Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Videograf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Videograf. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 września 2026

Odbudować tożsamość na gruzach przeszłości. Recenzja powieści „Spotkajmy się na moście miłości” Moniki Hakowskiej

Ludzkie życie przypomina misternie tkaną mozaikę z pamięci – tej uchwytnej dla umysłu, którą potrafimy ubrać w słowa, oraz tej ukrytej głęboko pod skórą, odbijającej się w nas echem bez naszej wiedzy. Często żyjemy w złudzeniu, że czas skutecznie leczy rany, a przeszłość można po prostu zamknąć za szczelnymi drzwiami milczenia i zapomnienia. Tymczasem to, co uformowało nas u progu dorosłości – pierwsze zachwyty, nagłe straty czy niedokończone opowieści – rzadko znika bez śladu. Trwa w utajeniu i czeka na niewinny impuls. Czasem wystarczy przelotny zapach, znajomy gest czy jedno spojrzenie, by nagle skruszyć wypracowany przez lata pancerz obronny. Nostalgia nie jest przecież wyłącznie sentymentalną podróżą wstecz, lecz nieustannym, cichym poszukiwaniem utraconej części samego siebie. Najtrudniejsze życiowe sprawdziany nie dotyczą bowiem tego, jak radzimy sobie z pamięcią, ale kim się stajemy, gdy to, co najważniejsze, zostanie nam odebrane – i czy mamy w sobie dość odwagi, by stanąć twarzą w twarz z powracającym cieniem dawnego losu. Właśnie w tę skomplikowaną przestrzeń ludzkich emocji i utraconych szans zabiera nas Monika Hakowska w powieści „Spotkajmy się na moście miłości”, stawiając przejmującą tezę, że prawdziwe uczucie nie znika wraz z uciekającymi wspomnieniami, lecz trwa głęboko w nas, czekając na właściwy moment, by powrócić.

Pisarka buduje swoją opowieść wokół historii Bruna i Meli – dwojga ludzi, których w młodości połączyło porywające, czyste uczucie, a rozdzielił jeden tragiczny moment. Dramatyczny wypadek odebrał dziewczynie bliską osobę i rzucił ją na drugi koniec świata. Przede wszystkim jednak spowił jej przeszłość szczelną mgłą amnezji. Gdy po ośmiu latach los niespodziewanie krzyżuje ich ścieżki w zwyczajnych dekoracjach codzienności, czytelnik staje się świadkiem niezwykle subtelnej dramaturgii. Dla niego – dojrzałego już mężczyzny – to gwałtowny powrót dawnego uderzenia serca i konfrontacja z uśpionym żalem; dla niej – obcy człowiek, przy którym jednak jej podświadomość zaczyna wysyłać ciche, niezrozumiałe sygnały. Oszczędnie dawkując emocje, narracja prowadzi bohaterów przez proces ponownego poznawania siebie, budując historię nie na tanim sentymentalizmie, lecz na autentycznym napięciu zawieszonym między tym, co pamiętamy, a tym, co zdołaliśmy bezpowrotnie zapomnieć.

To właśnie w głębokim rysie tożsamości obojga bohaterów kryje się najbardziej poruszający wymiar tej opowieści. Bruno staje przed nami jako człowiek zamrożony w czasie – utknął w punkcie, w którym brutalnie przerwano jego młodość, cicho niosąc ze sobą ciężar nierozliczonego uczucia. Jego dojrzałość podszywa powściągliwy żal oraz brak możliwości pełnego wejścia w teraźniejszość. Z kolei Mela, odcięta od własnych korzeni przez traumę i zapomnienie, funkcjonuje w świecie pozbawionym stabilnego fundamentu. Jej codzienność to nieustanna, podświadoma próba wyczucia gruntu pod nogami, w której powracające obrazy dawnych lat budzą głęboki niepokój. Relacja tej dwójki staje się więc nie tyle prostym powrotem do dawnej relacji, ile trudnym spotkaniem dwóch zupełnie różnych doświadczeń – człowieka, który pamięta zbyt wiele, z kobietą, której odebrano prawo do własnych wspomnień.

Wokół tego duchowego rozłamu snuje się głębsza refleksja nad samą strukturą ludzkiej pamięci. Utrata wspomnień nie pełni tu funkcji jedynie wygodnego zwrotu akcji, lecz zostaje ukazana jako psychologiczny mechanizm obronny – cichy azyl, w którym umysł chroni człowieka przed ciężarem przebytego cierpienia. Pojawia się tu niezwykle życiowe i trudne pytanie o granicę moralnej odpowiedzialności: czy mamy prawo dobudowywać komuś zburzoną przeszłość na siłę, wywołując powrotny ból, czy lepiej pozwolić mu żyć w cieniu tej ucieczki umysłu przed traumą? Wątek ten wybrzmiewa niezwykle autentycznie, pokazując, że powrót do tego, co utracone, nie jest po prostu odtworzeniem dawnej historii, ale wymaga zbudowania nowego świata na gruzach poprzedniego.

Istotnym tłem dla relacji głównych bohaterów staje się skomplikowana sieć więzi rodzinnych oraz decyzji podejmowanych z miłości, które nieumyślnie potrafią zranić najmocniej. Wątek ten ujawnia się zarówno w motywie troski o najstarsze pokolenie – to właśnie potrzeba opieki nad babcią staje się cichym pretekstem do konfrontacji z przeszłością – jak i w postaci ojca, który przed laty postanowił odciąć córkę od dawnego świata. Ta opowieść bez oceniania przygląda się ludzkiej potrzebie chronienia bliskich przed bólem. Pokazuje, że rodzicielska ochrona, choć podyktowana szlachetnymi intencjami, bywa czasem klatką, a próba wymazania trudnych wydarzeń z historii rodziny rzadko przynosi prawdziwe ukojenie. Jednocześnie to właśnie ciepło międzypokoleniowej relacji z babcią daje Meli przestrzeń, by na nowo poczuć zakorzenienie i odnaleźć wewnętrzny spokój.

Niezwykle ważną rolę w tej strukturze odgrywa sama przestrzeń, która przestaje być wyłącznie tłem, a staje się zwierciadłem emocji bohaterów. Tytułowy most urasta do rangi wieloznacznego symbolu – to nie tylko punkt na mapie, w którym czas brutalnie się zatrzymał, ale przede wszystkim metafora przejścia oraz próby połączenia dwóch odrębnych brzegów – przeszłości i teraźniejszości. W krajobrazie codzienności autorka odnajduje cichą poetykę, pokazując, że najważniejsze przełomy nie dokonują się w spektakularnych gestach, lecz w zwyczajnych dekoracjach – w przestrzeni miejskiego zgiełku, w lekarskim gabinecie czy przy kubku ciepłej herbaty. To osadzenie w realiach sprawia, że opowieść zyskuje autentyczny, bliski życiu ciężar gatunkowy.

Wokół tej kameralnej historii autorka oswaja również motyw drugiej szansy, pokazując, że powrót do trudnej przeszłości wymaga nie tylko odzyskania wspomnień, ale przede wszystkim dojrzałego przebaczenia – samemu sobie oraz najbliższym. Ta skomplikowana droga do odzyskania równowagi nie odbywa się jednak w próżni. Ważnym oparciem dla bohaterów staje się relacja z przyjaciółmi, których dyskretna obecność, wyrozumiałość i brak oceniania tworzą bezpieczną przestrzeń do przepracowywania najtrudniejszych emocji. To właśnie w tym splocie międzypokoleniowej mądrości, przyjacielskiej lojalności i cichej akceptacji dawnych błędów powieść odnajduje swój najbardziej pokrzepiający sens: nadzieję, że nawet po największej życiowej burzy można ułożyć swoją tożsamość na nowo, odnajdując spokój w teraźniejszości.

O wyjątkowym charakterze tej prozy w dużej mierze decyduje warsztat autorki, która z ogromnym wyczuciem operuje słowem. Jej styl – wolny od zbędnego ozdobnictwa, a jednocześnie czuły na poetycki detal – sprawia, że opowieść płynie naturalnym, niespiesznym rytmem. Pisarka powstrzymuje się od gwałtownych zwrotów akcji na rzecz powolnego, gęstego budowania emocjonalnego napięcia. Sugestywne opisy przestrzeni oraz autentyczne, nieprzerysowane dialogi pozwalają bez reszty zanurzyć się w świecie bohaterów, dzięki czemu historia działa na odbiorcę w sposób głęboki i długofalowy.

Lektura tej książki nie daje o sobie łatwo zapomnieć i zostawia w odbiorcy głęboki, bardzo osobisty ślad. Skłania do cichego zatrzymania się nad własnym życiem i zadania sobie pytania o to, co sami zrobilibyśmy z odzyskaną lub utraconą przeszłością. Opowieść ta przemawia do czytelnika na poziomie czysto ludzkim – wywołuje wzruszenie, ale nie leaves po sobie ciężaru, lecz raczej subtelne ukojenie i nadzieję. Przypomina, że choć nie mamy wpływu na to, co zostało nam odebrane przez los, to zawsze mamy wpływ na to, co zbudujemy na nowym brzegu.

Nadrzędne przesłanie tej powieści dotyka jednak kwestii jeszcze głębszej: wyrozumiałości dla własnego losu i godzenia się z brakiem pełnej kontroli nad życiem. Autorka dyskretnie przypomina, że prawdziwe uzdrowienie nie polega na usilnym naprawianiu tego, co zostało zburzone, lecz na odwadze otwarcia się na to, co przynosi teraźniejszość. To cicha lekcja pokory wobec upływającego czasu oraz wiary, że dojrzałość mierzy się zdolnością do odpuszczenia dawnych żali i zaufania samemu procesowi leczenia własnego serca.

To propozycja, po którą bez wahania powinni sięgnąć miłośnicy wielowymiarowej prozy obyczajowej, głębokich portretów psychologicznych oraz historii skupionych na skomplikowanych relacjach międzyludzkich. Książka zachwyci czytelników poszukujących w literaturze prawdziwych wzruszeń, dojrzałego spojrzenia na trudne wybory oraz subtelnego, niespiesznego prowadzenia narracji. To idealna lektura dla każdego, kto ceni opowieści niosące ze sobą nie tylko emocjonalne poruszenie, ale i przestrzeń do własnych refleksji nad ludzkim losem, pamięcią oraz siłą przebaczenia.

„Spotkajmy się na moście miłości” to niezwykła, pełna czułości opowieść, która ostatecznie udowadnia, że najtrudniejsze przejścia w naszym życiu nie prowadzą nad przepaściami, lecz w głąb nas samych. Monika Hakowska oddała w ręce czytelników historię niosącą bezcenne ukojenie – ciche, lecz donośne świadectwo tego, że żaden cień przeszłości nie jest w stanie zagasić światła, które nosimy w sercu, a nadzieja na nowy początek czeka na nas dokładnie tam, gdzie odważymy się zrobić pierwszy krok.

