Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białe Pióro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białe Pióro. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Gdy iluzja staje się klatką. Recenzja powieści „W uścisku kłamstwa” Elżbiety Ceglarek


Wielkie rozczarowania rzadko zaczynają się od głośnych eksplozji czy krzykliwych manifestów. Znacznie częściej skradają się cicho, przyodziane w szaty naszych pragnień, nadziei i przemożnej potrzeby bycia kochanym. Wchodzimy w nie krok po kroku, sami dopisując racjonalizacje tam, gdzie pojawiają się pierwsze pęknięcia, i przymykając oczy na sygnały ostrzegawcze, byle tylko nie zburzyć misternie tkanych mrzonek. Prawdziwa pułapka nie polega bowiem na tym, że ktoś zaczyna nas oszukiwać, lecz na momencie, w którym my sami stawiamy się w roli współsprawców tego oszustwa – wszystko po to, by ochronić własne wyobrażenie o bliskości. Właśnie tę subtelną, a zarazem niszczycielską anatomię emocjonalnego uwikłania bierze na warsztat Elżbieta Ceglarek w książce „W uścisku kłamstwa”, tworząc opowieść o cenie, jaką płacimy za oddanie niezależności w imię pozorów uczucia.

​Świat Niny – młodej studentki dziennikarstwa stojącej na progu dorosłości, której codzienność rozgrywa się na tle klimatycznej Bydgoszczy – staje się idealną przestrzenią dla rozwoju takich iluzji. Kierowana pragnieniem odnalezienia czystej, bezinteresownej relacji, dostrzega w nowo poznanym Olku kogoś więcej niż tylko partnera; widzi w nim dopełnienie marzeń. Więź, która początkowo rozkwita w cieniu studenckich spraw, szybko jednak zaczyna wymykać się z ram klasycznego romansu. Zamiast budować fundamenty oparte na jawności, mężczyzna powoli wciąga dziewczynę w labirynt przemilczeń, nieobecności i gęstniejących sekretów. Granica między autentycznym uczuciem a wyrafinowaną manipulacją zaczyna się zatracać, a bohaterka – zsuwając się po pochyłej płaszczyźnie kompromisów – stopniowo traci oparcie w rzeczywistości.

Prześwietlając psychologiczną strukturę postaci, autorka unika prostego podziału na jednoznaczną ofiarę i bezwzględnego oprawcę. Młoda kobieta nie wpada w sidła z braku dojrzałości, lecz z nadmiaru tęsknoty za pełnią – tworzy z chłopaka projekcję własnych potrzeb i krok po kroku układa wygodne tłumaczenia dla rys na jego wizerunku. Olek z kolei wygrywa pozycję nie bezpośrednią siłą, lecz dystansem oraz chłodem. W tym cichym teatrze pozorów każde zbywanie pytań, czy nagłe wycofanie zostaje przez dziewczynę przyjęte bez sprzeciwu, byle tylko utrzymać idealny obraz. Ta subtelna asymetria pokazuje, jak łatwo mylić tajemniczość z głębią, a niedostępność – z dojrzałą powściągliwością.

Tytułowe kłamstwo nie funkcjonuje tu jedynie jako ciąg fabularnych zwrotów akcji, lecz przede wszystkim jako destrukcyjny mechanizm. Nie ma w nim spektakularnych zdrad; jest za to powolne przesuwanie granic, w którym każda ukryta prawda zmusza kobietę do rezygnacji z fragmentu podmiotowości. Uwikłana w układ oparty na domysłach, postać zaczyna podporządkowywać cały wewnętrzny świat zmiennym nastrojom ukochanego, gubiąc własne cele. Twórczyni niezwykle trafnie ukazuje, że najbardziej niebezpiecznym wymiarem nieszczerości jest to, jak łatwo pod jej wpływem zaczynamy zwodzić samych siebie, oddając stery w zamian za obietnicę stabilizacji.

​Kontrastem dla tej niejednoznaczności staje się wątek przyjaźni z Sylwią, który rzuca światło na różnicę między zdrową relacją a toksyczną zależnością. Obserwując poukładane życie przyjaciółki, bohaterka konfrontuje się z własną pustką i zyskuje bezstronne zwierciadło. Sylwia reprezentuje czystość intencji oraz trzeźwość spojrzenia – jest tym głosem rozsądku, który postać raz po raz próbuje uciszyć, by zagłuszyć narastający dyskomfort. Ten motyw doskonale pokazuje, że prawdziwa więź nie polega na ślepym przyklaskiwaniu wyborom, lecz na odwadze bycia kotwicą w momencie, gdy zaczynamy dryfować ku samopoświęceniu.

