze służy wsparciem, dobrym słowem i pocieszeniem. Dom rodzinny to dla niej niczym bezpieczna przystań, w której może odnaleźć spokój i wytchnienie, kiedy tylko tego potrzebuje. Nieocenioną wartością są dla niej również przyjaciele, a szczególna więź łączy ją z Malwiną. Nasza bohaterka mimo swojego wieku nadal jest sama. Jednak cały czas w głębi duszy marzy o tym, by kochać i być kochaną. Nie zmienia to faktu, że ma w życiu swoje zasady, którymi się kieruje i konsekwentnie się ich trzyma.
Wie, że jej najbliżsi bardzo chcą, aby u jej boku pojawił się ktoś, kto da jej szczęście, ale ona sama mając na uwadze swój nieudany związek, jak również własne obserwacje, nie chce pochopnie wchodzić w żaden związek. Przez cały czas, w głębi serca wierzy, że gdzieś tam czeka na nią ten jedyny, który obdarzy ją prawdziwym szczerym uczuciem.

Jak widzicie, Paulina wie, czego chce i czuje, że to ona jest projektantką własnego życia. Nic bardziej mylnego. Oto nagle  los stawia na drodze kobiety kogoś, kto wywraca jej uporządkowany świat do góry nogami. Igor Gradecki, niespełniona miłość Pauliny z lat szkolnych. Chłopak, który wówczas był marzeniem każdej dziewczyny. Dawne wspomnienia wracają, ale tamte lata to już przeszłość i Paulina jest w pełni świadoma tego, że od tamtej pory wiele się zmieniło, a przede wszystkim oboje nie są już nastolatkami.

„Wtedy w szkole to chyba najbardziej kochałam Igora za to, co sobie na jego temat wymyśliłam. Chyba nie muszę Ci tłumaczyć, że nastolatka to istota o bardzo małym rozumku. Ale dzisiaj mam dwadzieścia osiem lat, a to znaczy, że jestem o co najmniej dziesięć lat mądrzejsza. Wiem, że nawet najbardziej niebieskie oczy nie gwarantują szczęścia”.
Dziewczyna ma jednak przewagę nad Igorem. Ona go pamięta, a On zupełnie jej nie kojarzy. Co więcej, Paulina chce, aby tak zostało, jak najdłużej. Jeśli jesteście ciekawi dlaczego, nie chce, aby mężczyzna skojarzył jej osobę, musicie sięgnąć po książkę, bo ja niczego Wam nie zdradzę. Tym samym podejmując taką decyzję, kobieta daje swojej młodzieńczej miłości białą, czystą kartkę, która będzie zapisywała się na nowo.

Czy Igor jest prawdziwy w tym, jak postrzega go dziś Paulina, może to tylko gra pozorów? Czy powiedzenie „Stara miłość nie rdzewieje”, znajdzie swoje potwierdzenie pomiędzy tą dwójką? O tym, musicie przekonać się już sami.


Moi drodzy w tym miejscu chciałabym zapewnić Was, że „Czekałam na ciebie” to powieść wielowątkowa i perypetie głównych bohaterów to dopiero jeden z wielu wątków, jakie w książce znajdziemy.

Kolejnym bardzo ważnym dla mnie jako psychologa problemem, o którym, nie mogłabym nie wspomnieć, a który zdecydowała się poruszyć autorka, jest problem przemocy psychicznej w małżeństwie. W ciszy i pokorze zmaga się z nim koleżanka z pracy Pauliny – Monika

Kobieta jest tłamszona przez swojego męża. Zdominowana przez niego, znosi wszelkie upokorzenia, będąc przekonaną, że dla dobra dzieci i tego, aby miały szczęśliwą rodzinę musi poświęcić własne szczęście. Mąż Grzegorz wykorzystuje potulność żony i mocno sobie poczyna jej kosztem.

„A ja zadałam sobie pytanie, czego Monika uczy te dzieci?Że szczęście można poświęcić, że życie wbrew sobie, wbrew własnym pragnieniom, to, coś dobrego? Siedząc tak nocą w mojej niewielkiej kuchni, obiecałam sobie nie godzić się na mniej, nie zaspokajać cudzych pragnień kosztem własnego szczęścia. Nawet jeśli to znaczy, że będę żyła z kotem”.

Moje drogie nigdy nie dawajcie przyzwolenia na podobne traktowanie. Pamiętajcie, musicie oczekiwać od waszych mężów, czy partnerów, szacunku i tego, aby traktowali Was na równi ze sobą
Bez tego nigdy nie stworzycie udanego związku. A wasze dzieci patrząc na to, co dzieje się w domu, przeniosą te błędne wzorce na swoje przyszłe dorosłe życie. Pamiętajcie szczęśliwa mama, równa się szczęśliwe dziecko.

Jeśli jesteście ciekawi, czy Monika wreszcie to zrozumie i znajdzie w sobie siłę, aby o siebie zawalczyć, odpowiedz, oczywiście czeka na Was w książce.

W moim przypadku nie obyło się bez łez, podczas czytania. A wszystko za sprawą wątku ciężkiej choroby, w którym ja odnalazłam dużą część tego, z czym sama również musiałam się zmierzyć. Oczywiście nie będę teraz pisać, co mam na myśli, ale czytając, na pewno domyślicie się, o co chodzi.
Powiem tylko tyle, nigdy nie możemy z góry zakładać, że wiemy, co dla osób nam bliskich będzie najlepsze. Takim przeświadczeniem możemy ich bowiem mocno zranić. Pozwólmy im samodzielnie za siebie decydować.

Jak widzicie „Czekałam na ciebie” to książka, w której naprawdę dużo się dzieje i jestem pewna, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Myślę, że odpowiedz na pytanie, dlaczego zgodziłam się rekomendować Wam tę książkę, jest już oczywista, ale niech tradycji stanie się zadość i podsumujmy sobie wszystko jeszcze raz.

„Czekałam na Ciebie” to wspaniały debiut literacki, który wciąga od pierwszej strony i tak już zostaje do samego końca. Historia, którą Magdalena Krauze oddała w ręce swoich czytelniczek, ujmuje swoją autentycznością. Ta historia mogłaby być historią każdej z nas. Wszystko to, o czym czytamy, wzbudza wiele emocji: smutek, wzruszenie, ale również nie zabraknie niepohamowanych salw śmiechu.

Nie można też pominąć bez słowa wspaniałej nad wyraz prawdziwej i wyrazistej kreacji bohaterów. Nie są oni w żaden sposób wyidealizowani. Jak każdy z nas mają swoje wady i zalety. Popełniają błędy. Cieszą się i płaczą. Jedni wzbudzają naszą sympatię, a innych mamy ochotę udusić. Nic dodać, nic ująć - samo życie.

To wszystko w połączeniu z lekkim i bardzo przystępny stylem pisania, którym posługuje się autorka, sprawia, że książkę czyta się w mgnieniu oka i żałuje się, że tak szybko się skończyła, a potem jeszcze bardzo długo nie można przestać o niej myśleć.

Zdecydowanie widać, że autorka włożyła w napisanie tej historii nie tylko całe serce, ale również ogrom pracy, co zaowocowało wspaniałą, pełną humoru, ale i cennych wartości książką, która pozwoli Wam się odprężyć i oderwać od trudów codziennego życia.

Gorąco zachęcam Was moi drodzy do tego, abyście Wy również przeczytali tę książkę.
Życzyłabym nam wszystkim, coraz więcej tak dobrych debiutów.

Pamiętajcie, swoją premierę książka będzie miała 31 lipca br., jednak już teraz można ją kupić w przedsprzedaży na stronie internetowej księgarni Empik.

Ja już nie mogę doczekać się kontynuacji, bo zakończenie tej części tak mnie, zaskoczyło, że jak najszybciej chcę wiedzieć, co będzie dalej.

Ze swej strony chciałabym serdecznie podziękować Autorce oraz wydawnictwu Jaguar za umożliwienie mi patronowania tak świetnej książce.








środa, 10 lipca 2019

Kiedy w sercu rozpęta się burza.

Moi drodzy dziś chciałabym zabrać Was ze sobą w odwiedziny do babci Kaliny i bliskich jej sercu osób, który już po raz trzeci otwierają dla nas drzwi Willi pod kasztanem. Wybrać się tam możemy oczywiście dzięki Pani Krystynie Mirek i trzeciej części cyklu „Willa pod kasztanem” - „Na strunach światła”.

Muszę się Wam przyznać, że wracałam do tego niezwykłego miejsca i jego wszystkich mieszkańców z ogromną radością i sentymentem, ponieważ ma ono w sobie wyjątkowy klimat. Tak się złożyło, że kiedy piszę dla Was te kilka słów o książce, przeżywam trudny okres w swoim życiu, a ta powieść jest dla mnie doskonałym sposobem na odrobinę wytchnienia i oderwania się od tego, co bolesne. Mając w pamięci poprzednie odsłony tej historii, byłam pewna, że cudowna babcia Kalina z otwartym sercem zaprosi mnie do swojej kuchni, gdzie unosił się będzie wspaniały zapach domowego ciasta. A uwierzcie mi w tak życzliwej i serdecznej atmosferze, w gronie przyjaciół, za których uważam bohaterów, powieści wszystkie troski w mgnieniu oka stają się łatwiejsze do zniesienia. Stało się dokładnie tak, jak myślałam, ale tego, co się dzieje u moich przyjaciół zupełnie się nie spodziewałam i kiedy podzielili się ze mną tym, co u nich słychać poczułam się naprawdę zaniepokojona. Jeśli chcecie wiedzieć, co się stało, chętnie opowiem Wam o tym, czego się dowiedziałam.

Nasza kochana seniorka zawsze służy dobrą radą, a i pysznym posiłkiem zawsze poczęstuje, z czego korzystają zarówno jej wnuczęta, jak i rodzeństwo Łaniewskich. Cały dom tętni życiem, co babcię bardzo cieszy, gdyż jeszcze niedawno stałym jej towarzyszem była jedynie cisza. W powietrzu unosi się miłość, która rozkwita, tak samo pięknie, jak jej ogród. Niestety, kiedy jedni budują szczęśliwe życie, inni cierpią.

„Na strunach światła” skupia się głównie na dwóch wątkach. Pierwszy z nich to motyw zakazanej miłości. Jeden z bohaterów, oczywiście nie zdradzę Wam, który, kocha skrycie, miłością niespełnioną w kobiecie, o której nie wolno mu nawet pomyśleć w podobny sposób, W sercu mężczyzny panuje burza emocji. Wie, że jeśli to, co czuje, wyjdzie na jaw, zniszczy wszystko, co do tej pory było dla niego najcenniejszą wartością. Podczas gdy chłopak toczy nierówny pojedynek serca z rozumem, babcia Kalina bogata w doświadczenie i mądrość życiową niepokoi się o szczęście tych, których kocha.
Ten wątek to doskonały dowód na to, jak bardzo miłość bywa przewrotna. Często bowiem pociąga nas zakazany owoc, podczas gdy pozostajemy ślepi na to, co los daje nam niemalże na tacy. Czy tym razem serce zagubionego chłopaka odnajdzie właściwy kierunek i przyniesie upragnione szczęście? Sprawdźcie sami.

Niestety problemy uczuciowe młodych, to nie jedyne troski, które trapią Kalinę. Przykro mi to pisać, ale nad willą zawisło bezwzględne widmo przeszłości obciążone wieloma niewyjaśnionymi tajemnicami, poczuciem, krzywdy i urazy, które domaga się sprawiedliwości.
Oto pewnego dnia w tak ciepłym i przytulnym miejscu, jakim jest willa, powiało chłodem do szpiku kości. A wszystko za sprawą matki Antka, która nie bawiąc się w subtelności, zjawia się w domu swojej byłej teściowej, aby przedstawić swoje racje i zażądać tego, co jej zdaniem jej się należy.
Obojętna na działania Iwony nie pozostaje również matka Bianki. Tak oto dochodzi do starcia byłej żony i kochanki i niestety, nie trudno się domyślić, że kartą przetargową w konflikcie kobiet stały się ich dzieci.

Jak widzicie, serca naszych bohaterów targane są burzliwymi emocjami. Jeśli jesteście ciekawi czy przytulne królestwo babci Kaliny ma w sobie wystarczającą moc, by na nowo wlać w serca swoich mieszkańców spokój, gorąco zachęcam do sięgnięcia po „Na strunach światła”.