[Zakup własny].

poniedziałek, 16 lutego 2026

​Monika Michalik, „Bądź moim marzeniem” – Nadzieja w kruchym opakowaniu.

​


Często wydaje nam się, że życie to niekończący się horyzont możliwości, a czas jest walutą, którą możemy rozrzutnie szafować. Odkładamy najważniejsze słowa i plany na mityczne „później”. Żyjemy w bezpiecznym złudzeniu stałości, dopóki los jednym niespodziewanym cięciem nie zerwie zasłony naszej codzienności. Stajemy wtedy twarzą w twarz z własną kruchością. Dopiero w cieniu nieuchronności zaczynamy dostrzegać, że najprawdziwszy sens nie kryje się w dalekosiężnych zamierzeniach. On drży w dłoni bliskiej osoby i w odwadze, by kochać mimo lęku przed stratą. To właśnie w tych najciemniejszych momentach, gdy świat każe nam się poddać, rodzi się najczystsza forma nadziei. Nie obiecuje ona łatwych zwycięstw, ale daje siłę, by iść naprzód, gdy każdy krok wydaje się ostatnim.

​Prawdziwym świadectwem tej bolesnej prawdy o ludzkiej wytrwałości jest opowieść nakreślona przez Monikę Michalik na kartach powieści "Bądź moim marzeniem".  Autorka stawia w niej odważną tezę, że nawet w obliczu walki o każdy oddech miłość przestaje być jedynie romantycznym uniesieniem. Staje się ona fundamentem, na którym można odbudować wiarę w jutro.

​Wszystko zaczyna się od błękitu nieba nad Korfu i obietnicy nowego początku, który ma uleczyć serce rozbite na kawałki. Natalia szuka ukojenia w greckim słońcu i nie przypuszcza, że los przygotował dla niej trudny scenariusz. Gdy powrót do rzeczywistości przynosi diagnozę brzmiącą jak wyrok, zmagania o marzenia przenoszą się ze słonecznych plaż na sterylne korytarze. Tam czas mierzy się kroplówkami, a ufność trzeba wyrywać przeznaczeniu każdego dnia. To intymna relacja o spotkaniu dwóch dusz. Muszą one zdecydować, czy uczucie wystarczy, by rzucić wyzwanie ciemności i czy w świecie pełnym bólu wciąż można odważyć się śnić.

​Twórczyni z niesamowitą plastycznością oddaje klimat greckiej wyspy. Dzięki temu lektura staje się niemalże autentyczną wycieczką. Chłoniemy Korfu wszystkimi zmysłami – czujemy żar słońca na skórze, zapach cytrusów i słoną bryzę znad morza. Ten rajski krajobraz nie jest tu jednak tylko tłem. To przestrzeń, która pozwala bohaterom budować fundamenty pod to, co ma nadejść. Sugestywne opisy sprawiają, że możemy na chwilę zapomnieć o problemach, co czyni późniejszy powrót do brutalnej codzienności jeszcze bardziej przejmującym.

Powieściopisarka z niezwykłą subtelnością tka opowieść, w której motyw starcia z chorobą staje się tłem dla rozważań nad kruchością losu. Przez karty powieści przenikają się wątki bolesnego pożegnania z dotychczasowym życiem oraz trudnej sztuki przyjmowania pomocy. Kluczowa jest tu siła bezwarunkowej bliskości. Staje się ona jedynym stałym lądem na wzburzonym morzu niepewności. To literackie studium wiary wbrew wszystkiemu. Każde zapewnienie o uczuciu odzyskuje tu swoją pierwotną wagę i przypomina, że najcenniejsze dary otrzymujemy często w najbardziej delikatnych opakowaniach.

W centrum tej fabuły pulsują dwa serca, które odnalazły się po to, by wspólnie rzucić wyzwanie przeznaczeniu. Relacja Natalii i Michała to nie tylko romans, lecz przede wszystkim głęboka więź dwojga ludzi, którzy w swoich ranach odnajdują drogę do siebie nawzajem. On staje się dla niej bezpieczną przystanią w chwili, gdy jej świat obraca się w gruzy. Ona zaś swoją niezłomnością nadaje jego istnieniu nowy kierunek. Ich miłość udowadnia, że najtrwalsze mosty buduje się nie na braku problemów, lecz na wspólnym trwaniu w milczeniu.

​Ważnym aspektem dzieła jest ukazanie sieci wsparcia, która oplata główną bohaterkę. Cierpienie w ujęciu pisarki nie jest dramatem jednostki, lecz próbą ognia dla całej rodziny i przyjaciół. Tekst pokazuje, jak diagnoza redefiniuje relacje i jak bliscy uczą się bezsilności. Podkreśla przy tym, że sama obecność bywa ważniejsza niż tysiąc słów pocieszenia.

Fundamentem tej pozycji są trzy filary: wartość czasu, niezłomność ludzkiego ducha oraz bolesna autentyczność bólu. To zakorzenienie w prawdzie sprawia, że losy Natalii nie są tylko literacką fikcją. To żywe świadectwo tego, jak diagnoza weryfikuje priorytety i oczyszcza definicję szczęścia ze zbędnych ozdobników.

​Obcowanie z tą lekturą to doświadczenie niemal fizyczne. Odbiorca przechodzi przez kalejdoskop emocji – od zachwytu, przez paraliżujący lęk, aż po oczyszczające wzruszenie. Świadomość, że literatka dzieli się okruchami własnej biografii, nadaje każdemu zdaniu ogromny ciężar. Ta prawda sprawia, że czytelnik przestaje być jedynie obserwatorem, a staje się powiernikiem wspomnień.

​Muszę przyznać, że moja droga z tą książką nie była prosta. Wielokrotnie brałam ją do ręki i odkładałam, czując, że nie jestem gotowa na to spotkanie. Wiedza o autentyczności tych przeżyć budowała we mnie barierę, ponieważ sama mocno utożsamiam się z opisaną sytuacją. Powieść ożywiła obrazy i emocje, które noszę głęboko w sobie. Potrzeba było czasu, bym poczuła siłę do zmierzenia się z tym ładunkiem. Dziś wiem, że ten lęk był dowodem na wagę tych słów. One nie proszą o uwagę, one jej wymagają.

Dla wielu osób ta historia stanie się doświadczeniem konfrontacyjnym. Śledząc zmagania Natalii, trudno nie odnieść ich do własnego życia. Przekaz uświadamia nam, że linia dzieląca zdrowie od choroby jest niezwykle cienka. Ta perspektywa buduje wspólnotę doświadczeń, w której lęk zostaje oswojony przez świadomość, że w swoim trudzie nigdy nie jesteśmy całkowicie sami.

Nie sposób pominąć roli personelu medycznego. To cisi bohaterowie codzienności, którzy budują most między beznadzieją a szansą na ratunek. Jednak najgłośniej wybrzmiewa prawda o tym, że diagnoza nigdy nie definiuje człowieka. Pod maską pacjenta wciąż kryje się ta sama osoba pełna pasji i marzeń. Powieść staje się więc manifestem godności. Pokazuje, że choroba jest jedynie trudnym etapem drogi, a nie końcem naszej opowieści.

​Warstwa warsztatowa zachwyca precyzją i liryzmem, który nie popada w patos. Język jest plastyczny, ale zachowuje powściągliwość tam, gdzie cisza mówi więcej. Tempo akcji początkowo jest niespieszne, lecz wraz z przełomowym momentem drastycznie przyspiesza. Zamyka to bohaterów w klaustrofobicznym wyścigu z czasem. Taka zmiana rytmu doskonale oddaje realia leczenia i sprawia, że od stron trudno się oderwać. ​Jest to tekst, który porusza do głębi i wyciska łzy, których nie trzeba się wstydzić. Pozostawia w człowieku trwały ślad. Po lekturze jeszcze długo analizujemy wybory postaci oraz nasze własne życie, przewartościowując to, co oczywiste.

Największa siła tej prozy tkwi w jej bezkompromisowej szczerości. Monika Michalik pozostawia nas z bezcenną lekcją: prawdziwa odwaga nie polega na braku strachu, lecz na celebrowaniu każdej wspólnej sekundy. To przesłanie staje się manifestem uważności. Przypomina, że najważniejsze pragnienia nie czekają na przyszłość, lecz dzieją się tu i teraz.

​Polecam tę książkę każdemu, kto w codziennym biegu zatracił radość z małych rzeczy. To propozycja dla osób potrzebujących emocjonalnego oczyszczenia oraz tych, którzy szukają w słowie prawdy przynoszącej ostatecznie ukojenie. To lektura, która udowadnia, że nadzieja nie jest naiwnością, lecz świadomym wyborem.

​Fakt, że czytałam tę książkę 4 lutego, w Światowy Dzień Walki z Rakiem, nadał całości sakralnego znaczenia. To głośny apel o to, byśmy dbali o siebie i nie bali się profilaktyki. Autorka przypomina, że badanie to często bilet do dalszego życia.

​Na koniec dziękuję twórczyni. Dziękuję Ci, Moniko, za siłę i odwagę, by podzielić się tą bolesną historią. Podarowałaś wiarę wszystkim tym, którzy będą się z Twoją pracą utożsamiać.

​„Bądź moim marzeniem” zostawia nas z pokorą wobec losu, ale i z przekonaniem, że żadna ciemność nie zgasi światła niesionego przez drugiego człowieka. Choć nie mamy władzy nad czasem, wciąż mamy wybór, czym go wypełnimy. Zamykając ten tom, witamy się z nową ważnością na każdy błękit nieba i każde szczere wyznanie. Najpiękniejsze marzenia rozkwitają w jedynej pewnej chwili, jaką posiadamy: w tej, która dzieje się właśnie teraz.

