sobota, 25 maja 2019

Chcę umrzeć na własnych warunkach.

Jestem gwiezdnym pyłem; dmuchnij za mocno, a się rozsypię.
Moi drodzy, czy w pędzie codziennego życia znajdujecie chwilę na to, by uświadomić sobie, że czas, który został nam ofiarowany na tym świecie, nie jest wieczny i kiedyś dobiegnie końca?

Moja babcia często powtarzała mi, że w momencie, kiedy się rodzimy, Pan Bóg zapala nam świeczkę, której światło ma prowadzić nas do wieczności. Świeczka, jak wiemy ma jednak to do siebie, że  się topi i robi się coraz krótsza. Podobnie dzieje się z naszym życiem. Każdy dzień, każda chwila zbliża nas do jego kresu, który nastąpi, gdy Pan Bóg postanowi nam tę świeczkę zgasić.
Oczywiście zrozumiałe jest, że nikt z nas nie myśli na ten temat tak po prostu na co dzień, a nawet, jeśli zdarzają się chwilę, kiedy nadchodzą nas tego rodzaju refleksje, to jak najszybciej staramy się je od siebie odsunąć i zepchnąć do najgłębszych zakamarków naszej świadomości.
Niestety są sytuacje, które zmuszają nas do bezpośredniej i bezkompromisowej konfrontacji z tą bolesną prawdą. Jedną z nich jest choroba. Kiedy los doświadczy nas ciężką chorobą, wówczas uświadamiamy sobie, jak bardzo kruche jest ludzkie życie.
Przekonała się o tym główna bohaterka powieści Tammy Robinson „Twoje fotografie”, o której chcę Wam dziś opowiedzieć.

Ava jest młodą kobietą, która kilka lat temu wyszła zwycięsko z trudnej walki o życie z nowotworem piersi. Niestety musicie wiedzieć, że każdy, kto raz zmierzy się z tą chorobą, tak naprawdę już nigdy nie może spać spokojnie. Teraz już zawsze, życie dla osoby z remisją jest niczym bomba z opóźnionym zapłonem i mimo że cieszymy się, że nam się udało, to także doskonale wiemy, że ta choroba jest bardzo podstępna i nie odpuszcza tak łatwo, dlatego musimy mieć świadomość, że ona w każdej chwili może wrócić.
Tak też stało się w przypadku Avy. Dziewczyna w dniu dwudziestych ósmych urodzin dowiaduje się, że rak po raz kolejny się o nią upomina. Tym razem niestety lekarze nie nie dają pacjentce szans na wyleczenie. Otwarcie mówią, że zostało jej zaledwie kilka miesięcy życia. 
Nasza bohaterka, nie chce, aby to lekarze i choroba zdecydowały o tym, jak przeżyje czas, który jej pozostał. Chce mieć wybór. Chce umrzeć na własnych warunkach.
W jej historii nie znajdziecie listy rzeczy, które Ava chciałaby zrobić przed śmiercią. Ona ma tylko jedno pragnienie. Chce przeżyć swój ślub. Już jako mała dziewczynka marzyła o tej chwili, kiedy czuje się jak księżniczka w białej sukni niczym beza. Jest singelką, ale to nie ma dla niej znaczenia. Zorganizuje ślub dla samej siebie. Los ma dla niej jednak niespodziankę. Jej niezwykły plan jednoczy wielu ludzi, wyzwala dobro, a jej samej daje szansę na miłość. Tylko, czy znajdzie w sobie odwagę, by pokochać i siłę, by wkrótce pożegnać ukochaną osobę?

Odpowiedzi na to pytanie, oczywiście ode mnie nie uzyskacie, ale czeka ona na Was na kartach książki, dlatego, mam nadzieję, że uda mi się przekonać Was, abyście po nią sięgnęli. 

Kochani ta historia to dowód na to, że życie to paradoks.