Jestem przekonana, że wielbicieli twórczości autorki do lektury owego tytułu namawiać nie muszę. A tych z Was, którzy jeszcze nie czytali cyklu „Willa pod kasztanem”, zapewniam, że jest to bardzo ciepła i wciągająca historia, która skradła moje serce już w pierwszej części i ma w nim swoje miejsce do dzisiaj. To jedna z tych książek, której się nie czyta, a odczuwa. Co więcej, podczas czytania przez cały czas miałam wrażenie nie tylko tego, że jestem bardzo blisko przeżyć każdego z bohaterów książki, ale wręcz  jestem częścią kochającej się rodziny. Rodziny, która mimo nieomijających ją zmartwień, trosk i problemów, zawsze jest razem.
Za każdym razem, kiedy kończę czytać książkę i odkładam ją na półkę towarzyszy mi smutek, że muszę ich wszystkich opuścić. Tym razem jest podobnie, ale ku mojej ogromnej radości wiem, że nie było to moje ostatnie spotkanie z tym cyklem. Ja już nie mogę doczekać się czwartego tomu, a Wy, znacie ten cykl? Jeśli tak koniecznie napiszcie w komentarzach, czy podobnie jak było to w moim przypadku, skradł on również Wasze serca, a może dopiero planujecie rozgościć się w Willi pod kasztanem?

Recenzja powstała we współpracy z portalem Czytajmy polskich autorów, za co bardzo dziękuję.

Jeśli jesteście ciekawi, co pisałam na temat  jednego z poprzednich tomów cyklu, zapraszam TUTAJ.


sobota, 6 lipca 2019

Od przeszłości nie uciekniesz.

Kochani, czy pamiętacie czas swoich matur i egzaminów zawodowych? Wiem, że niektórzy z czytelników mojego bloga, właśnie w tym roku pisali swój egzamin dojrzałości, więc te emocje są jeszcze w Was bardzo świeże. Ja swoją maturę pisałam piętnaście lat temu, ale wspomnienia tamtego czasu w moim życiu nadal pozostają żywe. Nie wiem, jak, było w waszym przypadku, ale dla mojej całej klasy był to, czas, kiedy bardzo mocno się zjednoczyliśmy i staraliśmy się wykorzystać, jak najlepiej te ostatnie dni przed tym, zanim nasze drogi się rozejdą i każdy z nas patrząc odważnie w przyszłość, pójdzie własną drogą, by realizować swoje plany i marzenia.

Pewnie teraz zastanawiacie się, dlaczego akurat dziś dzielę się z Wami wspomnieniami z tamtejszych wydarzeń. Odpowiedź kryje się w książce „1000 pierwszych szeptów" Anieli Wilk, o której  chcę Wam dziś opowiedzieć.
Główną bohaterką powieści jest Lila. Maturzystka, która w momencie, kiedy my czytelnicy wkraczamy w jej życie, powinna wspólnie z koleżankami i kolegami z klasy przeżywać stres związany z tym, jakie zadania przyjdzie jej rozwiązać na teście maturalnym. Niestety może jedynie za pomocą mediów społecznościowych śledzić zmagania przyjaciół, bo sama do matury nie przystąpi. Los bowiem bardzo szybko zmusił ją do zdania znacznie trudniejszego egzaminu niż ten szkolny. W starciu z bezwzględnym przeciwnikiem, jakim stało się dla niej życie, które nigdy jej nie rozpieszczało, musiała zmierzyć się z tak wieloma problemami i troskami, że nauka zeszła na drugi plan.
Samotnie musiała patrzeć na chorobę i śmierć matki, a także przejąć opiekę nad nastoletnim bratem Markiem. Nigdy nie mogła liczyć na wsparcie nikogo bliskiego, ponieważ ojciec odszedł od rodziny, przed przyjściem Marka na świat. Przystępując do lektury książki, właśnie towarzyszymy rodzeństwu w podróży na Pomorze do domu babki ze strony ojca, który teraz ma się stać również ich domem. Dla samej Lili, taki obrót spraw jest nie lada zaskoczeniem, ponieważ za życia swojej synowej babka nie utrzymywała kontaktów z rodziną. W tym miejscu rodzą się pierwsze pytania. Dlaczego ojciec Lili i Marka opuścił rodzinę? Dlaczego babka Alicja nie interesowała się losem rodziny syna? Oczywiście dziewczyna będzie szukała odpowiedzi na te pytania. Na ten moment, ma o wiele większy problem. Po traumatycznych przeżyciach, których oboje z Markiem doświadczyli, nasza bohaterka zupełnie nie może poznać osoby brata. Chłopak wykazuje przerażające siostrę fascynacje, stał się agresywny i całkiem obcy. Lili przeraża to, co się z nim dzieje i choć bardzo się stara, nie potrafi do niego dotrzeć.
Rodzinne strony ojca są dla dziewczyny wkroczeniem w nieznane i teraz będzie musiała na nowo ułożyć swoje życie, zamykając za sobą pewien rozdział.
Szansą na nowy, lepszy początek jest dla niej Miłosz, tamtejszy leśnik, który staje na jej drodze życiowej w dość nietypowych okolicznościach.
Z czasem między tą dwójką rodzi się płomienne uczucie, ale jak się przekonacie, szansa ta może okazać się tylko niemożliwym do spełnienia marzeniem. A dlaczego? Sięgnijcie po książkę i poszukajcie odpowiedzi na jej kartach.

„1000 pierwszych szeptów” to pierwsza część cyklu i to widać od samego początku książki. Nie trudno dostrzec, że to wszystko, o czym czytamy, jest dopiero wstępem i preludium do tego, co przygotowała dla nas autorka. Aniela Wilk skupia się na tym, aby przedstawić swoim czytelnikom zarys fabuły oraz zaprezentować postacie jej bohaterów, jak również relacje ich łączące. I tak oto poznajemy Lilkę - młodą dzielną kobietę, która stara się odnaleźć utracony spokój i odzyskać kontrolę nad własnym życiem, ale ku jej rozpaczy nie ułatwia jej tego, agresywny i krnąbrny nastoletni brat Marek, o którego lęk i troska spędza siostrze sen z powiek. Babkę Alicję, kobietę mocno osobliwą, która na każde pytanie wnuczki dotyczące ojca i przeszłości rodzony odpowiada tak, by nie powiedzieć niczego znaczącego. Można przypuszczać, że ma coś do ukrycia. No i jest jeszcze Miłosz – młody pracownik straży leśnej, który choć potrafi mocno irytować nadmierną pewnością siebie, to jednak ma w sobie coś, co fascynuje Lili. On też wiele już w życiu przeszedł.

Ta część nie powie nam zbyt wiele o samej istocie perypetii czekających bohaterów, ale mocno podsyci naszą ciekawość odnośnie tego, co spotka ich w kolejnej części. A zakończenie tego tytułu wyraźnie wskazuje na to, iż przeszłość, której tak pieczołowicie chroni Alicja, powróciła ze zdwojoną siłą i może zagrozić nie tylko całej rodzinie, ale także zniszczyć wszystko, co piękne.

Ze swej strony, gorąco zachęcam Was do poznania tego, co skrywa „1000 pierwszych szeptów”. Jest to ciekawie napisana, wprowadzająca w dalszą część historii będącą obiecującą zapowiedzią wciągającej historii, która uświadamia nam, że niezależnie, od tego, jak bardzo chcielibyśmy uciec od przeszłości, jest to absolutnie niemożliwe i prędzej, czy później będziemy musieli się z nią zmierzyć. 

Ja z niecierpliwością czekam na kolejną odsłonę powieści.
A Wy czekacie razem ze mną? Znacie już ten tytuł? Jeśli nie, to myślę, że jest to ciekawa propozycja na spędzenie wakacyjnego popołudnia. Jest to niewielka objętościowo pozycja, którą z uwagi na lekki i swobodny styl pisania autorki czyta się bardzo szybko i przyjemnie, dlatego jestem pewna, że kawa przy tej książce będzie smakowała wybornie. Ostrzegam jednak, że możecie być zmuszeni wypić zimną kawę, bo książka wciąga i istnieje ryzyko, że o kawie najzwyczajniej w świecie zapomnicie.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania książka, za co bardzo dziękuję.
Zachęcam Was również do zapoznania się z pozostałymi nowościami, które przygotowała dla nas księgarnia, bo jest ich naprawdę wiele i jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie.

piątek, 5 lipca 2019

Wspierajmy młode talenty. Odrobina prywaty.




Witajcie kochani, dziś przychodzę do Was z odrobiną prywaty. Wierząc w to, że my miłośnicy literatury chętnie wspieramy także inne dziedziny kultury, chciałabym prosić Was o wsparcie dla Oliwii, utalentowanej młodej dziewczyny o pięknym głosie, która próbuje swoich sił w konkursie wokalnym.
Jeśli zaprezentowany utwór Wam się podoba, w imieniu wykonawczyni poproszę o głos. Dla Was będzie to tylko jedno kliknięcie, a dla Oliwii wielka szansa i radość. 
Wystarczy kliknąć tu 

Głosowanie trwa do 18 sierpnia br. i jest zupełnie bezpłatne. Głosować można wielokrotnie. Jednak każdego dnia konkursu można oddać tylko 1 głos.

Będzie nam miło, jeśli udostępnicie tę informację na swoich social mediach.


Z góry dziękuję:).

środa, 3 lipca 2019

Fragment: Walcząc z cieniami Aly Martinez cz. 3



Kochani wreszcie dziś doczekaliśmy się premiery książki Walcząc z cieniem autorstwa Aly Martinez, której poprzednie odsłony możecie odnaleźć na moim blogu. Z tej okazji, przychodzę do Was z , ostatnimi już fragmentani książki, po przeczytaniu których, mam nadzieję, natychmiast pobiegniecie do księgarni, aby poznać całość historii, którą skrywają karty książki.