[Zakup własny].

piątek, 31 października 2025

"Szuflada z motylami" Monika Michalik

Każda opowieść jest jak starannie wytyczona mapa, prowadząca nas przez nieznane lądy ludzkiej psychiki i skomplikowanych życiowych ścieżek. Kiedy bierzemy do ręki nową książkę, zgadzamy się na rolę podróżnika, który porzuca znany azyl, by wyruszyć w głąb cudzych doświadczeń, poszukując uniwersalnych punktów zaczepienia. Lektura staje się schronieniem, miejscem, gdzie możemy bezpiecznie mierzyć się z najtrudniejszymi pytaniami o odporność ducha, potrzebę wolności i odwagę, by mimo ran z przeszłości, odnaleźć w sobie siłę na nowy początek. Dziś otworzymy drzwi do świata historii opisanej na kartach książki Moniki Michalik "Szuflada z motylami". Zanim jednak to zrobimy, warto pamiętać, że najcenniejsze w każdej literackiej podróży są te odkrycia, które pozwalają nam inaczej spojrzeć na nasze własne drogi. Życie, niczym misterny motyli wzór, potrafi nas zaskoczyć nagłymi zawirowaniami, które nierzadko wpychają nas w cień. W chwilach kryzysu, gdy przeszłość zdaje się przygniatać, a przyszłość jawi się jako mglista niewiadoma, często szukamy bezpiecznej przystani – miejsca, w którym powietrze pachnie dzieciństwem i nadzieją. Ostatecznie jednak to w nas samych, w odwadze do zmierzenia się z bólem i gotowości do ponownego rozpostarcia skrzydeł, tkwi klucz do uwolnienia i do prawdziwej, wewnętrznej przemiany. ​Taka podróż ku wolności i odrodzeniu stanowi sedno tej powieści, która w poruszający sposób ukazuje, że nawet po największej burzy można odnaleźć w sobie siłę, by na nowo nauczyć się latać. Nie zwlekając już ani chwili dłużej, sprawdźmy zatem, co czeka na nas w sercu książki.

Poznajcie Kingę, kobietę, która udręczona latami przemocy domowej i nękana przez byłego męża, postanawia całkowicie zniknąć. Ucieka do ukrytego w leśnej głuszy, pełnego wspomnień domu po babci, gdzie powietrze pachnie dzieciństwem i spokojem. Czy w sielskim otoczeniu, sadząc ogród, który ma przyciągnąć motyle, Kinga zdoła zaleczyć rany i odnaleźć drogę do samej siebie? Nadzieja pojawia się wraz z Mikołajem, przyjacielem z dawnych lat, który również skrywa bolesne blizny. Ich relacja, delikatna jak skrzydło motyla, musi zmierzyć się z przeszłością Kingi, która nie zamierza jej tak łatwo opuścić. Czy dwoje poranionych ludzi odważy się na nowo „nauczyć latać” i uwierzyć w miłość? Ta powieść to subtelna, ale mocna opowieść o potrzebie wolności, kobiecej sile i walce o prawo do szczęścia.

Kobieta, wyczerpana walką i poczuciem beznadziei, podejmuje decyzję o ucieczce i odosobnieniu. Wyjeżdża do domu po babci, położonego w ustronnej, sielskiej scenerii, gdzie czas płynie inaczej, a otaczające lasy i cisza stają się pierwszymi sojusznikami w procesie terapii i uzdrawiania. To tutaj, w otoczeniu natury, rozpoczyna się jej powolne odnajdywanie siebie. Sam dom i wiejskie otoczenie wprowadzają ważny wątek terapeutyczny – ucieczkę od toksycznego świata i powrót do korzeni i spokoju dzieciństwa.

​Kluczowym, metaforycznym i tytułowym wątkiem jest szuflada z motylami. Przypadkowo odnaleziona na strychu skrzynia skrywa pamiątki po babci Kingi – siatkę na motyle i wyblakłe zapiski o marzeniu stworzenia ogrodu pełnego kolorowych skrzydeł. Ta szuflada staje się dla Kingi bramą do wspomnień i katalizatorem przemiany. Motyw spełniania marzeń babci – sadzenie kwiatów, tworzenie ogrodu – symbolizuje nie tylko hołd i tęsknotę, ale przede wszystkim jej własne odradzanie się. Ogród, który Kinga tworzy, jest dosłownym i symbolicznym odbiciem jej wewnętrznego świata: z chaosu i pustki rodzi się piękno, nadzieja i siła. Motyl staje się zaś dominującym symbolem przemiany, lekkości, wolności i ulotnego piękna, a Kinga, niczym gąsienica, wychodzi z cienia, by na nowo nauczyć się latać.

Mikołaj, również dźwiga na sobie brzemię przeszłości i ciche blizny, co stanowi wątek pokrewieństwa dusz i wzajemnego uzdrawiania. Ich relacja jest delikatna, pełna nieśmiałości i ostrożności, budowana powoli, w cieniu obaw i lęków Kingi. Stopniowe odzyskiwanie zdolności do zaufania i wiary w miłość jest głęboko wzruszającym motywem, który podkreśla, że na prawdziwe uczucie i szczęście nigdy nie jest za późno, nawet dla dwojga "poranionych ludzi". To nie jest porywczy romans; to delikatny taniec dwojga poranionych dusz, które w sobie nawzajem odnajdują bezpieczną przystań. Czy dwoje ludzi, którzy tak wiele stracili, ma prawo do szczęścia? Michalik bada tę kwestię z psychologiczną głębią, pokazując, że miłość nie zawsze przychodzi z hukiem – czasem pojawia się szeptem, jak motyl siadający na otwartej dłoni. "Szuflada z motylami” to więcej niż tylko historia – to głęboka, poetycka refleksja nad procesem gojenia, odnajdywania własnej wartości i odzyskiwania skrzydeł, symbolicznie ujętych w tytule. To życiowa mądrość, ukryta w prozie, która dotyka najczulszych strun ludzkiej wrażliwości.

Książka jest piękną opowieścią o metamorfozie, która dokonuje się w życiu Kingi w ciszy i spokoju wiejskiego domu. Jej podróż nie jest szybką ucieczką, lecz powolnym, metodycznym procesem odnajdywania siebie. Przeprowadzka do domu po babci, ukrytego wśród lasów, jest symboliczna – to powrót do korzeni, do autentyczności. W tym odosobnieniu Kinga zaczyna na nowo budować swój świat, najpierw dosłownie – sadząc i pielęgnując babciny ogród, a jednocześnie metaforycznie – pielęgnując własne, zranione serce. Ogród staje się obrazem jej duszy: chaotyczny i zaniedbany na początku, z czasem, dzięki cierpliwości i miłości, przemienia się w kwitnące miejsce, przyciągające motyle. Jest to dowód na to, że piękno i życie mogą powrócić, nawet na najbardziej jałową glebę.

Głęboka mądrość tej książki skupia się na leczeniu ran przeszłości. Relacja Kingi z byłym mężem to echo traumy, która nie kończy się wraz z rozwodem, lecz wymaga od bohaterki determinacji i siły, by całkowicie odciąć się od tego, co ją niszczyło. Monika Michalik z niezwykłą delikatnością ukazuje, że wolność nie jest stanem zewnętrznym, lecz wewnętrzną decyzją. To odwaga, by dać sobie szansę na nowy początek – mimo blizn i lęku, który wciąż szepcze do ucha. Tytuł ten to zatem hymn na cześć siły kobiecej – nie tej głośnej i agresywnej, lecz cichej, wytrwałej i zdolnej do odrodzenia. To przypomnienie, że nawet gdy życie wydaje się zbyt ciężkie, wystarczy jedno wspomnienie, jedna iskra dawnej radości, by odnaleźć drogę do siebie. Ta książka to piękny, życiowy drogowskaz dla każdego, kto uważa, że zasługuje na drugą szansę i że wciąż jest w stanie posadzić swój własny, kwitnący ogród.

Ta historia to jednak nie tylko opowiada o odnajdywaniu siebie po traumie, ale także o transformacyjnej mocy wybaczania. Wybaczanie, często błędnie postrzegane jako akt dla drugiej osoby, jest w rzeczywistości darem ofiarowanym samemu sobie. Jest to proces, który pozwala bohaterce Kindze zamknąć bolesny rozdział przeszłości i symbolicznie odłożyć na bok ciężar, który latami nosiła na swoich barkach. Uwolnienie się od żalu i urazy jest kluczem do otwarcia nowej, czystej księgi życia, w której można na nowo pisać historię o wolności, spokoju i nadziei. To akt świadomego wyboru przyszłości ponad uwięzieniem w przeszłości.

Zagłębiając się w tę niezwykle wartościową historię, w moim sercu i duszy zrodził się wachlarz emocji. Od początkowej empatii dla trudnej sytuacji Kingi, po stopniowo narastającą nadzieję i ulgę, kiedy bohaterka zaczyna odnajdywać siebie. Były także momenty smutku i złości, w obliczu niesprawiedliwości, jakiej doświadcza Kinga, ale też wzruszenie i radość z jej małych zwycięstw i postępów. Lektura dała mi możliwość pochylić się nad kwestiami siły wewnętrznej, odwagi do zmiany życia oraz wartości prawdziwej przyjaźni i miłości. To lektura, która pozostawiła po sobie głęboki rezonans emocjonalny i skłoniła mnie do zastanowienia nad własnymi wartościami i życiowymi drogami. "Szuflada z motylami" to również przepiękna opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości. Kinga, odizolowana w leśnym domku, ma wreszcie okazję zmierzyć się ze swoimi demonami i odkryć, kim jest poza rolą ofiary. To historia o odradzaniu się do nowego życia, o sile natury, która pomaga zabliźnić rany, oraz o tym, jak ważne jest pozwolenie sobie na miłość i szczęście. Myślę, że wielu czytelników odnajdzie w tej książce cząstkę siebie i mnóstwo inspiracji.

Powieść ta wyróżnia się delikatnym, introspektywnym stylem i lirycznym językiem, który skutecznie kontrastuje z tematyką traumy. Autorka stosuje prozę intymną, pełną refleksji Kingi i subtelnych metafor (zwłaszcza motywu ogrodu i motyli), które nadają opowieści poetycki wymiar i symbolicznie odzwierciedlają proces odrodzenia. Kompozycja książki jest celowo niespieszna i medytacyjna, odzwierciedlając potrzebę czasu i ciszy, by bohaterka uleczyła rany po przemocy. Tempo akcji jest wolne, skupione na drobnych, codziennych czynnościach i powolnym budowaniu zaufania w relacji z Mikołajem. Kluczowym punktem zwrotnym jest ucieczka Kingi do domu babci, który staje się azylem i ramą kompozycyjną dla jej wewnętrznej transformacji, motywowanej symbolicznym pragnieniem stworzenia ogrodu. ​Emocjonalny wydźwięk powieści jest głęboko poruszający i pełen nadziei. Autorka z autentyzmem oddaje lęk i niską samoocenę Kingi, budząc empatię, ale jednocześnie prowadzi do afirmatywnego przesłania o kobiecej sile i odwadze do odzyskania wolności. Książka staje się w rezultacie wzruszającym hymnem na cześć dojrzałej miłości i wiary w możliwość nowego, szczęśliwego życia, mimo cichych blizn przeszłości.