Czasami to ograniczenia pozwalają nam żyć pełnią życia. Wystarczy tylko zrozumieć, jak cenny jest czas, który otrzymaliśmy. I jak ważne jest to, by cieszyć się każdym dniem.

Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkim jest ono darem. Paradoksalnie zaczynamy doceniać jego piękno i wyjątkowość, dopiero wówczas, gdy zegar nieubłaganie odmierza jego kres. To właśnie ten zbyt szybko przesypujący się piasek w klepsydrze życia wzmaga w nas pragnienie wykorzystania każdej ofiarowanej nam chwili najlepiej jak to tylko możliwe. Wówczas pragniemy, gromadzić, jak najwięcej wspomnień dla naszych najbliższych, aby stały się one dla nich pocieszeniem na ten trudny czas, kiedy nas już nie będzie. Moi drodzy nie odkładajcie niczego na później, cieszcie się każdą chwilą. Przeszłość jest już tylko historią, a przyszłość wielką niewiadomą. Liczy się tylko tu i teraz.

„Twoje fotografie” to historia, której bohaterem może być każdy z nas, bez względu na  wiek, czy plany na życie. Choroba nie wybiera. Ma sobie za nic nasze pragnienia i marzenia. Boleśnie autentyczny wymiar wszystkiego, o czym czytamy w książce mocno porusza czytelnika, trafia do głębi jego serca i skłania do głębokich refleksji. Ava jest bohaterką taką jak każda młoda kobieta. Ma swoje plany, marzenia, kochającą rodzinę i wspaniałych przyjaciół. To właśnie ten tak wyraźny realizm historii sprawia, że z pewnością podczas lektury nie unikniemy wielu trudnych pytań,  wśród których, na pewno znajdą się: „Jak, ja zachowywałabym się, będąc na miejscu głównej bohaterki? Czy potrafiłabym pogodzić się z tym, co mnie spotkało, i czerpać radość z czasu, który jeszcze mi pozostał?”.

Jak niektórzy z Was zapewne wiedzą, ja sama również zmagam się z nowotworem, a tym samym znam, odpowiedz na każde z tych pytań i od siebie mogę Was zapewnić, że choć może się wydawać to niemożliwe, to jednak da się oswoić i pogodzić z chorobą, wyciskając z każdej chwili wszystko, co najlepsze. Mając do wyboru usiąść, płakać i użalać się nad sobą, czekając na śmierć, albo żyć do końca najpełniej jak  tylko to możliwe, ja podobnie zresztą jak główna bohaterka wybieram drugą opcję.
Często pytacie mnie jak, to się dzieje, że pomimo choroby, ja jestem tak radosną i pełną życia osobą. Teraz już wiecie, z czego to wynika.

Reasumując, „Twoje fotografie” to opowieść o dziewczynie, która nie pozwala, aby to, co ją spotkało zdominowało jej ostatnie miesiące po tej stronie życia. Chce móc świadomie o sobie decydować i przeżyć je najpełniej, jak tylko potrafi. Wie, że nie będzie łatwo i nie karmi się złudzeniami, ale żyje do ostatniej chwili.
Jest to piękny dowód na to, że jeśli masz wokół siebie ludzi, którzy cię kochają nawet najtrudniejszą drogę łatwiej przejść. Książka wzrusza, porusza i daje do myślenia, ale także nie pozostawia bez nadziei. Śmierć to nie ostateczne pożegnanie. Przecież kiedyś wszyscy znów się spotkamy.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Papierowe motyle, za co bardzo dziękuję.



wtorek, 21 maja 2019

Bądźcie czujni, zło czai się wszędzie.

Kochani, polski mistrz grozy Artur Urbanowicz powraca, z długo wyczekiwaną przez wielu z nas książką. „Inkub”, bo właśnie o tej książce będziemy dziś mówić, to pokaźnych rozmiarów tomiszcze, które jeszcze zanim przystąpimy do jego lektury, już przykuwa naszą uwagę złowieszczym, a jednocześnie intrygującym tytułem oraz niezwykle tajemniczą i mroczną okładką. Można śmiało powiedzieć, że kiedy poznamy historię, którą skrywają karty powieści, przekonujemy się, jak bardzo już sama okładka oddaje klimat tego, co autor dla nas przygotował.