Rozdział trzeci
Ash
– POMOCY! PROSZĘ! – KRZYKNĘŁAM, niemal taranując dobrze ubranego mężczyznę. Na gołych stopach czułam chłód betonu, a podarty sweter nie chronił mnie przed lodowatym wiatrem, który hulał po mieście.
– Wow! – krzyknął, chwytając za moje ramiona, żeby mnie uspokoić.
– Proszę. Musi mi pan pomóc. Mój ojciec… On… – przerwałam, a do oczu napłynęły mi łzy. – Muszę zadzwonić do mamy. Nie ma pojęcia, gdzie jestem. – Złapałam go za nadgarstek i owinęłam sobie jego rękę wokół ramienia, chowając twarz w jego płaszcz.
– Chwilę. – Zrobił ogromny krok w tył, przerywając ten mimowolny uścisk. – O co, do cholery, chodzi? – Zmarszczył czoło i przyglądał się mojej twarzy, szukając odpowiedzi, których nigdy nie mogłabym mu udzielić.
– O mój Boże! – szepnęłam, wyglądając zza jego ramienia. – Idzie tu. Szybko, niech pan mnie schowa!
Używając jego płaszcza, przyciągnęłam go do siebie. Jego ręce wisiały bezwładnie wzdłuż ciała. Był widocznie zdezorientowany. A ja nie. Miałam tylko jeden cel.
– Proszę, niech mi pan pomoże. Nie mogę znowu tego zrobić – załkałam.
Napięte ciało mężczyzny od razu się rozluźniło.
– Okej, okej. Uspokój się.
Zerknął na przepełniony ludźmi chodnik, po czym poprowadził mnie do zaułka znajdującego się między dwoma budynkami.
– Lepiej? – zapytał.
Jeszcze nie.
Uniosłam głowę spoczywającą dotychczas na jego klatce piersiowej. 
– Przepraszam. – Wepchnęłam dłonie do kieszeni swetra.
– Jak masz na imię?
– Danielle – odpowiedziałam, a następnie zaczęłam nerwowo przygryzać dolną wargę.
– Okej, Danielle. Ile masz lat?
– Siedemnaście. – Powiedziałabym, że mniej, ale miałam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu i biustonosz w rozmiarze siedemdziesiąt E. Już nikt by się na to nie nabrał.
– Kurde. – Głośno przełknął ślinę.
Stanęłam na placach i wyjrzałam zza jego ramienia, a jego wzrok powędrował za moim.
– Kogo szukasz?
Odchrząknęłam.
– Nikogo nie szukam. Czy mogłabym, ee… Mogłabym pożyczyć od pana telefon, żeby móc zadzwonić do mamy?
– Tak. Pewnie. – Zaczął poklepywać kieszenie swoich eleganckich spodni. – Kurczę, musiałem zostawić go w samochodzie.
– O Boże. – Znowu zaczęłam płakać.
– Nie. Nic się nie stało. Zaparkowałem niedaleko, z przodu budynku. Możemy po niego pójść. – Uśmiechnął się, więc musiałam odwrócić wzrok.
– Nie mogę tam znowu wyjść. Zobaczy mnie. Nie wie pan, co mi zrobi, jeśli mnie znajdzie. Po prostu chcę wrócić do domu. – Zaczęłam szczękać zębami. 
Zdjął swój płaszcz, po czym zarzucił mi go na ramiona.
– Pewnie jest ci zimno.
– Dziękuję – powiedziałam cicho, delikatnie się uśmiechając.
– Słuchaj, pójdę po telefon. Ty zostań tutaj przez kilka minut.
Skinąwszy głową, oparłam się o ceglany mur budynku.
– Zaraz wracam. – Wycofując się, patrzył mi w oczy. Mój Miłosierny Samarytanin ostrożnie spojrzał na dwie strony chodnika, po czym wyszedł z zaułka.
– Na pewno – wymamrotałam, zbliżając się powoli do rogu, by móc obserwować, jak się oddala.
Kiedy odszedł, zaczęłam działać.
Gdy tylko zdjęłam z siebie jego płaszcz, zaczęłam grzebać w kieszeniach swetra. Wyciągnęłam kluczyki od samochodu, które z łatwością mu zwinęłam. Szybko przeciągnęłam po nich rękawem, by usunąć lub przynajmniej rozmazać wszystkie odciski palców, a następnie upuściłam je na ziemię, obok jego płaszcza.
Wydawał się miły. Przynajmniej tyle mogłam dla niego zrobić.
Czułam cholernie silne poczucie winy, lecz nawet nie obejrzałam się za siebie; ruszyłam szybko w przeciwnym kierunku. Biegłam zygzakiem kilkoma bocznymi ulicami, po czym w końcu się zatrzymałam, wyciągnęłam jego telefon i wpisałam numer ojca.
Po rozbrzmieniu jednego dzwonka, warknął:
– Gdzie ty jesteś?
– Róg Price i Czternastej. – Rozłączyłam się.
Minęło kilka minut, zanim sedan ojca wtoczył się i zatrzymał przede mną.
– Co ci tak długo, do cholery, zajęło? Jest spora szansa, że odmroziłam sobie kilka palców u stóp – oznajmiłam gniewnie, wchodząc do samochodu i wsuwając na stopy klapki z podobizną Oskara Zrzędy, które tam na mnie czekały. – Przypomnij mi raz jeszcze, dlaczego musiałam wyjść na bosaka?
– Według najnowszych badań mężczyźni chętniej pomagają kobietom, które są bose. Masz. – Podał mi duży, plastikowy kubek pełen wody.
Znałam procedurę. Wrzuciłam swojego nowo zdobytego iPhone’a do środka. W ciągu kilku sekund ekran zrobił się czarny.
Płakałam nieco za każdym razem, kiedy musieliśmy niehumanitarnie uśpić tak piękną bestię. Mogłabym dać temu telefonowi wspaniały dom w swojej tylnej kieszeni spodni. Bardzo by się cieszył przy wysyłaniu moich tweetów. Mogłam niemal wyobrazić sobie jego zachwyt, gdy pomagałby mi w tworzeniu memów z kotami. Niestety dla mnie i błyszczącego malca, telefony komórkowe można było namierzyć. Więc niezależnie od tego, jak wiele z nich udawało mi się podwędzić, wszystkie czekał ten sam los.
– Ash, nie patrz tak na mnie! Wkrótce załatwimy ci nową komórkę – skłamał.
Codziennie słyszałam tę i wiele innych obietnic. Same kłamstwa. Nigdy nie miałam dostać nowego telefonu, nie po tym, jak oddał mój swojej pięknej, nowej żonie. Tej szmacie.
– Proszę. Chcesz ten? – Zakręcił w palcach tanim, przeznaczonym do jednorazowego użytku telefonem z klapką.
Przewróciłam oczami.
– To wspaniała oferta, ale z niej nie skorzystam – odparłam sarkastycznie, a on zachichotał.
– Dobra. Co jeszcze masz dla mnie? – zapytał, zacierając ręce.
Zaczęłam grzebać w kieszeniach swojego swetra.
– Zegarek.
Podniósł go, żeby mu się przyjrzeć.
– No weź, Ash. To podróbka!
– Ojej. Przepraszam, ojczulku. Może sam powinieneś mataczyć? Czy są jakieś badania informujące o tym, jak mężczyźni reagują na facetów z włosami zaczesanymi na część głowy z łysiną? Powinniśmy spróbować. – Uśmiechnęłam się krzywo.
– Nie waż się mówić do mnie takim tonem. Chyba że chcesz przeprowadzić się do Minneapolis. – Uniósł brew.
– Co? Nie! – krzyknęłam. – Powiedziałeś, że możemy zostać w Tennessee.
– To przestań mi truć dupę. Tu nie jest tanio. Jeśli chcesz tu zostać, musisz przynosić mi coś lepszego niż podróbki rolexów. I nawet nie udawaj, że tego nie zauważyłaś, kiedy obrałaś tego kolesia za cel.
Zacisnęłam zęby.
Och, zauważyłam. Właśnie dlatego go wybrałam. Nie byłam złą osobą. Pewnie, byłam złodziejką, ale brałam tylko to, czego potrzebowałam, żeby udobruchać ojca. Nienawidziłam okradać ludzi, szczególnie tych miłych, którzy, jak się zdawało, naprawdę się o mnie martwili. Na zewnątrz był okropny ziąb, a ten nieznajomy okrył mnie swoim płaszczem. W przeciwieństwie do mojego ojca, który zabrał mi buty i wypchnął z samochodu dwie przecznice dalej.
Nie chciałam okradać ludzi, jednakże byłam gotowa zrobić wszystko, byle tylko nie musieć się znowu przeprowadzać.
Piętnaście lat. Dwadzieścia dwa domy. Cóż, dom może być nadużyciem tego słowa. Pewnie, mieszkaliśmy w domach. Ładnych. Dużych. Ale mieszkaliśmy też w przyczepach, mieszkaniach i, więcej niż raz, w naszym samochodzie. Oszukiwanie ludzi nie zapewniało stałego dochodu.
Sięgając do kieszeni, wyjęłam z niej resztę rzeczy mężczyzny.
– Proszę.
– Dobra dziewczynka! – Wyrwał mi z rąk portfel oraz wizytownik. – Gdzie są jego kluczyki od samochodu?
– Nie wiem. – Wzruszyłam ramionami, z zakłopotaniem wyglądając przez okno.
– Cholera, Ash! – wybuchnął.
– Był miły! Zabrałam mu portfel! Nie miałby jak zapłacić za taksówkę!
– Tak? Biedaczyna. Może napisz do niego list z przeprosinami?
Nie najgorszy pomysł, ale byłam całkiem pewna, że ojciec miał coś zupełnie innego na myśli.
– Kiedy wylądujesz w pierdlu! – dokończył. – Były na nich twoje odciski palców. Jak cię złapią raz, to będą mogli cię wrobić w każdego innego dupka, którego obrobiłaś!
– Nie! Wytarłam je.
– Cóż, dla twojego dobra, mam nadzieję, że zrobiłaś to dokładnie! Skończ z zostawianiem tych pieprzonych kluczyków! – Uderzył otwartą dłonią w kierownicę.
– To niegrzeczne. I tak nic z nimi nie robimy. Po prostu wyrzucamy je do śmieci.
– Teraz posłuchasz mnie bardzo uważnie. – Gdy tylko wyjechaliśmy z miasta, zjechał na pobocze. – Twoim zadaniem jest zabieranie wszystkiego, co mają w kieszeniach. I tyle. Jeśli twoje dłonie czegoś dotkną, to wraca to z nami do domu. Rozumiesz?
Przewróciłam oczami.
A on swoje zwęził.
– Wiesz co? Może Minneapolis byłoby dla ciebie dobrą odmianą.
Tymi słowami zwrócił moją uwagę.
– Nie!
– Zaczynasz robić się nieuważna, Ash. – Zrobił wdech przez zęby, siorbiąc przy tym. Od tego dźwięku zrobiło mi się niedobrze. – Odmiana jest dokładnie tym, czego ci trzeba. – Ruszył znowu w drogę, cholernie opanowany.
Jednak ja byłam wściekła.
– Dobra! Zacznę brać kluczyki!
– Nie. Za bardzo przyzwyczaiłaś się do mieszkania tutaj. Każdego łatwo tu obrobić. Potrzebujesz wyzwań, jakie oferuje większe miasto.
– Tato! Nie. Przysiągłeś, że zostaniemy tu cały rok. A minęły dopiero trzy miesiące!
– Nie mogę tak ryzykować i zostawiać twoje odciski palców w całym tym cholernym mieście. Poza tym mam robotę w Minnesocie. Mogłaby nas na jakiś czas ustawić.
– W przyszłym tygodniu zaczyna się szkoła! Obiecałeś, że po świętach będę mogła się do niej zapisać.
– A wiesz co? Czasami sprawy się spieprzą i nie chcą iść po naszej myśli. – Sięgnąwszy w moją stronę, otworzył schowek, wyciągając z niego wykałaczkę i wtykając ją sobie do ust. Czułam nieodpartą potrzebę wbicia mu jej w oko. – Szczególnie kiedy wracasz z pięcioma stówami oraz pieprzonym etui na wizytówki.
Nie wiedział, że miły facet, którego dopiero co obrobiłam, miał w swoim portfelu, oprócz pięciuset dolarów, także kartę ubezpieczenia społecznego. Nie wiedział też tego, że wyjęłam ją niepostrzeżenie, kiedy sprawdzał zegarek. Prawdopodobnie dzięki mnie ten biedny palant nie zmarnuje trzech lat swojego życia, próbując odzyskać swoją tożsamość po tym, jak mój ojciec skończyłby jej używać. Ale… był miły.
– Dupek – wymamrotałam pod nosem. Chociaż ani trochę nie byłam cicho.
– Po prostu daj sobie z tym spokój, Ash. Zmieniłem zdanie. Nie sądzę, żeby szkoła do ciebie pasowała. Poza tym co ty, do cholery, wiesz na temat algebry?
– Nic! – krzyknęłam. – Nic nie wiem na temat algebry, angielskiego ani historii, a ciebie to nie obchodzi. To cholerny cud, że potrafię chociaż czytać i pisać.
– Och, daj, kurde, spokój. Ciągle siedzisz z nosem w jakiejś książce. Poza tym zdobyłem dla ciebie komputer, żebyś mogła zacząć lekcje online. Przestań dramatyzować. – Wrócił do wyglądania przez okno.
– Nie zdobyłeś dla mnie komputera. Ukradłam go! Dziewięćdziesięcioletniemu staruszkowi, któremu kupiły go wnuki, żeby mogły codziennie rozmawiać z nim na Skypie, ponieważ bardzo za nim tęskniły.
– O czym ty, kurwa, gadasz? – Zaśmiał się. – Miał sześćdziesiąt pięć lat i pełno kasy. Jego wnuki go nienawidziły.
– Nie wiesz tego! Mogłabym mieć rację. – Skrzyżowałam ręce na piersiach, ostentacyjnie wydymając usta.
– Nie, nie mogłabyś. A skąd niby, do cholery, miałem klucze do jego domu? Jego syn, kryminalista, zapłacił mi, żeby mu zwinąć ten komputer. Zanim udekorowałaś to urządzonko naklejkami ze szczeniaczkami, było w nim sporo ciekawych informacji.
Nieważne. Wolałam swoją historię.
Znowu wróciłam do poprzedniego tematu.
– Nie zamierzam się przeprowadzać.
– Debbie w tym momencie pakuje twoje graty.
– Nie – wykrztusiłam.
– Nie stać nas na to, żeby zostać. Gdybyś przyniosła mi coś naprawdę pożytecznego, moglibyśmy przetrwać jeszcze kilka tygodni, ale wizytówkami nie zapłaci się za wynajem.
Tennessee było naprawdę do dupy. Nie miałam tu żadnych przyjaciół i spałam na kanapie w jednopokojowym mieszkaniu, w którym roiło się od mrówek. A jednak oddałabym kompletnie wszystko, żeby tu zostać. To tutaj ojciec po raz pierwszy na serio rozważał posłanie mnie do szkoły. Nienawidziłam jego żony, a ona, całe szczęście, odwzajemniała moje uczucia. Była tak zdesperowana, żeby się mnie pozbyć, że tak właściwie przekonała starego, że szkoła dobrze by mi zrobiła. Nie eksperymentowałam ze swoją seksualnością, ani nic, ale gdy w końcu się zgodził, chciałam ją powalić i zacząć ujeżdżać.
Od kiedy pamiętam, błagałam ojca, żeby pozwolił mi pójść do szkoły. Lecz zawsze odpowiadał stanowczym „nie”. Przez lata karmił mnie tonami gównianych wymówek, jednak ja znałam prawdę. Wszystko sprowadzało się do zostawiania za sobą śladu w postaci dokumentów. Ray Mabie użył już stu różnych tożsamości. Bardzo rzadko zdarzało się, żeby korzystał z własnej. Jednakże jeśli Ash Victoria Mabie zapisałaby się do szkoły publicznej, musiałby dostarczyć jakiś dokument. Boże, zabiłabym, żeby móc pójść do szkoły, gdzie chodzą dzieciaki w moim wieku. Słyszałam, że nastoletnie dziewczyny to suki, ale z chęcią przekonałabym się o tym na własnej skórze. Nie mogły być aż takie złe. Cholera, ja byłam całkiem ekstra. Na pewno znalazłyby się jakieś laski podobne do mnie.
Wzięłam głęboki wdech i wsunęłam rękę do kieszeni, dotykając karty ubezpieczenia społecznego, która, wiedziałam to na pewno, podarowałaby mi więcej niż tylko kilka dodatkowych tygodni. Zaczęłam ją wyciągać, ale zatrzymałam się, kiedy przypomniałam sobie delikatny uśmiech mężczyzny. Miłosiernego Samarytanina, który zaoferował mi – nieznajomej w potrzebie – swój płaszcz. Nie musiał tego robić. Mógł się odwrócić i ruszyć w przeciwną stronę, tak jak wielu innych zrobiło tego dnia.
Cholera. Dlaczego musiał być taki miły?
– Nienawidzę cię – wymamrotałam, opuszczając szybę i wyrzucając kartę ubezpieczenia społecznego na pobocze.
– Co to, do cholery, było? – zapytał ojciec.
– Papierek po gumie. Chcesz? – Podrzuciłam opakowanie gumy do żucia, które schowałam w dłoni.
Przyjrzał mi się z uwagą.
– Guma, hę?
– Tak – odpowiedziałam, po czym zrobiłam balon, który głośno pękł.
– Nie śmieć – zganił mnie.
Roześmiałam się. Ten mężczyzna wysłał mnie bezbronną na ulicę, ale przeszkadzał mu papierek po gumie na poboczu. Do diabła z jego córką, ale lepiej nie ingerować w kruche środowisko.
Pieprzyć takie życie.