Jeśli cenicie sobie powieści obyczajowe, które są emocjonalnie bogate, unikają patosu i skupiają się na autentycznym procesie dochodzenia do siebie, „Szuflada z motylami” oferuje to wszystko. To powieść o kobiecej sile, potrzebie wolności i fundamentalnej wierze w to, że na każdym etapie życia szczęście nigdy nie jest za późno. Dajcie się porwać tej historii – jest równie krucha i piękna, jak motyle, które Kinga pragnie przyciągnąć do swojego ogrodu i swojego serca. To książka dla każdego, kto szuka pokrzepienia, nadziei i inspiracji do odnalezienia wewnętrznej siły. To wzruszająca do łez opowieść dla osób, które w życiu doświadczyły cierpienia, poczucia osamotnienia czy przemocy, a teraz stają przed wyzwaniem odbudowania swojego świata. Jestem przekonany, że historia Kingi, jej droga od lęku do odzyskania siebie i marzeń, stanie się dla nich niczym balsam, udowadniając, że mimo bolesnych blizn zawsze można na nowo nauczyć się latać. Najmłodsze literackie dziecko Moniki Michalik polecam również miłośnikom literatury obyczajowej z głębokim przesłaniem psychologicznym, ceniącym subtelne opisy natury oraz relacji międzyludzkich. To mądra opowieść o tym, jak pamięć o miłości bliskich (babci) i wsparcie nowych, nieoczekiwanych uczuć (Mikołaj) mogą dać odwagę, by w małym, symbolicznym ogrodzie dla motyli zasadzić na nowo całe swoje życie. Tytułowa szuflada pełna wspomnień przypomina, że prawdziwe skarby, których potrzebujemy do szczęścia, często są ukryte głęboko w nas samych i w naszych korzeniach.

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Videograf.


wtorek, 6 maja 2025

"Cynamonowe wzgórza" Monika Michalik

Literatura, niczym lustro odbija złożoność ludzkiej natury i społeczeństwa. Pisarze, obserwujcą świat, analizują problemy i wyzwania, z jakimi się mierzymy. Ich dzieła stają się platformą do rozmów o poszanowaniu człowieka, jego praw i godności. Warto również zaznaczyć, że literatura jest także narzędziem służącym do wielu zmian na lepsze w odniesieniu do różnorakich życiowych aspektów i problemów. Pisarze, poruszając trudne tematy, prowokują do refleksji i działania. Ich słowa mogą inspirować do walki o sprawiedliwość i ochronę człowieka. Literatura ma moc budowania mostów między ludźmi, pokonywania barier i tworzenia lepszego świata. Z prawdy tkwiącej we wszystkim, co dotychczas dla was napisałam, doskonale zdaje sobie sprawę Monika Michalik, która w każdej swojej książce jest blisko ludzi i ich bolesnych przeżyć, na które stara się zwrócić uwagę swoich czytelników. Tak też dzieje się w przypadku najmłodszego literackiego dziecka autorki. Powieści „Cynamonowe wzgórza”, o czym za chwilę się przekonacie.

Monika, zapewne jak my wszyscy dostrzega siłę oddziaływania literatury na świadomość społeczną, co w połączeniu z jej ogromnym talentem twórczym, wrażliwością oraz możliwością dotarcia do szerokiego grona odbiorców i poruszenia ważnych strun w ich sercach i umysłach, zaowocowało oddaniem w nasze ręce, co już teraz mogę wam zdradzić powieści nie tylko pięknej, ale przede wszystkim niezwykle ważnej w dyskusji nad problemem mobbingu. Jego istotą i konsekwencjami. Przy czym chcę nadmienić, iż wątek ten nie wysuwa się na pierwszy plan wszystkiego, o czym w książce przeczytamy. Choć od niego wszystko się zaczęło, został wpleciony w mądrą i głęboko poruszającą opowieść, którą poznałam, wybierając się w niezapomnianą czytelniczą podróż na wyspę Fuerteventura, gdzie wspólnie z bohaterami powieści spędziłam miniony majowy weekend.

Ta piękna wyspa, która niemalże natychmiast urzeka czytelnika, tworząc malowany słowem niemal magiczny krajobraz otulony ciepłem hiszpańskiego słońca i delikatnym powiewem oceanu, stała się tłem dla mocno życiowej i niestety ponadczasowej historii Magdy. To właśnie tutaj kobieta szuka ukojenia po wieloletnim, niszczącym ją wewnętrznie doświadczaniu mobbingu ze strony przełożonej w miejscu pracy. Ktoś, nadużywając swojej władzy, odebrał jej radość i satysfakcję z wykonywanej pracy, a przy tym zdeptał poczucie godności i własnej wartości. Ta podróż jest dla naszej bohaterki ucieczką z toksycznego środowiska, ale też szansą na odzyskanie kontroli nad własnym życiem. W tym miejscu warto zaznaczyć, iż autorce wspaniale udało się ukazać stadium psychiki ofiary mobbingu. W bardzo realistyczny i mocno przemawiający do czytelnika sposób uświadamia nam, że zerwanie relacji ze sprawcą mobbingu jest dopiero początkiem długiego procesu walki ze swoimi demonami. Dla Magdy odejście z pracy nie oznacza wymazania wspomnień, ciągłego napięcia i naruszenia zaufania do samej siebie. Demony mobbingu przybierały różne formy. O czym musicie przeczytać już sami. Towarzysząc kobiecie mamy możliwość obserwować, jak Fuerteventura stanie się dla niej przestrzenią, w której znajduje w sobie siłę i odwagę, aby podjąć trudną podróż w głąb siebie. Krok po kroku poprzez akceptację przeszłości, budowanie siebie na nowo i otwieranie się na pozytywne doświadczenia bohaterka dostaje możliwość odzyskana utraconego spokoju. Czy zdoła zamknąć ten bolesny etap swojego życia, by z nadzieją patrzeć w przyszłość? Tego musicie dowiedzieć się sami, bo ja nie zdradzę już nic więcej.

Jednak, jak wspomniałam już wcześniej, temat mobbingu to zaledwie jeden z ważnych elementów tworzących uwierzcie mi piękną, urzekającą i wciągającą opowieść, od której nie sposób się oderwać. Autorka bowiem kreując fabułę książki zgrabnie i nader ciekawie połączyła powieść obyczajową z elementami romansu. Monika Michalik skupia się na wewnętrznej przemianie Magdy, której ważną częścią staje się Juan. Kanadyjczyk, który zna wyspę, jak własną kieszeń, a przed naszą turystką, o czym ona jeszcze nie wie, już wkrótce otworzy nowy rozdział życia. Mężczyzna z jego tajemniczą przeszłością jest postacią równie intrygującą i skomplikowaną. Niemalże na naszych oczach bardzo powoli rozwija się relacja dwójki zagubionych osób, których dusze są tak mocno zranione, iż nie sposób ran tych zagoić, a autorka z wyczuciem buduje napięcie i emocjonalne zaangażowanie.

Mam nadzieję, że już teraz udało mi się zachęcić was do przeczytania „Cynamonowych wzgórz”, ale to jeszcze nie wszystko, co skrywa wnętrze książki, bowiem poza wątkiem romansu spotykamy tutaj również Jana. Polaka, który po wielu latach powraca na wyspę, by odnaleźć swoją dawną miłość. W moim odczuciu ten wątek książki nadaję jej wyjątkowej głębi. Skłania do refleksji nad przemijaniem i siłą uczuć. Historia Jana i jego ukochanej Carmen czyni ten tytuł wielowymiarowym, łącząc teraźniejszość z przeszłością. Monika zręcznie dawkuje informacje o przeszłości, miłości, cierpieniu sekretach i zawiedzionych nadziejach. Tym samym nasza ciekawość jest nieustannie podsycana. A to z kolei nie pozwala nam odłożyć książki, dopóki nie dotrzemy do ostatniego zapisanego w niej zdania. Zanim jednak to się stanie, na każdego, kto zechce spędzić swój wolny czas z „Cynamonowymi wzgórzami”, czeka wiele zaskoczeń, ujawniających fakty, które niejednokrotnie wywrócą dotychczasowe wyobrażenia czytelnika o biegu wydarzeń rozgrywających się w książce. Zwroty akcji dotyczą zarówno teraźniejszości, jak i przeszłości i wywołują w nas ogrom silnych emocji.

Co bardzo ważne, to fakt, że splecenie teraźniejszości z przeszłością, nie jest tutaj zabiegiem formalnym. Autorka wykorzystuje tę dwoistość czasową, aby głębiej zbadać uniwersalne tematy takie jak poszukiwanie tożsamości, samotność, wpływ przeszłości na teraźniejszość, strata oraz potrzeba odkrycia prawdy. Ponadto uczula nas na to, abyśmy nie zaprzepaścili swojej szansy na szczęście i miłość. Miłość, która ukaże przed nami swoje różne oblicza. Z jednej strony może stać się źródłem tęsknoty, cierpienia i żalu, ale mimo to, nigdy nie zgaśnie. Z drugiej tkwi w niej uzdrawiająca moc. Potrafi uskrzydlić i być największym wsparciem.

 Ta książka to prawdziwa uczta dla duszy. Czyta się ją z zapartym tchem, a po zakończeniu pozostaje w sercu na długo.  Pisarka z niezwykłą empatią opisuje relacje międzyludzkie, a bohaterami swojej powieści czyni postacie mocno autentyczne, z którymi wielu z nas może i na pewno się utożsami, dzięki czemu stają się nam oni bliscy. Każdy z nich ma swoją unikalną historię. Swoje troski lęki i obawy, ale także marzenia, które poznajemy wraz z rozwojem akcji.  Polecam ją każdemu, kto potrzebuje chwili wytchnienia od codzienności, a jednocześnie szuka ciepłej, mądrej i chwytającej za serce historii. „Cynamonowe wzgórza” to idealna wiosenna i letnia lektura do czytania w plenerze. Warto ją również zabrać ze sobą na wakacje. Napełni was optymizmem. To jedna z tych książek, która daje nadzieję i siłę. Przywraca wiarę w to, że nawet po trudnych doświadczeniach można się podnieść i zacząć wszystko od nowa. Pomaga także zrozumieć, że nie jesteśmy sami z naszymi problemami i zawsze jest jakieś wyjście. To historia, która w piękny i przejmujący sposób pokazuje, że życie potrafi zaskoczyć, a szczęście często odnajdujemy w najmniej spodziewanych miejscach. Wszak tam szczęście nasze, gdzie serce nasze.

PATRONAT MEDIALNY BLOGA KOCIE CZYTANIE

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Videograf.



wtorek, 29 kwietnia 2025

"Cynamonowe wzgórza" Monika Michalik /Gratulacje w dniu premiery/Cytaty z książki/ Patronat medialny


 
Droga Moniko!

