Pokazywanie postów oznaczonych etykietą E-bookowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą E-bookowo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2026

Więcej Niż Opowieść: "Iszsza" jako Alegoria Ocalenia Ducha w Świecie Cynizmu



Literatura, w swojej najgłębszej formie, jest lustrem odbijającym fundamentalne prawdy o ludzkiej egzystencji. Utwory, które zostają z nami na długo, dotykają uniwersalnych motywów – potęgi empatii oraz siły ducha. Właśnie takie doświadczenie oferuje nam Elżbieta Kosobucka w swojej poruszającej odzie do człowieczeństwa: "Iszsza". To przypowieść o cenie niewinności w zepsutym świecie i o tym, jak czysta, niemal magiczna siła potrafi zdestabilizować system oparty na cynizmie. Niniejsza analiza to próba zmierzenia się z tym właśnie uniwersalnym przesłaniem, badając, jak opowieść o stracie staje się refleksją nad kondycją współczesnego społeczeństwa.

​Od pierwszych stron zanurzamy się w historię Iszszy, której życie – z natury jasne i promienne – zostaje brutalnie naznaczone stratą i wędrówką. Ta podróż nie jest jednak ucieczką, lecz aktem głębokiej, wewnętrznej jasności. Iszsza, pomimo bólu, staje się uosobieniem czystej, bezwarunkowej życzliwości, która niczym magnes przyciąga zarówno nadzieję, jak i śmiertelne zagrożenie. Autorka osiąga ten efekt dzięki płynnej, niemal hipnotycznej narracji, która z łatwością łączy intymny dramat psychologiczny z wątkiem niemal thrillera politycznego i elementami fantastycznymi. Pisarka sprawnie balansuje tempo, a jej język, bogaty w symbolikę światła i ciemności, często manifestowaną poprzez subtelne elementy magii, nadaje całości głęboki, symboliczny charakter.

Dziewczyna wykracza poza ramy zwykłej bohaterki, stając się archetypem Niewinności i Odporności. Jej wewnętrzny kompas moralny pozostaje nienaruszony, a jej zdolność do empatii przedstawiona jest jako siła, której nie da się kupić ani zniszczyć. Jest to kluczowe, ponieważ pisarka celnie uchwyciła uniwersalny dramat: jak łatwo prawdziwe światło staje się celem dla mrocznych sił. Na drugim biegunie stoją antagoniści – elity biznesu i polityki, będące uosobieniem systemowego lęku i strachu przed utratą kontroli. Postacie te, obnażając mechanizmy władzy oparte na manipulacji, podkreślają, że to czysta dobroć Iszszy jest traktowana jak siła destabilizująca. Bohaterowie drugiego planu zaś stanowią zwierciadło dla czytelnika, odzwierciedlając spektrum ludzkich reakcji na dobro w obliczu ryzyka.

​Książka ta wymyka się łatwym klasyfikacjom, świadomie operując na pograniczu gatunków. Konstrukcyjnie jest to opowieść drogi, gdzie wędrówka bohaterki służy dojrzewaniu, choć tu przede wszystkim pogłębianiu jej misji. Jednak pod tym obyczajowym płaszczem kryje się fantasy filozoficzne: napięcie nie wynika tylko z pościgów i intryg politycznych, lecz z moralnego konfliktu, który stawia bohaterkę, posiadającą wyjątkową wewnętrzną moc, przeciwko zmechanizowanemu złu. Autorka łączy realizm psychologiczny (głębia wewnętrznych przeżyć Iszszy) z silnym elementem symbolicznym i fantastycznym, nadając całości wymiar nowoczesnej alegorii o walce o wartość. Ta płynność gatunkowa bez wątpienia jest ogromną zaletą książki. Pozwala czytelnikowi zanurzyć się w lekturze, a jednocześnie zmusza go do refleksji.

Głównym przesłaniem tej historii jest głęboka krytyka współczesnego społeczeństwa, które fetyszyzuje siłę, a boi się prawdy. Utwór stawia fundamentalne pytanie: dlaczego dobroć jest w dzisiejszych czasach zagrożeniem? Odpowiedź, którą sugeruje autorka, jest taka, że empatia Iszszy jest wywrotowa, ponieważ obnaża fałsz i moralną pustkę systemów opartych na egoizmie.