​To zawieszenie między nieszczerością a autentycznością najwyraźniej ujawnia się w wątku skrywanej przeszłości. Powieściopisarka nie zasypuje odbiorcy jaskrawym dramatyzmem; zamiast tego buduje napięcie z pojedynczych gestów, nagłych zniknięć i wymownego milczenia. Niedostępność partnera staje się ciężarem, który dziewczyna dźwiga w pojedynkę, układając w głowie niepełne mozaiki z rzucanych półsłówek. Ten paraliżujący brak jawności wciąga w cichą grę również czytelnika – czujemy narastający niepokój i wraz z bohaterką usiłujemy przedrzeć się przez mgłę sekretów, doświadczając, jak wyczerpujące jest życie w cieniu niepewności.

Właśnie z tej gęstej atmosfery powoli kiełkuje moment przełomu. Odzyskiwanie sprawczości nie następuje tu gwałtownie, lecz przypomina mozolne zrzucanie masek i fałszywych wyobrażeń. Heroizm Niny nie polega na widowiskowej konfrontacji, ale na cichej odwadze dopuszczenia do siebie bolesnych faktów i odrzucenia dotychczasowych złudzeń. Kobieta zaczyna odzyskiwać własny głos, a każda postawiona granica staje się krokiem w stronę odbudowania utraconej tożsamości.

Siłą napędową prozy staje się jej kameralny, niespieszny rytm, w którym fabuła rozwija się bez ubiegania o powierzchowne efekty. Autorka posługuje się językiem plastycznym, precyzyjnie oddając najsubtelniejsze drgania w emocjach. Przemyślana konstrukcja narracyjna sprawia, że odbiorca nie tyle śledzi wydarzenia z dystansu, ile zrasta się z wewnętrznym światem postaci. Dzięki takiemu dawkowaniu informacji obcowanie z tekstem staje się doświadczeniem intymnym – narastające napięcie wynika z dusznego klimatu niepewności, co pozwala głębiej współodczuwać dylematy Niny.

Ta opowieść zostawia w stanie głębokiego, osobistego zatrzymania. Przeglądając się w losach bohaterki, nie sposób nie zadać sobie pytania o własne granice kompromisu, o momenty, w których sami wybieraliśmy wygodne złudzenia zamiast trudnej rzeczywistości. Pisarka dotyka czułych strun wrażliwości, przypominając, że obawa przed odrzuceniem potrafi osłabić nawet najsilniejszy instynkt samozachowawczy. To tekst zmuszający do szczerej konfrontacji z doświadczeniami, zostawiający nas z przejmującym, długo niegasnącym echem refleksji.

Zwieńczeniem utworu staje się uniwersalne przesłanie: największym zagrożeniem nie są kłamstwa usłyszane z cudzych ust, lecz te konstruowane przed samym sobą, by zagłuszyć lęk przed samotnością. Autorka przypomina, że prawdziwa miłość nigdy nie wymaga rezygnacji z godności, a najtrudniejszym, lecz najbardziej wyzwalającym aktem odwagi jest stanąć w prawdzie wobec siebie.

To dzieło, po które warto sięgnąć ze względu na dojrzałość psychologiczną, wyczucie emocjonalne oraz rzadką umiejętność budowania napięcia bez chwytania się tanich chwytów. Polecam tę pozycję miłośnikom głębokich historii obyczajowych i dramatów, a w szczególności osobom poszukującym przestrzeni do refleksji nad naturą relacji, własnymi granicami i ceną unikania prawdy.

Ostatecznie „W uścisku kłamstwa” pozostaje w pamięci jako poruszający manifest wolności, która zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się strach przed samostanowieniem. To wyrazisty ślad literacki, do którego wraca się po czasie z zupełnie nową wrażliwością.

[Materiał reklamowy].

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Kiedy przez całe życie musisz udowadniać, kim naprawdę jesteś

M
oi drodzy, nigdy nie ukrywałam przed Wami tego, że od urodzenia jestem osobą niepełnosprawną ruchowo. Już jako dziecko, kiedy zaczęłam dostrzegać swoje pewne ograniczenia, zdawałam sobie sprawę z tego, że jestem „inna” niż dzieci i dorośli w moim otoczeniu. Na szczęście dorastałam w rodzinie, w której nieustannie powtarzano mi, że prawdziwą wartością każdego z nas jest to, jakimi jesteśmy ludźmi, to co skrywamy w sercu oraz to, co osiągniemy wytrwałą i uczciwą pracą. To jak wyglądamy, jak się poruszamy, jakiego wyznania, czy koloru skóry jesteśmy, nie ma żadnego znaczenia i w żadnej mierze nie definiuje nikogo z nas. Mając kilka lat, mocno wierzyłam, że wszyscy ludzie tak właśnie myślą, a świat jest bardzo przyjazny. Niestety już w szkole przekonałam się, że moje wyobrażenia o akceptacji odmienności mają się nijak z rzeczywistością. Z perspektywy czasu jestem w stanie to zrozumieć jeśli chodzi o inne dzieci, które z racji młodego wieku mogą wielu rzeczy nie rozumieć. Natomiast jest mi bardzo przykro, kiedy to dorośli patrzą na ludzi poprzez pryzmat stereotypów, uprzedzeń i braku tolerancji. 

