sobota, 31 stycznia 2026

Dziedzictwo pełne cieni: Recenzja powieści „Czas Olivii” Urszuli Gajdowskiej

​Literatura ma niezwykłą moc zatrzymywania tego, co ulotne. Pozwala nam na chwilę zwolnić i przyjrzeć się splotom zdarzeń, które kształtują ludzki los. Każda opowieść to swoisty zapis drogi, jaką musimy przebyć, by zrozumieć własne dziedzictwo. Musimy też odnaleźć odwagę do nazwania tego, co dotąd pozostawało w cieniu. W historiach, które wybieramy, szukamy zrozumienia dla skomplikowanej natury naszych własnych wyborów i emocji. Choć są one osadzone w konkretnych ramach czasu, pozostają uniwersalnie bliskie każdemu z nas.

​Właśnie taką wielowymiarową podróż oferuje Urszula Gajdowska w powieści „Czas Olivii”. Książka ta stanowi pierwszą część cyklu „Dziedziczki Zamku Caly”. Pisarka udowadnia, że romans historyczny to nie tylko kostiumowa opowieść o uczuciach. To przede wszystkim głębokie studium walki o prawdę w świecie zdominowanym przez konwenanse i rodzinne przemilczenia.

Autorka zabiera nas w podróż do 1816 roku. Wśród surowych klifów i mgieł północnej Szkocji wznosi się mroczna warownia. To właśnie tam Olivia musi zmierzyć się z bolesną spuścizną, która skrywa więcej pytań niż odpowiedzi. Twórczyni mistrzowsko buduje napięcie i rzuca bohaterkę w wir niedopowiedzeń dotyczących tragicznej śmierci jej matki. Czytelnik wraz z główną postacią i tajemniczym Williamem przemierza duszne korytarze rodowej posiadłości. Każde skrzypnięcie podłogi i każdy szept służby zdają się przybliżać ich do wyjaśnienia faktów, których ktoś za wszelką cenę nie chce ujawnić.

​Siłą napędową tej historii jest misternie zarysowana psychologia postaci. Muszą one udźwignąć ciężar swoich ról społecznych oraz zawodowych ambicji. Dziedziczka, choć formalnie przejmuje zarząd nad majątkiem, toczy wewnętrzną walkę. Ściera się w niej maska uległej damy oraz instynkt śledczy, który każe kwestionować oficjalne wersje zdarzeń. Jej postać to manifestacja kobiecej siły i determinacji. W surowym, męskim świecie XIX-wiecznej hierarchii Olivia musi stać się własnym adwokatem. Pisarka kreśli portret kobiety, która nie czeka na ratunek, lecz aktywnie rozbija szklany sufit konwenansów, udowadniając, że sprawiedliwość nie ma płci.

​Z kolei William nie jest jedynie tłem; jego profesjonalizm i chłodna analiza łączą się z narastającą empatią. Praca nad odkryciem tajemnic staje się dla nich formą autoterapii i pozwala przekuć ból w działanie. Twórczyni tka swój utwór z nici nienazwanego lęku oraz bolesnej straty. Czyni z żałoby fundament, na którym główna bohaterka musi wznieść gmach własnej tożsamości. To nie tylko historia o poszukiwaniu winnych tragedii. To przede wszystkim kameralne studium wyobcowania we własnym domu, gdzie chłód kamiennych murów zdaje się strzec zakazanej wiedzy.

Wątek romantyczny rozkwita tu niespiesznie. Rodzi się on w cieniu podejrzeń jako partnerstwo dwojga rozbitków, którzy w chaosie niedomówień próbują odnaleźć stały ląd. Autorka bawi się kontrastem między salonową etykietą a dzikim mistycyzmem szkockich Highlands. Sugeruje tym samym, że sekrety przodków zawsze w końcu upomną się o głos.

Warstwa literacka tej książki zachwyca elegancją. Język jest zakorzeniony w dziewiętnastowiecznej estetyce, a przy tym pozostaje niezwykle żywy i plastyczny. Stylistyka przesycona jest opisami budującymi gęsty, gotycki klimat. Wilgoć szkockich mgieł i surowość kamienia stają się niemal namacalnymi elementami intrygi. Tempo akcji jest początkowo miarowe i pozwala odbiorcy w pełni zanurzyć się w atmosferze niepokoju. Z czasem jednak, wraz z odkrywaniem kolejnych elementów układanki, opowieść gwałtownie przyspiesza.

Taka konstrukcja zapewnia intelektualną satysfakcję, która idzie w parze z emocjonalnym zachwytem nad hartem ludzkiego ducha. Zakończenie, pełne niedopowiedzeń i nowych znaków zapytania, stanowi obietnicę dalszych wrażeń. Pozostawia ono czytelnika z niecierpliwym oczekiwaniem na drugi tom, czyniąc z powrotu do Zamku Caly literacką konieczność.

​Tę pozycję polecam przede wszystkim miłośnikom nieoczywistych fabuł historycznych. Jest to lektura obowiązkowa dla fanów gotyckich sekretów i gęstego, szkockiego klimatu. Odbiorca decydujący się na tę podróż doświadczy przeszywającego chłodu niepokoju oraz kojącego ciepła rodzącej się więzi. To historia, która wywołuje dreszcz ekscytacji oraz głęboką empatię. Pozostawia ona po sobie poczucie, że każda bolesna przeszłość zasługuje na to, by zostać w końcu opowiedziana.

„Czas Olivii” to coś więcej niż tylko wyprawa do dawnej Szkocji; to przejmująca opowieść o tym, że prawda, choć bywa dotkliwa, jest jedyną drogą do pełnej wolności. Mimo ram romansu historycznego, dzieło Urszuli Gajdowskiej niesie w sobie wiele ponadczasowych wartości, w których niejeden współczesny czytelnik odnajdzie odbicie własnych zmagań z losem. Pisarka stworzyła narrację zostającą w pamięci długo po lekturze, przypominając, że korzenie definiują nas tylko wtedy, gdy mamy odwagę stanąć z nimi twarzą w twarz. To obietnica, której dopełnienie czeka w mrocznych zakamarkach posiadłości, pozostawiając nas z zapartym tchem w oczekiwaniu na dalsze losy bohaterów.

[Materiał reklamowy] Autorka Urszula Gajdowska.

środa, 28 stycznia 2026

Pęknięty monolit prawdy. O powieści „Kim jesteś, Nikolo?” Bernardyny Dareckiej-Władzimiruk

Budujemy nasze życie na podobieństwo monolitu. To niewzruszona bryła, która ma chronić naszą tożsamość przed światem i nami samymi. Wierzymy w trwałość masek, które przybieramy. Jednak w swojej powieści „Kim jesteś, Nikolo?” Bernardyna Darecka-Władzimiruk pokazuje, że to, co bierzemy za jednolity kamień, jest jedynie kruchą konstrukcją pełną ukrytych szczelin. Prawdziwe „ja” nie jest bowiem statyczną formą. To proces, który krystalizuje się dopiero w bolesnym starciu z prawdą o przeszłości i w odwadze do rozbicia pozornej jedności własnego wizerunku.

W sercu tej opowieści pulsuje napięcie między dwiema siostrami. Choć dzielą to samo oblicze, stały się dla siebie obcymi lądami. Natalia i Nikola to dwie strony tej samej pękniętej struktury. Jedna szuka ocalenia w prawdzie. Druga ucieka w chłód wyrachowania i niebezpieczne sekrety. Kiedy w ich uporządkowaną codzienność wkracza Maks – człowiek naznaczony wspólną przeszłością i zagadkowym tatuażem – fasada spokoju zaczyna kruszyć się nieodwracalnie. Mężczyzna ten ucieleśnia skomplikowany wątek uczuciowy, stając się postacią ambiwalentną. Dla jednej z sióstr jest szansą na bliskość, dla drugiej śmiertelnym zagrożeniem dla jej misternie budowanych kłamstw. Pisarka rzuca czytelnika w wir pytań o to, czy miłość może przetrwać w świecie zbudowanym na oszustwie.

Istotnym filarem książki jest oniryczna i duszna atmosfera tajemnicy. Osacza ona czytelnika niczym gęsta mgła. Narracyjną siłą utworu są liczne retrospekcje. To one, niczym bolesne powroty do przeszłości, odsłaniają fundamenty obecnego dramatu sióstr. Autorka mistrzowsko operuje motywem dawnych zdarzeń. Nie są one jedynie wspomnieniem, lecz żywym, niszczycielskim żywiołem. Pokazuje, że sekrety mają swoją wagę i cenę. Nieodkryte latami, z czasem stają się toksycznym osadem, który zatruwa każdą nową relację, odbierając szansę na zdrowe uczucie. To właśnie te mroczne niedopowiedzenia oraz kilka bardzo zaskakujących zwrotów akcji, które wywracają fabułę do góry nogami, sprawiają, że lektura trzyma w napięciu do ostatniej strony.

Narracja książki to wielowymiarowe studium dualizmu ludzkiej natury. Pisarka z chirurgiczną precyzją rozcina tkankę siostrzanej relacji. Na kartach powieści splatają się wątki bolesnego poszukiwania korzeni z niszczycielską siłą rywalizacji o miłość i akceptację. Autorka udowadnia, że więzy krwi mogą być zarówno bezpieczną przystanią, jak i śmiertelną pułapką. Dzieło staje się przy tym fascynującym, głębokim studium psychologicznym. Ukazuje, jak głębokie deficyty emocjonalne mogą przekształcić się w pancerz egoizmu, uniemożliwiający prawdziwe kochanie drugiego człowieka.