Jeśli o mnie chodzi, jest to już moje drugie spotkanie z twórczością autora i przyznaję, że mając w pamięci lekturę „Grzesznika”, wydawało mi się, że miej więcej wiem, czego mogę się po autorze spodziewać i wiecie co? Miałam rację, tylko mi się wydawało.

Tym razem zostajemy zabrani na Suwalszczyznę do niewielkiej wioski Jodoziory. Miejsca, do którego, uwierzcie mi, nikt, kto ma, choć odrobinę instynktu samozachowawczego nie powinien się wybierać. Dlaczego? O tyn przekonacie się za chwilę.
Niestety świadomości tego, co czeka na wszystkich, którzy pojawią się w tej wiosce, nie mają policjanci z komendy miejskiej w Suwałkach - Vytautas Cesnauskis i jego partner na służbie Mateusz -  którzy, aby niejako odkupić swoje karygodne postępowanie, które może godzić w dobre imię komendy, postanawiają przyjąć bez szemrania polecenie służbowe dotyczące wsparcia, kolegów z pobliskiej jednostki w akcji ewakuacji mieszkańców Jodozior z przyczyn niewyjaśnionych zjawisk, które tam mają miejsce. Jeszcze nie wiedzą, że z tego miejsca nikt nie wychodzi, takim jakim był, zanim się w nim pojawił.

Nie trzeba długo czekać, aby niemalże na własnej skórze poczuć, że dzieje się tu coś niedobrego. Kiedy czytelnik wspólnie z funkcjonariuszami przekracza granicę wioski, wręcz natychmiast czuje się jakby zupełnie w innym świecie. Ta wioska to dosłownie klaustrofobiczne, duszne i mroczne środowisko, żyjące własnym życiem. Poznając jej mieszkańców i życie, jakie wiodą, ma się nieodparte wrażenie, że każdy ma tu coś do ukrycia, przez co musimy zachować daleko idącą ostrożność i czujność, bo tak naprawdę do końca nie wiadomo, komu można ufać.

Sytuacja zaczyna stawać się jeszcze bardziej przerażająca, kiedy wkrótce w wiosce zostają odnalezione spopielone zwłoki małżeństwa, będącego mieszkańcami wioski. Okoliczności śmierci małżonków są tak niecodzienne, że nie sposób ich racjonalnie wyjaśnić. Wioska od zawsze cieszyła się złą sławą, o czym doskonale wie młody dzielnicowy, który od dawna interesuje się jej historią. Przy okazji prowadzonego śledztwa, dzielnicowy dzieli się, tym, co udało mu się ustalić z kolegami po fachu. Okazuje się, że wśród lokalnej społeczności Jodoziory, to miejsce od dawna zapomniane przez Boga i ludzi, gdzie króluje przemoc i cierpienie. I rzeczywiście my czytelnicy też możemy to dobitnie dostrzec. Gdybym miała określić to, czego doświadczamy, to nieodparte wrażenie, że ktoś w tej wiosce otworzył puszkę pandory. Nasilają się choroby, zaginięcia i samobójstwa. Niestety więcej już się od dzielnicowego nie dowiemy, bo wkrótce chłopak popełnia samobójstwo.

Vytautas, jednak nie zamierza odpuścić. Chce nie tylko wyjaśnić przyczyny samobójstwa kolegi, ale także dalej idąc tropem dzielnicowego odkrywać tajemnice wioski. Miejscowi twierdzą, że w Jodoziorach mamy do czynienia ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, których źródłem jest zamknięty od lat nawiedzony dom. Wierzą, że to właśnie ten dom emanuje negatywną energią, która odziera ludzi z człowieczeństwa i wyzwala w nich najgorsze instynkty. Prywatne śledztwo policjanta ujawnia, że początek wszelkiego zła, które wydarzyło się na tej niewielkiej prowincji, miał miejsce w latach siedemdziesiątych, kiedy to, jedną z jej mieszkanek była kobieta parająca się czarami.

