Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna owca. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 września 2019

Ufam mu, więc dlaczego się go boję?

Myślę, że zgodzicie się ze mną, iż osoby wycofane, ciche i niepewne własnej wartości są niezwykle podatne na wszelkiego rodzaju manipulacje. Łatwo im wiele rzeczy wmówić i zasugerować. Szukając akceptacji w oczach innych, godzą się na życie w cieniu, po to, aby choć przez chwilę poczuć się dla kogoś ważnym i zyskać choć trochę czyjejś uwagi i ciepła.

Dziś chcę opowiedzieć Wam o książce Amy Lloyd „Niewinna żona”, której główna bohaterka Samantha jest kobietą, której osobowość idealnie odpowiada schematowi, który przedstawiłam we wstępie recenzji. Niedawno zakończony związek oraz nie najlepsze relacje z matką sprawiają, że młoda kobieta czuje się bardzo samotna. Ucieczką od pustki panującej w jej życiu staje się dla niej internet i bardzo głośna, wzbudzająca wiele emocji sprawa Dennisa Dansona, który, jako nastolatek został skazany za morderstwo. Chłopak miał wówczas pozbawić życia nastoletnią dziewczynkę. Sprawa ta wzbudziła wśród społeczeństwa ogromne poruszenie, wywołane filmem dokumentującym historię mężczyzny.

W momencie, kiedy my czytelnicy zostajemy zaangażowani w to, co się dzieje na kartach książki, od tamtejszych wydarzeń minęło już dwadzieścia lat, jednak wrzawa na forach internetowych nadal nie cichnie. Sam osadzony i jego adwokaci utrzymują, że został on niesłusznie skazany za czyn, którego nie popełnił i dążą do jego uwolnienia. Murem za Dennisem staje również ogromna grupa internautów, którzy żądają, aby dociec prawdy i zwrócić wolność niewinnemu człowiekowi.
Samanta również znajduje się wśród osób opowiadających się po stronie osadzonego.
W pewnym momencie niespodziewanie dla niej samej między nią a mężczyzną nawiązuje się niezwykła więź. Z korespondencji, którą między sobą wymieniają, Samantha czuje, że Dennis jest do niej bardzo podobny i rozumie ją, jak nikt inny do tej pory. Jego życzliwość i dobroć podbija jej serce. Bardzo szybko ta niecodzienna relacja przeradza się w uczucie i już wkrótce dziewczyna decyduje się porzucić swoje szare życie, angażując się w działania na rzecz uwolnienia mężczyzny. Snuje marzenia i wizje tego, jak będzie wyglądała ich wspólna przyszłość i codzienne życie we dwoje.
Niestety już w dniu, kiedy nareszcie nadchodzi ten wielki dzień, nic nie jest takie, jaki być miało, a z biegiem czasu okazuje się, że niewinność Dennisa, w którą tak mocno wierzyła, teraz wcale nie jest już taka oczywista i niezaprzeczalna, Ufa mu, więc dlaczego się go boi?

Z rekomendacji na książce wynika, że decydując się na lekturę „Niewinnej żony”, otrzymamy:

„Mroczną, frapującą i pełną zwrotów akcji fabułę, która wciąga i nieustannie zaskakuje”.

Czy ja sama mogłabym podpisać się pod tymi słowami? Otóż i tak i nie. Przyznaję, że mam mieszane odczucia odnośnie do tej książki. Owszem czytałam ją z zainteresowaniem i ciekawością, ale nie jest to, historia, która wciągnęła mnie bez reszty i nie pozwoliła mi się od siebie oderwać. Ciekawy pomysł na fabułę i lekki oraz swobodny styl pisanie, którym posługuje się autorka, sprawia, że książkę czyta się niemalże naraz. Nie zmienia to jednak faktu, że zabrakło mi w niej napięcia. Nie zaprzeczę, że przez cały czas poznając kolejne odsłony tego, co zostało dla nas przygotowane, gdzieś w tle towarzyszy nam poczucie, że za chwilę wydarzy się coś, co ukarze mroczną naturę bohatera i na jaw wyjdzie coś, o czym nikt nigdy miał się nie dowiedzieć, ale nie jest to tak dojmujące uczucie, by mogło wzbudzić dreszcze i niepokój.