Rozdział czwarty
Flint

Osiem miesięcy później…

– MUSZĘ SIĘ STĄD zmyć – oznajmiłem, jakby przetrzymywano mnie w czeluściach piekieł. I według mnie naprawdę tak było.
Szczyciłem się swoim logicznym myśleniem oraz zrównoważeniem. Lubiłem planować, analizując każdy detal. Czasami zakrawało to na obsesję. Ale wtedy, gdy z moich ust wyszły te słowa, podjąłem pochopną decyzję. Zrobiłem to w chwili, kiedy przyłapałem swojego brata na niewinnym całowaniu swojej żony, która trzymała ich dziecko. Miał do tego pełne prawo, a ja miałem pełne prawo odejść i nie musieć już tego oglądać.
Till z Elizą z całych sił starali się sprawić, żebym dobrze się poczuł w ich nowym domu. I każdy mógłby uznać, że świetnie im się to udało. Dom zupełnie nie przypominał zapyziałej nory, w jakiej dorastaliśmy. Powinienem być zachwycony, a czułem się przytłoczony w tej wartej prawie półtora miliona rezydencji. Pewnie, specjalnie dla mnie wybudowano pokój uzupełniony w przylegającą siłownię – spełnienie marzeń każdego fizjoterapeuty – oraz w pełni dostosowaną do potrzeb osób niepełnosprawnych łazienkę. Miałem wolność, o jakiej większość ludzi znajdujących się w mojej sytuacji mogła tylko pomarzyć.
A jednak czułem się jak więzione zwierzę.
– Okej – powiedział zaskoczony Till. – Dokąd chcesz się zmyć? – Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i zaczął mi się uważnie przyglądać.
Gdziekolwiek, byle nie było to miejsce, gdzie pieprzysz kobietę, którą kocham.
– Do college’u – odpowiedziałem. – Czuję się lepiej, a już i tak jestem semestr do tyłu. Jestem gotowy zacząć studia.
Eliza uśmiechnęła się sztywno, przekładając swoją pięciomiesięczną córkę z jednego biodra na drugie.
– Możesz chodzić do college’u i tu mieszkać. To tylko piętnaście minut drogi stąd.
Pieprzyć. To.
– Mają akademiki z dostępem dla wózków inwalidzkich – powiedziałem, nie patrząc jej w oczy.
Tak. I trzeba czekać rok na pokój w tym akademiku.
– To chyba nie najlepszy pomysł, Flint. W stu procentach jestem za tym, żebyś zaczął szkołę, ale dopiero co zatrudniliśmy nową fizjoterapeutkę. – Till uniósł brwi i posłał mi kpiący uśmiech. – Myślałem, że lubisz Mirandę.
Och, dobrze wiedział, że ją lubię. Kilka tygodni temu przyłapał mnie na pieprzeniu jej. Jednak nie wiedział o tym, że ta dziewczyna jest hardcorową naciągaczką. Wystarczyło jej jedno spojrzenie na dom i niemal uklękła, gdy tylko wjechałem do pokoju. Lecz ona nie chciała mnie. Chciała pieniędzy, które, jak zakładała, zdobędzie, gdy dobierze mi się do spodni. Te cotygodniowe fizjoterapie zazwyczaj przynosiły korzyść tylko mojemu penisowi. Tak właściwie Till wynajął dla mnie prostytutkę z dyplomem ukończenia studiów.
Jednakże ponieważ byłem tak nieszczęsnym sukinsynem, to znając mojego brata, w ogóle nie obchodził go fakt, iż wydaje pieniądze na zaspokajanie mnie. Chociaż z pewnością zainteresowałoby go to, gdyby wiedział, że dwie minuty po tym, jak wyszedł z pokoju po przyłapaniu mnie i Mirandy na seksie, musiałem nazywać ją Elizą, żeby móc dojść. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają.
Chyba jakiś ignorancki dupek wymyślił powiedzenie „czas leczy rany”. Z mojego doświadczenia wraz z upływem czasu wszystko stawało się gorsze. Chociaż robiłem ogromne postępy we wracaniu do zdrowia, to nadal tkwiłem w miejscu ze swoimi bezużytecznymi nogami oraz doskwierającą obsesją na punkcie żony brata. Odwiedzenie Elizy w szpitalu, gdy urodziła się Blakely, niemal mnie zabiło. Więc zrezygnowałem ze wszystkiego, co robiliśmy jako rodzina. W dniu, kiedy mojemu bratu wszczepiono implant ślimakowy, dzięki któremu znów mógł słyszeć po raz pierwszy od ponad roku, odmówiłem pójścia z nim na ten zabieg. Zacząłem uskarżać się Tillowi na ogromny ból, więc szybko przestał mnie namawiać. Eliza wiedziała, że skłamałem, a ja wiedziałem, że łamię jej tym serce. Brat zasłużył na to, żeby znowu słyszeć, ale ja nie mogłem po prostu siedzieć i patrzeć, jak napawa się tym wszystkim.
Z każdym dniem odczuwałem coraz więcej i więcej goryczy wobec niego.
To nie było fair.
To nie było w porządku.
A jednak chciałem, by zapłacił za każdą cząstkę szczęścia, na którą tak ciężko pracował.
Jakimś cudem, w tym swoim pokrętnym umyśle, zacząłem nienawidzić jedyną osobę, której chociaż trochę na mnie zależało. I tu nie chodziło tylko o Elizę. Szczerze mówiąc, nie byłem pewien, o co mi chodziło. Po prostu Till Page miał życie, za jakie bym zabił, jednak przez jeden pierdolony pocisk nigdy nie mógłbym nawet próbować walczyć o coś takiego.
Mieszkanie z nimi pogarszało sprawę. To było wyczerpujące. Jak tylko opuszczałem swój pokój, zmuszałem się do przybrania cholernie sztucznego uśmiechu i udawania, że nie chciałem uderzyć Tilla za każdym razem, gdy chociażby wpadłem na niego w kuchni, kiedy robiłem sobie pieprzoną kanapkę.
Jego kuchni.
Potrzebowałem własnej cholernej kuchni. I, skoro już o tym mowa, własnej kobiety.
Mój penis był sprawny; przynajmniej tyle miałem. Chociaż dziewczyn raczej nie podniecała wizja bycia z połową faceta. Pieprzyć je. Tak naprawdę pragnąłem tylko jednej, lecz nie mogłem z nią być z powodu o wiele większej bariery niż mój wózek. Ta bariera miała ponad metr dziewięćdziesiąt i ważyła sto trzynaście kilogramów.
Wolałem się wyprowadzić dla dobra wszystkich, jednak gdy wpatrywałem się w zatroskane oczy Tilla, którymi spoglądał na mnie z drugiego końca pokoju, wiedziałem, że on wolał, żebym został. Właśnie to robi z ludźmi obowiązek. A ja stałem się właśnie tym.
– Flint, po prostu zostań tu jeszcze trochę. Możesz pójść do college’u, ale chyba najbezpieczniej będzie, jeśli się nie wyprowadzisz – oznajmił.
– Nie! – krzyknąłem. – Kurwa, nie powstrzymasz mnie! – Podjechałem na wózku do przodu, zatrzymując się kilka centymetrów od swojego starszego brata. Byłem od niego wyższy o pięć centymetrów, lecz musiałem patrzeć w górę niczym proszące dziecko, za które, najwidoczniej, nadal mnie miał. – Wyprowadzam się. Nie proszę cię o zgodę. Po prostu cię o tym informuję.
Z wściekłością zmierzył mnie wzrokiem, a ja odważnie zrobiłem to samo. Od kiedy skończyłem ćwiczyć w On The Ropes sporo schudłem, więc był cięższy ode mnie przynajmniej o dwadzieścia kilogramów, choć jeśli chodziło o złość, nie miałem sobie równych. Till mógł co najwyżej pomarzyć o zebraniu w sobie takiej ilości gniewu.
– Mam prawie dziewiętnaście lat. Nie. Możesz. Mnie. Powstrzymać – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
– Flint, skończ – poprosiła stojąca u jego boku Eliza.
Ani na chwilę nie oderwałem wzroku od brata, ale byłem pewien, że łzy płynęły po jej policzkach. Jednak już mnie to nie obchodziło. To Till powinien się nią zająć. Nie ja.
Nie. Ja.
– Masz rację. – Zaczął skubać dolną wargę za pomocą palca wskazującego oraz kciuka. Robił tak zawsze, gdy się denerwował, więc ten gest oznaczał moje zwycięstwo. – College dobrze ci zrobi. Kiedy się przeprowadzasz? – Owinął rękę wokół ramion Elizy i pocałował ją w czubek głowy.
No i proszę.
Odwracając od nich wzrok, odpowiedziałem:
– Dzisiaj wieczorem.
– Co? – zapytała Eliza, robiąc głęboki wdech.
– Zostanę na kilka dni u kolegi. A potem zobaczę, czy Slate będzie mógł przyjść i pomóc mi przenieść moje rzeczy.
– Flint, co się tu, do cholery, dzieje? Rozumiem, że chcesz zacząć studia. Ale dlaczego tak nagle zaczęło ci się spieszyć, żeby się wyprowadzić? – zapytał Till.
I zanim mogłem się powstrzymać, szybko spojrzałem na Elizę. Równie prędko odwróciłem wzrok, próbując ukryć swoje niezamierzone wyznanie, lecz zanim miałem ku temu szansę, opuściła ramiona. Może ona nie była mi przeznaczona, jednak sposób, w jaki jej podbródek zadrżał, gdy spoglądała w dół, na podłogę, zdecydowanie był przeznaczony dla mnie. A ja nienawidziłem siebie za to.
– Nie wiem. Po prostu mam dość siedzenia cały czas w domu.
Przechylił głowę, nie do końca przekonany.
– A kiedy zaczynają się zajęcia?
– W poniedziałek. – Zgadywałem. Za cholerę nie wiedziałem, kiedy się zaczynają, ale z radością wcisnąłbym mu jakiekolwiek gówno, żeby jak najszybciej móc się stąd wydostać.
– I jesteś co do tego pewien? – zapytał.
– W stu procentach.
Wzdychając, złapał się za kark.
– Okej, ale jeśli zmienisz zdanie, możesz w każdej chwili wrócić. Zaraz wypiszę ci czek. Przedpłata czesnego za pierwszy rok i za twój pokój. Resztę wydaj na książki. Co miesiąc będę przelewał ci na konto pieniądze na jedzenie oraz inne pierdoły. – Wypuściwszy z objęć Elizę, zaczął wychodzić z pokoju.
– Oszalałeś? Nie zamierzam brać od ciebie pieniędzy!
Zatrzymał się i odwrócił do mnie.
– Słucham?
– Nie wezmę od ciebie pieniędzy. W żadnym wypadku.
– Oczywiście, że, kurwa, weźmiesz!
– To twoje pieniądze. Nie moje. Wydaj je na swoją żonę i córkę. Sam mogę opłacić college.
– Masz rację. To moje pieniądze, na które cholernie ciężko pracowałem, bo chciałem utrzymać swoją rodzinę. Ty jesteś jej częścią – odgryzł się.
– Niestety – wymamrotałem.
Powiedziałem coś dziecinnego, a do tego nie była to prawda. Jednak jedynie te słowa wpadły mi do głowy. Chciałem go zranić. Jednakże stał na drugim końcu pokoju, więc tylko Eliza je usłyszała.
– Flint! – zganiła mnie, ocierając łzy i prostując ramiona.
Kurwa. Znałem to spojrzenie. Wiedziałem, że nie wróżyło ono nic dobrego.
– Till, zabierz Blakely i pójdź po ten czek. Pomogę Flintowi spakować część jego rzeczy. – Uśmiechnęła się słodko, co, całkiem szczerze, cholernie mnie przeraziło.
Brat również musiał poznać to spojrzenie, bo przejmując od niej dziecko, ugryzł się w wargę, żeby ukryć śmiech.
Mniej niż sekundę po tym, jak wyszedł z pokoju, Eliza zaczęła mnie ganić.
– Skończyłeś już? – skrzyżowała ręce na piersiach.
– Taaa. – Nie chcąc słuchać jej kazania, zacząłem wykręcać koła wózka. Lecz zanim udało mi się całkiem odwrócić, podniosła stopę i z całej siły uderzyła nią w hamulec wózka.
– Nie skończyłeś.
– Och, nie? – Zaśmiałem się gorzko, przewracając oczami. Zwolniła hamulec, więc znowu zacząłem odjeżdżać, jednak ona planowała coś innego.
Stanąwszy przed moim wózkiem, zaczęła mierzyć mnie groźnym wzrokiem. Pochyliła się, kładąc dłonie na moich udach.
– Pocałuj mnie.
– Co? – zapytałem, odchylając się.