W dniu premiery Twojej powieści "Cynamonowe Wzgórza" pragnę Ci z całego serca pogratulować tego niezwykłego osiągnięcia. Wiem, ile trudu, pasji i wrażliwości włożyłaś w stworzenie tego literackiego świata. "Cynamonowe Wzgórza" to nie tylko książka, to podróż w głąb wyobraźni, pełna barw, emocji i subtelnych nut, które z pewnością poruszą najczulsze struny w sercach czytelników. Twoje słowa malują obrazy, a Twoja opowieść ożywa na kartach, zapraszając nas do swojego unikalnego uniwersum. Życzę Ci, aby ta powieść rozkwitła w świadomości czytelników, przynosząc Ci zasłużoną radość i satysfakcję z owoców Twojej twórczości. Niech "Cynamonowe Wzgórza" zdobędą szerokie grono odbiorców i pozostawią trwały ślad w ich pamięci.

Wydawnictwu Videograf, składam  serdeczne gratulacje za dostrzeżenie potencjału tej wyjątkowej historii i za piękne wydanie "Cynamonowych Wzgórz". Wasza praca, profesjonalizm i zaangażowanie w promocję wartościowej literatury są niezwykle ważne dla kultury i czytelnictwa. Dziękuję Wam za to, że daliście tej powieści szansę zaistnieć i dotrzeć do rąk spragnionych pięknych opowieści.

Drodzy Czytelnicy!

Przed Wami niezwykła lektura. "Cynamonowe Wzgórza" to zaproszenie do świata pełnego głębokich emocji. To historia, która otuli Was swoją atmosferą, poruszy Wasze serca i skłoni do refleksji. Jeśli pragniecie oderwać się od codzienności i zanurzyć w opowieści, która pozostanie z Wami na długo po przewróceniu ostatniej strony, sięgnijcie po "Cynamonowe Wzgórza". Niech ta książka stanie się Waszą cichą przystanią i niezapomnianą literacką przygodą. Zaufajcie talentowi Moniki Michalik i dajcie się oczarować jej "Cynamonowym Wzgórzom"!







(Materiał reklamowy )Wydawnictwo Videograf 

piątek, 25 kwietnia 2025

"Cynamonowe wzgórza" Monika Michalik/ Zapowiedź patronacka


Moi kochani, nadszedł moment dla mnie wyjątkowy, kiedy przychodzę do was, aby podzielić się z wami wspaniałą informacją. Otóż blog Kocie czytanie ma przyjemność objąć patronatem medialnym najnowsza powieść Moniki Michalik "Cynamonowe wzgórza", która pod opieką wydawnictwa Vdeograf na nasz rynek wydawniczy trafi już 29.04.2025 roku. Fakt, iż mogę wziąć tę książkę pod swoje medialne skrzydła bardzo mnie cieszy, ponieważ każda książka tej autorki pozwala jej czytelnikom na wartościową podróż w głąb siebie a także wzrusza i skłania do refleksji. Już dziś zapraszam was w niezwykłą czytelniczą podróż, do czego mam nadzieję zachęci opis, który przygotował dla nas wydawca.

OPIS OKŁĄDKOWY:

Fuerteventura jest jak kobieta. Dzika i niedostępna. Nieoczywista. Na pierwszy rzut oka skryta i samotna. A jej obroną jest wiatr. Ale wystarczy znaleźć się w jej ramionach, a wtedy ukazuje swoje najpiękniejsze oblicze niekończących się plaż, turkusowych wód i niezapomnianych wschodów słońca.

Magda od zawsze skupiała się na pracy. W świecie liczb i raportów czuła się bezpiecznie, ale toksyczna atmosfera, mobbing i ciągły stres sprawiały, że powoli traciła siebie. Gdy w końcu udaje jej się wyrwać z tego środowiska, postanawia zrobić coś, na co nigdy nie miała czasu - wyjechać.

Na Fuerteventurze, gdzie piasek miesza się z oceanem, a tajemnice przeszłości kryją się w skałach, Magda szuka ucieczki od rutyny i bolesnych wspomnień. Przyjeżdża, by odnaleźć siebie i poczuć wolność.

Poznaje Juana - mężczyznę skrywającego własne rany, który zna wyspę jak własną duszę. Ich losy splatają się wśród złotych wydm i cynamonowych wzgórz, ale czy odważą się zaufać sobie nawzajem?

W tym samym czasie Magda spotyka Jana - Polaka, który wrócił na Fuerteventurę, by odnaleźć miłość sprzed lat. Jego historia porusza Magdę i skłania do refleksji nad tym, czego tak naprawdę szuka.

Czy wyspa stanie się dla niej miejscem nowego początku? Czy odważy się po raz pierwszy w życiu postawić swoje uczucia na pierwszym miejscu?

Poruszająca opowieść o ucieczce od przeszłości, odkrywaniu siebie i miłości, która czasem czeka tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy.

„Cynamonowe wzgórza” to powieść skąpana promieniami słońca. O nowych początkach i odwadze, by zmienić swoje życie, nawet gdy wszystko wydaje się stracone. O obawach, które rozwiewa kanaryjski wiatr. I o domu, który jest tam, gdzie jest serce".

Do lektury gorąco zachęcają Autorka, Wydawca oraz blog Kocie czytanie.

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Videograf.

sobota, 9 listopada 2024

"Serce na piasku" Monika Michalik

Miarą siły miłości małżeńskiej niestety bardzo często są ciężkie próby, na które wystawia ją życie. Dziś chciałabym zaprosić was moi kochani do wysłuchania historii Jagody i Konrada, bohaterów najnowszej powieści Moniki Michalik „Serce na piasku”. Są małżeństwem od dziesięciu lat, a my czytelnicy, przystępując do lektury książki, wspólnie z nimi świętujemy tę piękną rocznicę. Wystarczy chwila, abyśmy niemalże mogli poczuć, jak ci dwoje bardzo się kochają. Ich uczucie przeszło najcięższy sprawdzian, którego przyczyną stała się druzgocąca diagnoza lekarska, którą usłyszała kobieta. „Nigdy nie będę matką”. Dziś, choć w ich domu nie słychać tupotu małych stópek a pragnienie macierzyństwa na zawsze pozostanie dla Jagody niedoścignioną tęsknotą, to jednak jak sama przyznaje, jest jej dobrze w życiu, jakie wiodą z Konradem. Ma męża, który ją kocha, wspiera i okazuje miłość. Nasza bohaterka nie wie jednak jeszcze, że już za chwilę, być może o tym wszystkim będzie mogła mówić i myśleć już tylko w kategoriach przeszłości.

Ten wyjątkowy dzień zakłóca niespodziewana wizyta nieznanej Jagodzie kobiety, która, choć nigdy nie przypuszczała, że stanie w obliczu tak trudnego zadania, musi myśleć o swoim synu. Ona jest ciężko chora, a dziecko potrzebuje opieki, której sama Ania już wkrótce może nie być w stanie mu zapewnić. Piotruś ma tatę, który nie wie o jego istnieniu, aż do teraz, kiedy zaledwie cztery słowa wypowiedziane przez Anię do Konrada zdepczą szczęście małżonków: „Piotruś jest twoim synem”. Jak widzicie, autorka na kartach książki podjęła się poruszenia naprawdę ważnego, ale jednocześnie trudnego i złożonego tematu. Zdrada to jedno z najtrudniejszych doświadczeń, jakie można przeżyć w związku. Kiedy dowiadujemy się, że nasz partner, osoba, której ufaliśmy, nawiązał intymną relację z kimś innym, w sercu rodzi się ból, a w głowie chaos. Świadomość ta staje się szczególnie trudna, gdy zmagamy się z niemożnością posiadania dzieci. Nagle życie u boku Konrada jest dla Jagody nie do zniesienia. Kobieta potrzebuje czasu, aby w samotności zawalczyć ze swoimi demonami.

Tak oto wspólnie z nią trafiamy do Kołobrzegu. Ma nadzieję, że bliskość morza przyniesie jej ukojenie i pozwoli wyciszyć kłębiące się w sercu i głowie emocje oraz myśli pełne sprzeczności. Choć wcale nie chce nowego życia, to wie, że teraz już nic nie będzie takie samo. Musi poukładać je na nowo. Każdy, kto sięgnie po tę poruszającą i chwytającą za serce książkę, do czego już teraz serdecznie zachęcam, będzie niejako obserwatorem wewnętrznych zmagań serca z rozumem. Walki pomiędzy powinnością i pragnieniami. Na szczęście los, choć bywa okrutny, potrafi też wyciągnąć do nas pomocną dłoń, kiedy tego najbardziej potrzebujemy. Nawet jeśli w danym momencie życia sami możemy nie zdawać sobie z tego sprawy.

A kluczem do wszystkiego jest drugi człowiek. Bo choć kiedy przygniata nas cierpienie, najczęściej uciekamy w samotność, to tak naprawdę nikt z nas nie chce być sam. Nasza Jagódka nie zostanie sama. Nie pozwoli na to uroczy starszy pan, który wie, jak smakuje samotność i dlatego lgnie do ludzi. Jego wewnętrzna energia i ciepło, którym emanuje, urzeka kobietę. Musicie koniecznie sięgnąć po ten tytuł, byście mogli sami obserwować, jak piękna i wyjątkowa więź połączyła tę dwójkę. Bo w życiu już tak jest, że wszystko dzieje na zasadzie symbiozy. Pan Witold, dzieląc się ze swoją przyjaciółką niezwykłą mądrością i doświadczeniem życiowym, dał Jagodzie cenną lekcję życia, przypominając, jej co, a raczej kto jest w nim najważniejszy. A jego uważność dodała jej odwagi, aby zawalczyć o szczęście, którego tak bardzo pragnie. Choć możecie mi wierzyć, że drogi, które do niego prowadzą, bywają bardzo poplątane. Ona sama stała się dla mężczyzny takim promyczkiem słońca, w jesieni życia. A to dopiero początek dobra, które człowiek może ofiarować drugiemu człowiekowi. O tym jednak musicie przekonać się już sami.

Lektura powieści „Serce na piasku” poruszy każde czytelnicze serce i zajmie w nim miejsce już na zawsze. Doświadczycie w niej samotności w różnych jej obliczach, która mieszka w poranionych sercach wielu poznanych w książce bohaterów. Każdy z nich ma swoją własną historię, która sprawia ból. I tylko jeśli zdołają zamknąć mentalne drzwi przeszłości, będą mogli rozpocząć kolejny rozdział życia. Bo choć dla nas samych przeżywane cierpienie wydaje się nie mieć końca, to wobec życia, które jest tak krótkie, jest ono wyłącznie chwilą. I nawet jeśli kiedy nasz świat legnie w gruzach, wydaje nam się to niedorzeczne, to nic co nas spotyka, nie dzieje się bez powodu.