Czyżby historia zatoczyła koło? Czy wszystko to, co teraz dzieje się w tej wiosce, było dowodem na to, że niestety historia lubi się powtarzać? Niezwłocznie zabierajcie się za lekturę „Inkuba” i przekonajcie się o tym sami.

Jako że, jak wspomniałam przed chwilą, korzenie całego zła dziejącego się w Jodoziorach sięgają zupełnie innej epoki, tak też została podzielona akcja powieści. Czytelnikowi zostają przestawione wydarzenia mające miejsce tu i teraz, czyli w roku 2016, jak również mamy możliwość cofnięcia się w czasie, dzięki czemu autor umożliwia nam jeszcze głębsze wchłonięcie we wszystko, z czym przyjdzie nam się zmierzyć.

Zapewne jesteście ciekawi, czy „Inkub” straszy.
Oczywiście były momenty, kiedy czytając, byłam dosłownie przerażona. Jednak gdybym miała porównywać pod tym względem „Inkuba” i „Grzesznika”, którego również czytałam, to tym razem bardziej czułam napięcie i ciekawość tego, co będzie dalej, niż sam czysty strach, który przy czytaniu „Grzesznika” towarzyszył mi nieustannie. Artur Urbanowicz po raz kolejny udowodnił, że nie tylko doskonale potrafi budować napięcie, ale również doskonale potrafi zwieść czytelnika.
Ja sama, od samego początku do końca, czułam na plecach oddech wszechobecnej śmierci.

Już w prologu powieści zostaje zadane pytanie, na które ja starałam się, znaleźć odpowiedz przez cały czas, jaki spędziłam na lekturze książki.

„-Dlaczego tak lubisz się bać? Zastanawiałeś się nad tym?”

Do tej pory się nad tym nie zastanawiałam, ale teraz właśnie dzięki „Inkubowi” udało mi się znaleźć, moją subiektywną odpowiedz na to pytanie.
Otóż, kiedy czytamy tę książkę, bywają chwile, kiedy mamy ochotę przerwać, odłożyć książkę, chociaż na chwilę, jednak nie jesteśmy w stanie, ponieważ strach nas hipnotyzuje, nęci, kusi, oplata swoimi mackami i podnosi adrenalinę, a to uzależnia. Nawet jeśli życie codzienne zmusza nas do przerwania czytania, to wszystko to, o czym czytamy, ciągle w nas żyje. Nie możemy przestać o tej historii myśleć. Autor ma niezwykłą umiejętność malowania słowem obrazów grozy, których projekcja trwa w głowie czytelnika jeszcze na długo po skończonej lekturze.

Niedawno, podczas jednej z rozmów z moją przyjaciółką stwierdziłyśmy, że jako wielbicielki twórczości autora zawsze z niecierpliwością czekamy na każdą Jego książkę, ale doskonale rozumiemy, dlaczego musimy czekać na nie dość długo.
Wszystko, co wychodzi spod pióra Artura Urbanowicza to jedna wielka perfekcja. Wszystkie części składowe jego powieści począwszy od budowania klimatu poprzez fabułę, aż do kreacji postaci bohaterów, z których żadna nie pojawia się bez powodu, wszystkie pojawiają się w konkretnym celu, są dopracowane, tu nie ma miejsc na przypadek. A jak wiadomo, profesjonalizm wymaga czasu, pracy, zaangażowania i pasji. Zapewniam Was, że to wszystko i wiele więcej znajdziecie właśnie w „Inkubie”.