Nie poruszam jednak tego, jakże ważnego tematu tylko ze względu na własną osobę, ale także ze względu na przeczytaną przeze mnie ostatnio książkę Pani Wandy Szymanowskiej „Ojej, Murzynka!, z której recenzją dziś do Was przychodzę. 

Główną bohaterką powieści jest Zuzanna Zakrzewska młoda, Polka o egzotycznej urodzie. Dziewczyna jest owocem związku Polki i Kenijczyka. To właśnie genom ojca zawdzięcza swój ciemny kolor skóry, przez który spotyka ją wiele przykrości i upokorzeń. Choć urodziła się i wychowała w Polsce, nigdy nie poczuła się tu w pełni akceptowana. Ona sama z dumą mówi o tym, że jest Polką, lecz ludzie wokół niejednokrotnie w bardzo bolesny i dobitny sposób dają jej odczuć, że nigdy nie uznali jej za swoją. 

W momencie, kiedy my czytelnicy przystępujemy do lektury książki, nasza bohaterka odbiera dyplom doktora nauk humanistycznych. Wypełnia ją ogromna radość, ponieważ tylko ona wie, jak wiele starań, wysiłku i pracy włożyła w to, aby teraz móc cieszyć się tą wyjątkową chwilą. To nie koniec punktów na liście jej osiągnięć. Jest bowiem również właścicielką szkoły językowej dla cudzoziemców. Niestety nie ma nikogo, z kim mogłaby dzielić satysfakcję ze swoich osiągnięć i w oczach kogo mogłaby zobaczyć uznanie dla tego, co robi. Ludzie nie dostrzegają nic poza kolorem jej skóry, który to według społeczeństwa sam w sobie kwalifikuje ją jako tą gorszą. 
Wszystko, co spotyka Zuzannę, jest powodem rodzących się w jej sercu wielu pytań dotyczących tego, kim tak naprawdę jest. 

Nie ma lepszego miejsca, aby uzyskać odpowiedź na tak postawione pytanie, niż kraj taty, gdzie udaje się na zasłużone wakacje. Czytelnik wspólnie z Zuzanną poznaje prawdziwe, codzienne życie tamtejszej ludności. Życie zupełnie inne od tego, które możemy dostrzec jako zwykli turyści. Trudne, wymagające wielu wyrzeczeń i ciężkiej pracy, ale też odznaczające się wielką serdecznością i otwartością. Musicie koniecznie sięgnąć po książkę i przekonać się, czy ojczyzna ojca dziewczyny pozwoli jej zyskać pewność tego, gdzie jest jej miejsce na ziemi. 

Niezwykłym atutem książki jest fakt, że autorce wspaniale udało się pokazać czytelnikowi klimat i realia życia w Kenii. Nieustannie miałam wrażenie, że wspólnie z bohaterką biorę udział w tej niezwykłej wycieczce, której nigdy nie zapomnę i na pewno będę chciała jeszcze powtórzyć. Jeśli Wy również macie ochotę wybrać się na wyjątkową wyprawę bez wychodzenia z domu, do czego gorąco Was zachęcam, będzie to idealna lektura dla Was. 

Jak widzicie, książka porusza bardzo ważny i z przykrością muszę to powiedzieć, ponadczasowy temat. Postać samej Zuzanny i jej perypetie stały mi się w pewien sposób bardzo bliskie. Było mi bardzo przykro kiedy tak wiele razy musiała stoczyć nierówną walkę niczym z wiatrakami, aby za każdym razem udowadniać wszystkim wokół, kim jest i skąd pochodzi. Ja również wiele razy musiałam udowadniać światu, że moja swego rodzaju odmienność nie jest przeszkodą do tego, aby móc się rozwijać i coś w życiu osiągnąć. Sama podziwiałam Zuzannę za jej serdeczność, ogromną cierpliwość i wewnętrzny spokój mimo spotykających ją przykrości. Mnie często tych cech brakowało. Mnie jednak było łatwiej, bo jak wspomniałam na początku recenzji mam obok siebie bliskich, którzy mnie wspierają i są ze mną zawsze bez względu na wszystko. Zuzanna niestety takiego szczęścia nie miała. 

W tym miejscu dochodzimy do kolejnego wątku, o którym nie mogłabym nie wspomnieć. Otóż dziewczyna ma matkę, ale niestety ich relacje nie należą do najlepszych. Mówiąc wprost, są toksyczne. Matka nieustannie podcina skrzydła córce, umniejszając jej sukcesom. Co więcej, bywają chwile, kiedy dziewczyna czuje, że rodzicielka chce wmówić jej, że sama jest winna temu, przez co przechodzi. 

Przez to, że poczułam z nią swego rodzaju więź, bardzo chciałam, aby zaznała wreszcie szczęścia, na które tak bardzo zasługuje. Jeśli jesteście ciekawi, czy tak się stało, a wierzę, że tak, to nie wahajcie się ani chwili i sięgnijcie po tę pozycję. 