– Kochasz mnie, nie? To dlatego się wyprowadzasz, prawda? W takim razie pocałuj mnie. Kto wie? Może mi się spodoba. – Wzruszyła ramionami i przybliżyła się jeszcze bardziej.
Wyobrażałem sobie całowanie Elizy przynajmniej milion razy.
– Wow, Elizo. Nie sądziłem, że jesteś zdolna do zdrady.
– To nie zdrada, ponieważ nic bym nie poczuła.
Znowu się zaśmiałem, starając się ukryć dziurę, jaką jej słowa wywierciły w mojej duszy.
– No, skoro tak to ujmujesz.
– W takim razie powiedz mi, dlaczego się wyprowadzasz – zażądała, nie cofając się.
– Mówiłem. Chcę pójść na studia. Poza tym mam dość tego, że cały czas się mną zajmujecie. Muszę zrobić to sam.
Och, i dlatego, że chcę powyrywać ręce mojemu bratu za każdym razem, kiedy cię dotyka.
– Gówno prawda. Wyprowadzasz się przeze mnie.
– Schlebiamy sobie dzisiaj, co? Nie wszystko kręci się wokół ciebie.
– Świetnie zdaję sobie z tego sprawę, jednak tym razem tak jest – wysyczała. – Kocham cię, Flincie Page’u. I ty z pewnością też mnie kochasz, ale nie tak, jak ja ciebie. Jeśli dzięki pocałunkowi zobaczysz, że się po prostu we mnie zauroczyłeś, to jestem w stanie się poświęcić.
– Poświęcić się? Chryste, umiesz zrobić nastrój – stwierdziłem sarkastycznie, choć spojrzałem na jej usta.
Pieprzyć to.
Nagle złapałem ją za kark, przyciągając niesamowicie blisko siebie. Otworzyła szeroko oczy i choć podbródek jej zadrżał, nie cofnęła się.
Latami wzdychałem za Elizą, lecz gdy jej usta znalazły się mniej niż centymetr od moich, uderzyła mnie przytłaczająca rzeczywistość, że nigdy z nią nie będę. Mogłem pocałować ją raz, jednak nigdy nie mógłbym liczyć na więcej. Powinienem to zrozumieć, kiedy brała ślub z moim bratem, ale prawdę pojąłem dopiero wtedy, gdy strach i obawa pojawiły się na jej pięknej twarzy.
Poczułem ukłucie w klatce piersiowej, ponieważ w końcu postanowiłem o niej zapomnieć. Wpatrywała się we mnie, prosząc swoimi błyszczącymi, ciemnoniebieskimi oczami, a pojedyncza łza zaczęła płynąć po jej policzku.
Kurwa. Ta jedna pieprzona łza mnie zniszczyła.
To był koniec.
Z tą świadomością moja złość zniknęła, pozostawiając mnie obnażonym oraz słabym. Nie mogłem nawet zatrzymać prawdy wypływającej z moich ust.
– Nie wiem, co robić. Stałem się zgorzkniały, Elizo. Przez większość czasu nawet nie wiem dlaczego. To znaczy, jasne, jest ta oczywista rzecz. – Spojrzałem na swoje nogi. – Ale, Boże, tu chodzi o wiele więcej. Kocham cię, więc jego zaczynam nienawidzić. A jednak jest też moim bratem, więc nienawidzę również ciebie tak cholernie bardzo za to, że też go kochasz.
– Nie kochasz mnie, Flint – wyszeptała.
– Nie mów tak! Nie wiesz tego! – wrzasnąłem, po czym zamilkłem. – Po prostu muszę opuścić to miejsce.
– Okej. W takim razie nie zamierzam z tobą walczyć. Jeśli chcesz się wyprowadzić, to w porządku. Jednak czuję, że nie zamierzasz tu wracać. – Kucnęła przede mną i mocno, aż do bólu, ścisnęła moją dłoń. – Musisz mi przysiąc, że twój adres nie zmieni się na stałe.
– Nie mogę… – Przerwałem.
– Nie musisz być w pobliżu mnie, jeśli nie chcesz, ale, proszę, nie rób tego Tillowi i Quarry’emu. – Jej głos stał się piskliwy.
Cholera, jaki ze mnie kutas.
– Tu nie chodzi o ciebie, Elizo. To znaczy, częściowo tak, tylko… kurwa. Tonę. Każdy jest taki szczęśliwy. Till prowadzi teraz klub razem ze Slate’em. Quarry powala na deski wszystkich z ligi boksu amatorskiego. A ja… siedzę na trybunach i patrzę.
Puszczając moją dłoń, zbliżyła się do mnie jeszcze bardziej. Przyłożyła dłonie do mojej twarzy i powiedziała:
– Nie siedzisz na trybunach, Flint. Po prostu się przystosowujesz. Wkrótce znowu będziesz na ringu.
– Nie mów tak – wyszeptałem. – Nigdy już nie wejdę na ring. Oboje dobrze o tym wiemy.
Pokręciła głową, nie zgadzając się ze mną, ale nie powiedziała swojego kłamstwa na głos.
– Boże, prawie cały ostatni rok dla ciebie cholernie ciężki. Nie możesz się spodziewać…
Przerwałem to, co z pewnością zamieniało się w motywacyjną gadkę.
– Po prostu spójrzmy na to realistycznie.
Westchnęła i oparła łokcie na moich bezużytecznych udach.
– Może masz rację. Chociaż mnie to zabije, to muszę przyznać, że wyprowadzka i rozpoczęcie nowego życia może nie być najgorszym pomysłem. Zawsze byłeś nerdem. – Droczyła się ze mną, choć w oczach miała łzy. – College to świetny pomysł.
Boże, była cudowna. I tylko z tego powodu wypaliłem:
– Ty też miałaś rację. To jest pożegnanie.
Jej ciało zesztywniało. Nienawidziłem oglądać tego słownego policzka, który jej wymierzyłem, ale jeśli istniała kiedykolwiek jakaś zasługująca na prawdę kobieta, to była nią właśnie ona.
– Muszę zacząć wszystko od nowa, a tutaj jest to niemożliwe. Chcę znaleźć pomysł na siebie, skoro tak wygląda moja nowa rzeczywistość – powiedziałem. Z pewnością założyła, iż mówiłem o swoim kalectwie. Nie mogę powiedzieć, że się myliła. Chociaż nie miała też racji. Tak duża część mojego życia była z nią związana. Nie do końca wiedziałem, jak teraz ruszyć do przodu.
Jednak chciałem tego spróbować.
– Wiem. – Pociągnęła nosem, wstając. – Okej. Koniec beczenia. To dla twojego dobra. – Robiąc głęboki wdech, otarła swoje łzy.
Wtedy się wyprostowała.
Kurwa.
– Chciałabym, żebyś przyjął czek od swojego brata – oznajmiła stanowczo.
– Nie mogę. Till sam na wszystko zapracował. A ja jestem teraz dorosłym facetem. Chcę zrobić to samo.
– Może i jesteś „dorosłym facetem” – te słowa opatrzyła cudzysłowem – ale jesteś też jego młodszym bratem. Flint, on pogrążył się w ciszy, bo chciał zarobić wystarczającą ilość pieniędzy i móc wypisać ci taki czek.
– Przykro mi…
– Zamknij się i słuchaj.
Przewróciłem oczami, lecz jej to chyba nie obchodziło.
– Z początku, kiedy Till ogłuchł, podał mi trzy powody, dla których musiał dalej się boksować i tym samym zrezygnować z implantu ślimakowego: żeby kupić dla mnie dom. – Machnęła rękami. – Żeby zapłacić za najlepszego specjalistę dla Quarry’ego. – Skrzyżowała ręce na piersiach. – I żeby móc zapłacić za wybrany przez ciebie college. Zawsze chwali się każdemu, jaki jesteś bystry. Uwielbia to, że naprawdę lubisz chodzić do szkoły. Chciał zapewnić ci możliwość rozwoju. Nie chce, żebyś musiał harować, tak jak on.
– Nie mogę przyjąć od niego pieniędzy – powtórzyłem.
– Musisz. I jeśli mam zapomnieć o tym, dlaczego tak naprawdę nas opuszczasz i trzymać gębę na kłódkę, to przyjmiesz ten czek, po czym odjedziesz autem, który Till kupił dla ciebie kilka miesięcy temu.
– Nie zamierzam odjechać tym minivanem. Wygląda dziwacznie.
– To fakt. – Zaśmiała się, a po chwili znowu spoważniała. – Jednak musisz go przyjąć. Czek również. Jeśli zamierzasz zniknąć na chwilę, to przynajmniej zadbaj o nasz spokój i pozwól nam wierzyć, że nie masz finansowych problemów.
– Nie chcę…
– Proszę – oznajmił Till, wchodząc z powrotem do pokoju. – Nie byłem pewien, ile płaci się za pokój w akademiku. Próbowałem to sprawdzić, ale przysięgam, to skołowało mnie jeszcze bardziej. W każdym razie tyle chyba wystarczy na to oraz na czesne. Daj znać, gdybyś potrzebował więcej kasy. W przyszłym tygodniu ustawię stały przelew dla ciebie. – Wyciągnął w moją stronę czek.
Od razu się cofnąłem.
– Słuchaj… – zacząłem, lecz Eliza odchrząknęła, zwracając na siebie moją uwagę.
– Weź czek – powiedziała bezgłośnie zza jego pleców.
Nie chciałem, żeby Till płacił za moje studia. Jednak mogłem przyjąć czek, żeby zapewnić bratu spokój. Zrealizowanie go było kompletnie inną historią.
Wziąłem papierek.
– Dzięki. Naprawdę to doceniam. – Szybko spojrzałem na Elizę, która ciągnęła naszą tajną rozmowę.
– I – powiedziała bezgłośnie.
Kręcąc głową, znowu spojrzałem na Tilla.
– I chciałbym cię poprosić o kluczyki do vana – wymamrotałem.
Jego oczy pojaśniały, a na twarzy pojawił się ogromny uśmiech.
– Musi mieć na ciebie grubego haka, skoro zgodziłeś się przyjąć czek i samochód. Jezu, ta kobieta jest niezła. – Zaśmiał się głośno, zerkając na swoją żonę, a ona wzruszyła niewinnie ramionami.
– Zgadzam się – potwierdziłem.
– Chodź. Pokażę ci wszystko, co do niego dodałem. Ręczne sterowanie jest łatwe w obsłudze. Skoczę po kluczyki i spotkamy się przy aucie. – Ścisnął mnie za ramię, a następnie poszedł w stronę garażu.
Ruszyłem za nim, lecz zanim dotarłem do drzwi, Eliza mnie zatrzymała.
– Hej, Flint.
Odwróciłem się w jej stronę.
– Wróć, dobrze? Nie śpiesz się i poukładaj sobie wszystko w głowie. Ale proszę, po prostu wróć. – Uśmiechnęła się sztywno, w jej oczach znowu pojawiły się łzy.
– Obiecuję. – Przełknąłem głośno ślinę.
***
Uzbrojony w torbę z ubraniami, z czekiem w kieszeni, siedząc w przystosowanym dla osób niepełnosprawnych minivanie, wyjechałem z podjazdu Tilla oraz Elizy. Patrząc, jak okazały budynek znika w lusterku wstecznym, nie miałem nawet najmniejszego zamiaru tam wracać – pomimo swojej obietnicy danej Elizie. Nie mogłem sobie nawet wyobrazić dnia, w którym to miejsce nie wprawiłoby mnie w depresję.
Moim pierwszym przystankiem był college. Godzinami wypełniałem papiery: podanie o przyjęcie na studia, wniosek o przyznanie pomocy finansowej oraz zakwaterowania. Na szczęście nadal chcieli mnie przyjąć. Niestety, oczekiwanie na pokój dla niepełnosprawnych miało trwać dwa lata. Jednak otrzymałem jedną świetną wiadomość – bycie spłukanym miało swoje zalety. Doradca finansowy zapewnił mi wystarczającą ilość pożyczek oraz dofinansowań, że byłbym w stanie zapłacić za czesne i lokum. Zdobycie pieniędzy zajęłoby kilka tygodni, ale nie przeszkadzało mi to. Nadal spoczywało na mnie trudne zadanie znalezienia miejsca, w którym mógłbym zamieszkać.
Wyjechałem z college’u, czując się niewiele lepiej. Przynajmniej powziąłem jakiś krok w kierunku przywracania swojego życia na właściwy tor. Wdrapałem się do środka vana, po czym zacząłem jeździć bez celu po okolicy. Rozważałem zadzwonienie do Slate’a i zapytanie, czy nie mógłbym przespać się u niego w domu, lecz to by niemal gwarantowało rozmowę o tym, dlaczego nie chciałem wrócić do siebie i prawdopodobnie musiałbym się spotkać z Tillem, po tym, jak Slate by mnie wydał.
Ostatecznie znalazłem się w dobrze znanym mi biurze wynajmu nieruchomości, błagając o klucze do pewnych konkretnych drzwi.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Kiedy w mackach choroby stajesz się marionetką, którą ona steruje.

