Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duże Ka.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duże Ka.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2020

Ta miłość stała się obsesją.


Pragnienie miłości jest jednym z podstawowych uczuć, które odczuwa każdy z nas. Mimo że w życiu codziennym uczucie to nie zawsze jest pełne uniesień i wzniosłych chwil, a wręcz przeciwnie bardzo często potrafi mocno zranić, to jednak nawet jeśli nie mamy szczęścia w miłości przez cały czas, gdzieś w głębi serca wierzymy, że pewnego dnia spotkamy tę właściwą osobę, na którą zawsze czekaliśmy i to ona uczyni nas szczęśliwymi. Niestety, kiedy los już splecie nasze drogi z tą wyjątkową w naszych oczach osobą, zdarza się, iż przez zbytnie zaangażowanie się w związek tracimy czujność, co może prowadzić do nieuchronnej katastrofy.

Przekonali się o tym, bohaterowie książki Ninni Schulman „Tylko Ty”, o której chcę Wam dziś opowiedzieć.

Poznajcie Iris młodą, zdolną pełną pasji graficzkę, która kocha swoją pracę i to właśnie w niej czuje się najbardziej spełniona. W życiu osobistym niestety nie jest już tak kolorowo. Nie wiedzieć czemu ma skłonności do angażowanie się w trudne związki, z których zawsze wychodzi mocno poraniona. Kiedy my czytelnicy zaczynamy poznawać ją bliżej, dowiadujemy się, że nie potrafi do końca zamknąć etapu swojego ostatniego związku, który skończył się już jakiś czas temu. Co prawda ma dwie przyjaciółki, ale one mają swoje życie i swoje sprawy, a co się z tym wiąże, nie zawsze mogą być blisko wtedy, kiedy ona tego potrzebuje. Nasza bohaterka marzy o tym, by spotkać kogoś, kto pokocha ją bez względu na wszystko. Nie traci nadziei na to, że kiedyś, tak właśnie się stanie i jak się możecie domyślać, pewnego dnia los udowadnia jej, że nie pozostaje obojętny na jej pragnienia. Bo oto poznaje Paula. Ujmującego mężczyznę, który bardzo szybko zdobywa serce Iris okazywaną jej dobrocią i chęcią, niesienia pomocy, której dotychczas nigdy nie doświadczyła w tak dużej mierze, jak właśnie teraz z jego strony.

Z biegiem lektury dowiadujemy się, że mężczyzna ma za sobą wiele mrocznych lat, nie tylko jako dorosły człowiek, ale już jako dziecko. On sam i jego rodzina bardzo wiele przeszli, ale teraz czuje, że dzięki poznaniu Iris ponownie otworzył dla niej swoje serce. Para zdaje się nie widzieć poza sobą świata. Jest pięknie do momentu, w którym nie przekroczymy granicy i nie zechcemy zatrzymać kochanej osoby tylko dla siebie. Wszak od miłości od obsesji dzieli nas tylko cienka linia. Nagle piękna bajka o miłości zamienia się w koszmar, w którym musisz zrobić wszystko, aby wyrwać się z więzów zależności. W przeciwnym razie ceną miłosnego zaślepienia może okazać się twoje życie.

Nie zdradzę Wam oczywiście, kto z tej dwójki okazuje się nie być taką osobą,  jaką do tej pory była postrzegana przez partnera i jakie sekrety skrywa mroczna osobowość tego bohatera. Jednak już teraz mogę Wam zdradzić, że rozwiązanie zagadki nie będzie łatwe, ponieważ przeszłość obojga może wskazywać na  każdego z nich. 

Ona ma ojca, który choruje na schizofrenie i jest pełna obaw, że ta dziedziczna przecież choroba, kiedyś dotknie również i ją. Czyżby najgorsze obawy miały się ziścić właśnie teraz?

On z kolei już w dzieciństwie doświadczył wiele cierpienia i bolesnych strat. Mało tego, był zmuszony uczyć się żyć na nowo po tym, jak amputowano mu nogę. Musicie przyznać, że tak trudne przeżycia mogą pozostawić po sobie trwały ślad w psychice człowieka.

Jak widzicie tak obciążająca przeszłość w połączeniu z lękiem przed samotnością oraz utratą tego, co po wielu trudnych latach wreszcie sprawiło, że poczuliśmy się szczęśliwi, może stać się bardzo niebezpieczne w relacji kobieta – mężczyzna.
Jestem bardzo ciekawa, czy uda Wam się trafnie wytypować, kto dał się wciągnąć w tę chorą miłość.

Musicie wiedzieć, że ja bardzo lubię thrillery psychologiczne i kiedy tylko zobaczyłam ten tytuł w zapowiedziach wydawniczych, wiedziałam, że muszę po niego sięgnąć. Temat poruszany w książce jest bardzo życiowy, gdyż niestety wiele osób żyje w pozornie idealnych związkach  w złotej klatce, gdzie druga strona pod pozorem troski i opieki chce nas zawłaszczyć dla siebie. Wmawiając nam, że robi to dla naszego dobra stopniowo i bardzo powoli ogranicza nasze kontakty z rodziną i przyjaciółmi. Stara się zrobić wszystko, aby zbudować wokół związku wewnętrzny świat, do którego, jak najmniej osób z zewnątrz będzie miało dostęp.

Mając na uwadze potencjał, jaki bez wątpienia kryje się w pomyśle na fabułę, miałam nadzieję na charakterystyczną dla tego gatunku trzymającą w napięciu lekturę, od której nie będę mogła się oderwać. Niestety na nadziei jednak się skończyło, bo bardzo przykro mi to przyznać, ale potencjał został zupełnie zmarnowany. Nie odnalazłam w tej książce niczego, co powinniśmy znaleźć w tego typu pozycjach. Zero napięcia, a wręcz nuda. Kiedy pojawiały się choćby niewielkie przesłanki tego, że za chwilę może zacząć dziać się coś, co przykuje moją uwagę, bardzo szybko się one rozmywały. Co do bohaterów byli oni wręcz nijacy. Ich portrety psychologiczne są w żaden sposób niedopracowane. 

Jeśli miałabym wskazać plusy tej książki, to byłaby to możliwość przemyśleń i refleksji dotyczących ostrożności odnośnie do tego, z kim wchodzimy w związek i jak bardzo uczucia potrafią nas zaślepić, oraz prosty i przystępny język, którym posługuje się autorka.

„Tylko ty” to książka, z którą możecie spędzić kilka godzin, jeśli szukacie czegoś niewymagającego, co szybko się czyta. Jeśli nie będziecie oczekiwać od tej historii zbyt wiele może być nawet fajna, ale tak samo, jak szybko ją przeczytacie, tak samo szybko o niej zapomnicie.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.


poniedziałek, 4 maja 2020

Dziś już nikomu nie wolno ufać.


Obrączka na palcu i przysięga małżeńska są symbolem nowej drogi życia, którą będziemy dzielić z kimś, kogo nie tylko kochamy, ale także czujemy się u jego boku bezpieczni. Wierzymy, że od teraz już zawsze będziemy mieć blisko siebie osobę, która będzie nas szanowała i kochała. Oczywiście przez cały czas mamy świadomość tego, że ta nasza wspólna podróż przez życie nie zawsze będzie prosta. Jednak myśl, że teraz już nie jesteśmy sami pozwala nam ufać w to, że razem wszystko przetrwamy.

Nikt natomiast w tym wyjątkowym dniu na pewno nawet przez chwilę nie pomyśli o tym, że może on  być początkiem  piekła na ziemi. Żadna kobieta nie zastanawia się w tym momencie nad tym, że ten czarujący i wspaniały mężczyzna, którego za chwilę będzie  żoną, może okazać się jej oprawcą i tyranem na resztę  życia, któremu nigdy nie powinna zaufać. A niestety tak dzieje się bardzo często. Wiele kobiet za zamkniętymi drzwiami swoich domów staje się ofiarami mężów, którzy dbają o to, aby w oczach innych ludzi cieszyć się nienaganną reputacją i uznaniem. Tymczasem pozostawione same sobie bezbronne kobiety ukrywają koszmar, w jakim żyją pod warstwami perfekcyjnie wykonanego makijażu i wyreżyserowanymi uśmiechami. Często zdradza je tylko wylęknione spojrzenie, którego jednak nikt nie dostrzega, czy też nie chce dostrzec.

Dziś za sprawą książki Kimberly Belle „Idealna żona”, o której opowiem Wam za chwilę kilka słów, przedstawię Wam Beth Murphy kobietę, która po dziesięciu latach przemocy, poniżania i upokorzeń postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i niesiona pragnieniem utraconej wolności decyduje się uciec od męża. Nie jest to jednak pochopna decyzja, a misternie przygotowywany od miesięcy plan. Od teraz już nie ma odwrotu. Jej życie nigdy już nie będzie takie samo. Nowe nazwisko, wygląd, miejsce zamieszkania. Nie może jednak nadal czuć się bezpieczna, bo jeśli tylko straci czujność i popełni jeden najmniejszy nawet błąd, ten przed którym ucieka, trafi na jej ślad. Tak oto zaczyna się walka o siebie i lepsze życie.