„Ojej Murzynka!” to bardzo wartościowa książka o poszukiwaniu siebie, własnej tożsamości i miejsca na ziemi. Ona skłania do przemyśleń i refleksji na temat tolerancji i potrzeby akceptacji. Na jej kartach odnajdziecie wiele przykrych zdarzeń, ale nie zabraknie także humoru, wzruszeń i oczywiście uczuć, które często bywają bardzo zwodnicze i złudne. 

Myślę, że nikt z Was nie ma wątpliwości, że książkę warto przeczytać i że ja oczywiście serdecznie ją polecam i zachęcam do spędzenia z nią jednego z długich wieczorów. Choć książka jest niewielka objętościowo i czyta ją się bardzo szybko, to jednak skrywa w sobie wartości, o których długo się nie zapomina. Jeśli chodzi o mnie, cieszę się ogromnie, że Pani Wanda zdecydowała się podjąć tak ważnego tematu. Nawet jeśli, lektura tej książki zmieni myślenie chociaż jednej osoby, która ją przeczyta, to było warto. I za to z całego serca autorce dziękuję. 

Recenzja powstała we współpracy z Autorką, za co bardzo dziękuję.

czwartek, 13 grudnia 2018

Czas poznać całą prawdę odartą z iluzji.

Kochani dziś przychodzę do Was z przedpremierową recenzją książki Pani Wandy Szymanowskiej „Latte z Walerianą”. Ci z Was, którzy znają twórczość Pani Wandy, na pewno zgodzą się ze mną, że jest to pisarka, którą charakteryzuje niezwykła umiejętność obserwacji życia i ludzi. Autorka pisze książki adresowane głównie do dzieci i młodzieży, jednak możecie mi wierzyć, że życiowość i autentyczność historii wychodzących spod Jej pióra trafia również do dorosłego czytelnika.

Ja sama jestem wierną wielbicielką twórczości autorki, gdyż niejednokrotnie przekonałam się, że pisarka nie boi się zmierzyć się z tematami tabu, które często pomijane są milczeniem. Na każdy kolejny tytuł oczekuję z niecierpliwością, ciekawa, co tym razem przygotuje dla swoich czytelników.

Kochani, niech podniesie rękę do góry, każdy z Was, kto już w dzieciństwie marzył o tym, by zostać nauczycielką. Ja i moja siostra zdecydowanie należałyśmy do grona wielbicielek tego zawodu. Pamiętam, że już jako małe dziewczynki uwielbiałyśmy bawić się w szkołę. Każda z nas miała własnoręcznie zrobiony dziennik i uczyłyśmy dzieci, robiąc im klasówki, stawiając oceny i sprawdzając listę obecności. Nasza fascynacja tym zawodem wynikała w dużej mierze z tego, że nasza ciocia jest nauczycielką nauczania początkowego, a my zawsze jej tego zazdrościłyśmy.

Oczywiście z biegiem czasu, nasze marzenia zawodowe zmieniły się wielokrotnie, ale do dziś nie raz byłam światkiem rozmów na temat tej profesji. No bo przecież bycie nauczycielem, wiąże się z samymi profitami. Nauczyciel to ma dobrze. Odpracuje swoje kilka godzin dziennie, praktycznie nie musi się wysilać, bo więcej wymaga, niż uczy, zadaje dużo prac domowych. Ma więcej wolnego niż pracy. Każdy weekend, ferie wakacje, święta. Żyć nie umierać. Niestety, prawda nie wygląda już tak kolorowo, o czym przekonujemy się, sięgając właśnie po „Latte z walerianą”. Na jej kartach Wanda Szymanowska zdecydowała się zabrać swoich czytelników w szkolne mury, po to, by w sposób pozbawiony lukru i cukru uświadomić nam, że praca nauczyciela to naprawdę ciężki kawałek chleba, a nasza wizja tego zawodu, ma się nijak do realiów.

Anna, główna bohaterka powieści jest nauczycielką historii w pobliskim gimnazjum. Kocha swoją pracę i chce, jak najwięcej wiedzy przekazać swoim uczniom, jednak nie jest to łatwe, ponieważ dzisiejsza młodzież zdaje się nie wykazywać należnej temu przedmiotowi uwagi, nie będąc zupełnie zainteresowanymi niczym, poza tym, co dotyczy bezpośrednio ich samych i życia współczesnego. Ania nie potrafi również spokojnie przyglądać się temu, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami pokoju nauczycielskiego. Podziały panujące wśród ciała pedagogicznego i boje, jakie toczą ze sobą dwa powstałe obozy, przyprawiają naszą bohaterkę o nerwicę, którą w niewielkim stopniu łagodzi kawa z dodatkiem dużej ilości kropel waleriany, od której nauczycielka jest uzależniona. Bohaterka nie może patrzeć obojętnie na zachowania i postępowanie tzw. biura wzajemnej adoracji, jak również zachowanie i absurdalne rozporządzenia dyrektora szkoły, z których doskonale widać, że dzieli on swoich pracowników na tych mniej i bardziej uprzywilejowanych.