Jeśli zechcecie spędzić czas z tą niezwykle życiową i mądrą powieścią, do czego gorąco każdego, kto teraz czyta moją recenzję, namawiam i zachęcam, to zapewniam was moi drodzy, że opisana na jej kartach historia wciągnie was od pierwszych stron. Autorka oddała w nasze ręce wzruszającą do łez opowieść o ludziach poszukujących sensu w skomplikowanym świecie relacji międzyludzkich. Jak zapewne zauważyliście, ze wszystkiego, o czym w niej przeczytamy, wybrzmiewa ogromny autentyzm, co w połączeniu ze świetnie wykreowanymi postaciami bohaterów z krwi i kości, sprawia, że czytelnik mocno utożsamia się z ich przeżyciami, dylematami, rozterkami i wyborami. Mało tego jestem przekonana, że wielu z nas podczas czytania, poczuje, że mogłaby być, a może nawet w pewnej mierze jest to jego historia. Jednak w moim odczuciu, to jak tę powieść odbierzecie, warunkuje wasz własny bagaż życiowych doświadczeń. Monika Michalik bowiem pisząc swoje najmłodsze literackie dziecko, zwróciła naszą uwagę na aspekty mocno indywidualne dla każdego z nas.

Całość czyta się z rosnącą ciekawością tego co wydarzy się za chwilę. A przede wszystkim z pragnieniem w sercu, aby nasza bohaterka znalazła w sobie siłę i determinację, do tego, aby zawalczyć o siebie i o to, co dla niej najważniejsze. By wreszcie przestała myśleć o innych, a zadbała o siebie. „Bo to ty jesteś najważniejsza”. Niech to piękne przesłanie zostawione dla nas przez Monikę stanie się życiowym mottem każdej kobiety i skłoni nas do zmian na lepsze. Jeśli jesteście ciekawi, czy Jagodzie się to uda, a wierzę, że tak właśnie jest, to nie zwlekajcie i czytajcie książkę, bo ja oczywiście nic nie zdradzę. Napiszę tylko, że możecie spodziewać się wielu zaskoczeń i ciekawych zwrotów fabularnych osnutych pięknem przyjaźni. Tam, gdzie jest krzywda, pojawia się też strata, ale także prośba i próba przebaczenia.

Myślę, że już wiecie, iż warto spędzić swój wolny czas z książką „Serce na piasku”. Jeśli jednak znajdzie się jeszcze ktoś nieprzekonany, to niech zachęci go fakt, że powieść jest bardzo klimatyczna. Poczujecie nadmorski klimat, a spacery po plaży otulą zagubione serca. Ja powieść tę przeczytałam w mgnieniu oka, do czego przyczyniła się nie tylko jej zajmująca fabuła, ale także lekki i przystępny styl pisania autorki, który daje poczucie płynięcia przez toczące się wydarzenia. Wiem natomiast, że w przeciwieństwie do tego, jak szybko książkę przeczytałam, na pewno długo jej nie zapomnę i będę do niej wracała zawsze, kiedy potrzebny mi będzie duży zastrzyk nadziei i wiary w lepsze jutro oraz mentalny kop do życia. Cieszę się, że mogę czytać i polecać wam takie książkowe perełki.

PATRONAT MEDIALNY BLOGA KOCIE CZYTANIE.

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Videograf.


piątek, 18 października 2024

"Serce na piasku" Monika Michalik / Zapowiedź patronacka



Kiedy wybieram książki, które chcę czytać, zawsze zależy mi na tym, aby poza przyjemnością płynącą z lektury, zostawiały we mnie trwały ślad w postaci głębokich refleksji i przemyśleń płynących z życiowej tematyki w nich podjętej. Takie też powieści chcę wam polecać. Dziś mam ku temu wspaniałą okazję, gdyż chcę zaprezentować najnowsze literackie dziecko Moniki Michalik „Serce na piasku”, które zdecydowanie do takich właśnie książek należy. Tytuł ten swoją premierę wydawniczą będzie miał już 22.10 2024. pod opieką wydawnictwa Videograf, a blog Kocie czytanie ma ogromny zaszczyt i przyjemność objąć tę wspaniałą nowość wydawniczą swoim patronatem medialnym. Już wkrótce opowiem wam o historii, którą skrywają karty książki nieco więcej, a tymczasem poznajcie jej opis przygotowany przez wydawcę.

OPS WYDAWNICZY:

Jagoda i Konrad są zgodnym małżeństwem. Do pełni szczęścia brakuje im dziecka, które rozświetliłoby ich życie najpiękniejszym blaskiem. Pragnienie to szczególnie dotkliwie boli Jagodę, która kilka lat wcześniej została poddana operacji ratującej jej zdrowie, ale niweczącej możliwość zajścia w ciążę.

W dziesiątą rocznicę ślubu małżonków odwiedza Ania-kobieta, która twierdzi, że jej sześcioletni syn jest dzieckiem Konrada. Ania wyznaje, że jest ciężko chora i prosi Konrada, by zajął się Piotrusiem, kiedy ona już nie będzie mogła się nim opiekować.

Jagoda wyjeżdża do Kołobrzegu. Musi oswoić się z nową sytuacją, spojrzeć na swoje życie z dystansu. Czy morskie fale ukołyszą jej rozedrganą duszę? Czy będzie potrafiła wybaczyć mężowi zdradę? Czy dzięki Piotrusiowi będzie mogła częściowo spełnić swoje największe marzenie zostania mamą? A może szerokie plaże pokażą jej zupełnie inną drogę?

„Serce na piasku” ukazuje różne oblicza samotności. Udowadnia, że nawet kiedy pragniemy uciec przed całym światem-nigdy nie chcemy być sami.

„Serce na piasku” jest powieścią obyczajową o niespełnionym pragnieniu macierzyństwa i miłości, którą potrafi zniszczyć jedna noc z przypadkową kobietą. To ciepła historia o szukaniu nowych dróg i zamykaniu za sobą emocjonalnych drzwi w malowniczych nadmorskich krajobrazach.

Mam nadzieję, że już czujecie się zachęceni do spędzenia czasu z tą książką i wspólnie będziemy świętować jej premierę. Nie musicie jednak czekać dłużej, aby znalazła się w waszych biblioteczkach. Kupcie już dziś swój egzemplarz.

PRZEDSPRZEDAŻ

Blog Kocie czytanie wspólnie z autorką oraz wydawcą zachęca do sięgnięcia po książkę.

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Videograf.




środa, 15 maja 2019

Będę silna dla ciebie córeczko.

Kiedy jesteśmy młodymi ludźmi i zaczynamy budować związki, często nie postrzegamy naszego wybranka tak, jak widzą go inni. Nie raz zdarza się tak, że słyszymy od naszych bliskich „To nie jest chłopak, czy dziewczyna dla ciebie”. Niestety rzadko kiedy bierzemy ich zdanie pod uwagę, zaślepieni uczuciem. Dziś chcę opowiedzieć Wam, historię Lilki, głównej bohaterki pierwszej części sagi Rodziny z Ogrodowej pt. „Słoneczniki po burzy" autorstwa Eweliny Marii Mantyckiej, która na pewno nie raz żałowała tego, że kiedyś nie posłuchała ojca, za co przyszło jej zapłacić bardzo wysoką cenę.

Liliana Kłosowska – Maj jest kobietą, której po pięciu latach toksycznego związku pełnego przemocy, upokorzeń i strachu udało się wyrwać z klatki, jaką uczynił jej życie psychopatyczny mąż Paweł. Oczywiście dla osoby trwającej przez tak długi czas w sytuacji, gdzie poza przemocą fizyczną mąż nieustannie znęcał się nad nią psychicznie, nie był to łatwy krok, ale siłą naszej bohaterki od zawsze jest jej córeczka. Walcząc o lepsze życie i spokojne dzieciństwo dla niej ucieka od swojego oprawcy. Na szczęście może liczyć na wsparcie i pomoc swoich najbliższych. Spokojną przystań dla siebie i dziecka odnajduje w rodzinnym dworku, miejscu, gdzie sama spędziła dzieciństwo. Z dworkiem tym wiąże się ciekawa legenda, w której główną rolę odgrywa nieżyjąca już właścicielka dworku prababka Rozalia zwana niegdyś przez tamtejszą społeczność „Czarownicą z Ogrodowej”. Nie chcę zdradzać Wam oczywiście, skąd wywodzi się owa legenda, ani czego ona dotyczy, ale jak się przekonacie, przeszłość w przypadku tej rodziny nadal ma wpływ na jej życie.

„W potłuczonym lustrze, nie ujrzysz już w pełni swojego odbicia".

Dokładnie tak czuje się Liliana. Jest niczym rozbite lustro. Pełna obaw i niepokoju, jak poradzi sobie z samodzielnym wychowaniem córki Kai. Wie, że łatwo nie będzie, ponieważ kończą się jej pieniądze, a wszystko, co ma to rzeczy mieszczące się w zaledwie kilku kartonach i samochód, który, choć podczas rozprawy rozwodowej został przyznany jej, musiała odebrać byłemu mężowi podstępem.
Pomocną dłoń wyciąga do samotnej matki jej kuzyn Raj, który mieszka wraz z trójką swoich dzieci nieopodal dworku, który teraz stał się nowym domem dla mamy i córki. Wspólnie z nimi mieszka, również dziadek Janek, którym Lilka ma się teraz opiekować.
Raj doskonale rozumie swoją kuzynkę, ponieważ sam również wychowuje swoje dzieci w pojedynkę.
Wszelkie obawy jednak ustępują miejsca nadziei i radości za każdym razem, kiedy kobieta widzi spokój i uśmiech na twarzy Kai. Sama też nabiera coraz większej pewności, że jej życie również może się odmienić, kiedy na jej drodze pojawia się Fabian.
Na ten temat nic więcej jednak Wam nie zdradzę, przeczytajcie koniecznie książkę i przekonajcie się, kim jest ten tajemniczy mężczyzna i jak jego obecność wpłynie na życie Liliany.

„(..) słoneczniki są silne, bo przetrwają każdą burzę, a potem są już bardziej dojrzalsze i bardziej odporne. (,...) Te słoneczniki po burzy są jak ty córciu, coraz silniejsze i piękniejsze. I nadal uśmiechaj się do słońca... dla siebie i dla swojej córki”.

Jak widzicie, wszystko układa się tak, jak zapewne wszyscy byśmy sobie tego życzyli, ale niestety, jak się domyślacie z tak trudną przeszłością, jaką los zapisał naszej bohaterce, nie jest łatwo zerwać. I niestety do niej ona jeszcze wróci.
Jeśli jesteście ciekawi - a przypuszczam, że na pewno tak jest - czy Liliana w istocie jest jak słoneczniki bardziej odporna i twarda po tym wszystkim, co przeszły obie z córką i znajdzie w sobie siłę, aby jeszcze raz stawić czoła demonom przeszłości i zawalczyć o prawdziwe szczęście, a może powrócą strach i niepewność, które złamią ją na zawsze, zachęcam Was serdecznie do lektury „Słoneczników po burzy”.

