Właśnie w takim punkcie, gdzie kończą się młodzieńcze złudzenia, Arleta Tylewicz zaczyna swoją opowieść pt. „Alibi na kłamstwo”. Poznajemy Michalinę – dziewczynę, która była pewna, że u boku Macieja właśnie zaczyna najlepszy czas w swoim życiu. Przyszłość miała być wspólnym budowaniem, jednak los zweryfikował te plany w sposób niezwykle bolesny, gdy narzeczony po powrocie z wyjazdu wyznaje jej, że wybrał kogoś innego. Ta jedna rozmowa sprawia, że jej świat legnie w gruzach. Jako młoda kobieta, która właśnie traci całą swoją dotychczasową ufność do świata, zostaje nagle zupełnie sama, próbując składać na nowo codzienność po nagłym rozstaniu. Sytuację potęguje ogromny ciężar – ciąża, o której on nie ma pojęcia. Decyzja, by zachować tę prawdę dla siebie, staje się jej osobistym bagażem i otwiera drogę, na której każde kolejne kłamstwo ma chronić to, co dla niej najważniejsze.
Kiedy wydaje się, że Miśka całkiem utonie w problemach, pojawia się Kamil. Wieloletni przyjaciel oferuje pomoc, która daje szansę na wyjście z dołka, ale jednocześnie mocno komplikuje ich relację. Czytelnik cały czas zastanawia się, czy w dorosłym świecie istnieją gesty całkowicie bezinteresowne, podczas gdy przyszła matka musi zaryzykować, nie wiedząc, czy spokój oparty na niedopowiedzeniach ma w ogóle szansę przetrwać. Musi też odkryć, jaką cenę zapłaci za wsparcie od kogoś, kto mimo dobrego serca, sam zmaga się z głęboko skrywanym, wewnętrznym rozdarciem, które wciąż nie daje o sobie zapomnieć.
Ta lektura z dużym wyczuciem pokazuje to, o czym rzadko mówimy głośno: o ogromnym trudzie budowania nowej relacji, gdy nad codziennością kładzie się cień niedopowiedzeń. To przejmujący obraz nieustannej walki serca z rozumem, w której główna postać od początku stawia sprawę jasno, nie ukrywając, że jej uczucia mają zupełnie inny ciężar niż te z przeszłości. Pisarka opisuje bolesny rodzaj wewnętrznego zamknięcia Kamila – jego narastającą zazdrość i dystans, który staje się murem nie do przebicia. Mimo że Michalina wielokrotnie próbuje skłonić go do szczerej rozmowy, ból, który on nosi w sobie, sprawia, że bliscy sobie ludzie zaczynają się w tej ciszy gubić. Ta powieść uderza w czułe punkty, bo zmusza naszą bohaterkę do ciągłego zadawania sobie pytania, czy życie w cieniu wielkiej tajemnicy faktycznie służy dobru jej dziecka, czy jest tylko próbą oswojenia własnego lęku.
Najciekawsza jest jednak wewnętrzna przemiana, gdy do naszej bohaterki dociera, że wcale nie tęskni za człowiekiem, który ją zranił, ale za tą dawną wersją swojej młodzieńczej miłości i za kimś, kim Maciej kiedyś dla niej był. Rozumie, że ciągłe oglądanie się za siebie po prostu niszczy, a ta opowieść staje się zapisem bolesnego dojrzewania do tego, by zamknąć za sobą drzwi, których nie warto już otwierać. Twórczyni pisze o tym konkretnie i bez zbędnego słodzenia, dzięki czemu dylematy postaci stają się nam niezwykle bliskie.
Tę historię czuje się pod skórą jeszcze długo po lekturze, bo skłania ona do refleksji nad tym, gdzie kończy się poświęcenie, a zaczyna zwykłe oszukiwanie samej siebie. Dla mnie była to podróż bardzo osobista – czułam się tak, jakby Michalina opowiadała mi swoje sekrety przy kawie. Najbardziej uderzyło mnie trafne oddanie stanu, w którym cała codzienność opiera się na tajemnicach; to specyficzny rodzaj duszności, gdy nawet zwykły uśmiech kosztuje mnóstwo energii. To przypomnienie, że choć każdy z nas popełnia błędy, prawdziwa siła polega na tym, by w końcu przestać udawać kogoś, kim się nie jest.
Mądrość książki Arlety Tylewicz polega na jej prostocie, ponieważ autorka nie czaruje nas, że życie zawsze kończy się happy endem. Pokazuje jednak, że mamy pełne prawo do słabości, a to, co zostaje w nas po lekturze, jest jasne: nie zbudujesz niczego trwałego na strachu przed prawdą. Dopiero odcięcie się od przeszłości pozwala naprawdę przejąć kontrolę nad własnym losem. To propozycja dla każdego, kto czuje, że utknął w martwym punkcie i potrzebuje impulsu, by zacząć od nowa, nawet jeśli startuje się z poziomu zero.
W ostatecznym rozrachunku powieść „Alibi na kłamstwo” to coś więcej niż tylko opis życiowego kryzysu; to szczery obraz tego, jak kruche potrafi być nasze poczucie stabilizacji. Pisarka przypomina, że najtrudniejszą walkę toczymy nie z losem, ale z własnymi wspomnieniami, które potrafią trzymać nas w miejscu mocniej niż cokolwiek innego. Zostajemy z pytaniem: czy potrafimy zaakceptować prawdę o sobie, zamiast trzymać się złudzeń dających tylko chwilowy spokój? Zamykając ten tytuł, zyskujemy odwagę, by przestać szukać wymówek i zacząć żyć po swojemu – bez udawania i bez żadnych uników.
Zakup własny].

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Przed pozostawieniem komentarza pod postem, zapoznaj się, proszę z polityką prywatności bloga, której szczegółowe informacje znajdziesz w zakładce Polityka prywatności bloga Kocie czytanie i wyraź zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych.
Pozostawiając komentarz, akceptujesz politykę prywatności bloga, a tym samym wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych.
Dziękuję za odwiedziny i pozostawiony po sobie ślad. Proszę o kulturę wypowiedzi i podpisywanie się.