Na uwagę zasługuje natomiast bardzo dobra kreacja portretów psychologicznych bohaterów. Zarówno Samanthy, jak i Dennisa.
W przypadku kobiety mamy doskonały przykład tego, jak osoba, która czuje się nierozumiana i niepewna własnej wartości może popaść niemalże w obsesję na punkcie osoby, która ofiaruje jej choćby złudne poczucie miłości i szczęścia. Doskonale widzimy, jak kobieta potrafi tłumić w sobie wszelkie przejawy podejrzeń wobec ukochanego. Choć odczuwa lęk, wszelkiej winy upatruje w swojej paranoi. Manipulowana i mamiona jego życzliwością staje się emocjonalnie sterowaną marionetką w rękach tego, którego kocha.

Dennis z kolei to człowiek, który perfekcyjnie potrafi ukrywać swoją wręcz sadystyczną naturę. Kiedy chce, bywa ujmujący i wyjątkowy. Przyznam szczerze, że gdybym nie wiedziała z opisu książki, nie domyśliła się, że nie jest on tak kryształowy, na jakiego się kreuje. Sama uwierzyłabym w ogromną niesprawiedliwość, która go spotkała. Potrafi być doskonałym aktorem, kiedy wie, że może coś zyskać. Natomiast o tym, kim jest, kiedy zrzuca maskę pozorów, przekonajcie się już sami.

Mimo że „Niewinna żona” nie jest thrillerem psychologicznym, który wyróżnia się jakoś specjalnie wśród innych książek z tego gatunku, to zdecydowanie uważam, że warto po niego sięgnąć. Czyta się go naprawdę ciekawie i przyjemnie. Na pewno spędzicie z nim kilka dobrze spożytkowanych godzin na interesującej lekturze.

Nie zabraknie również miejsca na refleksje. Nigdy nie ufaj ślepo temu, co słyszysz, a nawet widzisz. Jeśli, ktoś wydaje się idealny, to już jest podejrzane.

Ze swej strony oczywiście zachęcam Was do przeczytania „Niewinnej żony”, choć według mnie, większą satysfakcję z jej lektury będą miały osoby, które dopiero rozpoczynają poznawanie gatunku, który reprezentuje ten tytuł lub sięgają po niego niezbyt często. Dla tych z Was, którzy jesteście wielbicielami gatunku i poruszacie się w jego obrębie od dłuższego czasu bowiem, to co otrzymacie, sięgając po książkę, może pozostawić po sobie poczucie niedosytu.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Czarna owca, za co bardzo dziękuję.



środa, 7 sierpnia 2019

Nadszedł czas na konfrontację z wrogami.

Kochani strzeżcie się! Dziś wspólnie z C. J. Tudor i jej najnowszą książką „Zniknięcie Annie Thorne” zabierzemy Was do z pozoru spokojnej małej wioski Arnhill, gdzie wychowywał się i dorastał główny bohater powieści Joe Thorne. Nie dajcie się jednak zwieść, ponieważ spokój panujący w tej wiosce  jest tylko pozorny i nic nie jest takie, na jakie wygląda.

Pojawienie się głównego bohatera w swoich rodzinnych stronach jest ostatnim, czego by sobie życzył. Minęło już dwadzieścia pięć lat, od dnia, kiedy życie jego i jego najbliższych legło w gruzach, a on do dziś czuje ból i żal. On wie najlepiej, że ten, kto się tu pojawi, przepadnie na zawsze. Jedyne czego pragnie to uciec z tego miejsca, jak najdalej i nigdy nie wracać, ale niestety życie często nie pozostawia nam wyboru.

„Tak naprawdę wcale nie chcę wracać. Już prędzej wolałbym zostać żywcem zjedzony przez szczury albo wziąć udział w wieczorku tańców westernowych. Z całego serca nie mam ochoty oglądać zabitej dechami dziury, w której się wychowałem. Jednak czasem nie mamy innego wyboru jak tylko ten zły”.