Jednak to nie wszystko, co przygotowała dla nas autorka, bowiem kilkadziesiąt kilometrów dalej powracający ze służbowej podróży Jeffrey wraca do domu, w którym nie zastaje swojej żony Sabine. Wszystko wskazuje na to, że kobieta zaginęła, a co więcej doszło do przestępstwa. Czy te obie sytuacje mogą mieć ze sobą coś wspólnego? O tym musicie przekonać się sami. Sięgnijcie koniecznie po książkę i dowiedzcie się, kim jest Beth i dlaczego zniknęła Sabine.

Mam dla Was tylko jedną radę nie ufajcie nikomu i szukajcie prawdy tam, gdzie nigdy byście się jej nie spodziewali. W tej książce nic nie jest takie, na jakie wygląda. Kimberly Belle perfekcyjnie manipuluje czytelnikiem. Gra na naszych emocjach pozwalając nam uwierzyć, że już znamy całą prawdę, po to, by za chwilę ujawnić kolejny fakt, który w jednej chwili burzy naszą pewność i udowadnia, jak bardzo się mylimy.

„Idealna żona” to genialny, trzymający w napięciu, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji thriller psychologiczny, który nie tylko nie pozwoli Wam się od siebie oderwać, ale przede wszystkim nie da długo o sobie zapomnieć. Po zamknięciu książki nie będziecie mogli uwierzyć w perfekcję niezliczonej ilości powiązań, kłamstw i intryg, które w końcowym etapie stworzyły dopracowaną pod każdym względem historie. Ta książka nie tylko zaskakuje, a wręcz wywołuje uczucie niedowierzania odnośnie do tego, jaki jest jej koniec. Prawda szokuje. Mnie nie udało się jej przewidzieć, ale jestem ciekawa, czy Wam się to uda.

Muszę wspomnieć również o samej konstrukcji fabuły, ponieważ ma ona ogromne znaczenie, w tym, jak odbieramy wszystko, o czym czytamy na jej kartach. Otóż cała historia została przedstawiona w pierwszoosobowej narracji, z perspektywy kilku osób z nią powiązanych. Zabieg ten w moim odczuciu okazał się bardzo trafiony, gdyż dzięki niemu od samego początku mamy możliwość niemalże czuć emocje i myśli, każdego z bohaterów. Ja sama najmocniej odczuwałam, to co działo się w głowie Beth. Często łapałam się nawet na tym, że miałam wrażenie, jakbym towarzyszyła jej w ucieczce i wspólnie robimy wszystko, aby nie dać się złapać. Poczucie to sprawiło,  że przewracałam kolejne strony książki mocno  zaangażowana w następujące po sobie wydarzenia, z niecierpliwością oczekując tego, co się za chwile stanie. I muszę przyznać, że autorka tak bardzo przykuła moją uwagę, iż dużym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że tak szybko dotarłam do jej końca.

Rzadko to mówię, gdyż uważam, że nikomu nie powinno narzucać się, co ma czytać, ale tym razem nie mogę postąpić inaczej. Po prostu MUSICIE sięgnąć po ten tytuł. W moim przypadku było to pierwsze spotkanie z twórczością Kimberly Belle, ale chcę, jak najszybciej sięgnąć po kolejne jej książki. Autorce udało się kupić mnie w stu procentach. Dostałam wszystko to, czego oczekuję od książek tego gatunku: bardzo życiowy i realistyczny wymiar przedstawionej fabuły, złożone i dopracowane portrety psychologiczne bohaterów, także tych drugoplanowych. Intryga, emocje, zaskoczenie. Czego, chcieć więcej. Nie zwlekajcie z lekturą „Idealnej żony” i bądźcie czujni, gdyż niestety życie często uczy, że:

„Nie wolno nikomu ufać. Nawet tym, których powinniśmy obdarzyć największym zaufaniem”.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.



czwartek, 12 marca 2020

Niezwykłe spotkanie, które odmieniło wszystko.

Przez całe nasze życie spotykamy i poznajemy bardzo wielu ludzi. Jedni pojawiają się w nim tylko na chwilę i szybko o nich zapominamy, inni natomiast stają się w taki, czy inny sposób jego częścią na dłużej, a nawet na zawsze. Ja sama uważam, że nikt, z kim los splata nasze drogi, nie pojawia się na nich bez powodu. Każde spotkanie z drugim człowiekiem, coś nam daje, czegoś nas uczy, a nawet pozwala spojrzeć na nasze życie z zupełnie innej perspektywy, niż ta, z jakiej postrzegamy je my sami. Ja bardzo lubię zawierać nowe znajomości i zawsze jest to dla mnie niezwykłe doświadczenie. Co prawda nie zdarzyło mi się jeszcze z nikim nawiązać relacji, która wpłynęła na mnie tak mocno, aby diametralnie odmienić moje dotychczasowe życie, ale wiem, że takie sytuacje rzeczywiście mają miejsce i o jednej z nich chcę Wam właśnie dziś opowiedzieć za sprawą książki Beaty Olejnik „W deszczu łatwiej ukryć łzy”.

Historia niezwykłego spotkania Marty i Sebastiana, o którym przeczytamy na kartach powieści to splecenie dwóch zupełnie różnych światów, które, choć odległe wydają się sobie tak bliskie.

Marta jest, kobieta, która zbudowała swój mały świat za drzwiami niewielkiej kwiaciarni, którą prowadzi. Dziewczyna wiedzie spokojne, ustabilizowane życie. Ma oddanych przyjaciół i narzeczonego Grzegorza, który, choć kocha swoją wybrankę, to jednak w jego hierarchii wartości zajmuje ona dopiero drugie miejsce. Mężczyzna ponad wszystko kocha pieniądze i to właśnie pogoń za nimi staje się dla niego najważniejsza. Nic nie jest w stanie zmienić tych priorytetów, dlatego Grzegorz usilnie namawia Martę, aby ta rzuciła wszystko i wyjechała z nim, by on mógł prowadzić swoje interesy. Nigdy nie brał na poważnie pracy swojej narzeczonej, dlatego nie widzi w takim rozwiązaniu żadnego problemu.
Nasza bohaterka natomiast wyznaje zupełnie inne wartości. Dla niej przede wszystkim liczy się człowiek. Zawsze otwarta na ludzi darzy ich serdecznością, chęcią pomocy i wsparcia. Dlatego, kiedy pewnego dnia przed oknem jej kwiaciarni pojawia się zziębnięty młody chłopak, bez wahania proponuje mu ciepłą herbatę, nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego, że ten serdeczny gest stanie się początkiem szeregu niezwykłych zmian, które obróci życie obojga do góry nogami.

Sebastian to zagniewany i wystraszony chłopak, który nie znosi bogaczy. Jego samego, życie nigdy nie rozpieszczało. Jako pół sierota, jest wychowywany przez ojca narkomana, który traktuje go gorzej od śmiecia. Nastolatek już wielokrotnie zaglądał przez okno do kwiaciarni i był przekonany, że jej właścicielka to, kolejna bogaczka, która gardzi biedą. Jednak tym razem, los sprawił mu wspaniałą niespodziankę. Jak sam to wielokrotnie podkreśla Marta stała się jego dobrą wróżką. To dzięki niej już wkrótce w życiu chłopaka zaczynają się dziać rzeczy, które dosłownie dają mu szanse na nowe, lepsze życie. Takie, o którym nigdy nawet nie śmiałby marzyć. Nie mogę zdradzić Wam nic więcej, ale uwierzcie mi, to, co będzie się działo niemalże na Waszych oczach, z pewnością poruszy każdego, a i łezka się w oku zakręci.

Tymczasem związek Marty z Grzegorzem, o czym możecie przeczytać już na okładce książki, rozpada się. Kobieta cierpi, ale jednocześnie widzi, że to właśnie Sebastian darzy ją swoją pierwszą młodzieńczą miłością. W jej sercu również rodzi się uczucie do niego, jednak wie, że nie powinno ono nigdy mieć miejsca. Przecież to jeszcze dziecko, a ona jest dorosłą kobietą. I tu rodzi się pytanie: „Czy można kochać wbrew sobie”?

Niczego więcej Wam nie zdradzę, a to dopiero niewielki procent tego, co czeka na Was w książce, także koniecznie musicie po nią sięgnąć, aby sprawdzić, co jeszcze przygotowała dla nas autorka. A przygotowała naprawdę bardzo dużo. Jest to bardzo piękna i poruszająca opowieść, która łączy w sobie wiele życiowych wątków, które każdy z nas może postrzegać zupełnie inaczej.
Tak jak wspomniałam wcześniej mamy możliwość zobaczyć, jak bardzo różne w życiu każdego z nas mogą okazać się poglądy i cenione wartości oraz jak istotny wpływ mogą mieć one na związek dwojga ludzi.

Ponadto autora uświadamia nam, jak wiele w naszym życiu może zmienić zupełnie obca nam osoba. Musimy pamiętać, że takie  zmiany nigdy nie są tylko jednostronne. My dajemy coś komuś od siebie, ale ta druga strona również wpływa na nas samych. Marta bardzo pomogła Sebastianowi, ale on również pozwolił jej odkryć w sobie nowe piękne emocje. Spojrzała na siebie jego oczami. Między tą dwójką wytworzyła się niezwykła więź oparta na przyjaźni, z której zrodziło się uczucie. Czy ma ono szansę przetrwać? O tym już musicie przekonać się sami, sięgając po książkę.