Dojrzałość tej pozycji manifestuje się również w samej konstrukcji. Znacząco ewoluowała ona od czasu debiutu pisarki. Porównując ten tytuł do „Zapisanych w kwiatach”, widać ogromny rozwój warsztatu literackiego. O ile jej pierwsza książka urzekała ciepłem, tutaj autorka wykazuje się odwagą w ukazywaniu mroczniejszej strony ludzkich namiętności. Tempo akcji jest precyzyjnie wyważone. Pozwala nasiąknąć klimatem, by po chwili gwałtownie przyspieszyć, gdy kolejne warstwy skorupy odpadają. Niezwykłym atutem jest tu nieoczywiste domknięcie historii, które wymyka się schematom szczęśliwych zakończeń.

Książka ta pełni przede wszystkim funkcję uniwersalnego lustra, w którym może przejrzeć się każdy z nas. Dzięki uderzającej autentyczności dylematów historia przestaje być jedynie fikcją, a staje się ważną lekcją życiową. Pisarka udowadnia, że prawda, choć bywa bolesna, jest jedyną drogą do odzyskania siebie i szansą na autentyczną relację z drugim człowiekiem. Ta szczerość przekazu zmusza każdego czytelnika do zadania sobie pytania: ile w naszym własnym życiu jest autentyczności, a ile starannie pielęgnowanej iluzji?

Lektura ta staje się emocjonalną podróżą, która nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Sięgnięcie po ten utwór to spotkanie z trudną mądrością życiową. Odkrywamy, że przebaczenie to najwyższa forma wolności, a konfrontacja z bólem bywa jedyną drogą do prawdziwego porozumienia. Na czytelnika czeka wachlarz emocji – od niepokoju, po nadzieję. Każda szczelina w naszym osobistym monolicie może stać się miejscem, przez które w końcu wpłynie światło.

„Kim jesteś, Nikolo?” polecam szczególnie czytelnikom poszukującym w literaturze odwagi do zadawania najtrudniejszych pytań i nieoczywistych wątków romantycznych. Polecam ją tym, którzy cenią głębokie portrety psychologiczne. Ten tytuł nie pozwala o sobie zapomnieć. Pozostawia w pamięci trwały ślad jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony, prowokując do przewartościowania relacji z bliskimi.

​Ostatecznie powieść ta to poruszający dowód na to, że żadna życiowa konstrukcja nie jest tak trwała, by nie mogła pęknąć pod naporem prawdy. Bernardyna Darecka-Władzimiruk domyka swoją opowieść w sposób, który nie przynosi łatwego ukojenia, ale daje odwagę do spojrzenia w głąb własnych szczelin. To właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwa wolność. Autorka po mistrzowsku celebruje to na kartach swojego dzieła. ​Nad całością unosi się bowiem najbardziej niepokojące pytanie: czy naprawdę znamy swoich bliskich i czy potrafimy ich kochać bez masek? Lektura uświadamia, że drugi człowiek pozostaje niezbadaną tajemnicą, dopóki nie zdobędziemy się na szczerość, która ma moc kruszenia najtwardszych pancerzy.

[Zakup własny].

poniedziałek, 26 stycznia 2026

„Damy radę, kochanie” Magdaleny Krauze – finał serii, który jest lustrem dla każdego małżeństwa.

Życie rzadko przypomina romantyczny film, w którym napisy końcowe pojawiają się wraz z sakramentalnym „tak”. Prawdziwa historia zaczyna się znacznie później. Odnajdziemy ją w kuchni nad stertą naczyń, w nerwowym oczekiwaniu na powrót zbuntowanego nastolatka czy w cichym smutku, gdy patrzymy na starzejących się bliskich. To właśnie te prozaiczne momenty są najprawdziwszym sprawdzianem dla związku. W tej zwyczajności, pozbawionej filtrów i upiększeń, kryje się esencja bycia oparciem. Po raz trzeci udowadnia to Magdalena Krauze.

„Damy radę, kochanie” to finałowe ogniwo serii, stanowiące kontynuację losów znanych z tomów „Czekałam na Ciebie” oraz „Zaufaj mi jeszcze raz”. To zarazem przejmujący portret dojrzałej miłości, która musi udźwignąć ciężar życia.

Ta codzienna walka o bliskość staje się fundamentem ewolucji Pauliny i Igora. Obserwowanie ich losów to fascynująca podróż – od młodych idealistów po dojrzałe małżeństwo, które po osiemnastu latach mierzy się z nowymi wyzwaniami. Autorka z niezwykłą empatią kreśli obraz pokolenia kanapkowego, ściśniętego między buntem dzieci z pokolenia Z a bolesnym procesem opieki nad chorą na demencję matką. Wszystkie te trudności sprowadzają się do jednego pytania: czy w obliczu narastających problemów bohaterowie zdołają pozostać jednością, czy też proza życia postawi między nimi mur, którego nie będą w stanie zburzyć?

Magdalena Krauze umiejętnie splata kilka płaszczyzn: od lekcji pokory w górskim pensjonacie, aż po dramatyczne zmagania o wolność przyjaciółki uwięzionej w toksycznej relacji. Ten ostatni wątek tworzy mocny kontrast dla związku głównych bohaterów. Pokazuje, że walka o szczęście ma różne oblicza – czasem jest to wspólne trwanie w trudach, a czasem odważne zerwanie niszczących więzi.

Równie autentyczny, jak sama historia jest styl pisarki. Naturalne dialogi sprawiają, że bohaterowie stają się bliscy niczym sąsiedzi. Charakterystyczny humor rozładowuje napięcie, dzięki czemu lektura nie przytłacza mimo swojej powagi. Istotnym filarem opowieści okazuje się również obraz przyjaźni jako najważniejszej sieci ratunkowej w chwilach kryzysu. Wszystko to sprawia, że historia wywołuje lawinę emocji i skłania do refleksji. Czy w dobie powierzchownych relacji potrafimy jeszcze walczyć o autentyczność?

W konsekwencji otrzymujemy poruszające domknięcie serii, które zostaje w sercu na długo po przewróceniu ostatniej strony. Autorka stworzyła literackie lustro, w którym każdy z nas może przejrzeć swoje lęki i nadzieje. Książkę polecam szczególnie parom z długim stażem oraz rodzicom mierzącym się z trudami wychowania. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto wierzy, że najpiękniejsze historie pisze samo życie – z całym jego trudem, ale i niegasnącym blaskiem wspólnego trwania.

A Wy jak uważacie – czy miłość faktycznie jest w stanie przetrwać każdą prozę życia, jeśli tylko walczymy o nią ramię w ramię?

[Zakup własny].

piątek, 23 stycznia 2026

Lekcja oddychania na nowo w powieści Jakuba Bączykowskiego „Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu”

Większość z nas wierzy, że życiowe nawałnice omijają nasz bezpieczny port, jednak jeden gwałtowny podmuch może zburzyć wszystko w jednej chwili. Właśnie wtedy prawdziwa wielkość ludzkiego ducha przejawia się w bolesnej nauce oddychania na nowo, choć powietrze wokół staje się ciężkie od straty. Tę kruchą granicę między rozpaczą a odrodzeniem uczynił fundamentem swojej powieści "Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu" Jakub Bączykowski. W książce wydanej przez Wydawnictwo W.A.B. przypomina on, że nadzieja nie jest naiwnym zaprzeczeniem bólu – to raczej cicha odwaga, by mimo przemoczonego ubrania wciąż wypatrywać pierwszych promieni słońca. Pisarz od pierwszej strony rzuca nas w sam środek egzystencjalnego sztormu, udowadniając przy tym, że stabilizacja jest jedynie iluzją, którą los może odebrać bez uprzedzenia.

​Wszystko zaczyna się od jednej sekundy na drodze, która brutalnie rozdziera codzienność głównej bohaterki na „przed” i „po”. Śmierć męża zmusza Basię do konfrontacji z absolutną pustką, a czytelnik staje się niemym świadkiem upadku jej bezpiecznego świata, po którym zostaje jedynie ogłuszająca cisza oraz zapach mokrego asfaltu. W tym miejscu rodzi się trudne pytanie: jak żyć, gdy serce bije tylko z przyzwyczajenia? Lekturze towarzyszy niezwykłe przejęcie, ponieważ Basia błyskawicznie staje się nam bliska, a wir emocji sprawia, że z ogromnym wzruszeniem towarzyszymy jej w najtrudniejszych chwilach.

​Analiza powieści wymaga spojrzenia na misternie splatane wątki, wykraczające daleko poza sam opis żałoby. Centralnym motywem jest anatomia straty ukazana jako żmudny proces, w którym autor z wielką uwagą rozbiera na części pierwsze poczucie winy oraz paraliżujący strach. Warto również wspomnieć o poruszającej obecności psa Basi i Adama, Uno. Staje się on niemym powiernikiem bólu, a jego instynktowna żałoba stanowi jeden z najbardziej chwytających za serce elementów historii, nadając opowieści surowej autentyczności. Jednocześnie ta niema więź staje się dla kobiety pierwszym pomostem do rzeczywistości, gdyż konieczność zadbania o istotę zależną zmusza ją do porzucenia izolacji.

Ważnym punktem zwrotnym jest moment, w którym Basia uświadamia sobie destrukcyjną siłę egocentryzmu cierpienia. Bączykowski trafnie punktuje błąd zamykania się w szczelnym kokonie własnej boleści i poprzez postacie drugoplanowe ukazuje, że żałoba to skomplikowana sieć powiązań, w której cierpią także bliscy Adama, przyjaciele czy rodzeństwo. Choć bohaterka początkowo spycha ich ból na margines, ta lekcja pokory oraz dostrzeżenie łez w oczach innych staje się ostatecznie kluczem do jej uzdrowienia, udowadniając, że empatia jest najskuteczniejszym lekarstwem na samotność.