„Słoneczniki po burzy” to bardzo klimatyczna opowieść osadzona w niewielkiej wsi czasów współczesnych. To historia pokoleń rodziny Żmudzkich, w której echa przeszłości jej przodków są obecne do dziś. To wreszcie dowód na to, że w kochającej się rodzinie tkwi siła i moc. Bez względu na to ile i jak bardzo trudnych burz doświadczymy, żadna z nich nie zniszczy nierozerwalnych więzi rodzinnych. To dom rodzinny jest tą bezpieczną arką, w której możemy zawsze znaleźć schronienie podczas największych sztormów w naszym życiu. Nawet jeśli mamy wrażenie, że wypadliśmy za burtę i toniemy, tam zawsze są ludzie, którzy podadzą nam pomocną dłoń.

Cóż więcej mogę powiedzieć. Jeśli lubicie sagi rodzinne, których autorka pokazuje życie w wielu jego barwach i odcieniach, które nie zawsze jest sielanką, a jednak przez cały czas wlewa w serca czytelników nadzieję i wiarę w lepsze jutro, to jest to tytuł idealny dla Was.
Z pewnością nie jest to historia, której nie doszukamy się przewidywalności i schematów, ale nie odbierają one w żaden sposób przyjemności z czytania. Pan Ewelina ma niezwykłą umiejętność przyciągania uwagi czytelnika i utrzymania jej do samego końca. Bardzo swobodny i lekki styl pisania, który w połączeniu z wyważonym balansem pomiędzy trudną życiową tematyką i subtelną dawką humoru sprawia, że książkę czyta się niezwykle szybko.

Ja na pewno sięgnę po drugą część sagi zatytułowaną „Duszący zapach bzu”, by poznać losy pozostałych członków tej wspaniałej rodziny,

A Wy skusicie się na lekturę „Słoneczników po burzy”, a może już czytaliście i razem ze mną czekacie na kontynuację? Jeśli tak, koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami odnośnie do tego tytułu.

Recenzja powstałą we współpracy z wydawnictwem Videograf, za co bardzo dziękuję.



czwartek, 4 kwietnia 2019

Kiedy dorosłość dopada zbyt wcześnie

Kochani, dziś przychodzę do Was, ponieważ chciałabym porozmawiać z Wami o macierzyństwie. 

Ciągle słyszy się, że ciąża to najwspanialszy czas w życiu kobiety, który każda z nas chce przeżywać jak najpełniej, jak najbardziej świadomie, po to, by czerpać z tego wspaniałego okresu, jak najwięcej. Przyszła mama promienieje szczęściem i z niecierpliwością oczekuję przyjścia na świat swojego upragnionego dziecka. 

Właśnie taki wizerunek kobiety ciężarnej najczęściej prezentują nam media, czy prasa. Oczywiście, nie neguję prawdziwości tego przekazu, gdyż na pewno każdy z nas zna mamy, którym stan błogosławiony, a w późniejszym czasie również macierzyństwo służą. Z pewnością, wiele z Was samych drugie mamy doskonale odnajduje się i spełnia w roli rodzica, z czego należy i trzeba się cieszyć. 

Nie możemy jednak zapomnieć o tym, że istnieje również druga strona macierzyństwa, o której niestety się nie mówi, a jeśli już, to niewiele. 
Nie wolno nam bowiem pominąć milczeniem sytuacji tych z nas, dla których wieść o zostaniu mamą, nie jest powodem do radości, a wręcz przeciwnie, budzi mnóstwo lęku, strachu i obaw, a sama ciąża, nie jest dla tych kobiet pięknym przeżyciem, a sytuacją, która wywraca ich świat do góry nogami. 

Na szczęście, w takich sytuacjach, zawsze możemy liczyć na książki. Są bowiem autorzy, którzy nie boją się podjąć, niewątpliwie trudnego zadania, ukazania tego, co dzieje się z kobietą i  jej życiem, kiedy posiadanie dziecka, to ostatnie, o czym w danym momencie swojego życia, chciałaby myśleć. 

Dlaczego piszę o tym właśnie dziś? 

Powodem, dla którego zdecydowałam się poruszyć ten temat, jest przeczytana przeze mnie ostatnio książka Darii Skiby „Dlaczego, mamo?”. Nasza rodzima autorka, podjęła się trudu opisania na kartach swojej najnowszej powieści problemu nastoletniego macierzyństwa. Czy autorce udało się sprostać temu zadaniu? O tym, przekonacie się w dalszej części recenzji. 

Główną bohaterką powieści jest Marlena 17-latka, która dosłownie za moment kończy naukę w szkole średniej i tak, jak większość osób w jej wieku, planuję pójście na studia. Dziewczyna czuję, że uśmiechnęło się do niej szczęście, ponieważ kocha ją chłopak, o którym marzy niemalże każda dziewczyna w szkole. Jednak niestety, już wkrótce Marlena boleśnie przekona się o tym, że, prędzej niż przypuszczała, bo samej będąc jeszcze dzieckiem, będzie musiała wkroczyć w świat dorosłości, który dopadnie ją tak niespodziewanie. A wszystko, za sprawą dwóch czerwonych kresek na teście ciążowym.
Przekonuje się także, że poważne problemy bardzo mocno weryfikują prawdziwość i siłę uczuć, bowiem ojciec dziecka, ten, którego tak kochała, nie przyznaje się do ojcostwa.

Nasza bohaterka jest przerażona wizją bycia samotną matką. Zagubiona i przepełniona lękiem, obawia się, że nie podoła tak dużej odpowiedzialności. Na szczęście, ma obok siebie wspaniałą rodzinę. Matkę, na której wsparcie i pomoc zawsze może liczyć, siostrę, która służy wsparciem i dobrą radą, a nawet ojca, który, choć nigdy do ideałów nie należał, kiedy dowiaduje się o ciąży córki, przechodzi swego rodzaju przemianę.

Niestety, mimo wsparcia najbliższych, młoda mama popada w depresję poporodową. 

Więcej zdradzała nie będę, ponieważ chcę, abyście sami przekonali się, do czego może prowadzić przedłużający się taki stan rzeczy, a przede wszystkim, sprawdzili, czy znajdzie się ktoś, kto zdoła pomóc Marlenie. A  może, nowa rola, tak bardzo przerosła dziewczynę, że jednak na pomoc jest już za późno?

„Dlaczego, mamo?”, to na wskroś prawdziwa historia, ukazująca przemilczane cienie zbyt wczesnego macierzyństwa. 
Chodź opisane w książce wydarzenia są fikcją literacką, to jednak jestem przekonana, że perypetie Marleny są głosem wielu młodych dziewczyn, które w wielu młodych dziewczyn, które wychowując samotnie swoje dzieci, każdego dnia walczą ze sobą o to aby się nie poddać, nieustannie czując, że są złymi matkami, które mogą skrzywdzić swoje maleństwo. 
Choć kochają swoje dzieci, to jednak często pragną uciec i zostawić wszystko za sobą. 

To niezwykle emocjonalna książka, która nie pozwala o sobie zapomnieć na długo po przeczytaniu ostatniej strony. Daje do myślenia, wstrząsa czytelnikiem, a także trafia w głąb jego serca. 
Ja na pewno do niej wrócę, a Wam oczywiście, gorąco ją polecam .

A Wy kochane mamuśki, jak wspominacie czas swojej pierwszej ciąży i moment, kiedy musiałyście  odnaleźć się w  roli mamy? 

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Videograf za co bardzo dziękuję.


niedziela, 23 września 2018

Historia lubi się powtarzać.

Moi drodzy dziś chcę porozmawiać z Wami o tym, jak bardzo duży wpływ na nas samych i nasze życie mają przekonania wyniesione z domu rodzinnego. Będąc dziećmi, każdego dnia obserwujemy, jak zachowują się i postępują nasi rodzice i to oni w największym stopniu są osobami, na których wzorujemy się, zakładając już własne rodziny. Niestety takie kopiowanie wzorców może okazać się dla nas największym błędem, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo przecież „tak samo postępowała moja matka”. Jeśli chcecie przekonać się, do czego może doprowadzić tkwienie w takim błędnym kole, zapraszam Was do poznania historii Marty, głównej bohaterki powieści Łucji Wilewskiej „Ważki na kostce lodu”.

Dwudziestosześcioletnia Marta całe swoje dzieciństwo i wczesną młodość spędziła na małej wsi, w domu gdzie alkohol i przemoc, były codziennością. Matka kobiety swoje cierpienie znosiła z pokorą i w milczeniu tłumacząc sobie i córce, że najważniejsze jest to, aby rodzina była pełna. By mogła wychowywać się, mając matkę i ojca. Niestety pewnego dnia ojciec kobiety znika bez śladu. Ona sama ma wrażenie, że udało jej się złapać Pana Boga za nogi, ponieważ los postawił na jej drodze Mariusza, szanowanego adwokata, dzięki któremu udało jej się wyrwać do dużego miasta. Dziś ma wszystko, czego mogłoby jej pozazdrościć wiele kobiet. Męża na wysokim stanowisku, dwie wspaniałe córki i wymarzone duże mieszkanie. Jednak na jej twarzy brakuje szczerego uśmiechu. Ten, który na co dzień prezentuje mężowi i wszystkim dookoła jest tylko perfekcyjnie odegraną rolą szczęśliwej żony i matki. Bowiem za zamkniętymi drzwiami domu jej idealny mąż pokazuje swoją prawdziwą twarz. Każdego dnia upokarza, poniża i kpi z żony. Nieustannie wmawia jej, że jest nikim, nieumiejącą odnaleźć się w życiu sierotą. Marta, mając w pamięci poświęcenie własnej matki, również znosi wszystko z pokorą dla dobra córek. Co więcej, usprawiedliwia zachowanie męża tyrana, tłumacząc je stresującą pracą. Przecież to on jest lepiej wykształcony, zarabia na utrzymanie rodziny. Mało tego, zaczyna wierzyć w to, że mężczyzna jest od niej lepszy. Pozbawiona poczucia własnej wartości robi wszystko, aby zadowolić Mariusza. Jednak dla niego, nigdy nie jest dość dobra.
Pewnego dnia jednak Mariusz posuwa się za daleko. Może zabrzmi to niewłaściwie w kontekście tego, co się wydarzyło, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem właśnie wtedy w życiu Marty pojawia się prawdziwy mężczyzna. Ktoś, kto ją kocha, szanuje i wierzy w nią. Dla niej samej wszystko, co teraz dzieje się w jej życiu jest tak piękne, nowe i do tej pory pozostające tylko niespełnionym pragnieniem. W życiu naszej bohaterki nigdy nic nie było łatwe i proste. Tym razem również będzie musiała stoczyć walkę nie tylko z brutalnym mężem, ale także serca z rozumem, bo przecież nadal zależy jej na rodzinie. Na drodze do jej szczęścia stanie również sprawa zaginięcia ojca, która, choć minęło już wiele lat, ożywa na nowo. Czy to, czego się dowie, przekreśli na zawsze jej szansę na to, by kochać i być kochaną? A co najważniejsze, czy zrozumie, że gwarantem szczęśliwego dzieciństwa dzieci nie jest pełna rodzina? Dziecko tylko wtedy jest szczęśliwe, kiedy szczęśliwa jest jego matka. Sięgnijcie po „Ważki na kostce lodu” i przekonajcie się sami.