Mało tego, oliwy do ognia dolewają rodzice uczniów, którzy zamiast współpracować z nauczycielami dla dobra swoich dzieci, potrafią tylko oczekiwać i wymagać od szkoły, pozostając bezkrytycznymi wobec swoich latorośli, będąc ślepo przekonanymi o wyjątkowości i niewinności nastolatków. Co z tego wyniknie, przekonajcie się sami.

Bardzo ważnym aspektem książki jest dostrzegalny realizm zarówno opisanych w niej wydarzeń, jak i kreacji bohaterów, przez co trafia ona z całą swoją mocą zawartego w niej przekazu do każdego odbiorcy. Pani Wanda w sposób bezkompromisowy i otwarty odziera zawód nauczyciela z iluzji, jaką został on otoczony. Zaglądając za kurtynę cieni tego zawodu, w sposób wręcz szokujący przekonujemy się, że bycie pedagogiem to często stres, wyrzeczenia i łzy.

Jak twierdzi sama autorka - „Latte z Walerianą” to książka, podczas czytania której można zawrzeć i ja się z tym zgadzam w stu procentach. Śledząc zachowania i postawy niektórych jej bohaterów, czytelnik doprowadzony jest do emocjonalnego wrzenia. Zapewniam Was, że nie jest to książka, która podziała na Was jak waleriana, wręcz przeciwnie, waleriana może być Wam potrzebna, byście mogli uspokoić się po lekturze. Jestem pełna podziwu i uznania dla Pani Wandy za odwagę w podjęciu walki ze stereotypami i bezkompromisowe podejście do tak ważnego tematu.

Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po tę nietuzinkową i bardzo mądrą książkę, która otworzy Wam oczy na często przemilczaną prawdę, a także, mam nadzieję, sprawi, że spojrzycie z większym uznaniem i szacunkiem na zawód nauczyciela.

Na zakończenie mam pytanie do tych z Was, którzy jesteście rodzicami dzieci uczęszczających do szkoły. Czy Wy sami staracie się współpracować z nauczycielami dla dobra waszych dzieci, czy może uważacie, że Wasze dzieci są niedoceniane, bądź niesłusznie oceniane przez swoich nauczycieli?

Recenzja powstała we współpracy z Autorką, za co bardzo dziękuję.

Zostawiam Wam również linki do innych recenzowanych przeze mnie do tej pory książek Pani Wandy Szymanowskiej:

Lardżelka”.
Zaina”.


poniedziałek, 8 października 2018

Chroń swoje dziecko Wanda Szymanowska Tomcio telefoncio.

Moi drodzy, dziś już na wstępie, chciałabym prosić Was o czynny udział w dyskusji na temat, który został poruszony w książce Pani Wandy Szymanowskiej „Tomcio telefoncio”. A dlaczego zwracam się do Was z taką prośną? O tym przekonacie się już za chwilę.

Gdybym miała w jednym zdaniu określić, czym według mnie jest i czym charakteryzuje się twórczość Pani Wandy, bez wahania powiedziałabym, że jest autorką, która słowem pisanym pokazuje, że kocha ludzi i zna życie. Zarówno jego blaski, jak i cienie i to widać sięgając po jej książki. Autorka poprzez historie, które opisuje w swoich książkach, daje wyraz temu, że zarówno problemy życia codziennego, jak i te społeczne, zakrojone na szerszą skalę nie są jej obojętne, a co za tym idzie, ma swój udział w podnoszeniu świadomości społecznej. Nie boi się trudnych tematów. Dowodem na to jest choćby książka „Lardżelka”, w której autorka porusza bardzo ważny problem, jakim jest nadwaga i otyłość. (jeśli nie mieliście jeszcze okazji czytać mojej recenzji tej książki, serdecznie zachęcam do nadrobienia zaległości).

Nie wiem, czy wiecie, ale Pani Wanda jest również autorką książek dla dzieci. „Tomcio telefoncio” jest właśnie takim krótkim opowiadaniem dla dzieci, które również ma za zadanie otworzyć oczy ich rodzicom i opiekunom, na tak ważny i niestety, coraz bardziej przybierający na sile problem uzależnienia od telefonu, internetu i gier komputerowych wśród dzieci.