Nie pozostaje mi nic innego, jak z całego serca polecić Wam lekturę „Inkuba”. Na pewno ze względu na swoje gabaryty nie jest to książka, którą da się pochłonąć w jeden wieczór, ale z pewnością czas z nią spędzony będzie bardzo emocjonalny. Jestem pewna, że czytając, będziecie bali się spojrzeć za siebie, ale w ostatecznym rozrachunku ciekawość zwycięży. Na zakończenie mam dla Was ciekawostkę dotyczącą książki, która być może sprawi, że sami będziecie chcieli podążyć tropem opisanej w książce historii.
Otóż inspiracją dla powstania „Inkuba” stała się, jak sam autor podkreśla rzekomo prawdziwa historia, która została mu opowiedziana. Mamy tu również odniesienie do rodzimych legend.
Ja jestem pod wrażeniem „Inkuba” i chętnie obejrzałabym jego ekranizację, ale jednak ciągle to „Grzesznik” pozostaje moim numerem jeden.

Jeśli jesteście ciekawi, co pisałam na temat „Grzesznika”, zapraszam Was tutaj.

Bądźcie czujni, zło czai się wszędzie.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Vesper, za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 20 maja 2019

Zapraszam na imprezę urodzinową księgarni Tania Książka! 🎊 🎈 🐱

Moi kochani, dzisiejszy dzień rozpoczął się dla mnie bardzo wyjątkowo, ponieważ zostałam zaproszona na niezwykłą imprezę urodzinową. Otóż księgarnia Tania książka obchodzi swoje 13 urodziny. Co więcej, wszyscy goście tej imprezy zostają obdarowani mnóstwem fantastycznych prezentów. Tak, tak moi drodzy, księgarnia przygotowała dla nas wiele promocji, rabatów książkowych oraz fantastyczny konkurs. Ale o tym już za chwilę.

Ja urodziny Taniej książki postanowiłam obchodzić w plenerze, dlatego w pięknych okolicznościach przyrody chcę pokazać Wam paczkę niespodziankę, którą właśnie od Taniej książki otrzymałam.
Do paczki był dołączony tajemniczy list, z którego dowiedziałam się, że księgarnia przygotowała prezenty również dla Was moi drodzy.
Pierwszym z nich jest 13% kod rabatowy na książki UROTKED9273C302 (Kod ważny do 9 lipca. Nie łączy się z innymi kodami rabatowymi i nie obejmuje kosztów wysyłki).
Kolejna niesamowita niespodzianka to świetny konkurs, którego nagroda jest spełnieniem marzeń każdego książkoholika. Nie uwierzycie, ale w konkursie tym można wygrać bon o wartości 1000 zł na książki oraz 13 pakietów książkowych po 13 książek. Czyż nie brzmi to cudownie?
Gorąco zachęcam Was do udziału w konkursie. Jego szczegóły znajdziecie TU.
A pod tym linkiem, znajdziecie informację o pozostałych urodzinowych promocjach.

Księgarni Tania Książka życzę wielu kolejnych tak świetnych urodzin i gratuluję tak wspaniałej imprezy urodzinowej, a Wam moi kochani, życzę super zabawy!

niedziela, 19 maja 2019

Przedpremierowo “Więcej niż pocałunek” – trzy pierwsze rozdziały Helen Hoang

Drodzy czytelnicy, sympatycy i goście bloga Kocie czytanie. Dla mnie jako blogerki książkowej nadrzędnym celem jest oczywiście sięganie po jak najlepsze w moim odczuciu książki, po to, by móc Wam o nich opowiedzieć i zachęcić do ich lektury. W związku z tym bardzo lubię brać udział w różnego rodzaju formach promowania, książek, które są dopiero zapowiedziami, abyście mogli poznać moje subiektywne odczucia po przedpremierowej lekturze, a tym samym mam cichą nadzieję, że choć trochę uda mi się pomóc Wam w podjęciu decyzji, odnośnie  tego, czy Wy sami również chcielibyście dany tytuł przeczytać.