No i tym sposobem dochodzimy do wątku postrzeganego jako niewłaściwy i niestosowne. Związku starszej kobiety z nastoletnim chłopakiem. Co prawda nie jest on tutaj napiętnowany, ale sama Marta ma wiele obaw i przemyśleń na temat tego, co dzieje się między nią i Sebastianem. Sprawdźcie sami, czy obawy te są słuszne.

Nie mogę też nie wspomnieć o Michale i Edycie. Oboje są u boku naszej bohaterki zawsze, kiedy ich potrzebuje. Michał służy wsparciem i pocieszeniem. Rozumie ją bez słów. Nie narzuca się, po prostu jest. Mówią, że cierpliwość będzie wynagrodzona. Czy w tym przypadku też tak będzie i kto dostrzeże to, co, choć jest na wyciągnięcie ręki, ciągle pozostaje niezauważalne? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na to i wszystkie pozostałe pytania, z którymi Was tutaj zostawiam, nie zwlekajcie ani chwili dłużej i chwyćcie tę książkę w swoje ręce.

„W deszczu łatwiej ukryć łzy” to bardzo ciepła i poruszająca opowieść, która trafi wprost do serca czytelnika. Tej książki się nie czyta, a właśnie odbiera sercem. Jej wielowątkowość sprawia, że możemy spojrzeć na życie ludzkie z bardzo szerokiej perspektywy, dostrzegając jego wyjątkowość, ale również złożoność. Ono potrafi pozytywnie zaskoczyć, ale również sprawić ból, jak i wycisnąć łzy. Jestem przekonana, że emocje, które towarzyszą lekturze tej książki, bardzo mocno udzielą się każdemu z Was, dlatego przygotujcie się na rollercoaster. Będzie złość, cierpienie, ale także radość, nadzieja i szczęście.

Nie wiem, co więcej mogę jeszcze napisać Wam o książce, ponieważ te wszystkie emocje są nadal we mnie żywe i ciężko jest mi ubrać w słowa to, co czuję. Powiem tylko tyle, że znalazła ona swoje miejsce w moim sercu i na pewno zostanie tam na bardzo długo.

Recenzja powstała dla portalu Duże Ka, za co bardzo dziękuję.




sobota, 29 lutego 2020

Kiedy bezgraniczne zaufanie staje się największym błędem.

Kiedy decydujemy się wejść w związek małżeński i ślubujemy sobie przed ołtarzem miłość wierność i uczciwość małżeńską wówczas mocno wierzymy w to, że słowa tej przysięgi będą największą wartością w naszym związku i wspólnie z naszym współmałżonkiem zrobimy wszystko, aby nigdy tym słowom się nie sprzeniewierzyć. Wraz ze wzrostem stażu małżeńskiego, jeśli czujemy się szczęśliwi i kochani nasza ufność wobec partnera wzrasta, jednak czasami warto zadać sobie pytanie: Czy jesteśmy pewni, że mimo minionych wielu lat spędzonych u boku naszego męża, czy też naszej żony możemy jej ufać bezgranicznie? Czy na pewno po tylu latach możemy powiedzieć, że wiemy o naszej drugiej połówce wszystko?

Myślę, że większość z nas zna choćby jedno małżeństwo, o którym patrząc z boku, moglibyśmy pomyśleć, że jest to związek idealny. Patrząc na ich miłość i wzajemne oddanie moglibyśmy im pozazdrościć. Jednak uważajmy, czego zazdrościmy, bo często taki związek bez skazy może okazać się tylko misternie wykreowaną grą pozorów dla ludzkich oczu, a w rzeczywistości, kiedy weszlibyśmy za próg tego idealnego życia, może się okazać, że staniemy się obserwatorami rozgrywającego się koszmaru, o którym balibyśmy się nawet śnić.

Dziś przychodzę do Was z recenzją książki Nic o mnie nie wiesz” duetu pisarzy kryjących się pseudonimem literackim E.G. Scott. Autorzy na kartach swojej debiutanckiej powieści przedstawiają nam historię małżonków Rebeccy i Paula, którzy już wkrótce przekonają się, że po niespełna dwudziestu latach, które ze sobą spędzili, niestety jedyne czego oboje mogą być dziś pewni, to tego, że tak naprawdę niczego o sobie nie wiedzą, a bezgraniczna ufność, którą się darzą, okazuje się bardzo zwodnicza.

„Oboje z żoną kłamiemy, tyle że każde na swój sposób”.

W momencie, kiedy my czytelnicy wkraczamy w życie tej dwójki, ich związek swoje lata świetności ma już dawno za sobą, a wrócić do nich mogą już tylko dzięki wspomnieniom, do których nam również pozwalają zaglądać. Teraz bowiem na naszych oczach małżonkowie oddalają się od siebie i choć żyją pod jednym dachem, to każde z nich zbudowało swój własny świat, do którego broni dostępu temu drugiemu. Dla siebie mają już tylko kłamstwa i tajemnice.
Rebecca jest uzależniona od leków. Traci pracę. W momencie, kiedy czuje zagrożenie, że źródło, z którego je dotychczas pozyskiwała, może się skończyć, obawa przed tym, aby jej ich nie zabrakło, determinuje jej życie. Oczywiście wszystko ukrywa przed Paulem. Ten z kolei jakiś czas temu stracił swoją firmę budowlaną i teraz w poczuciu porażki, nie mogąc znaleźć wsparcia u żony, szuka pocieszenia w ramionach kochanki.
Nie muszę chyba nikomu z Was uświadamiać, że życie w trójkącie nigdy nie wychodzi nikomu na dobre i bywa bardzo niebezpieczne. Nasz bohater przekonuje się o tym bardzo szybko, w momencie, kiedy decyduje się zakończyć swój romans. Ta druga bowiem, urażona, nie wybacza porzucenia i prześladuje Paula i jego żonę. Co w tym momencie zrobią małżonkowie i jak to się dla nich skończy, musicie już dowiedzieć się sami. Nie będę ukrywać, że kochanka jest również żądna zemsty, a chyba nie jest dla nikogo tajemnicą fakt, że kobieta będąca pod wpływem tak silnych emocji staje się bardzo niebezpieczna. Przekonajcie się koniecznie, jak daleko jest się w stanie posunąć, by dopiąć swojego celu. Ja nie zdradzę Wam nic więcej ponadto, że naprawdę nie raz będziecie zaszokowani rozwojem zdarzeń w biegu tej historii.
Nie zapominajmy jednak o samej Rebecce, która obawiając się utraty męża, nie pozostaje bierna i wprowadza w życie plan, który ma na celu namieszać w jego zamiarach.

Gdybym miała jednym zdaniem opisać wszystko to, o czym przeczytałam, sięgając po „Nic o mnie nie wiesz” bez wahania powiedziałabym, że jest to wspaniale wykreowany obraz rozpadu małżeństwa opleciony pętlą kłamstw, tajemnic intryg, która zaciska się coraz mocniej. Problemy naszych bohaterów, z którymi nie potrafią sobie samodzielnie poradzić, uzależnienie i zdrada generują szereg sytuacji, w których jeden pochopny krok staje się początkiem procesu niszczenia, od którego nie ma już odwrotu. Już nikt, nie wyjdzie z niej cało.

Moi drodzy tytuł ten to bardzo dobry thriller psychologiczny, który posiada kilka mocnych atutów przemawiających za tym, aby koniecznie po niego sięgnąć. Wymienię tylko kilka z nich, reszta niech pozostanie tajemnicą do momentu, aż sami sprawdzicie, co takiego przygotowali dla nas autorzy książki.

Pierwszym z atutów jest fakt, że kiedy już zaczniesz czytać tę książkę, nie chcesz przestać. Choć na początku akcja toczy się niespiesznie to, jednak nasza uwaga zostaje przykuta od pierwszej chwili lektury książki. Następnie na jaw wychodzą fakty, które dowodzą temu, że to, co wydaje się idealne, wcale takie nie jest. Sekrety z przeszłości oraz coraz bardziej zagęszczająca się sieć kłamstw i niedomówień, a w późniejszym czasie także ich konsekwencji sprawiają, że niemalże na własnej skórze czujemy, że tu musi wydarzyć się za chwilę coś naprawdę złego. W drugiej części opowieści akcja nabiera tępa, a następujące po sobie zdarzenia są coraz bardziej szokujące. Oczywiście muszę także zwrócić uwagę na rewelacyjnie wykreowane portrety psychologiczne bohaterów. Dzięki temu, że fabuła książki została podzielona na rozdziały, zatytułowane imionami każdego z nich, czytając mamy możliwość wiedzieć co myślą, czują i co planują w swojej głowie, w kontekście tego, co dzieje się w ich życiu. Nie mogło również zabraknąć zaskakującego obrotu zdarzeń, które prowadzi do zakończenia, którego nikt z nas na pewno się nie spodziewał.

Kochani przeczytajcie ten świetny, wciągający i nieprzewidywalny thriller, a potem jeszcze raz zastanówcie się nad tym, jak dobrze znacie osobę, przy której zasypiacie.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.


wtorek, 28 stycznia 2020

"Zmuszona,by zabić" Rachel Abbott / Recenzja przedpremierowa.

Zawsze, kiedy czytam w prasie, bądź słyszę w mediach doniesienia o tym, że ktoś zabił bliską sobie osobę męża, żonę lub innego członka rodziny, zastanawiam się nie tyle nad tym, jak można kogoś pozbawić życia, ile co takiego musiało się wydarzyć, aby pchnąć sprawcę morderstwa do tak strasznego czynu wobec osoby, z którą przecież dzielił życie i którą kochał?