Bohaterem opowiadania jest tytułowy Tomcio, chłopiec w wieku przedszkolnym, który o zgrozo ma już wszystkie symptomy świadczące o uzależnieniu od gier komputerowych. A zaczęło się tak niewinnie. Rodzice, chcąc mieć czas dla siebie, traktują telefon jako sposób na to, by dziecko samo zajęło się sobą. Jakby tego, było mało, telefon jest w tej rodzinie lekarstwem na wszystko. Aby Tomcio się nie nudził, aby nie był smutny, aby nie marudził, aby go wynagrodzić, aby pocieszyć w chorobie. Zawsze we wszystkich tych sytuacjach „na pomoc” przychodzi telefon. W bardzo krótkim czasie nagle Tomcio bardzo się zmienia. Nie chce jeść, jest nerwowy i skarży się na bule brzucha. Jednak na ratunek wnukowi przychodzi babcia, która pokazuje mu, że są różne sposoby na to, aby miło i ciekawie spędzić czas Jak się przekonacie, Tomcio nie jest jedynym bohaterem, którego celem jest korzystanie jak najdłużej z telefonu..

"Robert na chwilę oderwał wzrok od wyświetlacza telefonu i wzruszył ramionami. Co to za różnica, czy jest w domu, czy nad morzem? Ważne, że ma telefon i w nim cały świat". 

Jeśli chcecie się przekonać, czy babci uda się uchronić wnuka przed uzależnieniem od tego, co przecież wydaje się tak niepozorne, a może mieć bardzo poważne konsekwencje, to koniecznie przeczytajcie to króciutkie, ale jakże ważne w przekazie opowiadanie.

Zapewne wiele osób teraz mogło, by powiedzieć, że przecież w dzisiejszym świecie dynamicznie rozwijającej się technologii nie da się odciąć dzieci od internetu, czy telefonu. Otóż według mnie tu wcale nie o to chodzi, by czegokolwiek zabraniać, bo jak wiadomo, zakazany owoc kusi jeszcze bardziej. Chodzi jedynie o to, że to my jako osoby dorosłe i odpowiedzialne, którym leży na sercu dobro naszych dzieci powinniśmy mieć kontrole nad tym, jak często i jak długo dziecko siedzi przed komputerem. Uwierzcie mi, jako psycholog mogę Was zapewnić, że jeśli od najmłodszych lat Waszych latorośli, będziecie traktowali telefon, czy komputer jako sposób na swój „święty spokój” od dziecka oczekującego waszej atencji i uwagi kiedyś będziecie tego żałować.

Pani Wanda oddała w ręce swoich czytelników bardzo wartościowe opowiadanie na temat problemu naszych czasów, które jest napisane tak, by mogli je czytać rodzice ze swoimi nawet małymi dziećmi. Prosty i przystępny język, zapewnia zrozumiałą formę przekazu dla dziecka. Możemy przeczytać to opowiadanie dziecku i powiedzieć Jasiowi, Kasi, czy Zosi:

„Zobacz kochanie, nie wolno tak długo siedzieć przed komputerem, czy grać na telefonie, bo wtedy tak jak Tomcia będzie cię bolał brzuszek i nie będziesz mógł jeść”.

Atutem książki niewątpliwie są ilustracje rysowane, w taki sposób, jakby rysowało je dziecko.

Kochani pamiętajcie najlepszym lekarstwem na nudę, smutek, czy cierpienie waszej latorośli nie są nowinki i gadżety technologiczne, a wasza miłość, poświęcony czas i uwaga.

Na zakończenie, chciałabym prosić Was, abyście podzielili się swoimi spostrzeżeniami na ten temat. Napiszcie też, proszę, w jaki sposób kontrolujecie to ile czasu i w jaki sposób Wasze dziecko przebywa w świecie internetu?

Za tak wartościową lekturę i bezcenną lekcję dziękuję wydawnictwu Białe Pióro i oczywiście Autorce.

piątek, 6 kwietnia 2018

Pozwól sobie pomóc, to nie twoja wina.

Moi drodzy, dziś porozmawiamy o niestety bardzo aktualnym w naszym społeczeństwie problemie, który dotyczy wielu rodzin. Piszę niestety, ponieważ mówić będziemy o chorobie alkoholowej. Nie wiem, czy wiecie, ale często uzależnienie od alkoholu nazywa się chorobą zamkniętych drzwi. A to dlatego, że zazwyczaj wszelkie konsekwencje, a bardzo często dramaty wynikające z alkoholizmu jednego lub kilku z członków danej rodziny rozgrywają się właśnie w czterech ścianach domu, za zamkniętymi drzwiami. Dlaczego tak się dzieje i do czego taka sytuacja może doprowadzić, dowiecie się dzięki książce Pani Elżbiety Stępień „Ta kobieta”.