Warsztat literacki zasługuje na uznanie ze względu na doskonałą równowagę między wrażliwością a realizmem. Pisarz operuje językiem plastycznym i pozbawionym zbędnego patosu, co pozwala mu budować intymny, wręcz duszny klimat. Mistrzowsko wykorzystuje kontrasty i unika klisz, dzięki czemu każde słowo waży tyle, co prawdziwa łza. Melancholijny nastrój jest dawkowany z takim wyczuciem, że dajemy się wciągnąć w hipnotyzujący proces gojenia ran, nieustannie trzymając kciuki, by Basia zdołała się podnieść. Podczas czytania niejednokrotnie stawiałam się na jej miejscu, zadając sobie pytanie, jak sama poradziłabym sobie z tak bolesnym doświadczeniem – ta myśl sprawiła, że w moich oczach nie raz zakręciła się łza. Psychologiczna wnikliwość pozwala nazwać stany nienazywalne, zamieniając lekturę w głębokie doświadczenie sensoryczne, które daje odbiorcy realne poczucie oczyszczenia.

​Siła tego przesłania tkwi w prawdzie, że koniec znanego świata nie oznacza końca nas samych. Powieść obnaża lęk otoczenia przed cudzym nieszczęściem i staje się cennym przewodnikiem po sztuce towarzyszenia w cierpieniu, ucząc, że sama obecność bywa ważniejsza niż idealnie dobrana fraza. Ta historia zatacza pełne koło – od paraliżującego lęku przed burzą, aż po akceptację losu. Pomimo ogromnego ładunku emocjonalnego, książka niesie ze sobą kojące światło.

​Polecam tę pozycję każdemu, kto szuka w literaturze autentycznego zrozumienia. Jest to lektura obowiązkowa dla osób przechodzących przez stratę oraz dla tych, którzy chcą nauczyć się empatii. To literacki plaster na duszę, który, choć początkowo piecze, ostatecznie pomaga ranie się zagoić i daje odwagę do powrotu do świata żywych.

[Zakup własny].



wtorek, 20 stycznia 2026

Gdy obiektyw przestaje chronić – portret pożądania i uzdrowienia. Recenzja powieści „Poza kadrem” Dagmary Kalinko.


Często mylimy samotność z bezpieczeństwem, wznosząc wokół siebie mury, które – choć mają chronić przed kolejnym ciosem – z czasem stają się ścianami ciasnej klatki. Wygodnie jest trzymać świat na dystans i kadrować rzeczywistość tak, by nie dopuścić do niej chaosu cudzych emocji. Jednak najpiękniejsze barwy życia dostrzegamy dopiero wtedy, gdy odważymy się stracić tę bezpieczną ostrość, co w swojej powieści „Poza kadrem” w niezwykle zmysłowy sposób obrazuje Dagmara Kalinko.

W centrum tej opowieści stoi Sara – kobieta, która z perfekcji uczyniła swój pancerz, a z obiektywu aparatu barierę oddzielającą ją od świata. Jako utalentowana fotografka i samotna matka nauczyła się, że pełna kontrola nad każdym ujęciem to jedyny sposób, by uniknąć rozczarowań. Jej poukładany scenariusz sypie się jednak w gruzy, gdy w studio pojawia się Patryk. Ten charyzmatyczny i pewny siebie mężczyzna nie zamierza jedynie pozować do zdjęć; on rzuca Sarze wyzwanie, by w końcu wyszła z cienia własnych lęków. To właśnie pod jego wpływem Dagmara Kalinko prowadzi nas przez gęstą sieć rodzącego się pożądania i emocjonalnych barier, które kruszeją pod wpływem dotyku. To nie tylko historia namiętności, ale przede wszystkim portret kobiecej siły, która musi zmierzyć się z bolesną przeszłością. Autorka zmusza przy tym czytelnika do pytania: czy warto zaryzykować stabilny spokój dla ognia, który może równie dobrze ogrzać, co spalić wszystko, co dotychczas zbudowaliśmy?

​Lektura „Poza kadrem” to również głęboka refleksja nad tym, jak przeszłość niepostrzeżenie projektuje naszą teraźniejszość, determinując wybory i lęki. Autorka z ogromną wrażliwością pokazuje, że dla Sary fotografia to nie tylko zawód, ale przede wszystkim rozpaczliwa próba zatrzymania czasu i zapanowania nad ulotnością chwil, które kiedyś ją zraniły. Ta potrzeba zamrożenia obrazu w idealnym kadrze staje się metaforą lęku przed zmianą, którą dopiero Patryk pomaga jej przełamać, ucząc, że życie dzieje się właśnie w tym, czego nie da się uwięzić w obiektywie.

Właśnie dlatego powieść staje się płótnem, na którym autorka z odwagą maluje motyw emocjonalnego wyzwolenia, pokazując, jak trudno jest zrzucić maskę samowystarczalności. Przez karty książki przebija się bolesny, lecz piękny proces uzdrawiania duszy, gdzie pożądanie nie jest jedynie fizycznym aktem, ale katalizatorem zmian i kluczem do zamkniętych drzwi przeszłości. Kalinko z wyczuciem eksploruje temat macierzyństwa, które w cieniu lęku staje się najdoskonalszą formą oddania, oraz zaufania, które trzeba zbudować na zgliszczach dawnych zawodów. To literacka podróż przez kontrasty – między chłodną dyscypliną a żarem namiętności, między tym, co wypada pokazać światu, a tym, co drży głęboko pod skórą.

​W parze z tą wielowymiarową tematyką idzie sposób, w jaki Dagmara Kalinko kreśli portrety psychologiczne – robi to z niezwykłą precyzją, unikając powierzchownych schematów. Sara to studium traumy i mechanizmów obronnych; jej postać jest autentyczna w swojej kruchości ukrytej pod maską profesjonalizmu, co czyni ją bliską każdej kobiecie walczącej o niezależność. Z kolei Patryk, choć początkowo zdaje się jedynie uosobieniem siły, zaskakuje emocjonalną dojrzałością, stając się lustrem, w którym bohaterka musi wreszcie dostrzec swoje prawdziwe oblicze. Relacja tej dwójki to fascynujące starcie dwóch światów – lęku przed zranieniem i odwagi, by mimo wszystko zaryzykować.

Co więcej, warstwa erotyczna powieści pulsuje gęstą, namacalną atmosferą, stanowiąc integralną część tego procesu przełamywania wewnętrznych oporów. Autorka kreuje sceny intymne ze śmiałością, dbając jednak o to, by każda z nich była przesycona napięciem budowanym długo przed pierwszym dotykiem. Estetyka tych opisów przypomina grę światłocienia – jest tu miejsce na surowe pożądanie, ale i na subtelność, która pozwala poczuć chemię między bohaterami w sposób niezwykle sugestywny. To klimat, w którym zmysłowość staje się językiem szczerości, pozwalającym bohaterom porozumieć się tam, gdzie słowa okazują się niewystarczające.

Wszystko to zostało ujęte w unikalny styl Dagmary Kalinko, będący harmonijnym połączeniem plastycznych, niemal filmowych opisów z surową emocjonalnością. Autorka operuje językiem konkretnym i sugestywnym, unikając zbędnych upiększeń tam, gdzie do głosu dochodzą autentyczne lęki. Język powieści idealnie rezonuje z profesją Sary – jest w nim precyzja godna dobrego obiektywu oraz głębia, która pozwala dostrzec to, co ukryte pod powierzchnią. Dzięki temu cała historia zyskuje na wiarygodności, budując napięcie, które nie pozwala odłożyć książki przed finałem. Należy jednak pamiętać, że ze względu na tę bezkompromisową odwagę, jest to lektura przeznaczona wyłącznie dla dorosłych czytelników.





[Zakup własny].




niedziela, 18 stycznia 2026

Kiedy dno staje się fundamentem. Recenzja powieści Agaty Pakuły – „Na dnie i z powrotem”



Prawdziwa siła człowieka nie mierzy się tym, jak wysoko potrafi się wspiąć. Mierzy się ją tym, jak głęboko potrafi spaść i mimo to podjąć próbę powrotu na powierzchnię. Każdy z nas niesie w sobie niewidzialne pęknięcia. W chwilach kryzysu stają się one szczelinami, przez które powoli wycieka życie. Często dzieje się to, zanim zdążymy zauważyć zagrożenie. Odwaga nie polega na unikaniu ciemności. Polega na przyznaniu się do własnej bezbronności wobec mroku, który sami nieświadomie zaprosiliśmy do środka. Właśnie o tym bolesnym procesie traktuje najnowsza powieść Agaty Pakuły „Na dnie i z powrotem”. Autorka udowadnia, że dno nie musi być końcem drogi. Może stać się najtrudniejszym fundamentem, na którym – dzięki uczciwości wobec siebie – da się odbudować godność.

​Historia zaczyna się w 1973 roku. Nastoletni Adam Lisowski po raz pierwszy sięga wtedy po alkohol. Ten z pozoru niewinny gest inicjacyjny staje się początkiem spirali. Przez kolejne dekady będzie ona wciągać go coraz głębiej w mrok. Pisarka nie skupia się jednak na samym piciu. Pokazuje raczej, jak nałóg stopniowo i podstępnie przejmuje kontrolę nad marzeniami, ambicjami i relacjami mężczyzny. Śledzimy losy człowieka zawieszonego między dwiema rzeczywistościami. Pierwsza to ta oficjalna, w której próbuje funkcjonować jako mąż i ojciec. Druga pozostaje ukryta, zdominowana przez głód i kłamstwo. Twórczyni mistrzowsko buduje napięcie. Stawia bohatera przed coraz trudniejszymi wyborami, a każda próba wyjścia na prostą wydaje się walką z przeznaczeniem. Ta powieść to opowieść o wysokiej cenie wolności. O tym, jak wiele trzeba stracić, by w końcu poczuć potrzebę ratunku.