Oczywiście przyczyn takiej tragedii może być bardzo wiele i często dochodzi do nich w rodzinach, w których nigdy nie podejrzewalibyśmy, że może dziać się coś złego. Przekonała się o tym jedna z bohaterek najnowszej książki Rachel Abbott „Zmuszona, by zabić” sierżant Stephanie King, kiedy w środku nocy zostaje wezwana do domu uznanego fotografa Marka i jego narzeczonej Evie. Kiedy dociera na miejsce, w sypialni pary zastaje wstrząsającą scenę. Martwego mężczyznę i przytuloną do niego Evie, która otwarcie przyznaje „Zabiłam go”.
Co takiego się stało, przecież takiego życia, jakie wiedzie ta rodzina, mogłoby pozazdrościć im wielu?

„Niezależnie od tego, jak blisko kogoś żyjemy, nigdy tak naprawdę nie wiemy do końca, co ma w sercu”.

W tym miejscu musimy cofnąć się trzy lata wstecz, ponieważ właśnie wtedy śmierć zagościła w tym domu po raz pierwszy. Wówczas bowiem Mark przeżył tragiczną śmierć swojej żony Mii, która zginęła, jak wszystko na to wówczas wskazywało wskutek nieszczęśliwego wypadku, do którego doszło w domu podczas nieobecności Marka. Zrozpaczony mężczyzna przeżył silne załamanie. Wycofał się z życia i pracy zawodowej. Nikt nie potrafił mu pomóc. Nawet rodzona siostra, z którą łączy go dość specyficzna, ale bardzo silna więź, czuła się bezsilna wobec ogromu cierpienia brata. To właśnie pojawienie się Evie w życiu Marka na nowo nadało mu sens. Miłość do kobiety i ich córki sprawiła, że odzyskał utraconą radość i szczęście. Patrząc na tę rodzinę, jesteśmy pod wrażeniem troski, którą Mark otacza swoją kobietę. Jednak niemalże od pierwszych stron powieści czytelnik wyczuwa dziwną i napiętą atmosferę panującą w domu. Dodatkowo coraz częściej na ciele Evie pojawiają się różnego rodzaju obrażenia, do których dziwnym trafem dochodzi zawsze tuż przed wyjazdem narzeczonego w podróż służbową. Zapewne dostrzegacie tu pewną zbieżność z okolicznościami śmierci żony Marka? Czyżby ten kochający i wspaniały mężczyzna potrafił tak dobrze grać i pod maską pozorów skrywał oblicze bezwzględnego tyrana? O tym, musicie przekonać się sami.

„Chodzi o to, że to nie jest pierwszy wypadek, jakiego doznała, prawda? Zawsze dochodzi do nich, kiedy Mark wyjeżdża. Tak jak wtedy, kiedy oblała się wrzątkiem. Powiedziała, że kichnęła w momencie nalewania wody do kubka i wtedy się poparzyła, ale widziałam pod bandażem, że to coś więcej niż zwykłe ochlapanie”.

Jestem przekonana, że teraz Ci z Was, którzy nie mieli jeszcze okazji poznać twórczości Rachel Abbott, są pewni, że już wszystko wiedzą, bo przecież tu wszystko jest oczywiste. Jednak wielbiciele pióra autorki doskonale wiedzą, że są to tylko pozory, którym nie powinniśmy dać się zwieść, ponieważ autorka celowo zwodzi nas na manowce i robi nam mętlik w głowie. Podrzucane nam mylne tropy okraszone dużą dawką nieustającego napięcia mają nas zdezorientować, by za chwilę zaskoczyć i wbić w fotel, a jednocześnie sprawić, że nie będziemy mogli oderwać się od książki. Tak też właśnie się dzieje. Każdy nowo odkryty wątek tej historii rodzi w nas mnóstwo pytań i rozważań, także natury moralnej.

Pierwsze z nich i najważniejsze to, w którym momencie człowiek staje się mordercą. Czy dzieje się to, w momencie, kiedy zadamy swojej ofierze pierwszy cios, czy już w momencie, kiedy zakiełkuje w nas taka myśl?

W książce mamy również poruszony bardzo istotny problem tego, jak ogromną niszczącą siłą może stać się pielęgnowana przez lata żądza zemsty i bólu mającego swój początek nawet w odległej przeszłości.

„Każda rana, każda pęknięta kość, każda sekunda bólu podsyca ogień zemsty”

No i wreszcie dochodzimy do trzeciego aspektu, a mianowicie miłości między rodzeństwem, która może zaślepiać i popychać do przerażających czynów.

„Zmuszona, by zabić” to fenomenalny wielowymiarowy thriller psychologiczny z genialnie wykreowaną fabułą i jej wyrazistymi bohaterami o złożonych osobowościach. Żadna z postaci, która jest częścią poznawanej przez nas historii, nie jest kryształowa. Każda ma wiele za uszami i przyczynia się w mniejszym lub większym stopniu do wstrząsających wydarzeń, o których tu czytamy. Ta opowieść to dowód na to, że na tragedię jednego człowieka często składa się wiele czynów, których dopuszczają się ludzie, których nigdy byśmy nawet nie śmieli podejrzewać o niecne zamiary.

Książka, którą autorka oddała w nasze ręce, przyprawi Was o szybkie bicie serca, galopujący puls i niedowierzanie. Będziecie czuć się zszokowani i osłupiali. Nie będziecie mogli dać wiary w to, jaki finał będzie miała ta historia, przy czym do samego końca nie będziecie mogli być niczego pewni. Nic dodać, nic ująć - Rachel Abbott, którą kocham i uwielbiam w pełnej krasie. Mistrzyni nieoczywistych rozwiązań, moralnych rozważań i trzymających w napięciu mrocznych klimatów, których źródło znajduje się w ludzkiej psychice.

Oczywiste jest, że gorąco polecam Wam ten tytuł i ostrzegam, książki tej autorki uzależniają i nigdy nie pozwalają o sobie zapomnieć.

PREMIERA KSIĄŻKI JUŻ 29.01.2020 roku.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.


  

sobota, 16 listopada 2019

Czy przeszłość, która łączy może dzielić?

Kochani, myślę, że zgodzicie się ze mną, iż wieś jest miejscem, które wszystkim kojarzy się ze swego rodzaju azylem, w którym ciesząc się bliskością natury, możemy odnaleźć spokój i ciszę. Coraz więcej osób ciągnie do wsi właśnie po to, aby choć na chwilę zapomnieć o gwarze wielkich miast, natłoku pracy i codziennych obowiązków, bo przecież:

„Nic tak człowieka nie nastraja pozytywnie do życia, jak zieleń zaraz po przebudzeniu”.

Jest to, jak najbardziej zrozumiałe, ale dziś za sprawą najnowszej książki Doroty Pasek „Dziewczyna od trawnika”, o której chcę Wam opowiedzieć, przekonamy się, że niestety dla niektórych ludzi wieś staje się ucieczką i nadzieją na odnalezienie bezpiecznej przystani po trudnych przeżyciach z przeszłości, o których chciałoby się zapomnieć. Tylko czy od przeszłości naprawdę można uciec?

Swoją codzienną nierówną walkę z traumatycznymi wspomnieniami każdego dnia toczy główna bohaterka powieści Marysia Tamulska. Kobieta urodziła się i wychowywała na wsi, ale miłość przywiodła ją do miasta. Dziś, kiedy my czytelnicy wkraczamy w jej życie, dowiadujemy się, że:

„Miasto zabrało jej to, co miała najważniejszego. Nie odnajdywała się już w zdyszanym pośpiechu, zaczął przytłaczać ją wielkomiejski hałas, zniechęcała zimna pustka betonowych ulic”.

Nie będę zdradzała Wam oczywiście zbyt wiele, abyście mogli sami przekonać się, przez co przeszła nasza bohaterka. Powiem tylko tyle, że doświadczyła największego upokorzenia i cierpienia, jakiego ofiarą może paść kobieta, a jakby tego było mało, w ostatnim akcie jej życiowego dramatu los zadał jej bezlitosny cios prosto w serce, odbierając chęć do życia. Od tamtejszych wydarzeń minęło już dwa lata i przez cały ten czas kobieta próbuje na nowo stanąć na nogi. Zdecydowanie pomaga jej w tym powrót na wieś w rodzinne strony gdzie mieszka wspólnie z bratem, na którego wsparcie i pomoc zawsze może liczyć. Sposobem na ukojenie i emocjonalne wyciszenie stała się dla Marysi jej praca, a jednocześnie największa pasja, którą jest pielęgnowanie ogrodów. Marysia z wykształcenia jest projektantem krajobrazu i doskonale zna się na tym, co robi. Nie umyka to uwadze okolicznej społeczności, która również korzysta z jej fachowych porad. Jednym z jej pracodawców staje się nowy właściciel znanego wszystkim domu nad jeziorem – Adam Antoni Kochański. Mężczyzna wzbudza niemałe zainteresowanie  wśród mieszkańców, gdyż wielu zastanawia, dlaczego miastowy biznesmen postanawia kupić dom na wsi.
Jak się zapewne domyślacie, między tą dwójką wkrótce zaczyna się coś dziać, ale jeśli myślicie, że skoro ich serca zabiły do siebie mocniej, to teraz już wszystko na pewno będzie dobrze, to niestety tak dzieje się tylko w bajkach, a ta książka zdecydowanie bajką nie jest. Wręcz przeciwnie to samo życie, a jak wiemy, życie ma to do siebie, że zanim pozwoli zbudować coś nowego, bezwzględnie domaga się konfrontacji i rozliczenia z przeszłością. A w przypadku tej dwójki nie będzie to łatwe, bo musicie wiedzieć, że Adam również nie miał w życiu łatwo. Ale o tym przeczytajcie już sami, sięgając po książkę. Aby uchylić rąbka tajemnicy, zdradzę Wam jednak, że Marysię i Adama łączy naprawdę bardzo wiele, choć sami jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. W tym miejscu nasuwa się pytanie, czy prawda, której dowiedzą się o sobie wzajemnie stanie na drodze ich uczuciu. Czy znajdą w sobie siłę i odwagę, by jeszcze raz skonfrontować się z tym, co każde z nich chciałoby na zawsze wymazać z pamięci? Na te pytania oczywiście odpowiedź znajdziecie na kartach książki.