To, co bardzo mnie zaskoczyło podczas lektury tej książki, to pojawienie się w fabule wątku paranormalnego. Nie będę Wam zbyt wiele zdradzać, żebyście sami mogli odkrywać wszystko, co przygotowała dla nas autorka. Powiem tylko, że  mnie, osobie, która zupełnie nie czyta fantastyki, o dziwo wątek ten zupełnie nie przeszkadzał. Być może dlatego, że nie był on dominujący. Jednak nie jestem do końca przekonana, czy, biorąc pod uwagę typ tej książki, wplecenie zjawisk paranormalnych, było dobrym krokiem. Mnie ono jakoś nie pasowało do całości, ale to tylko moje subiektywne odczucia i wiem, że wielu z Was na pewno się spodoba. Bardzo dobrym posunięciem natomiast, było wprowadzenie wątku kryminalnego, zaginięcia ojca Marty. Według mnie znacząco wzbogacił on wartość książki, czyniąc ją tajemniczą.

Jeśli chodzi, o to, co przeżywa Marta w swoim małżeństwie, niestety wszystko, o czym czytamy, jest bardzo autentyczne i bardzo wstrząsające, stanowi bolesną codzienność wielu kobiet, które nie mają nikogo, kto pomógłby im na nowo uwierzyć w siebie i uświadomić, że droga do szczęścia naszych dzieci nie tkwi w unieszczęśliwianiu siebie i trwaniu w nieszczęśliwym związku, który jedyne co nam zapewnia to strach, cierpienie i łzy.
Kochani na zakończenie chciałabym prosić Was, abyście rozejrzeli się wokół siebie, bo być może gdzieś obok Was żyje ktoś, kto, potrzebuje pomocnej dłoni, która stanie się dla niego siłą do tego, aby zawalczyć o siebie i rozpocząć nowe, lepsze życie. A jeśli Wy same trwacie w podobnych związkach, proszę Was, abyście nie bały się prosić o pomoc.

Oczywiście gorąco polecam Wam „Ważki na kostce lodu”. Jest to bardzo ciekawa, wciągająca i dająca do myślenia książka, która łączy w sobie elementy kilku gatunków, a więc każdy znajdzie coś dla siebie. Dzięki swobodnemu i przystępnemu stylowi pisania oraz językowi, którym posługuje się autorka, książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Mimo poważnej tematyki książki nie czujemy się przytłoczeni, a co za tym idzie, jej lektura płynie w mgnieniu oka.

Kochani pamiętajcie. Nie zawsze warto przenosić w swoje samodzielne życie wzorców wpajanych nam przez naszych najbliższych. Jak się bowiem przekonacie, mogą stać się one początkiem naszego osobistego piekła.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Videograf, za co bardzo dziękuję.

sobota, 28 lipca 2018

To, jak zostaliśmy wychowani, ma znaczenie.

Kochani, a może raczej kochane, bo to właśnie głównie do kobiet dziś kieruję swoje słowa. Tym razem zapraszam Was na chwilę przemyśleń na temat tego, jak duży wpływ na nasze samodzielne, dorosłe życie mogą mieć poglądy i przekonania wpajane nam w dzieciństwie. Ileż to razy powtarzamy na przykład „W moim domu zawsze mówiło się, że…”. „Moja babcia zawsze mi powtarzała...”. Takie wspomnienia zawsze budzą w nas wiele sentymentu i staramy się te dobre rady wcielać również w naszym życiu. Niestety, o czym boleśnie przekonały się bohaterki powieści Anny H. Niemczynow pt. „Bluszcz” są takie przekonania wyniesione z domu rodzinnego, które powielane w naszym życiu mogą przynieść więcej szkody, niż pożytku.
Poznajcie Julitę i Elę, dwie kobiety znajdujące się na zupełnie różnych biegunach życia, które łączy dzieciństwo i wieloletnia przyjaźń, która zrodziła się w czasie spotkań w kościele, do którego obie dziewczynki prowadzane były regularnie przez swoje babcie. Babcie Juli i Eli dokładały wszelkich starań, aby ich wnuczki zostały wychowane w poczuciu bojaźni bożej. Nieustannie powtarzano im, że jeśli nie będą żyły zgodnie z boskim prawem, powinny bać się Boga.
Wiadomo, że babcie chciały dobrze, ale niestety, takie, a nie inne wychowanie zaowocowało błędnymi decyzjami i jeszcze gorszymi wyborami, których konsekwencje nasze bohaterki ponoszą do dziś.

Julita żyje w nieudanym małżeństwie z Gerardem, który był jej pierwszym i jedynym mężczyzną. Choć nie jest szczęśliwa w związku, wierzy, że jeśli poświęci się rodzinie, wszystko się ułoży i zazna szczęścia i miłości, której jej tak bardzo brakuje. Jednak mąż nie docenia starań małżonki, nieustannie powtarzając jej, że do niczego w życiu się nie nadaje, i niczego nie umie zrobić dobrze. Gerard wmawia żonie, że gdyby nie on, ta nigdy nie poradziłaby sobie w życiu. Pozbawiona poczucia własnej wartości Julita cierpliwie i z pokorą znosi upokorzenia i poniżania, ze strony męża tyrana. Jej jedyną pociechą są dorastające dzieci, z którymi Gerard nigdy nawet nie próbował nawiązać rodzicielskiej więzi. Niezależnie od tego, co robią i jak kierują swoim życiem, dla ojca nigdy nie są powodem do dumy. Pewnego dnia podczas wakacyjnego wyjazdu w rodzinne strony Gerarda dochodzi do bardzo przykrego zdarzenia, które przelewa czarę goryczy i Julita wpierana przez córkę i syna postanawia odejść od męża. Pomocną dłoń ofiaruje jej niezastąpiona i niezawodna przyjaciółka Ela. Samotna, atrakcyjna pani doktor ofiaruje całej trójce gościnę we własnym domu. Julita i jej dzieci podziwiają Elę, ponieważ jest to bardzo otwarta, emanująca ciepłem i pozytywną energią osoba. To właśnie w domu Eli, która jest dla Julity niczym anioł, który ciągnie ją ku górze, kiedy ta upada, nasza bohaterka będzie musiała na nowo poukładać swoje życie i zacząć wszystko od początku co jak się przekonacie, nie jest proste. Czy w wieku czterdziestu lat nie jest za późno na tak radykalne zmiany, musicie dowiedzieć się, sięgając po książkę?
Wróćmy jednak na chwilę do postaci Elżbiety, bowiem ta zawsze uśmiechnięta i pełna życia kobieta również skrzętnie ukrywa pewien sekret, który w jej oczach urasta do rangi wielkiego problemu i nie pozwala jej zaznać pełni szczęścia? Jaki to problem i czy uda go się rozwiązać, przekonacie się oczywiście, podczas lektury. 

„Bluszcz” to niezwykle życiowa historia, która może spotkać każdego z nas, albo dziać się gdzieś obok. Jej autentyzm i niezwykle plastyczny język, którym posługuje się autorka, sprawia, że przez książkę niemalże się płynie, a emocje jej bohaterów stają się niemal namacalne, co sprawia, że oni sami stają nam się bardzo bliscy i mocno się z nimi zżywamy. Chciałabym, uprzedzając obawy tych z Was, którzy będą obawiali się sięgnąć po tę książkę z uwagi na poruszany w niej wątek Boga i wiary zapewnić Was, że całość tego wątku w żadnej mierze nie opiera się na stricte religijnym jego wymiarze, a na wymiarze duchowym.

Autorka za sprawą perypetii i przeżyć bohaterek swojej powieści pozostawia swoim czytelniczkom piękną prawdę.

Bóg nie jest tym, który karze i potępia. Jest naszym przyjacielem, który pragnie naszego dobra i który nas wspiera. Nie powinniśmy się Go bać. On zawsze wysłucha naszych próśb i pomoże w potrzebie.

W tym miejscu muszę zaznaczyć coś według mnie bardzo istotnego dla odbioru tej książki przez czytelnika. Choć serdecznie polecam ją każdemu z Was, to jednak uważam, że bardziej trafi ona do nieco starszych czytelniczek, które w swoim żuciu przeżyły już zarówno te dobre, jak i te złe chwile, ponieważ doświadczenie życiowe pozwoli głębiej i mocniej odczuć całą niezaprzeczalnie ogromną wartość tej książki.

Na jej kartach odnajdziecie walkę oddanej matki i żony o szczęście i dobro rodziny, wiele cierpienia znoszonego w pokorze i milczeniu bez słowa skargi, ale również walkę o lepsze jutro, o prawo do szczęścia i miłości, Świadectwo pięknej przyjaźni i rodzicielskiej miłości. Autorka porusza też bardzo ważny problem odmienności. Uświadamia nam, jak trudno jest żyć, będąc „innym” niż wszyscy. Jak ciężko jest walczyć o prawo do życia w zgodzie z samym sobą i akceptację społeczeństwa. To wszystko i wiele więcej czeka na wszystkich czytelników najnowszej książki Pani Ani. Nie zdradzę nic więcej, więc nie pozostaje Wam nic innego, jak biec do księgarni, biblioteki po „Bluszcz” i czytać.

W słowie od autorki Pani Ania pisze, że czas jest bezzwrotny, dlatego dziękuje nam Blogerom za czas, jaki poświęcamy na czytanie Jej książki, bo jest to dla niej najcenniejszy prezent. Ze swej strony pragnę zapewnić Was, jak i samą Panią Anię, że czas, który spędziłam na lekturze „Bluszczu”, był dla mnie czasem wspaniale wykorzystanym, ponieważ historia opisana na kartach tej niezwykłej powieści skłoniła mnie do wielu przemyśleń i refleksji, także o moim życiu zapewniając mi niezwykle cenną podróż w głąb własnej duszy, za co serdecznie dziękuję.
Musicie wiedzieć, że „Bluszcz” był moim pierwszym spotkaniem z twórczością Anny H. Niemczynow, ale już teraz wiem, że na pewno nie ostatnim, a i do „Bluszczu” zapewne wrócę jeszcze nie raz.

Za możliwość niezapomnianej dla mnie lektury, która pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo, serdecznie dziękuję wydawnictwu Videeograf.