Emocjonalnie, lektura "Iszszy" wywołuje intensywny wachlarz uczuć: od głębokiego wzruszenia nad cierpieniem niewinności, przez narastającą frustrację wobec cynizmu antagonistów, aż po podnoszącą na duchu nadzieję płynącą z każdego aktu życzliwości bohaterki. Czytelnicy poczują nieodpartą potrzebę zrewidowania własnych postaw; będą zastanawiać się nad własnym udziałem w świecie – czy są tymi, którzy gaszą światło, czy tymi, którzy pomagają je chronić. Jest to literacka podróż, która pozostawia trwały ślad, skłaniając do refleksji nad granicami własnej odwagi w obronie podstawowych wartości.

Książka jest wezwaniem do przebudzenia etycznego, dowodząc, że jedynym ratunkiem dla ludzkości jest rewolucja serca. Pomimo wszechobecnego cierpienia, Iszsza niesie ze sobą niegasnący płomyk nadziei, udowadniając, że prawdziwa siła tkwi w niezłomnej determinacji bycia dobrym.

​Siła tej opowieści tkwi w jej ponadczasowości i uniwersalności. W pewnym sensie "Iszsza" przywodzi na myśl najlepsze tradycje literatury sprzeciwu, stając obok dzieł, które stawiają jednostkę z czystym moralnie kręgosłupem przeciwko zdegenerowanemu systemowi. Jest to refleksja równie ważka, jak te o jednostkowym heroizmie w obliczu opresji, znane z klasyki europejskiej, a jednocześnie przesiąknięta słowiańską wrażliwością. To sprawia, że opowieść ta, choć osadzona w konkretnej fabule, nabiera wymiaru głęboko kulturowego dialogu o fundamentach etyki w dobie postprawdy. Autorka udowadnia, że opowieść o cierpieniu niewinnych wciąż ma moc rezonowania z najistotniejszymi lękami i nadziejami współczesnego człowieka.

To lektura obowiązkowa dla każdego, kto poszukuje w literaturze nie tylko rozrywki, ale i głębokiej, egzystencjalnej refleksji. Polecam ją szczególnie czytelnikom wrażliwym, ceniącym fantasy psychologiczne i filozoficzne, a także tym, którzy na co dzień czują się przytłoczeni medialnym cynizmem. To idealna propozycja dla osób, które wierzą w siłę małych gestów i indywidualnej etyki, a także dla tych, którzy potrzebują emocjonalnego i moralnego umocnienia. Jeśli zastanawiasz się, czy dobro, nawet to niemal magiczne, ma szansę przetrwać w dzisiejszym świecie, ta książka da Ci na to poruszającą, choć niełatwą, odpowiedź.

​Zamykając refleksję nad "Iszszą", należy podkreślić, że to dzieło to znacznie więcej niż zwykła opowieść; to moralny kompas na czasy postprawdy i dominacji egoizmu. Elżbieta Kosobucka stworzyła historię, która, balansując między dramatem a głęboką symboliką, zmusza nas do ponownego zdefiniowania pojęcia siły. Ostatecznie, recenzowany tekst jest wezwaniem do rewolucji serca, potwierdzeniem wiary w to, że dobro, choć kruche, ma potencjał, by ocalić świat przed wszechogarniającym cynizmem.

[Materiał reklamowy] Autorka Elżbieta Kosobucka.

sobota, 20 grudnia 2025

Recenzja książki „Siedem kilogramów złota” Artura Pacuły ​Złoto Lwowa, krew współczesnych: Gdy przeszłość upomina się o swoje.



Dzieje ludzkości bywają nienasyconym sędzią. Rzadko pozwalają zapomnieć o tym, co pogrzebano w pośpiechu i strachu. Często ulegamy złudzeniu, że antyczne artefakty to jedynie nieme eksponaty w muzealnych gablotach. W rzeczywistości stanowią one uśpione siły, zdolne zburzyć współczesny porządek. Prawdziwe bogactwa nie sypią się z kart kronik jak złoty piasek. Wyłaniają się z dziejowych szczelin, ociekając chłodem zapomnianych stuleci i budząc demony czekające na powrót do gry.