Jeśli zastanawiacie się, dlaczego piszę Wam o tym właśnie dziś, już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż 5 czerwca bieżącego roku, a więc niemalże za chwilę swoją premierę na polskim rynku wydawniczym będzie miała książka autorstwa Helen Hoang „Więcej niż pocałunek”, która za granicą otrzymała wiele bardzo ważnych nagród i wyróżnień, a ja już teraz dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza, za co bardzo dziękuję, miałam wyjątkową możliwość, poznać trzy pierwsze jej rozdziały. Zatem niezwłocznie spieszę do Was moi drodzy, aby nie tylko uchylić wam rąbka tajemnicy dotyczącej tego, co przygotowała dla nas autorka, ale przede wszystkim odpowiedzieć na najbardziej istotne, dla Was, jak przypuszczam pytanie: Czy warto czekać na premierę książki „Więcej niż pocałunek”? Odpowiedz już za chwilę.

Główną bohaterką powieści jest trzydziestoletnia Stella. Młoda kobieta jest uznanym pracownikiem ekonomistą pracującym w korporacji. Właśnie otrzymała kolejny w krótkim odstępie czasowym awans. W pracy czuje się, jak ryba w wodzie, ponieważ wykonując swoje zawodowe obowiązki, musi wykazywać się logiką, a to ceni sobie najbardziej. Niestety w sferze życia prywatnego dziewczynie nie układa się już tak dobrze, co bardzo martwi jej matkę. Kobieta chciałaby już zostać babcią, a córka nadal jest singelką.
Dla samej Stelli relacje damsko - męskie są naprawdę trudne, a to dlatego, że cierpi ona na Zespół Aspergera. Dla tych z was, którzy nie wiedzą, jednym z jego objawów są problemy w budowaniu w relacji społecznych, jak również problemy z bliskością fizyczną. Chory wszelkiego rodzaju relacji społecznych musi się po prostu nauczyć. Tak jakby musiał odbyć lekcje w szkole. I tu zaczynają się schody. Aby dać rodzicom upragnione wnuczęta, musi być związek, ślub, seks, a seks równa się bliskość, która napawa naszą bohaterkę wstrętem. Oczywiście dziewczyna ma za sobą kilka spotkań z mężczyznami, które kończyły się w łóżku, jednak zawsze była w takich sytuacjach traktowana mocno przedmiotowo, przez co jeszcze bardziej zamykała się w sobie. Pewnego dnia po wymianie kilku zdań z kolegą z pracy odnośnie  jej życia intymnego Stella postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Niesiona impulsem chce podejść do problemu zadaniowo. I tak w jej życiu pojawia się Michael, chłopak do towarzystwa, któremu Stella płaci za to, aby ten nauczył ją bliskości. Przystojny i wrażliwy chłopak nie ma łatwego życia, ale do swojego zadania podchodzi bardzo poważnie. Już w tych trzech początkowych rozdziałach doskonale widzimy, że jego plan lekcji bliskości, jakie przygotował dla swojej „uczennicy”, będzie bardzo rozszerzony. Jestem ogromnie ciekawa, jak dalej potoczą się relacje tej dwójki i jak wpłyną one na nich samych.

Oczywiście zachęcam Was do zapamiętania tytułu i daty premiery tej pozycji. A dlaczego?
Przede wszystkim dlatego, że autorka poruszyła bardzo ważny temat, jakim jest życie z Zespołem Aspergera dla dorosłych kobiet w aspekcie seksualności, czy budowania związków. Ponadto podkreślić należy, iż kreacja postaci głównej bohaterki oparta jest o osobiste spostrzeżenia autorki, jako osoby, u której zbyt późno zdiagnozowano chorobę. Bardzo ważne jest również to, że Helen Hoang udało się zainteresować mnie tym, co przygotowała dla swoich czytelników niemalże natychmiast. Już ta krótka chwila spędzona ze Stellą i Michaelem sprawiła, że zdobyli oni moją sympatię. To, co w moim odczuciu także zasługuje na uznanie to niezwykła subtelność w opisywaniu sceny bliskości między kobietą i mężczyzną z podkreśleniem tego, co tak naprawdę powinno być w takich chwilach najważniejsze. Już teraz coś mi mówi, że to niecodzienna relacja zmieni wiele nie tylko w życiu Stelli, ale i Michaela. Czuję, że oboje mogą ofiarować sobie wzajemnie bardzo dużo, jeśli tylko zdecydują się zaryzykować.