W większości poradników motywacyjnych czytamy:

Weź swoje życie we własne ręce. Nie pozwól, aby przeciekało ci przez palce. Spełniaj marzenia”.

Są to piękne słowa, ale tylko słowa, które w konfrontacji z prawdziwym życiem często stają się pustymi sloganami. Niestety bowiem, w życiu każdego z nas zdarzają się trudne momenty, kiedy mamy wrażenie, że straciliśmy kontrolę nad tym, co się w nim dzieje, a los traktuje nas, jak marionetki.
To on dyktuje warunki, a my zdani na jego łaskę i niełaskę, jedyne co możemy zrobić, to mu się podporządkować. Jedną z takich sytuacji jest na przykład choroba. Nie mam tu na myśli przeziębienia, a poważną diagnozę zagrażającą zdrowiu i życiu.

Dziś przybliżę Wam historię Stelli i Willa dwójki młodych bohaterów książki Trzy kroki od siebie” będącej pracą zbiorową Rachael Lippincott, Mikki Dauchtry i Tobiasa Iaconis. Życie tej dwójki od wielu lat determinują zmagania z mukowiscydozą. Kiedy przystępujemy do lektury książki, zaczynamy towarzyszyć Stelli. Dziewczyna trafia do szpitala St. Grance's, który od szóstego roku życia stał się jej drugim domem. Zna niemalże każdy zakamarek tego miejsca, a personel traktuje poniekąd, jak rodzinę. Tym razem do szpitala sprowadza ją infekcja i gorączka, które w połączeniu z niskim poziomem wydolności płuc mogą w każdej chwili stać się zagrożeniem dla jej  życia. Na co dzień Stella stara się żyć jak większość nastolatków. Ma swoje plany i marzenia. Wie jednak, że życie z mukowiscydozą nie pozwala niczego zaplanować i traktować jako pewnik, ponieważ w każdym momencie zaostrzenie objawów choroby może zupełnie wykluczyć ją z życia poza szpitalem.

Ten pobyt w szpitalu będzie dla naszej bohaterki wyjątkowy, choć ona sama jeszcze o tym nie wie. A to wszystko za sprawą nowego pacjenta, który pojawia się na oddziale. Will, bo to właśnie o nim mowa jest w o wiele trudniejszej sytuacji niż Stella, ponieważ w pakiecie z mukowiscydozą dostał bakterię, która odebrała mu szansę na przeszczep płuc.
Pewnie już się domyślacie, że między chłopakiem i dziewczyną zaczyna iskrzyć, a wkrótce rodzi się między nimi uczucie.
W tym miejscu chciałoby się powiedzieć, że los wreszcie się do nich uśmiechnął, ale uwierzcie mi, w ich sytuacji miłość jest w równej mierze darem, jak i karą.
Nie wiem, czy wiecie, ale osoby z mukowiscydozą muszą liczyć się z wieloma bezwzględnymi zasadami, które zmuszone są przestrzegać po to, by nie narażać się na śmierć. Jedną z takich zasad jest zasada „trzech kroków od siebie”. Dwa metry to bezwzględna granica, której pod żadnym pozorem nie wolno im przekroczyć w kontaktach między sobą.

„Nie możemy się do siebie za bardzo zbliżać. Jedną z najbardziej ryzykownych rzeczy dla pacjentów z muko jest zarażenie się niektórymi bakteriami od innych pacjentów. Wystarczy jeden dotyk, który może dosłownie zabić nas oboje”.

Kochani, czy wyobrażacie sobie kochać kogoś i nie móc go dotknąć, poczuć jego ciepła, bliskości, nie móc go pocałować? Przecież to musi być torturą. A nasi zakochani, muszą znosić ją cały czas.
Czy ta miłość ma szansę przetrwać mimo zakazów? Czy bliskość może być wyrokiem śmierci?
Przekonajcie się sami, sięgając po książkę.

„Jedyną rzeczą gorszą niż brak możliwości bycia z nią albo w pobliżu niej byłoby życie w świecie, w którym by jej zabrakło. Szczególnie jeśli stałoby się tak z mojej winy".

Teraz poświęćmy chwilę na kreację postaci Willa i Stelli, bo według mnie zostały one nakreślone tak, aby pokazać nam czytelnikom, że każdy z nas inaczej radzi sobie z życiem w chorobie.
Stella to pacjentka, jakiej życzyłby sobie każdy lekarz i personel medyczny. Zdyscyplinowana, doskonale wypełnia wszelkie zalecenia, chcąc być przez cały czas gotową do przeszczepu, gdyby pojawiła się taka możliwość. Jak się przekonacie podczas czytania książki, wręcz nadgorliwość dziewczyny w przestrzeganiu reżimu leczenia, nie wynika tylko z troski o siebie, a niestety kryją się za tym demony przeszłości. Kiedy już je odkryjecie, przekonacie się, jak bardzo prawdziwy jest fakt, że tak naprawdę osoba chora, bardziej niż o siebie martwi się o wszystkich wkoło, co może stać się ogromnym dla niej obciążeniem.

Will natomiast jest jej zupełnym przeciwieństwem. Buntuje się przeciwko leczeniu. Jest przekonany, że kolejne eksperymentalne leczenie, któremu został poddany, nie przyniesie rezultatów, a on umrze.

Sprawdźcie koniecznie, jak dwie tak różne osobowości mogą wpłynąć na siebie wzajemnie i co dobrego mogą sobie ofiarować.

Jest jeszcze coś, na co zdecydowanie należy zwrócić uwagę, poznając tę opowieść.
Autorzy doskonale nakreślili problem tego, jak lęk o życie dziecka i strata dziecka może wpłynąć na jego rodzinę. Często bowiem rodzice zatraceni w swoim cierpieniu zapominają o tym, na czym powinni się skupić, a w rezultacie prowadzi to do destrukcji rodziny i samotności dziecka w chorobie.

Jak widzicie „Trzy kroki od siebie” to bardzo wartościowa książka, dzięki której autorzy w przystępny, bardzo wciągający i poruszający sposób przybliżają czytelnikom świat osób chorujących na mukowiscydozę. Możemy nie tylko dowiedzieć się czegoś więcej o samej chorobie, ale także przekonać się, iż może ona odcisnąć swoje piętno na wielu płaszczyznach życia naszego i naszych najbliższych.
Nie zapominajmy jednak, że jest to również historia o przyjaźni i miłości trudnej, ale pięknej, która poruszy Was nie raz.

Z całego serca polecam „Trzy kroki od siebie” każdemu z Was. Książka skłoni do wielu refleksji i przemyśleń. Nie pozwoli Wam się od siebie oderwać, a po skończonej lekturze, długo nie pozwoli o sobie zapomnieć. Mimo trudnego tematu czyta się ją bardzo lekko i szybko, więc możecie przeczytać ją w jeden wieczór. 

Mimo że jest to książka adresowana dla młodzieży, to ja jako osoba chorująca na nowotwór uważam, że powinni ją przeczytać bliscy osób chorujących na wszelkie inne choroby, które wiążą się z lękiem o ich życie oraz wieloma ograniczeniami na co dzień. Dzięki niej dowiecie się jakich błędów nie popełniać, by dodatkowo nie dokładać chorej osobie stresów i zmartwień i nie patrzeć na nią tylko przez pryzmat choroby.
Bo przecież jest wiele chorób, w których mackach podobnie, jak w przypadku mukowiscydozy stajemy się marionetkami, którymi one sterują.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Papierowe Motyle, za co bardzo dziękuję.


   

piątek, 28 czerwca 2019

Fragment: Walcząc z cieniami Aly Martinez


Kochani kilka dni temu prezentowałam dla was zapowiedź oraz prolog książki ”Walcząc z cieniem” autorstwa Aly Martinez i wiem, że niektórzy z was byli bardzo nią niezainteresowani, a inni nie do końca przekonań i dlatego dziś przychodzę do was z kolejnymi rozdziałami, aby rozwiać wątpliwości niezdecydowanych i podsycić ciekawość tych, którzy nie mogą doczekać się premiery książki.

Rozdział pierwszy
Flint

PAMIĘTAŁEM WSZYSTKO.
Usłyszałem wystrzał broni.
Poczułem pocisk.
Zobaczyłem, jak ona upada.
W mniej niż sekundę moje dotychczasowe życie się skończyło.
Lecz, bez wątpienia, znowu zrobiłbym to samo.
Dla niej.

– Flint! – krzyknęła Eliza, leżąc pode mną.
Ale nie w sposób, o jakim przez lata marzyłem przynajmniej milion razy. Jej głos nie załamał się w uniesieniu. Nie wzywała mojego imienia, stając się tylko moją, nie wyznała mi miłości ani nie obiecywała pozostać przy mnie na zawsze. Zamiast tego w uszach słyszałem głośne dzwonienie, a z jej ciemnoniebieskich oczu wypłynęło tsunami łez.
Moje serce już i tak biło mocno, lecz zabiło jeszcze szybciej, gdy ujrzałem wstrząsający ból widoczny na jej twarzy. Wiedziałem, że zostałem trafiony, jednak nie to mnie przeraziło.
– Nic ci nie jest? – zapytałem szybko.
– Nie – wydusiła z siebie. Chociaż nienawidziłem patrzeć, jak płacze, ciężar całego świata zniknął wraz z tym jednym słowem.
– Na pewno? – Przyglądałem się jej, ale ona skupiła się na czymś kompletnie innym.
Uniosła dłoń spoczywającą dotychczas na moich plecach. Z jej palców spłynęła krew.
– O Boże! – krzyknęła, gramoląc się spode mnie.
– Wszystko w porządku. – Chciałem ją uspokoić, jednak gdy próbowałem podnieść się z podłogi, wiedziałem, że moje słowa nie pomogą. Wcale nie było w porządku. – Ja… – zacząłem mówić, lecz nagle zapomniałem, co chciałem powiedzieć. Zalała mnie fala bólu, przez co upadłem twarzą na podłogę, w miejscu, gdzie przed chwilą leżała Eliza.
Rozpaczliwie starałem się nie zemdleć, jednak szybko przegrywałem tę walkę.
– Flint. Zostań ze mną. Trzymaj się, proszę – mówiła spokojnie, klęcząc przy mnie. Ale gdy tylko usiadła, ujawniły się jej prawdziwe emocje. – Pomocy! – krzyknęła rozpaczliwie. – Proszę, niech mu ktoś pomoże!
Traciłem przytomność i mogłem się skupić, ale nawet pomimo tego chaosu – Elizy błagającej o pomoc oraz ochroniarzy wbiegających do pokoju – jakimś cudem wyłapałem głos spikera telewizyjnego, ryczącego w tle.
– Naprawdę spodziewałem się dzisiaj więcej po Tillu Page’u – oznajmił.
Właśnie wtedy przypomniałem sobie o bólu o wiele gorszym od tego, który mógł mi zadać jakikolwiek pocisk.
Till.
Jej mąż.
Ojciec nienarodzonego dziecka.
Mój brat.
Zasługiwał na nią, ale, cholera, ja także.
Wpatrywałem się w jej oczy, a jej wrzaski spowiła cisza.