Zapewne teraz zastanawiacie się, co takiego się stało, że nasz bohater tak bardzo nie chciał wrócić do wioski i co ostatecznie sprawiło, że jednak do niej trafił?

Aby uzyskać odpowiedzi na te pytania, musimy cofnąć się do momentu, kiedy Joe był nastolatkiem. Lata dziewięćdziesiąte, bo do tego okresu wracamy we wspomnieniach bohatera to dla mieszkańców Arnhill czas, w którym centrum ich życia stanowiła praca w kopalni. To kopalnia właśnie była żywicielką dla większości tamtejszych rodzin. Aż do momentu, kiedy tragiczne wydarzenia zmusiły ówczesne  władze do jej zamknięcia. Wówczas miejsce to stało się obiektem ciekawości dzieci, co doprowadziło do tragicznych wydarzeń z udziałem ośmioletniej wówczas siostry Joe -Annie. Tylko on i czwórka innych dzieciaków zna prawdę dotyczącą tego, co się wtedy stało.
I Pewnie Joe nie zdecydowałby się na rozdrapywanie ran przeszłości, gdyby nie musiał uciekać przed życiem, które wiedzie. Doskonale wie, że po piętach depczą mu ci, którzy nigdy nie odpuszczają. Decyzję o powrocie do czeluści piekła demonów przeszłości ostatecznie pomaga mu podjąć tajemnicza wiadomość mailowa, która może świadczyć o tym, że jednak historia lubi się powtarzać. Niestety.
Mężczyzna zatrudnia się na zastępstwo w tamtejszej szkole i tak zaczyna się jego konfrontacja z tymi, którym jego nagły powrót nie jest na rękę.
Wkrótce przekonacie się, że czasami lepiej nie wracać.

Wątek śmierci i konfrontacji z przeszłością to nie wszystko, co przygotowała dla swoich czytelników autorka. W książce odnajdziemy bowiem również porachunki mafijne. Doskonale widzimy, jak uzależnienie może doprowadzić do degeneracji człowieka.
Joe nie ma nic i nikogo, ale jedno potrafi perfekcyjnie kłamać. Przez to, że tonie w długach i zadarł z nieodpowiednimi ludźmi, ciągle ucieka i żyje w zakłamaniu. Ale nie da się uciekać przez całe życie. Przekonajcie się, co się stanie, kiedy nadejdzie czas rozliczeń.

„Zniknięcie Anne Thorne” na swoich kartach skrywa mroczną, przerażającą historię, którą rozpoczyna mrożącą krew w żyłach sceną morderstwa, a potem jest już tylko gorzej. Tu śmierć i strach czają się na każdym kroku. Tu nawet przez chwilę nie możecie czuć się pewnie i bezpiecznie. Pamiętajcie, nikomu nie wolno wam ufać. Z jednej strony żądza zemsty i dążenie do prawdy z drugiej usilne starania, by owa prawda nigdy nie wyszła na jaw. To wszystko skłania do naprawdę bezwzględnych czynów. Jak to się skończy, musicie oczywiście przekonać się sami.
Nie znajdziecie tu bohatera pozytywnego. Każda z postaci coś ukrywa i ma coś na sumieniu. Bądźcie czujni.

O Matko, ta książka mnie przeraziła nie na żarty, ale jednocześnie zahipnotyzowała i nie pozwoliła się od siebie oderwać. Z sercem w gardle i włoskami stojącymi dęba na ciele przewracałam kolejne strony, jak najszybciej się dało, żeby móc natychmiast wiedzieć, co będzie dalej i w tym miejscu muszę zaznaczyć, iż nie uświadczycie w tej książce dynamicznej akcji. Nie, tu poczujecie dojmujący mrok śmierci i jej oddech na plecach.
Jak widzicie, autorka poprzez połączenie kilku gatunków w fabule sprawiła, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Jako dodatkowy smaczek zdradzę jeszcze, że puściła też oczko do miłośników fantasy, ale już więcej nic nie powiem.
Myślę, że dalsze słowa są zbędne, bo ta książka jest świetna, a to, co dobre obroni się samo. Czytajcie i uważajcie na siebie. Nie polecam czytać po zmroku i nocą.