Niezwykle istotnym elementem utworu jest jego osadzenie w realiach PRL-u. Autorka odtwarza je z niemal fotograficzną wiernością. W swojej prozie po mistrzowsku oddaje duszny klimat lat 70. i 80. oraz specyficzną szarość codzienności. Alkohol był wtedy wszechobecnym elementem krajobrazu. Sięganie po niego stanowiło rytuał towarzyski i sposób na ucieczkę od systemowej beznadziei. Pisarka pokazuje Polskę tamtych lat jako miejsce, gdzie powszechne przyzwolenie na „kieliszek dla kurażu” stało się dla Adama idealną zasłoną dymną. Właśnie w tych realiach, wśród dymu papierosów i kolejek po towary, rodzi się dramat człowieka. Jego upadek długo pozostaje niezauważony przez otoczenie. Dzięki temu historia bohatera zyskuje wymiar socjologiczny. Staje się portretem pokolenia uwikłanego w zbiorowe i osobiste zniewolenie.

Kluczowym i najbardziej przerażającym motywem jest tu jednak mechanizm wyparcia prawdy. Twórczyni z chirurgiczną precyzją pokazuje, jak umysł Adama buduje labirynt kłamstw i racjonalizacji. Wszystko po to, byle tylko nie dopuścić do siebie myśli o klęsce. To właśnie ten wewnętrzny mur, a nie sama substancja, okazuje się najtrudniejszą barierą. Autorka uświadamia nam ważną rzecz. Dopóki bohater wypiera rzeczywistość, dno pozostaje ruchomym piaskiem, a nie twardym gruntem, od którego można się odbić.

​Jednak ta książka to nie tylko monolog upadającego człowieka. To przede wszystkim bolesna polifonia cierpienia tych, którzy trwają przy nim najdłużej. Pisarka portretuje proces powolnej erozji rodziny. Miłość niepostrzeżenie zmienia się tu w lęk, a lojalność w destrukcyjne współuzależnienie. Twórczyni rzuca światło na bliskich, którzy w imię ratunku składają na ołtarzu nałogu własną godność. Stają się cichymi ofiarami wojny, której sami nie wywołali. Czytelnik z przerażeniem obserwuje, jak domowy azyl zamienia się w pole minowe. Każda kolejna próba pomocy jedynie pogłębia wspólną tragedię. W tych dusznych scenach najwyraźniej widać, że alkohol pożera całe kręgi relacji. Zostawia po sobie jedynie zgliszcza zaufania.

Lektura tej powieści to silne emocjonalne doświadczenie. Nie pozostawia ono czytelnika w tym samym miejscu, w którym go zastało. Autorka dotyka problemu tak bolesnego i ponadczasowego, że wielu z nas odnajdzie w tej historii znajome cienie. Być może są one ukryte we własnych wspomnieniach, a może dostrzeżone kiedyś u kogoś bliskiego. Ten utwór staje się lustrem. Odbijają się w nim nasze lęki o trwałość życiowych fundamentów. Pisarka zmusza do refleksji nad tym, jak cienka jest granica między kontrolą a upadkiem. Budzi w nas gniew, współczucie i ostatecznie – oczyszczającą nadzieję. To literatura, która boli, ale jest to ból potrzebny. Kruszy on skorupę obojętności i przypomina, że za każdym „przypadkiem” stoi człowiek wart uratowania.

Warsztatowa strona książki zasługuje na osobne uznanie. Twórczyni posługuje się językiem surowym i konkretnym. Doskonale koresponduje on z brutalną naturą problemu. Autorka unika zbędnego patosu i pozwala faktom mówić samym za siebie. Struktura powieści oparta jest na przeskokach czasowych. Pozwala to obserwować ewolucję bohatera na przestrzeni kilku dekad. Nadaje to opowieści rytm i czyni nas świadkami całego procesu życiowego staczania się. Styl pisarki jest bezpośredni i uczciwy. Buduje to więź opartą na zaufaniu. Czujemy, że prowadzi nas ona przez rzeczywistość z odwagą i zrozumieniem dla ludzkiej niedoskonałości.

​Największa wartość utworu tkwi w jego bezwzględnej autentyczności. Nie znajdziemy tu łatwych recept. Tę książkę polecam każdemu, kto w literaturze szuka prawdy trudnej i niewygodnej. Powinni po nią sięgnąć zarówno ci, którzy sami zmagają się z demonami, jak i osoby szukające klucza do zrozumienia ludzkich błędów. Czytelnik może spodziewać się emocjonalnego wstrząsu. Nie zostawia on jednak w rozpaczy. Oferuje spokój płynący ze zrozumienia, że z każdego dna prowadzi droga powrotna. Trzeba tylko odwagi, by zrobić pierwszy krok ku prawdzie.

​Podsumowując, ten utwór to przejmujący zapis walki o prawo do bycia sobą. To historia o nadziei nawet wtedy, gdy cały świat postawił już na nas krzyżyk. Agata Pakuła stworzyła opowieść, która zatacza pełne koło – od pierwszej decyzji, po bolesne zmierzenie się z prawdą. Jeśli siłę człowieka mierzy się zdolnością do powstania po upadku, to Adam Lisowski staje się symbolem tej lekcji. To lektura obowiązkowa. Przypomina ona, że droga na szczyt zawsze zaczyna się od odwagi, by przestać kopać głębiej we własnym mroku.

piątek, 16 stycznia 2026

Gdy pęknięcia stają się szczelinami dla światła – o wyjątkowości „Wzgórza aniołów” Magdaleny Kordel.

Czasem życie przypomina plac budowy, na którym nagle gasną wszystkie światła. Zdarzenie to zostawia nas z dojmującym wrażeniem, że zgubiliśmy drogę do domu. Szukamy wówczas ratunku w wielkich gestach i spektakularnych zwrotach akcji, zapominając jednak, że prawdziwe ocalenie rzadko przychodzi z hukiem. Najczęściej skrada się ono cicho, pod postacią drugiego człowieka, zapachu parzonej kawy czy nagłej odwagi, by w końcu przestać uciekać przed własnym cieniem. Mówi się wprawdzie, że dom to nie mury, lecz stan bezpieczeństwa. Co jednak zrobić, gdy stare fundamenty obracają się w niwecz, a my w swoim bagażu niesiemy tylko lęk i okruchy wspomnień?

Właśnie wtedy, w najmroczniejszą zimę naszych prywatnych światów, odkrywamy, że aniołowie nie zawsze mają skrzydła. Częściej noszą wyciągnięte swetry i parzą herbatę z cytryną, potrafiąc przy tym słuchać tak, jakby nic innego nie miało znaczenia. To właśnie w ich obecności uczymy się, że każde pęknięcie w naszym życiorysie to tylko szczelina, przez którą do środka może wpaść światło. Każdy koniec jest jedynie zasłoną, za którą czeka nowy początek, o ile tylko pozwolimy sobie na luksus nadziei i uwierzymy, że w chaosie zdarzeń nic nie dzieje się bez przyczyny.

​O tej subtelnej sztuce odnajdywania siebie i drugiego człowieka opowiada Magdalena Kordel w swojej poruszającej powieści „Wzgórze aniołów”. Pisarka stawia w niej trafną tezę, że nawet najbardziej pogruchotane życie można posklejać na nowo. Musimy tylko znaleźć w sobie siłę, by wyciągnąć rękę po pomoc i uwierzyć, że obcy ludzie mogą stać się naszą najbezpieczniejszą przystanią.

Autorka kreśli wielowymiarowy portret kobiecej siły, osadzając akcję w scenerii mroźnej, przedświątecznej Warszawy. Twórczyni powoli odkrywa przed nami historie bohaterek, które znalazły się w sytuacjach granicznych. Każda z nich nosi w sobie inny rodzaj bólu – od tęsknoty za utraconą przeszłością, przez rozczarowanie bliską osobą, aż po lęk o przetrwanie kolejnego dnia. Zamiast epatować dramatem, literatka skupia się na procesie powolnego odzyskiwania sprawczości. Buduje napięcie poprzez subtelne odsłanianie emocjonalnych warstw swoich bohaterów, pozwalając nam towarzyszyć im w drodze do tytułowego miejsca akcji. To symboliczna przestrzeń, gdzie strach wreszcie ustępuje miejsca ufności.

Warstwa formalna utworu harmonijnie współgra z jego emocjonalnym przekazem. Pani Kordel posługuje się językiem niezwykle obrazowym, który jest zarazem pozbawiony zbędnego patosu. Dzięki temu opowieść staje się autentyczna i bliska czytelnikowi. Konstrukcja książki opiera się na przeplatających się perspektywach różnych postaci, co nadaje całości dynamiki i pozwala spojrzeć na te same wydarzenia z wielu stron. Twórczyni po mistrzowsku operuje klimatem – potrafi w jednej chwili wywołać uśmiech dzięki błyskotliwym dialogom, by za moment skłonić do głębokiego wzruszenia. Ta równowaga między lekkością stylu a ciężarem poruszanych problemów stanowi o głównej sile warsztatu autorki.