„Dziewczyna od trawnika” to bardzo poruszająca i wartościowa powieść ukazująca blaski i cienie życia w jego najbardziej bolesnych przejawach. Wspólnie z bohaterami będziemy musieli bowiem zmierzyć się z poczuciem ogromnej straty, bólem, cierpieniem, poczuciem krzywdy, upokorzeniem, poczuciem winy i niesprawiedliwości.

„Jak to jest, myślała, że w życiu człowieka dzieją się takie straszne rzeczy, a wiatr wieje, jak wiał? Uznawała, że to naprawdę jest niesprawiedliwe”

Zaznaczyć jednak należy, że mimo naprawdę trudnych i bolesnych przeżyć, jakimi autorka doświadcza bohaterów swojej książki, nie zabraknie w niej również nadziei, chwil szczęścia, radości, no i oczywiści, miłości, o którą trzeba będzie cierpliwie zabiegać, aby nie wypuścić jej z rąk. Dokładnie tak, jak w życiu, w tej książce smutek przeplata się z radością, a nadzieja z lękiem. Bezsprzecznym atutem tego tytułu jest fakt, że jej lektura owszem porusza i wzrusza, ale w żaden sposób nie przytłacza za sprawą trudnej tematyki. Lekkość stylu pisania autorki sprawia, że książkę czyta się niezwykle lekko i przyjemnie, nieustannie mając wrażenie, że to, o czym czytamy, mogłoby być również historią naszego życia.

Moi drodzy, Pani Dorota Pasek oddała w ręce swoich czytelników książkę, którą z całego serca Wam polecam. Czas spędzony na jej lekturze na pewno pozostawi Was z poczuciem, iż spożytkowaliście go bardzo pożytecznie. Zapewniam Was, że jeszcze na długo po odłożeniu książki na półkę w waszej głowie i sercu kłębić się będzie wiele emocji i refleksji, co w moim przekonaniu świadczy o wyjątkowości tej książki.
W moim przypadku było to drugie spotkanie z twórczością Pani Doroty i wiem, że bardzo długo tego spotkania nie zapomnę. Jeśli jeszcze nie czytaliście mojej recenzji książki „Czas gniazdowania”, to zapraszam serdecznie tutaj.

A Wy znacie książki Pani Doroty, czytaliście „Dziewczynę od trawnika”, a może dopiero macie ją w swoich planach czytelniczych?

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.









sobota, 14 września 2019

Kiedy tracisz wszystko, co jest ci bliskie i co kochasz.

Kiedy dwoje młodych ludzi decyduje się założyć rodzinę, wszyscy wokół życzymy im szczęścia na nowej drodze życia i chcemy, aby krocząc wspólną drogą, mogli po latach małżeństwa powiedzieć o sobie „I żyli długo i szczęśliwie”. Taki scenariusz na wiele wspólnych lat jest pragnieniem każdej pary. Niestety jednak oczekiwania i marzenia często nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości, ponieważ los potrafi poddać nawet największe uczucie wielu bolesnym próbom, z których mimo starań małżonkom nie udaje się wyjść zwycięsko. Przekonała się o tym główna bohaterka książki Shalini Boland „Sekret matki”, z której recenzją dziś do Was przychodzę.

Tessa i Scot Martkham byli szczęśliwym małżeństwem, lecz dziś, kiedy my czytelnicy za sprawą Tessy wkraczamy w ich życie, od razu dowiadujemy się, że zarówno po ich związku, jak i po wspólnym szczęściu nie pozostał już żaden ślad. Stało się tak dlatego, że nie udało im się wspólnie podnieść po tragicznych przeżyciach, które dosięgły ich rodzinę. Jako młodzi rodzice z niecierpliwością wyczekiwali narodzin swoich ukochanych dzieci. Wspaniała nowina, iż spodziewają się bliźniąt wypełniała ich serca ogromem szczęścia i miłości. I wtedy stało się coś, co zniszczyło cały ich świat. Ich ukochane maleństwa zmarły.
Choć od tamtych druzgocących wydarzeń minął już jakiś czas, to niestety serce matki nie potrafi pogodzić się z tak dojmującą stratą. Mimo leczenia i wielu godzin terapii tamtejsze przeżycia i emocje pozostają w kobiecie nadal żywe. Jak się możecie domyślać to, że nasza bohaterka ciągle żyje przeszłością, odbija się negatywnie na jej relacjach ze Scotem. Mężczyzna postanawia odejść i spróbować ułożyć sobie życie na nowo.
A co z Tessą? Otóż ona żyje z dnia na dzień, Trwa w swoim bólu, który stara się ukoić, oddając się pracy zawodowej. Ale pewnego dnia wracając właśnie z pracy do domu, nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że w domu czeka na nią ktoś, kogo pojawienie się zmieni zupełnie jej życie.
Co ma myśleć kobieta w momencie, kiedy wchodząc do własnego domu, zastaje w nim chłopca, który twierdzi, że przyprowadził go do niej anioł, a ona jest jego nową mamusią? Oczywiście sprawa zostaje zgłoszona na policje, ale niestety zgłoszenie nie zostaje potraktowane przez wymiar sprawiedliwości tak, jak Tessa tego oczekuje. Policjanci, mając wiedzę na temat jej traumatycznych przeżyć z przeszłości, nie wierzą w jej wyjaśnienia, uznając, że to ona porwała dziecko i przyprowadziła je do swojego mieszkania. Co więcej, nie wierzy jej nawet Scot. Wkrótce o całej sprawie dowiadują się media i węsząc temat na pierwsze strony gazet, urządzają nagonkę na Tessę, zamieniając jej życie w koszmar. Kobieta, czując, że została ze wszystkim, co ją spotkało zupełnie sama, postanawia walczyć o swoje dobre imię i oczyszczenie z zarzutów na własną rękę. Tylko jest jeden bardzo istotny problem. W pewnym momencie próby samodzielnego wyjaśnienia, tego, o co w tym wszystkim chodzi, sama zaczyna wątpić w swoją niewinność. A jeśli ci wszyscy ludzie mają rację i ona rzeczywiście porwała chłopca, tylko nic nie pamięta. Przecież to możliwe. W końcu nadal przeżywa stratę swoich dzieci i przerwała terapię. Może powinna znowu zacząć się leczyć?

Na te wszystkie pytania i wątpliwości odpowiedz, znajdziecie oczywiście na kartach książki, ale macie moje słowo, że tego, jakie będzie rozwiązanie zagadki pojawienia się w życiu Tessy małego Harego, na pewno się nie spodziewacie.

„Sekret matki" to wciągający i zajmujący thriller psychologiczny, który doskonale uświadamia nam czytelnikom dwie bardzo ważne życiowe kwestie, które niestety mają swoje potwierdzenie również w życiu realnym.
Po pierwsze to, jak łatwo i bez skrupułów społeczeństwo potrafi szufladkować i przypinać etykiety ludziom. Tessa straciła dzieci, po których stracie cierpi, więc wszyscy wokół założyli, że to, czego doświadczyła, odbiło się na jej psychice i uprowadziła bezbronne dziecko. Z góry została jej przyklejona etykieta porywaczki. I coś w tym jest. Z racji zawodu miałam okazję rozmawiać kilkakrotnie z byłymi więźniami i zawsze, kiedy mówiono im, że po odbyciu kary mają szansę zacząć nowe życie, oni niezmiennie odpowiadali:

„Jeśli raz zostanie ci przyklejona etykieta, to ten smród będzie się ciągnął za tobą już zawsze, i jeśli w twojej okolicy dojdzie do przestępstwa, to choćbyś powtarzał, że jesteś niewinny, to i tak będziesz pierwszym podejrzanym". Przykre, ale jakże prawdziwe.