Ta książka była już moim drugim spotkaniem z twórczością Pani Tudor. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji czytać mojej recenzji książki autorki, zapraszam serdecznie. Kredziarz, tę książkę również gorąco polecam.


Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Czarna Owca, za co bardzo dziękuję.



piątek, 7 czerwca 2019

W każdym z nas tkwi demon zła.

Najstraszniejsze demony mieszkają w nas samych. Starajmy się ich nie zbudzić”.

Kochani cytat ten widnieje na okładce najnowszej książki Marty Zaborowskiej „Lęki podskórne”, o której chcę Wam dziś opowiedzieć. Dla mnie, jako psychologa już te kilka słów sugerowało, że autorka przedstawi czytelnikowi mroczne zakamarki ludzkiej psychiki. Te, których na co dzień nikt w nas nie dostrzeże, a często nawet my sami nie zdajemy sobie z nich sprawy. Przypuszczenia te w połączeniu z intrygującym opisem zrodziły we mnie nadzieję, że oto w moje ręce trafiła książka, która nie tylko pozwoli mi spędzić kilka godzin na zajmującej lekturze, ale przede wszystkim skłoni do refleksji i wielu przemyśleń. O tym, czy to, czego oczekiwałam, zostało mi dane, przekonacie się już za chwilę.

A zaczęło się naprawdę intrygująco, bo oto główny bohater powieści, znany i ceniony scenarzysta teatralny w dniu swoich czterdziestych urodzin zostaje ofiarą wypadku. Nie ma świadków zdarzenia, a sam mężczyzna niewiele pamięta. Po opuszczeniu szpitala Ben zostaje otoczony opieką przez swoją żonę Lunę. Niestety leki, które kobieta podaje mężowi, bardzo szybko pogarszają jego stan. Mimo to nasz bohater ciągle stara się przypomnieć sobie, co tak naprawdę wydarzyło się w noc wypadku. Świadomość wraca powoli, niczym misternie składane pojedyncze elementy układanki, a to, jaki wspólnie tworzą obraz, dosłownie przeraża. Całości dopełnia chwila, kiedy Bernard niezauważony przez Lunę widzi w jej rękach zakrwawioną sukienkę. Dodając dwa do dwóch, uświadamia sobie, że tamtej nocy doszło również do morderstwa. Od tego momentu kończy się małżeńska idylla.

Moi drodzy możecie mi wierzyć, że to zaledwie niewielki ułamek tego, co przygotowała dla nas autorka, W książce mamy bowiem ukazane w mistrzowski niemal sposób to, jak psychika ludzka, kształtuje się niemalże od najmłodszych lat pod wpływem różnego rodzaju przeżyć i emocji.

Bernard i Luna to młodzi stażem małżonkowie. Każde z nich wiele przeszło, a ich związek miał być początkiem nowego życia, w którym będą mogli pogodzić się z przeszłością i wspólnie budować bezpieczną przyszłość. Bernard bardzo kocha swoją żonę, choć nie zawsze jest to łatwe, ponieważ cierpi ona na zaburzenia osobowości w psychologii określane mianem Syndromem borderline, co tłumaczy się, jako osobowość z pogranicza. Osobowość taka mieści się pomiędzy zaburzeniami psychotycznymi (schizofrenicznymi) a zaburzeniami neurotycznymi (nerwicami) Stany osób, u których stwierdzono ów syndrom, nie są jednak tak mocno zaostrzone, by można było zdiagnozować schizofrenię. Nie chcę Wam zbyt wiele zdradzać, aby nie pozbawić Was możliwości odkrywania tego, jak na co dzień wygląda życie z Luną i jej chorobą, powiem tylko, że sam Ben bardzo wiele jej zachowań tłumaczy właśnie tym, że są one spowodowane syndromem borderline i wiele jej wybacza. Ale czy powinien? Tak bardzo wyrozumiały nie jest za to, przyjaciel mężczyzny Igor, który nie tylko nie darzy Luny sympatią, ale także bacznie patrzy jej na ręce podczas rekonwalescencji przyjaciela. Czy słusznie? O tym przekonajcie się już sami.