​Wartość tej powieści tkwi w niezwykle autentycznych i niesztampowych kreacjach postaci. Pisarka nie dzieli bohaterów na czarno-białych, lecz obdarza ich cechami, które czynią ich bliskimi każdemu z nas. Mamy tu do czynienia z dojrzałością, która mimo bagażu doświadczeń nie traci wiary w drugiego człowieka, oraz z młodością, którą los zmusił do przedwczesnego dorośnięcia. Ponadto Magdalena Kordel z ogromną czułością portretuje postacie drugoplanowe. Stanowią one doskonałą przeciwwagę dla trudniejszych wątków, tworząc barwną mozaikę ludzkich charakterów.

W tekście przeplata się gęsta sieć motywów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się poszukiwanie własnego miejsca na ziemi. Rozumiemy je nie tylko jako dach nad głową, ale przede wszystkim jako emocjonalny port. Nakreślony tu wątek bezdomności serca pokazuje, że można czuć się wyobcowanym wszędzie, dopóki nie odnajdzie się wspólnoty opartej na szczerości. Kolejnym kluczowym elementem jest siła kobiecej solidarności oraz proces odkupienia i wybaczenia samemu sobie. Dzieło przypomina czytelnikowi, że przeszłość wcale nie musi definiować naszej przyszłości.

​Unikalność tej historii kryje się w jej emocjonalnej uczciwości. Autorka nie obiecuje prostych rozwiązań ani magicznych uzdrowień. Jej mądrość przejawia się w pokazaniu, że prawdziwa siła nie polega na całkowitej samowystarczalności. To raczej odwaga bycia kruchym i gotowość do przyjęcia wsparcia. W świecie promującym sukces pisarka nobilituje empatię oraz cierpliwość, udowadniając, że najtrwalsze mosty buduje się z drobnych, codziennych aktów dobroci.

Lektura tej powieści to przede wszystkim głębokie doświadczenie wewnętrzne. Pozostawia ono odbiorcę z kojącym przeświadczeniem, że żadna zima nie trwa wiecznie. Każdy, kto choć raz poczuł ciężar samotności, odnajdzie w utworze cząstkę siebie i przejrzy się w losach bohaterek niczym w lustrze. Książka zmusza do zastanowienia nad tym, jak często oceniamy innych po pozorach, zostawiając nas z ważnym przesłaniem: odwaga, by poprosić o pomoc, nie jest słabością, lecz pierwszym krokiem do wolności.

​Choć tekst jest przesycony zimową atmosferą, byłoby błędem traktowanie go wyłącznie jako lektury sezonowej. To historia, po którą warto sięgnąć o każdej porze roku, ponieważ ciężar poruszanych zagadnień nie podlega kalendarzowi. Wielowymiarowość problemów sprawia, że jest to literatura głęboko humanistyczna i aktualna zawsze wtedy, gdy potrzebujemy przypomnienia o potędze ludzkiego ducha.

Tę pozycję polecam każdemu, kto w literaturze szuka czegoś więcej niż tylko rozrywki. Jest to idealna propozycja dla dusz zmęczonych pośpiechem, potrzebujących odpowiednika ciepłego koca i szczerej rozmowy. Spodoba się osobom ceniącym prozę psychologiczną oraz tym, którzy w chwilach zwątpienia chcą uwierzyć w wyjście z matni. To powieść dla wrażliwców, którzy dostrzegają magię w zwyczajności i nie boją się wzruszeń.

​Opisywany utwór to rzadki dowód na to, że słowo pisane może być jednocześnie plastrem na rany i drogowskazem w ciemności. Wracając do obrazu pogasłych świateł – ta opowieść przypomina nam, że nawet gdy sami nie umiemy znaleźć włącznika, obok może pojawić się ktoś pomocny. Potrzyma on dla nas latarkę, dopóki znów nie poczujemy się bezpieczni we własnym domu. To lektura, która zostaje pod powiekami długo po przewróceniu ostatniej strony.

środa, 14 stycznia 2026

"Łączka. Zimny oddech" Wanda Siubiela / Patronat medialny



Z ogromną dumą i radością ogłaszam, że mój blog Kocie Czytanie objął patronat medialny nad niezwykłą premierą od Wydawnictwa Gaja.

Przed Wami „Łączka. Zimny oddech” autorstwa Wandy Siubieli. To dla mnie ogromny zaszczyt i wyróżnienie, że mogę wspierać ten tytuł. Ta historia chwyta za serce i idealnie pasuje do mroźnych wieczorów.




🗓️ Zaznacz tę datę w kalendarzu: premiera już 27 stycznia 2026 roku!

​Kilka dni, które dzielą nas od tego momentu, to idealny czas, abyście nadrobili zaległości. Jeśli jeszcze nie znacie poprzedniej części – książki pt. „Łączka. Czarna kostka" – koniecznie po nią sięgnijcie już teraz. Warto, abyście poznali początek tej historii, zanim dacie się porwać jej zimowej kontynuacji.

https://kocieczytanie.blogspot.com/2023/03/aczka-czarna-kostka-wanda-siubiela_24.html

Dziękuję Wydawnictwu Gaja za zaufanie. Przygotujcie się na mnóstwo emocji. 

OPIS WYDAWNICZY:

🩵 Co zrobisz, gdy wszystko się sypie, a w kieszeni masz tylko czarną kostkę z sześcioma symbolami?
🩵❄️ Wercia ma siedemnaście lat. Rodzice się rozwodzą. Michał milczy. „Świeżo odnaleziony” dziadek planuje zostawić jej w spadku hotele, kasyna i tajemnice, które ciężko udźwignąć w pojedynkę. W tym samym czasie góry wystawiają ją na próbę, a ukochane morze szepcze mroczne sekrety. Podczas tej zawieruchy Wercia musi zdecydować-czy będzie dalej uciekać przed Sobą, czy w końcu stanie twarzą w twarz z tym, czego się boi.
🩵❄️Czy jest gotowa zajrzeć w głąb umysłu? Jaką cenę zapłaci za prawdę? I czy symbole na kostce ją ocalą-a może wręcz przeciwnie, będą drogą do jej własnej zguby?
🩵❄️Bo dorosłość nie czeka. Przychodzi-czy ktoś jest gotowy na nią-czy nie...

Czy macie już pierwszy tom na swoich półkach? Dajcie znać w komentarzach.

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Ciepło, które rozpuszcza lód. O „Cudach na śniegu” Joanny Szarańskiej.

Życie często przypomina mroźną zimę. Bywa surowe i nieprzewidywalne, a przez to zmusza nas do szukania schronienia w cieple wspomnień lub nadziei na lepsze jutro. W świecie zdominowanym przez pośpiech rzadko dostrzegamy istotne zmiany, choć zaczynają się one od drobnych gestów i gotowości na spotkanie z drugim człowiekiem. Często wymaga to bolesnej konfrontacji z przeszłością, o czym przypominają „Cuda na śniegu”, których autorką jest Joanna Szarańska.

W samym sercu ośnieżonych Czterech Mostów drzemie pensjonat „Bajka”. To miejsce wraz ze śmiercią swojej gospodyni utraciło duszę i pogrążyło się w żałobie właściciela. Gdy jednak w prasie ukazuje się zagadkowe ogłoszenie o spadku, pod drzwi zapomnianego domostwa trafiają nowi goście. Są to ludzie uciekający przed własnymi cieniami i życiową pustką. Zygmunt, Gizela i Olga wnoszą do zakurzonego holu bagaż niewypowiedzianych żalów, nie wiedząc jeszcze, że odziedziczą coś więcej niż nieruchomość. Pomiędzy skrzypiącymi deskami a płatkami śniegu zaczyna toczyć się gra o ocalenie rodzinnego ciepła. Czy w miejscu naznaczonym stratą można jeszcze odnaleźć nowy początek?

​Pisarka z niezwykłą precyzją odmalowuje portrety ludzi poturbowanych przez los. Każda z postaci wnosi własny bagaż doświadczeń, co widzimy w paraliżującej żałobie Aleksandra czy desperackiej potrzebie bezpieczeństwa Olgi. Twórczyni nie idzie przy tym na skróty. Proces wewnętrznej przemiany jest powolny i pełen trudnych pytań. Obserwujemy zatem, jak pod wpływem zimowej aury pękają pancerze cynizmu, odsłaniając kruchą potrzebę kochania. To właśnie te autentyczne emocje sprawiają, że bohaterowie stają się nam bliscy, jakbyśmy sami zasiadali z nimi przy kominku.

​Powieść staje się mozaiką motywów, które autorka splata w spójną opowieść. Centralnym punktem jest motyw domu, który z martwej konstrukcji powoli przeobraża się w azyl. Przypomina to nam, że miejsce tworzą ludzie, a nie mury. Nie sposób pominąć tu również roli świąt Bożego Narodzenia. W tej książce stają się one czymś więcej niż tylko datą – to czas graniczny. Bohaterowie mimo początkowej niechęci zostają zmuszeni do konfrontacji z samotnością. Wykorzystano tu świąteczną symbolikę, by pokazać siłę wspólnoty, gdzie zapach choinki staje się fundamentem pod budowę nowej rodziny. Co ważne, atmosfera jest pozbawiona przesłodzonego lukru, co jedynie podkreśla jej cudowny charakter.

Warstwa literacka zachwyca plastycznością, a język jest niemal malarski. Pozwala to bez reszty zanurzyć się w nastroju Czterech Mostów, gdzie z ogromną wrażliwością budowany jest klimat izolacji. Konstrukcja powieści opiera się na przeplatających się perspektywach, co nadaje całości dynamizmu. Pozwala to również spojrzeć na wydarzenia przez pryzmat odmiennych wrażliwości. Dzięki dbałości o detale „Bajka” ożywa w wyobraźni z każdym przeczytanym zdaniem.