Kochani, ja bardzo chcę dowiedzieć się, jak dalej potoczy się ta historia, dlatego z niecierpliwością czekam na dzień 5 czerwca, kiedy swoją premierę będzie miała naprawdę świetnie zapowiadająca się książka. Mam nadzieję, że udało mi się zainteresować Was tą książką i będziecie czekać razem ze mną. Uwierzcie mi „Więcej niż pocałunek”, to tytuł, o którym jeszcze bardzo długo będzie głośno w książkowym świecie.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Muza, za co bardzo dziękuję.

środa, 15 maja 2019

Będę silna dla ciebie córeczko.

Kiedy jesteśmy młodymi ludźmi i zaczynamy budować związki, często nie postrzegamy naszego wybranka tak, jak widzą go inni. Nie raz zdarza się tak, że słyszymy od naszych bliskich „To nie jest chłopak, czy dziewczyna dla ciebie”. Niestety rzadko kiedy bierzemy ich zdanie pod uwagę, zaślepieni uczuciem. Dziś chcę opowiedzieć Wam, historię Lilki, głównej bohaterki pierwszej części sagi Rodziny z Ogrodowej pt. „Słoneczniki po burzy" autorstwa Eweliny Marii Mantyckiej, która na pewno nie raz żałowała tego, że kiedyś nie posłuchała ojca, za co przyszło jej zapłacić bardzo wysoką cenę.

Liliana Kłosowska – Maj jest kobietą, której po pięciu latach toksycznego związku pełnego przemocy, upokorzeń i strachu udało się wyrwać z klatki, jaką uczynił jej życie psychopatyczny mąż Paweł. Oczywiście dla osoby trwającej przez tak długi czas w sytuacji, gdzie poza przemocą fizyczną mąż nieustannie znęcał się nad nią psychicznie, nie był to łatwy krok, ale siłą naszej bohaterki od zawsze jest jej córeczka. Walcząc o lepsze życie i spokojne dzieciństwo dla niej ucieka od swojego oprawcy. Na szczęście może liczyć na wsparcie i pomoc swoich najbliższych. Spokojną przystań dla siebie i dziecka odnajduje w rodzinnym dworku, miejscu, gdzie sama spędziła dzieciństwo. Z dworkiem tym wiąże się ciekawa legenda, w której główną rolę odgrywa nieżyjąca już właścicielka dworku prababka Rozalia zwana niegdyś przez tamtejszą społeczność „Czarownicą z Ogrodowej”. Nie chcę zdradzać Wam oczywiście, skąd wywodzi się owa legenda, ani czego ona dotyczy, ale jak się przekonacie, przeszłość w przypadku tej rodziny nadal ma wpływ na jej życie.

„W potłuczonym lustrze, nie ujrzysz już w pełni swojego odbicia".