Drugim równie istotnym problemem, na który autorka książki zwróciła, uwagę jest niszcząca siła szeroko pojętych mediów. To, co spotkało Tessę ze strony dziennikarzy i to, co przeczytała o sobie na stronach wielu portali internetowych, jest dowodem na to, że tak naprawdę wystarczy tylko niewielka pogłoska, by media uczyniły z naszego życia piekło. Byśmy czuli się wręcz zaszczuci, stając się więźniami czterech ścian naszego domu. Każdy z nas, doskonale zdaje sobie sprawę, że dla mediów liczy się gorący temat, który jak najdłużej skupi zainteresowanie i uwagę odbiorców. Oczywiście nie chcę generalizować, bo nie każdy dziennikarz kieruje się takimi przesłankami, ale historia Tessy otwiera nam oczy na to, że mediom nie zawsze chodzi o odkrycie prawdy, a o sensacje i emocje. Dlatego pamiętajcie, nigdy nie wierzcie ślepo w to, co słyszycie i co czytacie.

Wobec powyższego nie muszę chyba już nikogo przekonywać, że „Sekret matki” zdecydowanie warto przeczytać, do czego gorąco zachęcam. Autorka przedstawiła nam poruszającą historię kobiety, która straciła wszystko, co miała i kochała, a teraz została zmuszona do walki o siebie. Finał tej walki zaskoczy ją bardzo, ale Was zaskoczy jeszcze bardziej. Autentyczny wymiar wszystkiego, o czym czytamy w książce sprawia, że postać głównej bohaterki staje nam się bardzo bliska i mocno trzymamy za nią kciuki w tych niełatwych zmaganiach, o to, aby odkryć prawdę.

Na pewno jesteście ciekawi, czy prawda ją wyzwoli i pozwoli wreszcie odzyskać utracone życie oraz spokój, a może będzie to prawda, której wolałaby nigdy nie poznać?
Nie zastanawiajcie się dłużej, tylko niezwłocznie sięgnijcie po książkę, bo na pewno nie pożałujecie spędzonego z nią czasu. 

Jednak jest coś, co powinniście wiedzieć przed tym, zanim przystąpicie do lektury. Otóż owszem książka na pewno Was wciągnie i nie będziecie mogli się od niej oderwać, daje Wam moje słowo, ale jest coś, czego mi zabrakło, a mianowicie napięcia. Oczywiście przez całą książkę z ogromnym zainteresowaniem śledziłam  rozwój następujących po sobie wydarzeń, ale w moim subiektywnym odczuciu natężenie emocji było zbyt niskie w porównaniu do opisywanych sytuacji. Jak dla mnie klimat był od początku do końca utrzymany na jednostajnym poziomie. Mnie zabrakło dreszczyku emocji charakterystycznego dla tego gatunku książek. 
Nie zmienia to, jednak faktu, że jest to świetna książka i musicie ją koniecznie przeczytać.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.





czwartek, 18 kwietnia 2019

Czy jesteś pewna, że znasz dobrze swoje dziecko?

Każdy rodzic ma inne metody wychowawcze. Jedni z nas wychowują swoje dzieci twardą ręką, inni natomiast chcą, aby ich syn, czy córka traktowali rodzica również, jako przyjaciela, na którego zawsze dziecko może liczyć. Wierzą, że w ten sposób bardziej zbliżą się do swojej latorośli i będą mogli uczestniczyć w jej życiu. Ale, czy to wystarczy, żebyś jako rodzic z całą pewnością mógł powiedzieć, że naprawdę znasz swoje dziecko?

Zanim odpowiesz na to pytanie, poznaj, proszę historię Zoe, głównej bohaterki najnowszej książki Kathryn Croft „Nie pozwól mu odejść”, której odpowiedź na tak postawione pytanie zawsze była twierdząca. Jednak już za chwilę przekonasz się, że przeświadczenie to, może okazać się dla naszej bohaterki bardzo złudne.

Kiedy my czytelnicy zaczynamy poznawać historię kobiety i jej rodziny, już na wstępie dowiadujemy się, że dotknęła ich ogromna tragedia. Trzy lata temu w tragicznym wypadku zginął wraz ze swoim najlepszym przyjacielem młodszy syn Zoe i Jeka - Ethan. Choć od tamtych wydarzeń, które zburzyły świat całej rodziny, minęło już dość sporo czasu, a oni sami zmienili miejsce zamieszkania, by nic nie przypominało im zarówno o przeszłości, jak i, aby każdego dnia nie musieli patrzeć na wszystko, co przesiąknięte jest wspomnieniami, kiedy byli jeszcze pełną szczęśliwą rodziną, to jednak to nie wystarcza, aby móc wrócić do pełni życia.
Na szczęście małymi kroczkami uczą się żyć z bólem, którego doświadczyli i na  nowo próbują odbudować swój kruchy świat. Ciężko wypracowany spokój nagle zostaje im odebrany. A wszystko za sprawą anonimowego maila, który otrzymuje Zoe. To, co w nim przeczytała, po raz kolejny zmusza ją do przechodzenia przez piekło minionych wydarzeń.

Musisz odkryć prawdę o tym, co przytrafiło się twojemu synowi nad rzeką trzy lata temu. Nie wierz w kłamstwa. To nie był wypadek.

W głowie matki rodzi się tysiące pytań, na które chce, znaleźć odpowiedz. Jack przekonuje żonę, że padła ofiarą okrutnego żartu, o którym powinna zapomnieć. Jednak już wkrótce tajemniczy adresat wiadomości odzywa się ponownie.

Może Twój syn zasłużył na śmierć.

Zoe nie może zrozumieć jak to możliwe, że być może jej kochany syn nie jest tylko ofiarą tego, co go spotkało, a znacznie kimś więcej.
Przecież ona zna swoje dzieci i wie, że zarówno Ethan, jak i Harley nie byliby w stanie nikogo skrzywdzić. A gdyby syn miał jakieś kłopoty, ona na pewno by o nich wiedziała. Nie miał powodów, by mieć przed nią jakiekolwiek tajemnice. Przecież od zawsze powtarzała obu synom, że ze wszystkim mogą do niej przyjść. Zawsze ich wysłucha i doradzi, nawet jeśli będzie to dla nich trudne. Ale, czy na pewno dzielili się z nią wszystkim, co  działo się w ich życiu?

Ta wiadomość utwierdza zagubioną Zoe w przekonaniu, że jako matka nie może nie reagować na to, co sugerują te wiadomości i musi dociec prawdy. W tym momencie rozpoczyna się jej walka nie tylko o prawdę, ale również o rodzinę, którą ktoś próbuje zniszczyć.

Zapewne podobnie, jak nasza bohaterka, chcielibyście dowiedzieć się, kto ukrywa się za wszystkimi wiadomościami, których jest coraz więcej? Czy rzeczywiście mówi prawdę, a może drwi sobie z cierpienia zrozpaczonej matki? A przede wszystkim, jeśli, to w istocie nie był wypadek, to kto jest winien temu, co wydarzyło się tamtej nocy nad rzeką?

Odpowiedzi znajdziecie oczywiście na kartach książki, ale bądźcie ostrożni, bowiem podobnie jak Zoe, doświadczycie okropnego uczucia tonięcia w morzu kłamstw. Kobieta bardzo szybko przekonuje się, że nikomu nie może ufać. Na jaw wychodzą ociekające fałszem i obłudą sekrety bliskich jej osób. Wie, że ci, którzy powinni ją wspierać, zadali najbardziej bolesny cios.

„Nie pozwól mu odejść” to bardzo wciągający thriller psychologiczny, którego ze względu na mocno zaskakujące zwroty akcji czyta się z ogromnym zaangażowaniem. Akcja powieści przedstawiona jest z perspektywy kilku postaci z których, każdy ma coś do ukrycia, co dodatkowo wzbudza ciekawość czytelnika. Każda z postaci jest bardzo wyrazista, przez co wzbudzają w nas wiele różnorodnych odczuć. Podczas gdy jedne osoby mamy ochotę wesprzeć i pocieszyć, inne bez wahania chcemy zniszczyć i przyczynić się do tego, aby ponieśli karę za czyny, których się dopuścili.

Jest jednak coś, czego mi w tej historii zabrakło. A mianowicie nie odczułam napięcia, którego oczekuję od książek reprezentujących ten gatunek. Owszem fabuła mocno mnie wciągnęła i zaciekawiła, ale zabrakło mi tej iskry niepewności i strachu. Według mnie, choć w publikacji, jak wcześniej wspominałam, nie zabrakło zwrotów akcji, to jednak wszystko działo się zbyt spokojnie. Zakończenie jednak mocno mnie zaskoczyło i zrekompensowało ten jeden minusik.

Ostatecznie bardzo serdecznie polecam Wam tę książkę. Zarezerwujcie sobie kilka wolnych godzin, ponieważ jestem pewna, że bardzo mocno zaangażujecie się w to, aby wspólnie z Zoe, wyrwać się z macek kłamstw i wreszcie poznać całą prawdę. Książkę czyta się bardzo szybko, więc jest to lektura na jeden, maksymalnie dwa wieczory z bardzo ciekawą książką.
Było to drugie po książce „Nie ufaj nikomu” moje spotkanie z twórczością autorki i na pewno, już wkrótce sięgnę po kolejną Jej książkę.


Na zakończenie mam pytanie do Was kochani rodzice:

Czy Wy jesteście pewni, że znacie dobrze swoje dziecko?

Recenzja powstała, we współpracy z Portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.



poniedziałek, 11 lutego 2019

Przedpremierowo: "(Nie) miłość" Natasza Socha.