Warto zwrócić uwagę na to, jak umiejętnie zachowano balans między melancholią a optymizmem. Choć tematyka straty jest trudna, w tekście przemycono pokłady ciepłego humoru, który działa niczym gorąca herbata. Zimowa sceneria nie jest tu jedynie tłem, lecz staje się pełnoprawnym bohaterem. Swoją surowością wymusza bliskość, a pięknem inspiruje do wiary w lepsze jutro. To właśnie ta wszechobecna nadzieja sprawia, że lektura nie przytłacza i daje siłę do wejścia w nowy rok z czystą kartą.

Obcowanie z tą historią przypomina formę medytacji nad wartością ludzkich więzi. Choć fabuła osadzona jest w mroźnej scenerii, jej ostateczny wydźwięk pozostaje słoneczny i niesie czytelnikowi poczucie ukojenia. Lektura ta staje się emocjonalną podróżą, która wymusza chwilę zatrzymania. Budzi uśpioną wrażliwość oraz wywołuje na przemian wzruszenie i kojący spokój. Wynika on bezpośrednio z obcowania z historią tak bardzo ludzką i bliską każdemu z nas.

Przesłanie płynące z kart powieści jest jasne: żadna zima nie trwa wiecznie. Pod warstwą bólu zawsze tli się iskra nadziei na odrodzenie. Książka przypomina, że prawdziwe cuda nie wymagają magii, bo rodzą się tam, gdzie pojawia się odwaga do przebaczenia.

Tytuł ten polecam szczególnie czytelnikom poszukującym emocjonalnego azylu. To idealna propozycja dla osób, które w styczniowe wieczory pragną historii pełnej autentycznego ciepła. Będzie to świetny wybór dla ceniących prozę obyczajową, gdzie akcja ustępuje miejsca subtelnym przemianom duszy. Jeśli wierzycie, że początek roku to idealny czas na bliskość, ta książka jest dla Was. „Cuda na śniegu” staną się literackim drogowskazem, udowadniając, że na nowy początek nigdy nie jest za późno.

Podobnie jak śnieg potrafi przykryć wszelkie nierówności, tak opowieść o pensjonacie „Bajka” otula czytelnika spokojem. Zostawia go z ważnym przekonaniem, że po każdej, nawet najmroźniejszej zimie, zawsze nadchodzi czas roztopów i nowego życia.

[Zakup własny].

piątek, 9 stycznia 2026

Więcej Niż Opowieść: "Iszsza" jako Alegoria Ocalenia Ducha w Świecie Cynizmu



Literatura, w swojej najgłębszej formie, jest lustrem odbijającym fundamentalne prawdy o ludzkiej egzystencji. Utwory, które zostają z nami na długo, dotykają uniwersalnych motywów – potęgi empatii oraz siły ducha. Właśnie takie doświadczenie oferuje nam Elżbieta Kosobucka w swojej poruszającej odzie do człowieczeństwa: "Iszsza". To przypowieść o cenie niewinności w zepsutym świecie i o tym, jak czysta, niemal magiczna siła potrafi zdestabilizować system oparty na cynizmie. Niniejsza analiza to próba zmierzenia się z tym właśnie uniwersalnym przesłaniem, badając, jak opowieść o stracie staje się refleksją nad kondycją współczesnego społeczeństwa.

​Od pierwszych stron zanurzamy się w historię Iszszy, której życie – z natury jasne i promienne – zostaje brutalnie naznaczone stratą i wędrówką. Ta podróż nie jest jednak ucieczką, lecz aktem głębokiej, wewnętrznej jasności. Iszsza, pomimo bólu, staje się uosobieniem czystej, bezwarunkowej życzliwości, która niczym magnes przyciąga zarówno nadzieję, jak i śmiertelne zagrożenie. Autorka osiąga ten efekt dzięki płynnej, niemal hipnotycznej narracji, która z łatwością łączy intymny dramat psychologiczny z wątkiem niemal thrillera politycznego i elementami fantastycznymi. Pisarka sprawnie balansuje tempo, a jej język, bogaty w symbolikę światła i ciemności, często manifestowaną poprzez subtelne elementy magii, nadaje całości głęboki, symboliczny charakter.

Dziewczyna wykracza poza ramy zwykłej bohaterki, stając się archetypem Niewinności i Odporności. Jej wewnętrzny kompas moralny pozostaje nienaruszony, a jej zdolność do empatii przedstawiona jest jako siła, której nie da się kupić ani zniszczyć. Jest to kluczowe, ponieważ pisarka celnie uchwyciła uniwersalny dramat: jak łatwo prawdziwe światło staje się celem dla mrocznych sił. Na drugim biegunie stoją antagoniści – elity biznesu i polityki, będące uosobieniem systemowego lęku i strachu przed utratą kontroli. Postacie te, obnażając mechanizmy władzy oparte na manipulacji, podkreślają, że to czysta dobroć Iszszy jest traktowana jak siła destabilizująca. Bohaterowie drugiego planu zaś stanowią zwierciadło dla czytelnika, odzwierciedlając spektrum ludzkich reakcji na dobro w obliczu ryzyka.

​Książka ta wymyka się łatwym klasyfikacjom, świadomie operując na pograniczu gatunków. Konstrukcyjnie jest to opowieść drogi, gdzie wędrówka bohaterki służy dojrzewaniu, choć tu przede wszystkim pogłębianiu jej misji. Jednak pod tym obyczajowym płaszczem kryje się fantasy filozoficzne: napięcie nie wynika tylko z pościgów i intryg politycznych, lecz z moralnego konfliktu, który stawia bohaterkę, posiadającą wyjątkową wewnętrzną moc, przeciwko zmechanizowanemu złu. Autorka łączy realizm psychologiczny (głębia wewnętrznych przeżyć Iszszy) z silnym elementem symbolicznym i fantastycznym, nadając całości wymiar nowoczesnej alegorii o walce o wartość. Ta płynność gatunkowa bez wątpienia jest ogromną zaletą książki. Pozwala czytelnikowi zanurzyć się w lekturze, a jednocześnie zmusza go do refleksji.

Głównym przesłaniem tej historii jest głęboka krytyka współczesnego społeczeństwa, które fetyszyzuje siłę, a boi się prawdy. Utwór stawia fundamentalne pytanie: dlaczego dobroć jest w dzisiejszych czasach zagrożeniem? Odpowiedź, którą sugeruje autorka, jest taka, że empatia Iszszy jest wywrotowa, ponieważ obnaża fałsz i moralną pustkę systemów opartych na egoizmie.

Emocjonalnie, lektura "Iszszy" wywołuje intensywny wachlarz uczuć: od głębokiego wzruszenia nad cierpieniem niewinności, przez narastającą frustrację wobec cynizmu antagonistów, aż po podnoszącą na duchu nadzieję płynącą z każdego aktu życzliwości bohaterki. Czytelnicy poczują nieodpartą potrzebę zrewidowania własnych postaw; będą zastanawiać się nad własnym udziałem w świecie – czy są tymi, którzy gaszą światło, czy tymi, którzy pomagają je chronić. Jest to literacka podróż, która pozostawia trwały ślad, skłaniając do refleksji nad granicami własnej odwagi w obronie podstawowych wartości.

Książka jest wezwaniem do przebudzenia etycznego, dowodząc, że jedynym ratunkiem dla ludzkości jest rewolucja serca. Pomimo wszechobecnego cierpienia, Iszsza niesie ze sobą niegasnący płomyk nadziei, udowadniając, że prawdziwa siła tkwi w niezłomnej determinacji bycia dobrym.

​Siła tej opowieści tkwi w jej ponadczasowości i uniwersalności. W pewnym sensie "Iszsza" przywodzi na myśl najlepsze tradycje literatury sprzeciwu, stając obok dzieł, które stawiają jednostkę z czystym moralnie kręgosłupem przeciwko zdegenerowanemu systemowi. Jest to refleksja równie ważka, jak te o jednostkowym heroizmie w obliczu opresji, znane z klasyki europejskiej, a jednocześnie przesiąknięta słowiańską wrażliwością. To sprawia, że opowieść ta, choć osadzona w konkretnej fabule, nabiera wymiaru głęboko kulturowego dialogu o fundamentach etyki w dobie postprawdy. Autorka udowadnia, że opowieść o cierpieniu niewinnych wciąż ma moc rezonowania z najistotniejszymi lękami i nadziejami współczesnego człowieka.

To lektura obowiązkowa dla każdego, kto poszukuje w literaturze nie tylko rozrywki, ale i głębokiej, egzystencjalnej refleksji. Polecam ją szczególnie czytelnikom wrażliwym, ceniącym fantasy psychologiczne i filozoficzne, a także tym, którzy na co dzień czują się przytłoczeni medialnym cynizmem. To idealna propozycja dla osób, które wierzą w siłę małych gestów i indywidualnej etyki, a także dla tych, którzy potrzebują emocjonalnego i moralnego umocnienia. Jeśli zastanawiasz się, czy dobro, nawet to niemal magiczne, ma szansę przetrwać w dzisiejszym świecie, ta książka da Ci na to poruszającą, choć niełatwą, odpowiedź.