Amelia jest trzydziestosiedmioletnią kobietą, która jest oddaną żoną i matką trójki wspaniałych dzieci. W oczach przyjaciół i znajomych uchodzą za szczęśliwą, kochającą się rodzinę. Koleżanki zazdroszczą Amelii wspaniałego męża, jakim jawi się Rafał. Jednak pozory mogą mylić, bowiem kiedy postronne oczy nie patrzą, mężczyzna zamienia się w potwora. Upokarza i poniżą żonę. Każdy pretekst jest dobry do tego, aby wywołać awanturę i się napić. Zastraszona i manipulowana przez męża Amelia staje się marionetką w jego rękach. Mąż odbiera jej wszystko osobowość, pewność siebie, poczucie własnej wartości, by na koniec za wszystko, co dzieje się w ich rodzinie obwinić właśnie ją. Początkowo kobieta stara się usprawiedliwiać zachowanie małżonka. Pewnej grudniowej nocy jednak Rafał przekracza granice i Amelia w samej tylko pidżamie musi uciekać z domu. Ucieka do lasu i tam jej życie mogłoby dobiec końca, gdyby nie pomoc pewnego mężczyzny, który zawiózł ją do szpitala.
Kiedy nazajutrz Rafał przyjeżdża do szpitala, nie odczuwa, żadnej skruchy, chce tylko kontrolować sytuację i trzymać rękę na pulsie, bo wie, że tym razem mocno przesadził. Amelia jednak nie ma odwagi opowiedzieć nikomu, co dzieje się w jej rodzinie. Przepełniona wstydem postanawia przemilczeć prawdę. Kiedy mężczyzna widzi, że ma władzę nad żona i nie poniesie konsekwencji swoich czynów, jego agresja się potęguje. Nie będę Wam opisywać nic więcej, aby nie zdradzić zbyt wiele. Powiem tylko, że historia opisana na kartach książki Pani Elżbiety, jest wzorcowym przykładem współuzależnionej rodziny alkoholika.

Jako psycholog od siebie mogę powiedzieć, że osoba uzależniona potrafi być jak kameleon. Jednego dnia jest tyranem dla własnej rodziny, by już dnia następnego przepraszać, mamić najbliższych pięknymi słówkami i frazesami, że mu przykro, że to już się nie powtórzy, aby na koniec wmówić współmałżonkowi, że pije i awanturuje się właśnie przez nią, a tym samym wpędzić go w poczucie winy. Często również, jak miało to miejsce w przypadku naszej bohaterki, po chwilowym okresie spokoju rodziny alkoholików chcą wierzyć w to, że teraz już wszystko będzie dobrze, jakoś sobie wspólnie poradzą. Nic bardziej mylnego. Bez pomocy osób i instytucji specjalizujących się w leczeniu uzależnień i szczerej chęci wyjścia z nałogu nie poradzimy sobie z chorobą. A jeśli będziemy ukrywać przed wszystkimi, z jakim problemem zmaga się nasza rodzina, w ten sposób tworzymy kamuflaż dla poczynań alkoholika,  tym samym  paradoksalnie  dając przyzwolenie na jego bezkarność.

Czy Amelia to zrozumie? Czy pozwoli sobie pomóc? Tego dowiecie się, podczas lektury.

Jednak nie jest to książka tylko o alkoholizmie, współuzależnieniu, przemocy i innych skutkach tej choroby. Odnajdziemy tu również obraz pięknej, bezgranicznej miłości matki do dzieci i przyjaźni. Jest to również opowieść, o tym, jak nieoceniona w sytuacji, w której znajduje się główna bohaterka, staje się obecność osoby, która w nas wierzy, docenia naszą wartość, wspiera nas i chce nam pomóc. Świadomość, że w naszym życiu jest ktoś taki, może dodać nam odwagi, by zawalczyć o siebie i o to, co kochamy.

Jeśli chodzi o bohaterów, to zapewne wielu z Was oceni surowo nie tylko Rafała, ale i Amelię. A to, dlatego, że jej naiwność i początkowa bierność mogą wydawać się Wam niezrozumiałe, wręcz irytujące. W tym miejscu jednak chcę przypomnieć Wam, że są to zachowania osoby współuzależnionej, więc nie oceniajcie jej zbyt pochopnie.

Książkę oczywiście polecam każdemu, bowiem mam nadzieję, że dla osób, które borykają się z podobnymi problemami, będzie ona impulsem do tego, aby odważyły się zawalczyć o siebie, a jeśli problem Was nie dotyczy, to być może dzięki tej książce będziecie wiedzieli, jak komuś pomóc, jeżeli zajdzie taka konieczność.

Za możliwość tak wartościowej lektury dziękuję autorce i wydawnictwu Białe Pióro.


wtorek, 6 marca 2018

Jemy po to, by żyć, a nie żyjemy po to, by jeść.

Kochani dziś zapraszam Was na recenzję książki Pani Wandy Szymanowskiej „Lardżelka”. Twórczość Pani Wandy skradła moje serce od chwili, kiedy przeczytałam jej inną książkę pt.”. Zaina”, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Jeśli jeszcze nie czytaliście mojej recenzji tej książki, link do niej macie tu. Bardzo cenię sobie autorów, którzy w swoich książkach nie boją się poruszać trudnych, ale jakże ważnych tematów. Takie właśnie tematy poznajemy w książkach tej autorki. Biorąc do ręki kolejną Jej książkę, byłam pewna, że historia opisana na jej kartach, będzie dla mnie bardzo wartościową lekcją, z której na pewno wyniosę, coś dla siebie. Czy w istocie dostałam to, czego oczekiwałam? O tym przekonacie się w dalszej części mojej recenzji.