Kochani dziś porozmawiamy o miłości. Jednak nie będziemy mówić o stanie, kiedy jako zakochani widzimy świat przez różowe okulary, a w brzuchu czujemy trzepoczące skrzydłami motyle. Wręcz przeciwnie, tym razem za sprawą książki Nataszy Sochy „(Nie) miłość" i jej głównym bohaterom, spojrzymy na uczucie to w o wiele szerszym aspekcie w sytuacji, kiedy coś się kończy, coś się wypala, miłość traci swoje barwy, a pozostaje poczucie moralnego obowiązku i sumienie, które nie daje nam spokoju.

Cecylia i Wiktor są małżeństwem z wieloletnim stażem, którego owocem jest nastoletnia już dziś córka. Kiedy los splótł ich drogi, byli pewni swoich uczuć. Zakochani i szczęśliwi, bardzo szybko się pobrali i chciałoby się powiedzieć, żyli długo i szczęśliwie. Otóż niestety nie. W momencie, kiedy my czytelnicy mamy możliwość obserwacji tego, co dzieje się tu i teraz w ich małżeństwie, doskonale widzimy, że już nie żyją ze sobą i dla siebie, lecz obok siebie. Oboje zbudowali w milczeniu mur, który ich dzieli. Choć są razem, to jednak osobno.
Wielu z nas mogłoby naprawdę pozazdrościć tej dwójce. Mają wszystko, o czym niejeden, może tylko pomarzyć. Status społeczny na wysokim poziomie, satysfakcjonującą pracę, są bardzo dobrze sytuowani materialnie. Tak więc dlaczego oboje marzą o rozwodzie? Dlaczego ona szuka miłości w internecie, on w ramionach atrakcyjnej doktorantki?
Los jednak szykuje dla nich zupełnie inny scenariusz. Jedna chwila wystarczy, by pragnienie wolności trzeba było odłożyć na półkę „musi zaczekać”, bowiem Cecylia ulega wypadkowi samochodowemu, wskutek którego, na kilka miesięcy  zostaje przykuta do wózka. Doskonale wie, że niestety bez pomocy męża teraz sobie nie poradzi. Wiktor natomiast czuje się w obowiązku pozostać przy żonie w obliczu tak trudnej sytuacji. Choć oboje wiedzą, że nie chcą dłużej trwać w tym związku, nikt nie mówi tego głośno i nadal grają główne role w swoim prywatnym spektaklu „udawajmy, że jesteśmy rodziną”.

Czy choroba Cecylii, będzie tylko odwlekaniem nieuniknionego końca, czy może nowym początkiem? O tym przekonajcie się, sięgając po książkę.

Pani Natasza Socha podjęła w swojej najnowszej książce bardzo trudny i życiowy temat, z którym niestety za zamkniętymi drzwiami własnych domów zmaga się wiele małżeństw. Podjęła się trudnej roli odarcia miłości z tej otoczki lukru i cukru, z którym to uczucie jest kojarzone. Tym samym skłoniła nas do tego, abyśmy spojrzeli na aspekt związku z zupełnie innej perspektywy. Spójrzmy prawdzie w oczy, życie to nie bajka i prędzej, czy później w każdym związku pojawiają się problemy, przytłaczające nas często obowiązki, wzajemne żale, a nawet pretensje. I nagle nie wiedząc, tak naprawdę, kiedy to się stało, między dwojgiem kochających się kiedyś ludzi wszystko staje się czarno białe. Wyrasta mur milczenia, zaczynamy się unikać. Każde z małżonków buduje swój nowy świat, do którego, to drugie nie ma dostępu.

Jak się przekonacie podczas lektury książki najbardziej skutecznym sposobem na to, by tak się nie stało, jest rozmowa. Wydaje się to takie proste, a jednak jest takie trudne. Z biegiem czasu ludzie w małżeństwie przestają ze sobą rozmawiać. Ich codzienny dialog to suche komunikaty dotyczące najczęściej spraw, które trzeba załatwić, obowiązków domowych, bądź kwestii dotyczących dzieci. Zapominamy o sobie wzajemnie. O komunikowaniu własnych potrzeb, mówieniu o tym, co nas boli, co chcielibyśmy zmienić. Wychodząc z założenia, że w małżeństwie przecież już nie trzeba, przestajemy się starać. A potem  zaczynamy się dusić we własnym związku. Narastają przemilczane problemy i nagle uświadamiamy sobie, że z naszej miłości już nic nie zostało.

Lektura książki skłania również czytelnika do refleksji odnośnie rozstania i poczucia obowiązku. Czy kiedy oboje małżonkowie zgodnie chcą się rozstać, a jedno z nich potrzebuje pomocy, na przykład ze względu na chorobę, czy niepełnosprawność to mimo wszystko współmałżonek z racji poczucia obowiązku, powinien trwać przy osobie skazanej na jego pomoc?

A może to wspólne trudne doświadczenie, pozwoli obojgu dostrzec siebie na nowo i da im szansę na to, by spróbować  jeszcze raz. 

„Sumienie ludzkie, jest czymś skandalicznie wkurzającym, Milczy przez długi czas uśpione albo nieobecne, a kiedy o nim zapomnisz, podnosi swój łeb i patrzy ci prosto w oczy. Zagląda w myśli. I nic nie mówi Kompletnie nic. A milczenie jest czasem głośniejsze niż strzał z karabinu”.

Jak widzicie „(Nie) miłość” to bardzo życiowa i ponadczasowa książka, z której bohaterami wielu z nas może się utożsamić. Autentyczni bohaterowie i ich realne problemy sprawią, że zapewne nie jeden z czytelników odnajdzie w ich historii pierwiastek własnego życia. Przyznaję, że na początku można odnieść wrażenie, że książka jest schematyczna, natomiast po przeczytaniu całości, dochodzimy do wniosku, że to nie schematyczność, a samo życie.

Oczywiście gorąco zachęcam Was do tego, abyście nie tylko przeczytali tę książkę, ale także dobrze przemyśleli wszystko, to co ona ze sobą niesie, jak również wcielili w swoje własne życie przekaz, który w sobie skrywa.

Jestem pewna, że wielbicieli twórczości autorki do sięgnięcia po jej najnowszą książkę przekonywać nie muszę, a tych z Was, którzy jeszcze nie czytaliście, żadnej Jej książki, mam nadzieję, że udało mi się zachęcić do tego, aby to zmienić właśnie dzięki temu  tytułowi.

Zapewniam Was, że dzięki bardzo lekkiemu i swobodnemu stylowi pisania, autorki, a także jak zapewne dostrzegliście ważnej tematyce książki, przeczytacie ją w mgnieniu oka na jeden raz, bo uwierzcie mi, nie sposób się od tej książki oderwać.

Premiera książki odbędzie się już 13.02.2019 roku. 

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.



wtorek, 11 września 2018

Co znaczy być dobrym rodzicem?



Kochani rodzice i wszyscy pozostali, którzy planujecie w przyszłości mieć dzieci. Dziś to właśnie do Was będzie adresowana recenzja książki Emily Giffin „Wszystko, czego pragnęliśmy”, którą chcę Wam zaprezentować. Każdy rodzic pragnie dla swojego dziecka wszystkiego, co najlepsze. Chce, aby cieszyło się ono szczęśliwym życiem i to jest w pełni zrozumiałe. Niestety w dzisiejszym świecie określenie „wszystko, co najlepsze” zostało bardzo mocno zmaterializowane. Dziś niestety nie oznacza ono ciepła rodzinnego, bliskości rodzica z dzieckiem i więzi opartej na szczerości oraz otwartości, a jedynie otaczanie naszej latorośli dobrami materialnymi i dążenie do tego, aby w żaden sposób nie było ono gorsze i nie odstawało od swoich rówieśników. Niestety musimy zdać sobie sprawę, z tego, że poprzez takie metody wychowawcze nasze dziecko wyrośnie na zepsutego człowieka pozbawionego, uczuć wyższych i pewnego dnia może okazać się, że gdzieś popełniliśmy błąd i ten człowiek, który właśnie wkracza w dorosłe życie, za którego dobroć dalibyśmy sobie rękę uciąć, robi coś, co sprawia, że uświadamiamy sobie, iż tak naprawdę wcale nie znamy naszego dziecka, tak dobrze, jak dotychczas myśleliśmy. Tak trudną lekcję musiała odbyć Nina, główna bohaterka powieści.