​Zamykając refleksję nad "Iszszą", należy podkreślić, że to dzieło to znacznie więcej niż zwykła opowieść; to moralny kompas na czasy postprawdy i dominacji egoizmu. Elżbieta Kosobucka stworzyła historię, która, balansując między dramatem a głęboką symboliką, zmusza nas do ponownego zdefiniowania pojęcia siły. Ostatecznie, recenzowany tekst jest wezwaniem do rewolucji serca, potwierdzeniem wiary w to, że dobro, choć kruche, ma potencjał, by ocalić świat przed wszechogarniającym cynizmem.

[Materiał reklamowy] Autorka Elżbieta Kosobucka.

wtorek, 6 stycznia 2026

Gospodarze własnego losu: O odwadze porzucania cudzych scenariuszy w powieści „Tam, gdzie jest miejsce przy stole” Magdy Knedler.

W ciszy przed pierwszym słowem kryje się prawda, a każda droga powrotna do siebie zaczyna się od odwagi porzucenia tego, co niszczy. Dom to nie tylko mury – to przede wszystkim kojące poczucie, że nasze istnienie ma znaczenie, choć paradoksalnie to właśnie najbliższe miejsca stają się często scenami cichych, domowych dramatów. Budując wokół nas mury wyższe niż te zewnętrzne, bliscy sprawiają, że w pędzącym świecie łatwo przeoczyć moment utraty własnego głosu. Stajemy się echem cudzych oczekiwań, a odzyskanie siebie – bolesne niczym nauka chodzenia na nowo – okazuje się jedyną drogą, by zasiąść przy stole życia jako gospodarz, a nie tylko gość.

Powieść „Tam, gdzie jest miejsce przy stole” Magdy Knedler stanowi dowód na to, że prawdziwa bliskość nie wynika z więzów krwi, lecz rodzi się tam, gdzie człowiek ostatecznie żegna toksyczną przeszłość. Wyobraźcie sobie wigilijny wieczór przeszyty chłodem lęku i upokorzenia, w którym Emilia podejmuje decyzję graniczną: zostawia luksusowe więzienie i rusza w nieznane. Ta fizyczna ucieczka szybko ewoluuje w podróż duchową, a postać antagonisty, nakreślona z bolesnym realizmem, staje się katalizatorem zmian poprzez subtelną przemoc psychologiczną. Każdy krok bohaterki ku wolności zamienia się w osobiste zwycięstwo czytelnika nad tyranią codzienności.

Autorka mistrzowsko operuje kontrastami, zderzając luksus pozorów z surową autentycznością wspólnoty ludzi poturbowanych przez los. To właśnie pośród obcych Emilia odkrywa, że przynależność buduje się na prawdzie, a siła kobiecej solidarności i prawo do słabości stają się fundamentem jej nowej tożsamości. Siła tej opowieści tkwi w precyzyjnej psychologii – pisarka unika czarno-białych barw, pokazując powolny proces „rozmrażania” emocji, od paraliżującego wstydu aż po odzyskane poczucie sprawstwa.

Konstrukcja utworu balansuje między realizmem a onirycznym, gęstniejącym klimatem, gdzie fabuła płynie niespiesznie, dając czytelnikowi przestrzeń na kontemplację zimowego odosobnienia. Styl twórczyni cechuje elegancja i wrażliwość; posługuje się językiem plastycznym, unikając zbędnego patosu na rzecz głębokiej metaforyki. Ta subtelność sprawia, że opisy przemocy i osamotnienia zyskują wymiar uniwersalnej pieśni o ludzkiej duszy.

Choć akcja dzieje się w grudniu, nie jest to typowa historia świąteczna – Boże Narodzenie stanowi jedynie tło dla rozważań o kondycji człowieka i odwadze dokonywania trudnych wyborów. Dzięki temu książka zachowuje aktualność o każdej porze roku, stając się ważną lekturą dla każdego, kto szuka drogi wyjścia z cienia traumy. Nie broni się ona sezonową atmosferą, lecz merytorycznym i emocjonalnym ciężarem.

Spotkanie bohaterów przypomina zbiorową terapię, podczas której każda postać musi skonfrontować się z własnymi demonami. Kluczową rolę odgrywa tu symbolika pustego talerza – w tradycji czekającego na wędrowca, tutaj oznaczającego naszą własną, odrzuconą prawdę. Aby szczerze ugościć drugiego człowieka, musimy najpierw zaakceptować prawo do bycia sobą we własnym życiu.

Lektura wywołuje głęboki rezonans, pozostawiając nas w stanie oczyszczającej refleksji, gdzie poczucie niesprawiedliwości ustępuje miejsca nadziei. Tekst zmusza do przewartościowania relacji i stawia pytania o cenę społecznej akceptacji, sprawiając, że po jego odłożeniu odnajdujemy w sobie nową przestrzeń na empatię i wyrozumiałość. Portret Emilii staje się zwierciadłem naszych lęków, a jej przemiana – impulsem dla tych, którzy tkwią w marazmie, do walki o własną godność.

Polecam tę pozycję osobom poszukującym głębi, szczególnie tym, którzy znajdują się na życiowym zakręcie. Historia Emilii daje siłę, by przestać być tłem w cudzym scenariuszu i zacząć pisać własną, wolną opowieść. Ostatecznie jest to manifest powrotu do korzeni własnego „ja”. Zamykając te strony, powracamy do ciszy wspomnianej na wstępie – nie jest to już jednak cisza lęku, lecz spokój człowieka wolnego, który przestał być intruzem we własnej codzienności.

[Zakup własny].


poniedziałek, 5 stycznia 2026

„Wzgórze Świątecznych Życzeń ”Sylwia Trojanowska – tam, gdzie mróz kruszy mury serc.

Prawdziwa magia nie kryje się w podniosłych gestach, lecz w zdolności do wybaczenia sobie i innym. Objawia się wtedy, gdy milkną wielkie oczekiwania, a zaczyna się prozaiczna codzienność. Często dopiero w ciszy i chłodzie zimy odkrywamy, że to, co najbardziej zepsute, można naprawić dzięki sile ludzkiej solidarności. W świecie, który pędzi bez wytchnienia, warto zatrzymać się przy historiach przypominających o potrzebie przynależności i nadziei na nowy początek. Tak właśnie dzieje się w przypadku bohaterów powieści „Wzgórze Świątecznych Życzeń” Sylwii Trojanowskiej, która po latach od premiery doczekała się swojego pięknego wznowienia, potwierdzając wyjątkowość tej historii, do której czytelnicy chcą ciągle wracać.

Akcja przenosi nas do zaśnieżonego Świeradowa-Zdroju. Pod ciężarem zimowej aury postacie skrywają tam osobiste dramaty i niewypowiedziane żale. To właśnie lokalne, zapomniane wzniesienie staje się niemym świadkiem próby zjednoczenia ludzi, których na pozór dzieli wszystko, a łączy jedynie tęsknota za prawdziwym domem. Pisarka z czułością splata losy osób stojących na życiowych zakrętach, udowadniając, że wspólny cel potrafi skruszyć nawet najtwardsze bariery zbudowane z lat milczenia.

Sercem książki jest świeradowska społeczność – mozaika ludzi zrosłych z surowym, górskim krajobrazem, gdzie codzienne trudy przeplatają się z empatią. Autorka z dużą dbałością o detale oddaje ducha miasteczka, w którym każdy gest ma swoje znaczenie, a historia mieszkańców tworzy niewidzialną, lecz silną więź. Obserwowanie, jak ta początkowo zdystansowana grupa otwiera się na zmiany, pozwala czytelnikowi poczuć się częścią małej ojczyzny, w której pod grubą warstwą śniegu tętni gorące życie.

Choć nie wszyscy bohaterowie od razu wzbudzili moją sympatię, to właśnie ich autentyczność sprawiła, że szybko stałam się częścią tej wspólnoty i z przejęciem kibicowałam każdemu z nich. Na kartach utworu spotykamy barwny kalejdoskop osobowości, którym przewodzą jednostki poturbowane przez los, szukające azylu w górskiej ciszy. Pisarka z dużą wrażliwością kreśli portrety: od osób starszych, będących skarbnicą lokalnych opowieści, po młodych próbujących odnaleźć sens w pomaganiu innym. Każdy wnosi własny bagaż doświadczeń i lęków, a ich ścieżki zbiegają się wokół inicjatywy odnowienia wzgórza. Ta różnorodność sprawia, że proces budowania relacji staje się autentyczny i poruszający, pokazując, że każdy człowiek jest historią wartą wysłuchania.

Konstrukcja dzieła przypomina subtelnie tkaną makatkę, w której krótkie, dynamiczne rozdziały przeplatają się z nastrojowymi opisami, nadając lekturze rytm bicia serca. Klimat książki jest gęsty od zapachu lasów i rześkiego powietrza, które kontrastuje z bijącym ze stron ciepłem ogniska. Autorka z niezwykłym wyczuciem balansuje między melancholią a optymizmem, tworząc atmosferę, która otula czytelnika niczym miękki koc w mroźny wieczór.

Utwór staje się płótnem, na którym pisarka maluje obraz losów splatanych przez przeznaczenie. Centralnym motywem jest tutaj siła grupy, która niczym wiatr przenika przez zasłony obojętności i budzi uśpioną wrażliwość. To historia o szukaniu schronienia w świecie pełnym chaosu oraz o tym, że dom to nie tylko cztery ściany, ale przede wszystkim bliscy dający nam prawo do bycia sobą. Wątki osobistych tragedii harmonijnie łączą się z motywem drugiej szansy. Przypominają przy tym, że każda blizna na sercu może stać się początkiem nowej, pięknej drogi. Autorka z niezwykłą czułością pochyla się nad samotnością, przekuwając ją w ufność, która rozkwita wraz z każdą próbą przywrócenia blasku zapomnianemu miejscu.