Nie zdradzę nic więcej. Od siebie zostawię Wam tylko jedną radę, która jest bardzo cenna, kiedy przystępujemy do lektury książki. Bądźcie czujni i nie dajcie się oszukać. „Lęki podskórne”, skrywają na swoich kartach historię, w której nic nie jest takim, jakim na początku się wydaje. Tu nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Im bardziej zagłębiamy się w bieg opisanych w książce wydarzeń, tym bardziej przekonujemy się, że tak naprawdę w każdym człowieku tkwi demon zła, który jeśli się zbudzi, jest bardzo nieprzewidywalny w swoich poczynaniach. Tu nikomu nie można ufać.

Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po „Lęki podskórne”. Marta Zaborowska oddała w nasze ręce wspaniały, trzymający w napięciu thriller psychologiczny z szeroko rozbudowanym wątkiem kryminalnym, od którego nie można się oderwać. Autorka niemalże żongluje naszymi emocjami dzięki stopniowemu odkrywaniu przed czytelnikiem coraz to nowych szokujących faktów. Podczas gdy już byłam przekonana, że na pewno już znam zakończenie, nagle działo się coś, co uświadamiało mi, w jak wielkim byłam błędzie. I wierzcie mi, do końca nie da się w tej książce niczego przewidzieć. A kiedy już wszystkie elementy układanki trafią na właściwe miejsca, jedyne co będziecie w stanie powiedzieć, to jedno wielkie WOW.

Tę książkę po prostu trzeba przeczytać. Nie zwlekajcie ani chwili dłużej.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Czarna owca, za co bardzo dziękuję.


wtorek, 30 października 2018

Byłam tam, gdzie czeka się na śmierć.

Kochani, często pytacie się mnie co u mnie słychać. Niestety muszę Wam powiedzieć, że ostatnio nie jest najlepiej. A to dlatego, że kilka dni temu trafiłam do miejsca, w którym ludzie czekają na śmierć. To najbardziej mroczne i napawające lękiem miejsce, jakie dotychczas miałam okazję poznać. Kiedy tu trafiłam moja przewodniczka, którą była Krysty, główna bohaterka powieści „Mury” autorstwa Hollie Overton, ostrzegła mnie, że decydując się wkroczyć za bramę tego przerażającego budynku, muszę być bardzo ostrożna, ponieważ chwila nieuwagi może kosztować mnie utratę życia, gdyż przemoc i żądza zemsty są tu codziennością. Zapewne zastanawiacie się, co to za straszne miejsce. Nie będę już dłużej trzymała Was w niepewności i zdradzę Wam, że autorka zabiera nas do więzienia dla osób skazanych na śmierć. „Mury”, bo tak nazywane jest to więzienie to od kilkunastu lat miejsce pracy Krysty. Kobieta pracuje na stanowisku pracownika administracji publicznej więziennictwa. Oczywiście nie trudno się domyślić, że nie jest to praca jej marzeń, ale mimo to docenia jej wartość, bo dzięki niej, jako samotna matka może zapewnić godne życie swojemu nastoletniemu synowi i ciężko choremu ojcu. A rodzina zawsze była dla niej najważniejsza. Naszej bohaterki życie nigdy nie rozpieszczało, ale udało jej się być silną i poukładać je. Ryan, syn Krysty, jest jej największym szczęściem, ale jak to z nastolatkami bywa, potrafi czasami sprawiać kłopoty. Pewnego dnia kobieta dowiaduje się, że chłopak bez jej wiedzy trenuje sztuki walki. Jako że nie popiera tego typu sportów, chce zabronić synowi uczestnictwa w dalszych zajęciach, ale za chłopakiem wstawia się jego trener Lance, który stał się dla niego autorytetem i przyjacielem. Obserwując relacje łączące syna z mężczyzną, matka cieszy się, że obaj tak dobrze się dogadują, wszak Ryan wychowywany bez ojca potrzebuje męskiego wzorca. Z biegiem czasu trener zdobywa sympatię całej rodziny, a wkrótce również serce Krysty. Mężczyzna ujmuje ją swoją dobrocią, gotowością do pomocy i wsparcia. Miłość, która rodzi się między tą dwójką, owocuje ślubem i nadziejami naszej bohaterki na odnalezione wreszcie szczęście.