***

Obudziłem się, czując przenikliwy ból w plecach. Panika od razu zalała moje myśli.
– Eliza! – krzyknąłem najgłośniej, jak mogłem, jednak udało mi się tylko zabulgotać.
– Tu jestem. – Pojawiła się u mojego boku. – O Boże, Flint. Nie rób już tak. Nie możesz zasypiać. – Zaczęła gładzić mnie po głowie.
– Eliza – powtórzyłem, kiedy po raz kolejny nie byłem w stanie sklecić spójnej myśli. Byłem przerażony, tyle wiedziałem na pewno. Lecz mój umysł walczył, starając się nadążyć i próbując odpowiedzieć „dlaczego”. – Nic… nic ci nie jest?
– Nie. Nic mi się nie stało – zapewniła mnie, pochylając się i całując mnie w skroń – gest, dla którego bym zabił, żeby tylko móc go odwzajemnić.
Zamiast tego wyciągnąłem rękę w bok, szukając po omacku jej dłoni.
– Zostań ze mną.
Mocno chwytając moją dłoń, obiecała:
– Nie opuszczę cię, Flint. Przysięgam.
Gdyby tylko miała na myśli to, co bym chciał. Jednakże w tamtym momencie, leżąc twarzą w dół, wykrwawiając się na dywanie w ekskluzywnym hotelu w Vegas, z pociskiem tkwiącym w plecach, zadowoliłem się tym.
Tyle nie wystarczyło.
Ale tak musiało być.
Nie jest moja.
Nigdy nie była.
Ochoczo oddałem się ciemności, gdy szeptała w moje ucho kojące słowa.

***

Powoli wróciła mi świadomość. Nie mogłem do końca pojąć, gdzie byłem, ani dlaczego miałem wrażenie, jakbym połknął rozżarzone węgle. Pomimo swojego zamroczenia czułem ból w plecach. Jednak dopiero kiedy próbowałem coś powiedzieć, zdałem sobie sprawę z tego, jak głęboko w czarnej dupie się znalazłem.
– Ełliz. – Co, do cholery? – Elyz.
– Och, dzięki Bogu! – krzyknęła Eliza, nagle zjawiając się u mojego boku.
Westchnąwszy z ulgą, próbowałem unieść powieki, potrzebując jedynie ujrzeć jej ciemnoniebieskie oczy. Nie były magiczne, ale i tak mogły mnie uzdrowić jednym spojrzeniem. Cholera, sama świadomość obecności Elizy działała cuda.
Próbowałem walczyć, lecz nie mogłem przekonać swoich powiek, że światło nie było źródłem całego zła na tym świecie.
– Ćśś. Wszystko w porządku. Po prostu odpręż się – wyszeptała, widząc moje starania. – Boli cię? Potrzebujesz więcej leków przeciwbólowych?
– Ne. Tylko cebe – powiedziałem, jakbym był pijany.
– Co z nim? Dlaczego nie umie mówić? – wychlipał Quarry.
Nigdy nie zapomnę dźwięku jego głosu w tamtym momencie. Trząsł się niczym głos przerażonego dziecka, którym nigdy nie był. Może i miał dopiero trzynaście lat, ale od dawna nie był już małym chłopcem. Tak jak ja i Till musiał zbyt szybko dorosnąć. Jego załamujący się głos rozjaśnił mój zamroczony umysł.
– Nicz my ne jez, Q – wybełkotałem i zaśmiałem się, chociaż ta sytuacja nie była zabawna. 
Leżałem twarzą w dół, na łóżku szpitalnym, naszpikowany lekami, wzdychając za ciężarną żoną swojego brata. Ta sytuacja była bardzo popieprzona. 
Z drugiej strony, może śmianie się było odpowiednią reakcją. Mój brat, Till, był prawdopodobnie najlepszym mężczyzną, jakiego w życiu spotkałem. Jest tylko sześć lat starszy ode mnie, ale od zawsze traktowałem go jak ojca. Moja matka była niezłym ziółkiem, jednak mojego ojca nie można było przypisać do jakiejkolwiek kategorii. Właśnie przez Claya Page’a leżałem w tym łóżku i próbowałem odzyskać siły po oberwaniu w plecy. Właśnie przez niego Till niemal stracił żonę oraz nienarodzoną córkę. Właśnie przez niego Quarry niemal został porwany.
Pozostali mi tylko bracia i Eliza.
Gdybym tylko mógł być choć w połowie tak dobrym mężczyzną jak Till, byłbym lepszy od dziewięćdziesięciu dziewięciu procent facetów chodzących po tej planecie. Boże, chciałem być tak samo bezinteresowny jak on. Lecz było mi do tego daleko. Zamiast tego przez lata stałem się coraz bardziej zazdrosny o jego życie i miłość, jaką darzyła go Eliza. Pewnie, mieli swoje problemy, ale zawsze wspólnymi siłami przeganiali burzę, niezmiennie będąc sobie oddani. Zaledwie rok temu mój starszy brat nagle stracił słuch – coś, co z łatwością mogłoby sprawić, że kobieta zakasałaby kieckę i uciekła. Jednak Eliza tego nie zrobiła. Podarowała mu bezwarunkową miłość, a mnie bardzo bolało patrzenie, jak daje ją jemu.
Im starszy byłem, tym częściej zauważałem zżerające mnie poczucie winy oraz złość. Poczucie winy, ponieważ nie ma na świecie dwojga ludzi, którzy tak bardzo zasługiwaliby na siebie. A złość, ponieważ, pomimo świadomości tego, chciałem pozbyć się swojego brata. Chciałem mieć Elizę Reynolds Page na każdy możliwy sposób, choć w szczególności zależało mi na tym, by nigdy mnie nie opuściła i już na zawsze kochała.
Potrzebowałem komfortu psychicznego oraz poczucia bezpieczeństwa, jakie tylko ona mogła mi zaoferować.
– Elyza? – zawołałem, znowu walcząc ze swoimi powiekami i tym razem wychodząc z tej walki zwycięsko. Powitał mnie widok Tilla trzymającego ją mocno; owinął ręce wokół jej brzucha.
– Hej, koleżko – zagruchał. Ulga zalała jego twarz.
Ale nie na niego chciałem patrzeć. Eliza stała obok, otulona jego ramionami, a łzy płynęły po jej policzkach.
Moje usta drgnęły i, co nieprawdopodobne, uśmiechnąłem się.
Zawsze płacze.
– Nić czi ne jez? – wymamrotałem.
– Tak. Dzięki tobie. – Zrobiła krok w przód, splatając nasze dłonie. Zaśmiałem się i naszymi połączonymi knykciami potarłem jej brzuch. – Jak szie ma dziedzko?
– Co on powiedział? – zapytał Till.
Eliza rozłączyła nasze dłonie, żeby mu przetłumaczyć i zaraz potem złączyła je znowu.
Próbowałem przekręcić się na plecy, chcąc móc używać dłoni, aby z nim rozmawiać, jednak powstrzymały mnie nagłe krzyki.
– Nie! – krzyknęli, kiedy próbowałem podnieść się z łóżka.
– Nie możesz się ruszać. Znaczy, ee, nie powinieneś się ruszać. – Kucnęła przede mną.
Podniosłem dłoń, po czym otarłem jej łzy. Miała czerwone, zapuchnięte oczy, ale kiedy odgarniała moje krótkie włosy z czoła, nigdy nie wyglądała piękniej. Palcami przesuwała po mojej skórze, uśmierzając ból.
– Dam ci trochę więcej środków przeciwbólowych. – Chwyciwszy czerwony guzik leżący w rogu mojego łóżka, wcisnęła go kilka razy.
W ciągu kilku sekund moje całe ciało jeszcze bardziej się rozluźniło.
Nadal przede mną kucała, a jej oczy zaczęły schnąć, kiedy szeptała kojące słowa, które nie do końca rozumiałem, ponieważ zagłuszały je niezliczone pikające monitory. Lecz jej słowa się nie liczyły.
Była ze mną.
Dla mnie.
Obraz mi się rozmazał, a czas stanął w miejscu, gdy wpatrywałem się w jej oczy i bełkotałem zakazane słowa.
Ukrywałem je przez lata. Ale choćbym nie wiem jak się starał, żadna ilość czasu nie sprawiła, by stały się one dobre.
– Kocham czie, Elyzo. Zajebiiiiiiiszczie. Barco.
Chociaż byłem kompletnie otumaniony lekami, wiedziałem, że moje wyznanie wyrządzi więcej krzywdy niż dobrego, jednak to nie powstrzymało wydobywających się ze mnie słów ani bólu.
Może jeśli powiem jej, co do niej czuję, uda mi się dać sobie z nią spokój. Przenieść się do dnia, kiedy nie byłem dręczony nieosiągalnym. To był świetny pomysł, ale realizacja planów to zupełnie inna historia.
Odpowiedziała:
– Ja ciebie też. – Z pewnością mnie nie zrozumiała.
A w tamtej chwili musiała mnie zrozumieć. To nie był wybór.
Ani jej.
Ani mój.
– Nie. Koooooocham czie.
– Ćśś – wyszeptała, kładąc dłoń na moim policzku. – Ja ciebie też kocham, Flint. Wszyscy cię kochamy. Po prostu idź spać.
Wszyscy cię kochamy.
To miało się zmienić, gdy skończę swoje wyznanie. Byłem na tyle świadomy, żeby zdawać sobie z tego sprawę.
– Nie. Suchaj. Kocham… cziebie. Tak jak Till. Tak… sze chcze sz tobom uprawiacz szeksz. Napławde. Dobły. Szeksz. – Zaśmiałem się.
– O kurwa – jęknął Quarry.
– I poszlubicz cibie i… – Przerwałem, by zwilżyć suche usta, po czym wyplułem z siebie słowa, które miały być ostatecznym ciosem zadanym mojemu głuchemu bratu. – To powynno bycz moje dzieczko, ne jego.
– O kurwa – powtórzył Quarry.
– Uch… ee… – Eliza zaczęła się jąkać, spoglądając na Tilla stojącego tylko kilkadziesiąt centymetrów dalej.
– Co? Co on powiedział? – zapytał brat, zbliżając się.
– Powedziaem, sze kocham twojo szone! – krzyknąłem z niewiadomego powodu.
No, może niewiadomego dla nich; ja całkowicie rozumiałem swoje frustracje.
Till musiał mieć powód, żeby mnie znienawidzić. Dał mi tyle dobrego w życiu i zapewniał wszystko, co tylko mógł, nawet jeśli oznaczało to rezygnowanie z czegoś dla siebie. Byłem mu winny prawdę na temat swoich uczuć do jego żony. Chociaż w ten sposób ujawniałem, jaką kupą gówna tak naprawdę jestem.
Uniosłem wolną rękę, po czym zacząłem pokazywać litery, ale Quarry wszedł pomiędzy mnie a Elizę i przycisnął moją dłoń do łóżka.
– Ta. Koniec z tym. Idź spać, dupku.
– On muszi wiedziecz. Powiecz mu.
Q uniósł dłonie i zaczął mówić do Tilla w języku migowym, nie poruszając ustami.
– Powiedział, że nas wszystkich kocha, a potem zaczął robić się sentymentalny i nazwał Elizę mamusią. Po prostu staram się go powstrzymać od ośmieszenia siebie. To wszystko.
– Gófno prafda – warknąłem, kiedy skończył.
– My ciebie też kochamy. Odpocznij trochę – powiedział Till, krzyżując ręce na klatce piersiowej, nie kupując wyjaśnienia Quarry’ego.
– Ne! Powiedziaem, sze kocham jom. Elyze. – Zacząłem wskazywać na nią placem, ale młody ponownie uderzył mnie w dłoń, która opadła.
Odwracając się plecami do Tilla, pochylił się nade mną.
– Zamknij cholerną jadaczkę. Próbuję ci pomóc.
– Kocham jom – powtórzyłem po raz enty.
Eliza, przecisnąwszy się obok Q, znów zjawiła się obok mnie.
– Nie kochasz mnie. Po prostu jesteś teraz naszpikowany lekami, Flint.
– Gófno prafda – oznajmiłem stanowczo.
To nie przez leki czułem to, co czułem. I nie mogły też tego naprawić. Gdyby istniało lekarstwo na pieczenie w mojej klatce piersiowej, jakie odczuwałem za każdym razem, kiedy widziałem ją z Tillem, już dawno temu bym się od niego uzależnił.
– To ne stao sie teraz, Elyzo. Myśle o tobie, kiedy… – Zacząłem dzielić się swoimi żenującymi sekretami, gdy Quarry zakrył mi usta dłonią.
– Powiedziałem, żebyś się, kurwa, zamknął! – wysyczał.
– Ne przeklynaj – wymamrotałem.
Spojrzał na Elizę.
– Mogłabyś znów przycisnąć ten guzik? Może odleci.
– Co się, do cholery, dzieje? – zapytał gniewnie Till, tracąc panowanie nad sobą, ponieważ nic z tego nie rozumiał.
– Nic. Po prostu zachowuje się jak cipa. Jako jego młodszy brat staram się bronić jego męskości… czy coś – powiedział Quarry w języku migowym, po czym uśmiechnął się sztywno do Tilla.
– Nie, ja… – Zacząłem, a jego dłoń po raz kolejny wylądowała na moich ustach.
Quarry spojrzał na Elizę ze zniecierpliwieniem.
– Minie jeszcze kilka minut, zanim pompa do podawania leków przeciwbólowych znowu zacznie działać – oznajmiła wycieńczona moim wyznaniem.
I właśnie ta jej reakcja bolała mnie bardziej niż to, co działo się z moimi plecami.
– No to potrzymam w tym miejscu rękę, dopóki ten czas nie minie – wysyczał Quarry w stronę Elizy.
– Ee, pójdę po wodę – powiedziała z zażenowaniem.
– Elyza, chekaj! – Próbowałem krzyczeć, ale Quarry nie kłamał co do tego, że nie zamierza zdejmować swojej dłoni z moich ust. – Weś te reke. 
Spoglądając znowu na Tilla, podniósł jeden palec, co miało oznaczać, by dał mu sekundę. Potem znów odwrócił się do mnie.
– Zamknij się. Zamknij się. Zamknij. Się. Kochasz ją, dobra. A teraz się zamknij.
– On muszi sie dowiedziecz – powiedziałem.
– Idź spać, Flint. Sam przekażę mu twoje słowa, jeśli po przebudzeniu nadal będziesz chciał popełnić ten błąd. – Wbił we mnie wzrok.
Byłem zmęczony. Sen nie brzmiał jak tortury. Od kiedy miałem dwanaście lat, ukrywałem swoje uczucia do Elizy. Co zmieni jedna noc?
– Zabiore mu jom – oznajmiłem, a powieki zaczęły mi opadać.
Quarry wybuchnął śmiechem.
– W takim razie, kiedy się obudzisz, przekażę mu twoje ostrzeżenie. O, popatrz! Czas się skończył. – Chwycił czerwony guzik i nacisnął go.
Jęknąłem, kiedy leki wypełniły moje żyły, cudownie je rozgrzewając.
– Dzięki Bogu – wydyszał, kiedy odpływałem.
Gdy kilka godzin później się obudziłem, moje zdeterminowanie, żeby wyznać prawdę Tillowi kompletnie zniknęło.
Niestety tak samo jak pragnienie, by Eliza poznała moje uczucia.
Lecz prawda wyszła już na jaw.
Gdy zacząłem czuć zażenowanie, próbowałem przekonać samego siebie, że powinna wiedzieć, co czuję.
Ale tak nie było.
Było w cholerę gorzej.