Dokładnie tak czuje się Liliana. Jest niczym rozbite lustro. Pełna obaw i niepokoju, jak poradzi sobie z samodzielnym wychowaniem córki Kai. Wie, że łatwo nie będzie, ponieważ kończą się jej pieniądze, a wszystko, co ma to rzeczy mieszczące się w zaledwie kilku kartonach i samochód, który, choć podczas rozprawy rozwodowej został przyznany jej, musiała odebrać byłemu mężowi podstępem.
Pomocną dłoń wyciąga do samotnej matki jej kuzyn Raj, który mieszka wraz z trójką swoich dzieci nieopodal dworku, który teraz stał się nowym domem dla mamy i córki. Wspólnie z nimi mieszka, również dziadek Janek, którym Lilka ma się teraz opiekować.
Raj doskonale rozumie swoją kuzynkę, ponieważ sam również wychowuje swoje dzieci w pojedynkę.
Wszelkie obawy jednak ustępują miejsca nadziei i radości za każdym razem, kiedy kobieta widzi spokój i uśmiech na twarzy Kai. Sama też nabiera coraz większej pewności, że jej życie również może się odmienić, kiedy na jej drodze pojawia się Fabian.
Na ten temat nic więcej jednak Wam nie zdradzę, przeczytajcie koniecznie książkę i przekonajcie się, kim jest ten tajemniczy mężczyzna i jak jego obecność wpłynie na życie Liliany.

„(..) słoneczniki są silne, bo przetrwają każdą burzę, a potem są już bardziej dojrzalsze i bardziej odporne. (,...) Te słoneczniki po burzy są jak ty córciu, coraz silniejsze i piękniejsze. I nadal uśmiechaj się do słońca... dla siebie i dla swojej córki”.

Jak widzicie, wszystko układa się tak, jak zapewne wszyscy byśmy sobie tego życzyli, ale niestety, jak się domyślacie z tak trudną przeszłością, jaką los zapisał naszej bohaterce, nie jest łatwo zerwać. I niestety do niej ona jeszcze wróci.
Jeśli jesteście ciekawi - a przypuszczam, że na pewno tak jest - czy Liliana w istocie jest jak słoneczniki bardziej odporna i twarda po tym wszystkim, co przeszły obie z córką i znajdzie w sobie siłę, aby jeszcze raz stawić czoła demonom przeszłości i zawalczyć o prawdziwe szczęście, a może powrócą strach i niepewność, które złamią ją na zawsze, zachęcam Was serdecznie do lektury „Słoneczników po burzy”.

„Słoneczniki po burzy” to bardzo klimatyczna opowieść osadzona w niewielkiej wsi czasów współczesnych. To historia pokoleń rodziny Żmudzkich, w której echa przeszłości jej przodków są obecne do dziś. To wreszcie dowód na to, że w kochającej się rodzinie tkwi siła i moc. Bez względu na to ile i jak bardzo trudnych burz doświadczymy, żadna z nich nie zniszczy nierozerwalnych więzi rodzinnych. To dom rodzinny jest tą bezpieczną arką, w której możemy zawsze znaleźć schronienie podczas największych sztormów w naszym życiu. Nawet jeśli mamy wrażenie, że wypadliśmy za burtę i toniemy, tam zawsze są ludzie, którzy podadzą nam pomocną dłoń.

Cóż więcej mogę powiedzieć. Jeśli lubicie sagi rodzinne, których autorka pokazuje życie w wielu jego barwach i odcieniach, które nie zawsze jest sielanką, a jednak przez cały czas wlewa w serca czytelników nadzieję i wiarę w lepsze jutro, to jest to tytuł idealny dla Was.
Z pewnością nie jest to historia, której nie doszukamy się przewidywalności i schematów, ale nie odbierają one w żaden sposób przyjemności z czytania. Pan Ewelina ma niezwykłą umiejętność przyciągania uwagi czytelnika i utrzymania jej do samego końca. Bardzo swobodny i lekki styl pisania, który w połączeniu z wyważonym balansem pomiędzy trudną życiową tematyką i subtelną dawką humoru sprawia, że książkę czyta się niezwykle szybko.

Ja na pewno sięgnę po drugą część sagi zatytułowaną „Duszący zapach bzu”, by poznać losy pozostałych członków tej wspaniałej rodziny,

A Wy skusicie się na lekturę „Słoneczników po burzy”, a może już czytaliście i razem ze mną czekacie na kontynuację? Jeśli tak, koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami odnośnie do tego tytułu.

Recenzja powstałą we współpracy z wydawnictwem Videograf, za co bardzo dziękuję.