Kobieta wiedzie luksusowe, wygodne życie u boku swojego bogatego męża Kirka. Wspólnie  wychowują nastoletniego syna Fincha. Jej marzenia się spełniają. Wiedzie elitarne życie, a jej syn dostał się na studia do najlepszej uczelni. Przed uczniem ostatniej klasy prywatnego liceum roztacza się świetlana przyszłość. Do tego samego liceum uczęszcza również Lyla, która pochodzi z zupełnie innego świata, niż uczniowie liceum, którzy są dziećmi bogatych rodziców. Dzięki stypendium staje się częścią owej społeczności uczniowskiej. Ona sama mieszka z kochającym ojcem, który, mimo że wychowuje ją samotnie, ciężką pracą i  oddaniem dla córki stara się zapewnić jej godne życie. Nastolatka zdaje sobie sprawę, że ją i jej kolegów dzieli społeczna przepaść, dlatego stara się, jak może dopasować się do środowiska, w którym się znalazła.
Pewnego dnia zostaje zaproszona przez Fincha na imprezę. Nie wie jeszcze, że właśnie tam chłopak okrutnie z niej zadrwi i padnie ofiarą hejtu i dyskryminacji.
Czyn, którego dopuścił się syn Niny, może przekreślić jego przyszłość na wymarzonych studiach. W taki oto sposób splatają się drogi Niny i Toma, ojca Lyly. Każdemu z rodziców zależy na dobru własnego dziecka, tylko jak się okazuje niestety nie każdy tak samo rozumie pojęcie owego dobra. Mąż Niny bagatelizuje całą sytuację i przekonany o sile pieniądza stara się załatwić całą sprawę po swojemu. Sytuacja ukazuje też prawdziwą twarz samego nastolatka. Chłopak nic sobie nie robi z tego, czego się dopuścił, mając za nic uczucia i krzywdę wyrządzoną szkolnej koleżance. Sama Nina będzie musiała wiele w swoim życiu przemyśleć i zweryfikować.
Zmuszona będzie odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytanie:

Czy rolą dobrego rodzica jest bronienie dziecka za wszelką cenę i mimo wszystko, czy też wspieranie go, ale nauczenie ponoszenia odpowiedzialności za własne czyny? (chciałabym, abyście i Wy drodzy czytelnicy odpowiedzieli na to pytanie.).

Na szali znajduje się moralność i rodzicielska miłość. Po której stronie opowie się nasza bohaterka, tego dowiecie się, sięgając po książkę.

„Wszystko, czego pragnęliśmy” to niestety bardzo ponadczasowa historia, która może spotkać każdego z nas. Autorka uświadamia nam, że w dobie mediów społecznościowych i siły internetu bardzo łatwo można zniszczyć komuś życie, co może doprowadzić do tragicznych konsekwencji. Dlatego, to my rodzice musimy zadbać o to, by nasze dzieci wiedziały, że najważniejszy w życiu jest człowiek i jego uczucia, I to właśnie powinno być nadrzędną wartością, jaką się kierujemy.

Kreując postacie owej historii, autorka wspaniale przedstawiła kontrast pomiędzy tym, jakie wartości w życiu oni wyznają i do czego dążą. Mamy bowiem Kirka, który nie nauczył syna szacunku do drugiego człowieka, poszanowania jego godności i tego, że jeśli zrobisz coś złego, musisz ponieść za to odpowiedzialność.
Fincha, który w myśl powiedzenia Niedaleko pada jabłko od jabłoni, swój haniebny czyn sprowadza do rangi żartu, nie okazując skruchy.
Ninę, która, w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że nie tego, co ma pragnęła dla siebie i swojej rodziny, ale czy jest jeszcze czas, by coś zmienić?

Natomiast po drugiej stronie barykady stoją ojciec i córka.

Tom, który według mnie mógłby być wzorem do naśladowania dla dzisiejszych rodziców. Mimo że nie należy do tych wszystkich bogaczy, uczy córkę, że w życiu najważniejsza jest uczciwość i prawość. Swoim postępowaniem pokazuje jej, że należy walczyć o siebie i nie wolno pozwalać się krzywdzić, oraz samą Lylę, która tak naprawdę chce pogodzić obie strony konfliktu i zapomnieć.
Zapewne zauważyliście, jak bardzo te dwie rodziny się różnią. A dowodzi to temu, w jak dużej mierze wyznawane wartości kształtują człowieka, jak również podkreśla ogromne znaczenie prawdziwej obecności rodzica w życiu dziecka.

Emily Giffin oddała w ręce swoich czytelników książkę bardzo wartościową, którą każdy rodzic powinien przeczytać wspólnie ze swoim nastoletnim dzieckiem, a potem szczerze o niej porozmawiać, również w odniesieniu do swoich wzajemnych relacji i współczesnych czasów, w których Ci młodzi ludzie dorastają. Autentyczność oraz tempo następujących po sobie zdarzeń sprawia, że książkę czytamy z ogromnym przejęciem i ciekawością. Trudno się od niej oderwać, a po skończonej lekturze zostajemy z garścią, kłębiących się w naszej głowie przemyśleń.
Długo tej książki nie zapomnę i na pewno będę do niej niejednokrotnie wracać.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Otwarte oraz Portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.


sobota, 24 marca 2018

Chyba tak.

Niezmiernie trudno jest mi dziś opowiedzieć Wam o książce Ashley Rhodes -Courter „Dwa zwykłe słowa”, nie tylko dlatego, że jest to bardzo bolesna i wstrząsająca historia, ale również dlatego, że jako psychologowi dziecięcemu jest mi niezmiernie wstyd za cały system pieczy zastępczej pod opieką, której pozostają dzieci z różnych przyczyn odebrane biologicznym rodzicom. Książka, którą autorka oddała w ręce czytelników, jest pamiętnikiem, który jeśli zdecydujemy się otworzyć stanie się swego rodzaju wrotami do piekła, przez jakie musiała przejść autorka już, jako bezbronne dziecko.

Dzień, w którym Ashley została brutalnie zabrana z domu rodzinnego z ramion matki Lorraine, wydawał się jej najgorszym dniem w jej dotychczasowym życiu. Jednak, jak o czym się wkrótce boleśnie przekonała, wspomnienia tamtego dnia szybko się zacierają, gdyż ustępują miejsca zdarzeniom, które są paradoksalnie o wiele gorsze, niż rozstanie z rodzicem. Pomyślicie sobie, cóż może być gorszego od tak traumatycznego przeżycia? Otóż niewybaczalne dla mnie jest, kiedy dziecko oddane pod opiekę ludzi, którzy mają zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa, traktują je jak przedmiot, który można oddać, kiedy nie spełnia naszych oczekiwań i podrzucić komuś innemu. Ashley dziesięć lat swojego życia spędziła w czternastu rodzinach zastępczych, nieustannie zmieniając nie tylko rodziny, ale również szkoły, a jeszcze częściej pracowników społecznych pełniących funkcję jej opiekunów z ramienia systemu opieki społecznej. W momencie rozstania z matką nikt tak naprawdę nie wytłumaczył dziewczynce, dlaczego tak się stało.

Na jednym ze spotkań z Lorraine dziewczynka słyszy od matki słowa:

„Słoneczko, jesteś moim dzieckiem, a ja jestem Twoją matką.
Musisz szanować osobę, która się tobą zajmuje, ale pamiętaj, że to nie jest twoja mama".

Te słowa stają się dla naszej bohaterki częścią życia, co jest w pełni zrozumiałe, gdyż każde dziecko potrzebuje matczynej miłości, ciepła i uwagi. Oczywistym wydaje się również, że osoby decydujące się podjęcia roli rodzica zastępczego powinny zdawać sobie sprawę, że wszystkie dzieci trafiające pod ich opiekę niezależnie od tego, z jakich przyczyn i z jakimi problemami się u nich znajdą będą potrzebowały właśnie od rodzica zastępczego, wszystkiego tego, czego nie mogą dostać od biologicznych rodziców. Niestety, czego dowiadujemy się z opowieści autorki, tak przyjaźnie i kolorowo wygląda to, tylko w teorii, bowiem, to, czego od rodziców zastępczych doświadczyła ona sama to przemoc, upokorzenie, kary. Brak mi słów, by opisać to, co czułam, czytając każde słowo przepełnione bólem i cierpieniem.

Kolejnym aspektem, który mnie osobiście bardzo oburza i który nigdy nie powinien mieć miejsca, jest pozostanie głuchym na to, co mówią wychowankowie rodzin zastępczych. Często bowiem, co również podkreśla sama autorka, nie bierze się pod uwagę słów dzieci, które sygnalizują swojemu opiekunowi z urzędu, że w domu, w którym przebywają dzieje się im krzywda. Z uwagi na to, że są to „tylko” małe dzieci, bagatelizuje się ich słowa.

Jestem pełna podziwu dla odwagi i determinacji Ashley. Wszystko, przez co przeszła załamałoby nie jednego dorosłego. To, co jest przykre to fakt, że dziewczynka przestała ufać ludziom, a tym samym przestała wierzyć w to, że na świecie są jeszcze ludzie, którzy mogą ją pokochać i nie porzucą za jakiś czas, jak niechcianą rzecz. Czy rzeczywiście tak się stało? , czy może już zawsze, jej życie będzie ciągłą szkołą przetrwania? Jak dziś wygląda jej życie? Na każde z tych pytań znajdziecie, odpowiedz, sięgając po „Dwa zwykłe słowa”.

Zapewne wielu z Was uzna, że jest to książka, której nie dalibyście rady przeczytać, bo zbyt mocno byście ją przeżyli, jednak pamiętajcie, że to, co my czytelnicy dziś czujemy podczas lektury tej książki, jest niczym w porównaniu do tego, co przeżywają te bezbronne dzieci. Pamiętajmy, że ta książka została napisana po coś. Jest to, apel wołający o pomoc dla milionów dzieci. Ta historia ma nam otworzyć oczy na krzywdę milionów dzieci przeżywaną w milczeniu. Nie myślcie sobie, że jest coś, co,nas nie dotyczy, bo przecież wydarzenia opisane w książce miały miejsce w amerykańskim systemie społecznym, więc cóż my możemy zrobić? Nic bardziej mylnego,  bowiem, czy chociażby w mediach nie słyszymy informacji o krzywdzeniu dzieci przebywających w rodzinach zastępczych?

Nie pozwólmy na to, by winni pozostali bezkarni.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka.