To właśnie w tej melancholijnej przestrzeni, na styku rodzinnej pamięci i nieuchronnego odkrywania prawdy, autorka Wiktoria Emilia Regin zawiesza losy bohaterów swojej książki „Do zobaczenia w Marsylii”. Ta konieczność powrotu do korzeni materializuje się w momencie, gdy z mapy domowych zależności znika Wanda – sędziwa, olsztyńska tarocistka, która przez całe dziesięciolecia układała karty, próbując porządkować chaos w cudzych życiorysach, podczas gdy własną, bolesną przeszłość szczelnie otoczyła milczeniem. Jej śmierć nie jest tu jedynie biologicznym faktem, ale gwałtownym przerwaniem dotychczasowej narracji, w której żyli jej bliscy. Pozostawiony przez nią testament, daleki od materialnych dóbr i chłodnych, prawniczych formuł, okazuje się emocjonalnym wyzwaniem. To spadek utkany z niedopowiedzeń, starych listów oraz wskazówek, które zamiast dawać natychmiastowe ukojenie, burzą pieczołowicie budowany spokój młodszego pokolenia. W ten sposób pisarka zarysowuje punkt wyjścia, w którym pójście naprzód staje się niemożliwe bez uprzedniego spojrzenia w twarz rodzinnym demonom.
To niechciane, ale i fascynujące wyzwanie trafia w ręce wnuczki oraz bratanicy zmarłej – Joanny i Michaliny. Kobiety te, choć połączone rodzinnymi więzami, są jak dwa skrajnie różne bieguny. Jedna z nich, dla której Wanda była babcią, chroni się za pancerzem rezerwy, chłodnym racjonalizmem próbując kontrolować każdy aspekt swojej codzienności. Druga, dla której zmarła była ciocią, uosabia przeciwny, dynamiczny biegun – energię buntu, impulsywność i odwagę. Zderzenie tak różnych charakterów w obliczu nagłej straty staje się znakomitym studium relacji łączącej siostry cioteczne. Twórczyni z dużą czujnością psychologiczną przygląda się ich wzajemnym animozjom, udowadniając, że wspólne śledztwo wymaga od nich nie tylko przekroczenia fizycznych granic, ale przede wszystkim zmierzenia się z własnymi słabościami.
Prawdziwym pomostem łączącym te dwa kobiece światy staje się pozostawiony przez zmarłą zeszyt. Jego pożółkłe strony kryją słowa nakreślone niespokojną, dotychczas nieznaną ręką. Ten namacalny dowód czyjegoś minionego istnienia natychmiast zmienia perspektywę bohaterek. Rękopis, w którym zapisano dawny lęk, niezagojony ból, ale i potężne emocje, nie pozwala na obojętność. Zapiski stają się osobistym przewodnikiem po historii, która dawno temu przekroczyła granice jednego ludzkiego życia i rozlała się szerokim echem na przyszłość. To właśnie ten niepozorny dokument otwiera w tej pozycji wielowymiarowy wątek historyczny, sprawiając, że poszukiwania sióstr przestają być jedynie suchą rekonstrukcją faktów, a stają się głębokim, emocjonalnym dotknięciem losów ludzi, którzy kiedyś kochali i błądzili dokładnie tak samo, jak one dzisiaj.
Stary dziennik przenosi nas na początek dwudziestego wieku, odsłaniając burzliwą relację, która rozegrała się między tętniącą życiem, słoneczną Francją a surowym, przedwojennym Wołyniem. To tam, na styku odmiennych kultur, splatają się drogi młodej Francuzki Eugenię oraz polskiego malarza. Autorka z wielką plastycznością odtwarza atmosferę tamtej epoki, unikając jednak uproszczeń; zamiast tego pokazuje, jak wielkie uniesienia artystyczne i miłosne mogą niepostrzeżenie osunąć się w niszczycielską zazdrość oraz zdradę. Jądrem tej narracji staje się dawna zbrodnia popełniona pod wpływem afektu – czyn tak dramatyczny, że jego konsekwencje, niczym niewidzialne fatum, kładą się cieniem na losach następców. Nie otrzymujemy tu jedynie suchej lekcji historii, ale przejmujący obraz tego, jak dawne, tragiczne wybory potrafią zastygnąć w milczeniu i przez dekady po cichu kształtować życie ludzi, którzy o ich istnieniu nie mieli pojęcia.
Niezwykłym walorem tej prozy jest sam język, jakim posługuje się autorka – niezwykle plastyczny, malarski i pełen literackiej elegancji. Powieściopisarka nie spieszy się z relacjonowaniem zdarzeń; narzuca opowieści wyważone, wręcz hipnotyzujące tempo, które pozwala nam w pełni celebrować każde słowo. Ta dbałość o detal sprawia, że opisy tętniącej słońcem Marsylii oraz surowych, historycznych pejzaży Wołynia niemal natychmiast materializują się pod naszymi powiekami. Granica między czytelnikiem a tekstem całkowicie się zaciera – dzięki sugestywnemu stylowi artystki przestajemy być jedynie biernymi odbiorcami, a stajemy się naocznymi świadkami i niemalże fizycznymi uczestnikami tej poruszającej, wielopokoleniowej sagi.
Sensorycznym sercem tej historii, spajającym przeszłość z teraźniejszością, staje się jednak coś znacznie bardziej nieuchwytnego i namacalnego – unosząca się na kartach książki nietuzinkowa, zmysłowa aura zapachów mydła. Pisarka nie sięga po oczywiste, tradycyjne nuty; zamiast tego buduje klimat wokół aromatów rzadkich, zaskakujących i niezwykle charakterystycznych, które natychmiast budzą w bohaterkach uśpione emocje. Te wyjątkowe kompozycje zapachowe nie są jedynie tłem dla opisywanych wydarzeń – stają się one subtelnymi wyzwalaczami wspomnień, które potrafią dotrzeć do najgłębszych warstw pamięci tam, gdzie słowa i dokumenty zawodzą. Każda z tych osobliwych nut zapachowych działa jak niewidzialna nić Ariadny, która krok po kroku prowadzi siostry przez labirynt rodzinnych sekretów. W ten sposób te nieoczywiste aromaty stają się dla bohaterek symbolem odkrywania własnej, autentycznej tożsamości, a czytelnika uwodzą swoją zmysłowością i nie pozwalają mu pozostać jedynie obojętnym obserwatorem.
Odbiór tej powieści szybko przestaje być jedynie śledzeniem cudzych losów, stając się głębokim, osobistym doświadczeniem. Choć decyzje obu kobiet – a także dramatyczne wybory ich przodków, podyktowane lękiem przed bliskością, pragnieniem prawdziwego uczucia czy paraliżującym strachem przed wykonaniem kolejnego kroku – niejednokrotnie budzą w nas sprzeciw, to właśnie te niewykorzystane szanse i ludzkie słabości czynią te postaci niezwykle bliskimi. Najbardziej poruszający okazuje się jednak niemal metafizyczny klimat dzieła. Nieustanna, subtelna obecność zmarłej Wandy, której duch zdaje się czuwać nad każdym oddechem wnuczek, sprawia, że podczas czytania sami zaczynamy odczuwać dziwny niepokój i bliskość minionego świata. To obcowanie z tajemnicą zmusza do refleksji nad własnymi lękami przed bliskością oraz nad tym, jak wiele cudzych, niezagojonych ran niesiemy we własnym bagażu doświadczeń.
Siła tego tytułu tkwi w jego niezwykłej mądrości – prozaiczka nie próbuje nas oceniać ani dawać gotowych recept na życie, lecz z wielką czułością pokazuje, że największą odwagą jest konfrontacja z własnym dziedzictwem. Przesłanie tej opowieści niesie głębokie ukojenie: uczy nas, że każdy popełniony błąd i każda niewykorzystana szansa mogą stać się fundamentem do zbudowania nowej, w pełni świadomej tożsamości. To właśnie w tym tkwi ostateczna wartość tej opowieści – staje się ona dla nas subtelnym i niezwykle potrzebnym impulsem do tego, by z czułością oraz odwagą przyjrzeć się własnym korzeniom i otworzyć na bliskość drugiego człowieka.
„Do zobaczenia w Marsylii” to pozycja literacka, którą z całego serca polecam miłośnikom wielowątkowych sag rodzinnych, literatury z głębokim tłem psychologicznym oraz czytelnikom poszukującym w książkach prawdziwych, nieprzemilczanych emocji. Warto po nią sięgnąć przede wszystkim dla jej rzadko spotykanej odwagi w ukazywaniu ludzkich pragnień – autorka opisuje cielesność oraz potrzebę bliskości w sposób niezwykle obrazowy, bezkompromisowy i zmysłowy, co sprawia, że po tę pozycję powinni sięgać przede wszystkim starsi nastolatkowie oraz dorośli czytelnicy. Ze względu na swoją wielowymiarowość, skomplikowaną strukturę czasową i bogactwo wątków, lektura wymaga od nas pełnego skupienia oraz uważności. Mimo że liczy ona ponad pięćset stron, to jej przyswajanie nie nuży ani przez chwilę; przez kolejne rozdziały wręcz się płynie, nerwowo przewracając kolejne karty w niecierpliwym oczekiwaniu na finał. Ta niezwykle angażująca treść trzyma w napięciu do samego końca, budząc w nas ogromne pragnienie odkrycia, czy wszystkie elementy skomplikowanej, rodzinnej układanki wreszcie trafią na swoje miejsce, przynosząc bohaterkom upragnioną prawdę oraz tak bardzo potrzebny, wewnętrzny spokój.
Ostatecznie ten tytuł pozostawia nas z poruszającym pytaniem o to, jak wiele z nas samych należy naprawdę do nas, a jak wiele jest tylko echem dawno zapomnianych głosów. To olśniewająca, pełna zapachów i cieni opowieść, która udowadnia, że dopóki nie odważymy się wejść do ciemnego pokoju naszych rodzinnych tajemnic, na zawsze pozostaniemy jedynie więźniami cudzych niedopowiedzeń. „Do zobaczenia w Marsylii” to nie tylko podróż przez czas i przestrzeń – to czułe, głębokie i niezwykle potrzebne spotkanie z samym sobą, po którym już nigdy nie spojrzymy na własną przeszłość w ten sam sposób.
[Materiał reklamowy].