Zapewne wielu z Was mogłoby powiedzieć: „Przecież jest wiele książek poruszających trudne, życiowe tematy. Czym więc książki Pani Wandy wyróżniają się spośród innych”? Otóż czytając historię bohaterów wykreowanych przez autorkę niemalże od pierwszego zdania, wyczuwa się ich autentyczność. Wraz z kolejnymi ubywającymi stronami zapominałam o tym, że czytam książkę, bo miałam wrażenie, że siedzę przy stole, popijając herbatę z bliską mi osobą opowiadającą mi swoją historię. Wszystko to wynika z faktu, że Pani Wanda ma niezwykłą umiejętność pisania o codziennych ludzkich problemach w sposób lekki i prosty, okraszony dawką humoru.

W „Lardżelce” poznajemy historię Zofii, kobiety, która niemalże od zawsze zmaga się z problemem otyłości. Zosia nie potrafi radzić sobie ze stresem, dlatego notorycznie go zajada. Czara goryczy przelewa się w pewien sylwestrowy wieczór, kiedy z ust jej mężczyzny padają bolesne słowa odnośnie do jej wyglądu i tuszy. Ten wieczór staje się dla naszej bohaterki początkiem walki o siebie.
Z postacią Zofii zapewne utożsami się wielu czytelników zmagających się z tą chorobą. Gdybyśmy mieli nakreślić portret psychologiczny takiej osoby, jest to osoba wycofana, zamknięta w sobie, z dużym zachwianiem poczucia własnej wartości, która nienawidzi swojego ciała, a jej jedynym pocieszeniem i przyjemnością w życiu jest jedzenie. Taka właśnie jest główna bohaterka „Lordżelki”, do momentu, aż pewnego dnia trafia na turnus odchudzający, który staje się początkiem wielu zmian w jej życiu.

Pani Wanda dzięki swojej książce uświadamia nam, że odchudzanie wcale nie musi być katorżniczą drogą przez mękę. Wszystko zależy od tego, jak do tego problemu podejdziemy, bowiem proces odchudzania zaczyna się w naszej głowie. Nie dajmy się zwieść tzw. dietom cud, bo takie nie istnieją. Musimy zdać sobie sprawę, że odchudzanie to długotrwały proces metodą małych kroczków. Ważne jest, żeby odchudzania nie traktować, jak kary. Pamiętajmy, że każdy zgubiony kilogram jest bardzo cenny nie tylko dla naszego wyglądu, ale przede wszystkim dla naszego zdrowia. Często samo słowo odchudzanie wzbudza w wielu osobach strach, dlatego stwierdzenie odchudzam się, zastąpmy stwierdzeniem, prowadzę zdrowy styl życia i niech ta myśl stanie się naszym sposobem na życie, a efekty nas zaskoczą.

To, na co autorka kładzie bardzo duży nacisk i co w istocie jest równie ważne, co dieta i ćwiczenia, to wsparcie innych osób. Zosia dopiero uczestnicząc w turnusie odchudzającym, uwierzyła, że może jej się udać, wygrać tę walkę. Jak wiadomo w grupie siła. Nikt tak nie zrozumie grubasa, jak inny grubas. Z pewnością nie muszę pisać o tym, że kiedy już zaczniemy się odchudzać, nie roztoczy się przed nami samo pasmo sukcesów i będziemy tracić kilogramy w mgnieniu oka. Niestety, tak to nie działa będą również porażki i niepowodzenia. Dlatego ważne jest, aby w takich chwilach był z nami ktoś, kto nas wesprze i da nam mentalnego kopniaka, który pomoże nam się zebrać do kupy i walczyć dalej. Kocham Iwonkę, która była dla Zosi dobrym duchem i najwspanialszą przyjaciółką. Taki przyjaciel to skarb.

Niestety społeczeństwo nie zawsze jest tak łaskawe i wyrozumiałe dla osób z nadwagą, czy otyłością. I tu dochodzimy do bardzo ważnego aspektu dyskryminacji społecznej takich osób. Bardzo przykrym i niestety częstym zjawiskiem jest zjawisko, szykanowania i niewybrednych „żartów” pod adresem osób otyłych ze strony osób szczupłych. Tak łatwo jest oceniać i kpić nie siląc się na to, by choć przez chwilę zastanowić się, co może być podłożem takiej choroby. Niestety dyskryminacja ta zatacza dużo szersze kręgi, ale o tym przeczytacie, sięgając po książkę Pani Wandy.

Uważam, że „Lardżelkę” powinien przeczytać, każdy. Bo nawet jeśli nie zmagamy się z problemami, jakie ma Zosia, to może dzięki tej książce zaczniemy patrzeć na takie osoby w innym świetle. A może nawet staniemy się dla kogoś niezbędnym wsparciem.

Za możliwość wartościowej lektury dziękuję Autorce.