Rozdział drugi
Flint

DZIEŃ, W KTÓRYM DOWIEDZIAŁEM SIĘ, że prawdopodobnie nigdy już nie będę mógł chodzić, nie przypominał niczego, czego doświadczyłem w swoim dotychczasowym życiu. A to dużo mówi, ponieważ przez osiemnaście lat przeżyłem więcej cierpienia niż niektórzy przez całe swoje życie.
Do cholery, byłem najlepszy w cierpieniu. Żyłem ze świadomością, że matka mnie porzuciła. Oraz ciekawostką, że mój ojciec spędził lata w więzieniu po tym, jak niemal przyczynił się do śmierci mojego brata. Byłem naocznym świadkiem nagłej utraty słuchu Tilla. I miałem miejsce w pierwszym rzędzie w dniu, gdy Quarry dowiedział się, że czeka go to samo. Ostatnio miotałem się godzinami, patrząc na moją rozpadającą się rodzinę, gdy rozpaczliwie próbowaliśmy znaleźć gościa, który porwał Elizę, grożąc jej bronią.
Cierpienie było niczym w obliczu czekającej mnie drogi.
Zostałem sparaliżowany, ponieważ przyjąłem na siebie pocisk, żeby ją chronić. Przynajmniej tak widzieli to inni ludzie. Till w szczególności okrzyknął mnie bohaterem. Lecz to było kłamstwo. Dałem się postrzelić, gdyż chciałem chronić siebie. Nie przetrwałbym bez niej ani chwili. Działałem tamtego dnia tak egoistycznie, że nie mogłem się nawet załamać.
Dokonałem wyboru.
– Najprawdopodobniej znowu będziesz mógł chodzić, ale dopóki twoje ciało nie zacznie zdrowieć, po prostu nie mamy dokładnej informacji, kiedy to się stanie.
– Czy jakieś osoby z podobnymi urazami zaczęły chodzić? – zapytał Till, gdy Eliza skończyła tłumaczyć dla niego informację.
– Oczywiście! – odpowiedział entuzjastycznie lekarz.
Ale ja czułem się, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch.
– A jednak było trochę przypadków, którym to się nie udało, prawda? – zapytałem gorzko.
– No tak. Każdy pacjent inaczej wraca do zdrowia.
– Więc tak właściwie sprowadza się to do rzutu monetą, hę?
Nie odpowiedział, tylko posłał Tillowi znaczące spojrzenie.
– No. Więc powinieneś wiedzieć jedno, doktorku. Moneta zajebiście nienawidzi braci Page. – Zaśmiałem się gorzko. Wskazując na Tilla, oznajmiłem: – Głuchy. – Następnie machnąłem ręką w stronę Quarry’ego. – Traci słuch. – A potem wskazałem siebie. – Sparaliżowany. – Pokręciłem głową, spoglądając w dół, na swoje bezużyteczne nogi, przeklinając je za to, że mnie zawiodły.
– To tymczasowy stan, Flint. Będziemy z tym walczyć. Znowu staniesz na nogi. Przysięgam, że tak będzie – obiecał Till, z trudem hamując emocje.
Chciałem krzyczeć i wrzeszczeć, bo przecież nie mógł obiecać mi czegoś takiego. Ale to byłby kolejny powód, przez który rosłoby moje poczucie winy.
– Wiem – powiedziałem w języku migowym, zmuszając się do uśmiechu. – Naprawdę. Nie szkodzi – szepnąłem do Elizy, a ona zaczęła płakać. Till mocno trzymał ją w swoich ramionach.
Moją uwagę odwróciło pukanie do drzwi.
– Co powiesz na towarzystwo? – zapytał Slate, wchodząc do środka. Zaraz za nim zjawiła się jego żona, Erica.
Większość ludzi znało Slate’a Andrewsa jako byłego mistrza świata w wadze ciężkiej. Lecz dla mnie oraz dla moich braci on i Erica byli rodzicami, których nigdy nie mieliśmy. Slate był właścicielem klubu sportowego dla ubogich dzieciaków, a ponieważ nasza trójka świetnie pasowała do tej kategorii, większość czasu spędzaliśmy w On The Ropes. Trzymał sztamę z większością dzieciaków z siłowni, ale każdy wiedział, że z nami łączyła go szczególna więź – lub, dokładniej, z Tillem. Jak zwykle Quarry i ja stanowiliśmy zaledwie część pakietu.
Kilka lat temu Slate podarował Tillowi jedyną w swoim rodzaju szansę. Postanowił finansować jego starania w zostaniu zawodowym bokserem. Dzięki tej szansie zgotowanej przez los leżałem w łóżku sparaliżowany, a mój brat siedział naprzeciwko mnie – obecny mistrz świata wagi ciężkiej, trzymający w ramionach kobietę, którą kochałem.
Wydawało się to dość nie fair, ale niewiele rzeczy w moim życiu było w porządku.
– Wejdźcie – odpowiedziałem, po czym rozejrzałem się po pokoju, patrząc na poważne twarze.
Mój wzrok spoczął na Quarrym. Siedział w rogu i wyglądał przez okno. Zdradzało go jedynie delikatne drżenie ramion.
– Ej, Q! – zawołałem.
Nie odwrócił się do mnie, kiedy odpowiedział:
– No?
– Płaczesz tam sobie? – Ot tak rzuciłem te słowa. Był moim młodszym bratem. Nawet w chwili, która powinna być poruszająca, moim zadaniem wciąż było dawać mu popalić.
– Odpieprz się – warknął w stronę okna.
Usta mi drgnęły, gdy usłyszałem jego odpowiedź.
– Hej, nie możesz być mężczyzną i dzieckiem jednocześnie. Wybieraj: klniesz albo płaczesz. – Droczyłem się z nim, tłumacząc swoje słowa na język migowy, żeby Till mógł dołączyć do zabawy.
Stojący obok mnie Slate jęknął, a brat pokręcił głową, po czym pocałował Elizę w skroń.
– Daj mu spokój – nakłaniała Erica.
Jednak nie mogłem tego zrobić. Potrzebowałem tej interakcji. Musiałem się upewnić, że nie stracę kontroli nad swoim umysłem.
Mówiąc do niego jak do dziecka, zapytałem:
– Q, chcesz, żebym poprosił pielęgniarkę o lizaczka dla ciebie?
– Nienawidzę cię – wymamrotał, wstając. Gniewnym krokiem ruszył w stronę drzwi.
– Żartuję, Quarry. Chryste, nie musisz być taki wrażliwy! – krzyknąłem za nim.
Gdy dotarł do progu, spojrzał w górę, po czym pokazał mi środkowy palec. Łzy płynęły po jego policzkach i skłamałbym, gdybym powiedział, że patrzenie na niego w takim stanie nie zraniło mnie dogłębnie. Ale przynajmniej teraz to na nim skupiła się cała uwaga.
– Ty tak na serio, Flint? Martwi się o ciebie. Odpuść mu trochę – powiedziała ze złością Erica, wychodząc za nim.
Odpuścić mu trochę.
Odpuścić mu trochę?
Nigdy nie zrozumiem, co to tak właściwie znaczy. Byliśmy braćmi Page. Nie mogliśmy sobie odpuszczać – nie było nas na to stać. Wiesz, co dzieje się z człowiekiem, który sobie odpuści? Staje się słaby. Nie jest przygotowany na wszystko, ma błędne poczucie bezpieczeństwa. Tak naprawdę powoli zamienia się w kulkę nerwów walczącą o kolejny oddech. Pieprzyć to. Oddawałem Quarry’emu przysługę, trzymając go w gotowości. Świat nie pozwala byle komu sobie odpuścić.
Gdzie była moja szansa na odpuszczenie sobie, kiedy szorowałem brudną podłogę naszego gównianego mieszkania tylko po to, by opieka społeczna nie umieściła mnie oraz Quarry’ego w rodzinie zastępczej? Nikt mi nie odpuszczał. Musiałem starać się nie zasnąć o najróżniejszych godzinach nocy, czekając na powrót ojca, ponieważ wiedziałem, że w kieszeni będzie miał narkotyki, które będę mógł wymienić u starszej pani z mieszkania obok na posiłek, żebyśmy mieli coś do jedzenia. Czy odpuściłem sobie, grzebiąc w skrzynkach z ubraniami przy pobliskim kościele w poszukiwaniu dżinsów, które pasowałyby na Quarry’ego?
Nie.
Musiałem o wszystko walczyć. A jednak to „wszystko” nigdy nie wystarczało. Na litość boską, nie mieliśmy nawet gwarancji, że nie stracimy słuchu bądź możliwości chodzenia.
Pieprzyć odpuszczanie. Dajcie mi napięcie.
Lecz Erica miała rację. Powinienem przeprosić Q, ale co by mu to dało? Musiał nauczyć się, że nie powinno się płakać. Nikogo nie obchodziły jego łzy ani te, które sam wypłakałem w ciągu osiemnastu lat swojego życia. Emocjami nie da się zapłacić rachunków. W przeciwnym razie byłbym pierdolonym Donaldem Trumpem. Należy wstać, otrzepać się, a potem coś wykombinować. Znaleźć rozwiązanie i, nawet jeśli byłoby ono kompletnie do dupy, ruszyć dalej. Rozczulanie się nad sobą do niczego nie prowadzi, a współczucie jest dla słabych.
Więc gdy leżałem tam przed swoją rodziną, podjąłem decyzję.
Jeden wybór.
Nieskończenie wiele możliwości.
– Nic mi nie będzie – oświadczyłem. Jednakże tę wiadomość kierowałem tylko i wyłącznie do siebie. – Nawet jeśli to nie będzie tymczasowe. Nic mi nie będzie.
Gdybym tylko mógł znaleźć sposób, by nie zagubić się w żmudnym procesie udawania, że nic mi nie jest.