Niestety jednak niedługo po ślubie, kobieta brutalnie przekonuje się, że wizja szczęśliwego życia u boku małżonka była tylko złudzeniem, a nadzieje na i żyli długo i szczęśliwie płonne, albowiem ten, który jawił się jako ucieleśnienie kobiecych marzeń, okazał się potworem z najgorszego koszmaru, który zamienił życie kochającej kobiety w piekło na ziemi. Lance pokazuje swoją prawdziwą twarz oprawcy. Stosuje wobec Krysty przemoc zarówno psychiczną, jak i fizyczną. Jest jednak doskonałym aktorem i wie, w jaki sposób kontrolować i manipulować żoną, by nikt nie domyślił się, że w ich małżeństwie źle się dzieje. Kiedy przemoc, szantaż i groźby przybierają na sile, Krysty musi ratować swoich najbliższych. Do czego będzie w stanie się posunąć, sprawdźcie sami. Pamiętajcie jednak, że na co dzień przebywa wśród najbardziej niebezpiecznych i brutalnych przestępców, więc uczyć może się od najlepszych, tylko, czy starczy jej odwagi?

Jak czytamy na okładce książki, historia opisana na jej kartach została określona thrillerem psychologicznym, z czym w moim osobistym odczuciu nie do końca mogę się zgodzić. Owszem gatunek ten jest wyraźnie zauważalny, ale dopiero od mniej więcej połowy książki. Na początku natomiast bardziej trafnym mianem dla książki byłoby określenie jej dramatem rodzinnym, bowiem Hollie Overton przedstawia nam bardzo autentyczną historię kobiety, która po raz kolejny źle ulokowała uczucia i zbyt pochopnie zaufała pragnąc jedynie kochać i być kochaną. To, co przeżywa Krysty w małżeństwie, może niestety spotkać każdą z nas. Właśnie dzięki tej namacalnej dla czytelnika autentyczności książka bardzo mocno nas wciąga, a jej bohaterowie stają nam się bardzo szybko bliscy, Szczerze boimy się o bezpieczeństwo bohaterki i jej rodziny. Natomiast, wspomniana przeze mnie niejako druga część książki dostarcza czytelnikowi emocji i napięcia w obawie przed tym, co wydarzy się już za chwilę. Niecierpliwie przewracamy kolejne strony, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, jaki będzie zakończenie tej niewątpliwie trudnej historii.

Według mnie należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden istotny wątek, który bez wątpienia podnosi wartość książki. Mianowicie jest to wątek historii jednego z osadzonych w Murach czekającego na wyrok śmierci, który utrzymuje, że jest niewinny. Nie będę Wam dokładnie opisywała, istoty całego wątku, ale były momenty, kiedy czytając, autentycznie się wzruszałam. Ja mu uwierzyłam, Przekonajcie się, czy intuicja mnie nie myliła, czy też Clifton Harris, bo to o niego właśnie chodzi, był tak przebiegły, że udało mu się zagrać na moich emocjach i wywieść mnie w pole.

Kochani, nie będę dłużej opowiadać Wam o tej książce, bo jak zawsze uważam, że to, co dobre, obroni się samo, a uwierzcie mi, ta naprawdę taka jest. Wciąga od pierwszej strony, zapewnia całą gamę emocji, porusza istotne tematy, także aspekt moralny i daje do myślenia. Jestem pewna, że jeszcze długo o niej nie zapomnę. Wiem, że na pewno sięgnę po inne tytuły autorki.

A Wy, co jesteście w stanie zrobić, by chronić tych, których kochacie?
Zapraszam do dyskusji.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Czarna Owca, za co bardzo serdecznie dziękuję.