Lektura ta jest swego rodzaju lustrem  dla czytelnika  w którym odbijają się fundamentalne prawdy. Wartość człowieka nie mierzy się jego sukcesami, lecz odwagą do bycia kruchym. Pisarka przypomina nam, że każde spotkanie jest lekcją pokory, a najpiękniejsze życzenia to te, które spełniamy własnymi rękami dla kogoś innego. Książka zostawia nas z kojącą refleksją, że choć przeszłości nie da się napisać na nowo, to każda chwila obecna jest fundamentem pod lepsze jutro, jeśli tylko pozwolimy sobie na autentyczność.

Wyjątkowość tego dzieła tkwi w jego bezpretensjonalności i szczerości, z jaką dotyka najczulszych strun ludzkiej duszy. Jej siła nie płynie z lukrowanych obrazków, lecz z głębokiego przekonania, że dobro jest wyborem, którego dokonujemy każdego dnia, nawet wbrew przeciwnościom. Warto przeczytać tę książkę, by przypomnieć sobie o bliskości, która leczy, i o świetle, które nie gaśnie. Polecam tę lekturę każdemu, kto szuka nie tylko literackiego ukojenia, ale przede wszystkim inspiracji do tego, by z nową energią spojrzeć na własne relacje.

Ostatecznie ten utwór to nie tylko opowieść o Bożym Narodzeniu, ale przede wszystkim manifest wiary w człowieka i możliwość regeneracji zgaszonych nadziei. Autorka domyka historię klamrą, która spina bolesną przeszłość z jasną wizją przyszłości. Zostawia czytelnika z przeświadczeniem, że żadne serce nie jest zbyt zamarznięte, by znów mogło bić mocniej. Ta książka to dowód, że najpiękniejsze cuda zdarzają się wtedy, gdy zamiast czekać na los, sami wyciągamy do kogoś pomocną dłoń.

[Zakup własny].

sobota, 3 stycznia 2026

​Jak nie zwariować przed Wigilią? Jakub Bączykowski i jego „Nie jedz tego, to na święta”


Każdy z nas zna ten moment, gdy świąteczna magia zaczyna przypominać bieg z przeszkodami, a domowy spokój przegrywa z listą zakupów i nakazem lśniących podłóg. Zanim zasiądziemy do wigilijnego stołu, toczymy małe wojny o barszcz, choinkę czy tytułowe przysmaki, których „nie wolno ruszać”. To właśnie w ten uniwersalny, pełen absurdów klimat uderza Jakub Bączykowski w swoim świątecznym opowiadaniu "Nie jedz tego, to na święta", serwując historię będącą lustrem naszych przedświątecznych perypetii. W efekcie otrzymujemy nieprzesłodzoną opowieść z pierniczkami w tle, lecz swojską i pełną humoru satyrę na narodowe próby stworzenia ideału za wszelką cenę. Dzięki autentyczności, z jaką autor odmalowuje te sytuacje, każdy bez trudu odnajdzie tu cząstkę siebie.

Osobistym atutem tej przygody była dla mnie forma e-booka. Czytałam go w krótkich przerwach między przygotowaniami, co stało się swoistym bezpiecznikiem. Lektura pozwoliła mi złapać dystans i nie ulec wszechobecnej gorączce. Fakt, że tę błyskotliwą historię miałam zawsze pod ręką w telefonie, sprawił, że nawet w samym środku kuchennego chaosu potrafiłam odnaleźć chwilę uśmiechu.

Siłą opowieści są bohaterowie – Paweł i Sebastian – oraz ich pełne komizmu relacje. Bączykowski po mistrzowsku operuje ciętym dialogiem, zderzając mroźne powietrze Podlasia z dusznym aromatem wigilijnych potraw. Autor trafnie punktuje nasze przywary i przymus idealnego sprzątania. Pokazuje, że pogoń za perfekcją zazwyczaj kończy się chaosem, podczas gdy prawdziwe święta to umiejętność odnalezienia się w niedoskonałej rzeczywistości.

Jestem pod wrażeniem tego, jak autor poradził sobie z krótką formą, zamykając tyle trafnych spostrzeżeń na kilku stronach. Lektura pozostawia czytelnika z mieszanką rozbawienia i ulgi, budując silne poczucie wspólnoty – domowe kłótnie to po prostu nieodłączny element grudniowego krajobrazu. Po ostatniej stronie zostaje refleksja, że warto porzucić rolę perfekcyjnego gospodarza na rzecz autentyczności. Ostatecznie największą wartością okazuje się ten niedoskonały chaos, który po latach wspomina się z największym sentymentem.

Opowiadanie czyta się błyskawicznie dzięki lekkiemu stylowi i braku zbędnych opisów. Autor stawia na akcję i komizm sytuacyjny, przez co puenta wybrzmiewa wyjątkowo mocno. „Nie jedz tego, to na święta” to idealna lektura na jeden wieczór – zwłaszcza ten, w którym masz ochotę rzucić ścierkę do kurzu i po prostu się zaśmiać. To nie tylko obowiązkowa pozycja dla fanów cyklu podlaskiego, ale też uniwersalny plaster na przedświąteczny stres.

[Zakup własny].

piątek, 2 stycznia 2026

Lekcja uważności i drugich szans: Recenzja powieści „Zanim odlecą anioły” Nataszy Sochy.

W pogoni za nowoczesnością często zapominamy, że najtrwalsze fundamenty życia budują wspomnienia i mądrość naszych przodków. Wierzymy, że jesień życia to czas wyciszenia. Tymczasem to właśnie w doświadczeniu starszych pokoleń drzemie siła zdolna naprawiać teraźniejszość. O tym kruchym porozumieniu pisze Natasza Socha w powieści „Zanim odlecą anioły”. To opowieść uświadamiająca, że nigdy nie jest za późno na nowy rozdział, a najpiękniejsze cuda rodzą się z prostej życzliwości. Prawdziwa magia nie potrzebuje blasku fajerwerków – wymaga jedynie odwagi, by zmierzyć się z historią własnej rodziny.

Poszukiwanie sensu w chaosie zdarzeń staje się osią fabuły. Autorka portretuje trudną drogę do zamknięcia bolesnych rozdziałów przeszłości i pokazuje, że życie rzadko przypomina idealny plan. Seria niepowodzeń może stać się paradoksalnym impulsem do walki o siebie. W galerii postaci wyróżnia się Jan, którego męska duma kruszy się pod ciężarem porażki. Obok niego staje enigmatyczna Bożena – architektka emocjonalnych przełomów, prowokująca innych do zrzucenia masek. Towarzyszy jej barwny kolektyw kuchennych „Aniołów”. Te kobiety udowadniają, że wybaczenie sobie i innym jest fundamentem uzdrowienia. Pozwala ono odciąć się od dawnych krzywd i odzyskać utraconą godność.

Głębię tej mozaiki charakterów podkreśla warsztat pisarski Sochy, balansujący między literacką finezją a przystępnym językiem. Konstrukcja powieści opiera się na kunsztownych retrospekcjach, odsłaniających kolejne warstwy tajemnic. Wyjątkowy klimat buduje tu subtelna atmosfera zbliżających się świąt, daleka od komercyjnego zgiełku. To Boże Narodzenie pachnące autentycznością i ciepłem rozgrzanego pieca staje się katalizatorem zmian. Blask choinkowych świec nie tylko rozświetla mrok grudniowych wieczorów. Przede wszystkim rozprasza on ciemność w ludzkich sercach, czyniąc tę lekturę idealnym towarzyszem zimowych dni.

Wszystkie te elementy składają się na swoiste repetytorium z człowieczeństwa, w którym najważniejszą lekcją pozostaje uważność. Autorka przekonuje, że wartość jednostki nie wynika z sumy sukcesów, lecz z godności noszonej bez względu na wiek. Lektura pozostawia czytelnika w stanie kojącej melancholii. Budzi tęsknotę za prostotą relacji i uświadamia, jak wiele skarbów marnujemy, nie słuchając opowieści naszych bliskich. Wielu z nas odnajdzie w tej historii cząstkę własnych przeżyć, dylematów i nadziei. To czyni ją niezwykle bliską i osobistą.

Wymowny tytuł powieści staje się kluczem do jej zrozumienia. Spaja on nieuchronność przemijania z metafizyką codziennego dobra. „Anioły” to w tej historii nasi bliscy, których czas powoli dobiega końca, ale też ludzie wyciągający do nas dłoń w najmroczniejszym momencie. Natasza Socha przypomina, że mamy tylko krótką chwilę, by usłyszeć przemilczane historie i dokonać pojednania. Okazja do naprawienia relacji może bezpowrotnie odlecieć wraz z tymi, których kochamy. To wezwanie do duchowej czujności, by dostrzec magię drugich szans, zanim staną się one jedynie kruchym wspomnieniem.

Powieść tę polecam każdemu, kto szuka w literaturze życiowej prawdy i emocjonalnej głębi. Będzie idealnym wyborem dla osób ceniących historie zmuszające do zatrzymania się w biegu. To propozycja dla tych, którzy chcą poczuć magię świąt tam, gdzie zamiast prezentów liczy się szczere wybaczenie.

​„Zanim odlecą anioły” to literackie przypomnienie, że choć czas jest nieubłagany, to miłość, prawda i wspólny stół mają moc zatrzymywania go w najpiękniejszych momentach. Natasza Socha stworzyła opowieść, która zostaje w czytelniku jako cichy szept. Warto kochać ludzi takimi, jakimi są dzisiaj, zanim ich własne anioły odlecą w stronę wieczności.

[Zakup własny].