Właśnie w taką lukę czasu zagląda Artur Pacuła w powieści „Siedem kilogramów złota”, tkając wielowarstwową intrygę na styku epok. Akcja nabiera tempa, gdy młoda badaczka, Oksana, wpada na trop legendarnego skarbu, którego losy splotły się z tragizmem wojennego Lwowa. To ona wykonuje pierwsze, odważne kroki w stronę tajemnicy, która przez dekady pozostawała w ukryciu. Niebezpieczna ekspedycja w głąb współczesnej, pełnej napięć rzeczywistości szybko zmienia się w wyścig z bezwzględnymi agentami. Nie sposób pominąć mrocznego cienia historii, stanowiącego epicentrum tej opowieści. To w gorączce 1941 roku, podczas chaotycznej ewakuacji miasta przez wojska radzieckie, zatarły się kluczowe ślady. Wywożone w popłochu skarby Lwowa stały się fundamentem zagadki, w której dawny konflikt wyrasta na głównego architekta dzisiejszych zdarzeń.

W tym niebezpiecznym świecie nie spotkamy papierowych herosów. Relacja Oksany z krakowskim partnerem w poszukiwaniach, Kubą, to fascynujący proces docierania się odmiennych wrażliwości, gdzie wzajemne uprzedzenia kruszeją pod wpływem wspólnego celu. Istotnym filarem są również postacie drugoplanowe – począwszy od bezwzględnych agentów, aż po graczy działających w cieniu wielkiej polityki. To oni nadają akcji dynamizmu, stając się katalizatorami zmian i potęgując wszechobecne poczucie osaczenia.

Nie można przejść obojętnie obok warstwy społeczno-politycznej, stanowiącej kręgosłup utworu. Pacuła nie ucieka od trudnych pytań o kondycję Europy i cenę, jaką narody płacą za własną tożsamość. Brutalne mechanizmy działania obcych wywiadów sprawiają, że odnaleziony kruszec staje się zapalnikiem głębokich podziałów trawiących dzisiejszy świat. Dzięki temu książka przestaje być jedynie rozrywką, a staje się ważnym głosem w dyskusji o lojalności oraz granicach władzy.

Konstrukcja powieści przypomina precyzyjny mechanizm, w którym sensacyjna dynamika spotyka się z dbałością o detale historyczne. Klimat jest gęsty, przesiąknięty chłodem starych archiwów. Autor posługuje się językiem konkretnym, niemal filmowym, budując napięcie krótkimi, celnymi frazami. Ten styl doskonale oddaje nerwowość ucieczki, sprawiając, że czytelnik niemal fizycznie odczuwa niepokój towarzyszący bohaterom na każdym kroku.

Sięgnijcie po tę pozycję, jeśli szukacie inteligentnej lektury, która nie traktuje odbiorcy z pobłażaniem. To rzadki przykład prozy skrywającej pod płaszczem wartkiej akcji humanistyczną refleksję nad siłą przetrwania. Powieść gwarantuje dreszcz niepokoju, czystą adrenalinę wyścigu z czasem oraz intelektualną satysfakcję z odkrywania kolejnych kart historii. Podróż do źródeł naszej tożsamości przypomina, że najcenniejsze zdobycze są często okupione najwyższą ofiarą. Ostatecznie „Siedem kilogramów złota” pozostawia nas z pytaniem, czy potrafimy wyciągnąć wnioski z minionych lekcji, zanim los upomni się o nas w najmniej spodziewanym momencie.

[Zakup własny]

niedziela, 22 sierpnia 2021

Kobiety chcą tylko mieć wybór.

C
iąża i czas oczekiwania na dziecko to bardzo nośny i chwytliwy temat. Wizerunki szczęśliwych mam prezentujących swoje ciążowe brzuszki otaczają nas niemalże z każdej strony. Znajdziemy je na wielu plakatach, bilbordach i reklamach telewizyjnych. Wiele programów, czasopism i książek dla przyszłych mam służy radą odnośnie  tego, jak w pełni przeżyć ten wyjątkowy czas i oczywiście, jak najlepiej przygotować się na przyjście dziecka na świat. Wszystko to piękne i bardzo słuszne, tylko dlaczego tak niewiele osób jest w stanie podjąć się niewątpliwie niezmiernie trudnego, ale jakże ważnego i potrzebnego trudu pokazania światu, że nie każda ciąża przebiega tak modelowo i szczęśliwie, jak najczęściej jest nam to prezentowane? Właśnie dlatego, że to trudne, kontrowersyjne i budzi mnóstwo silnych i sprzecznych emocji. Lepiej coś przemilczeć, udać, że tego nie ma i zamieść pod dywan, aniżeli narazić się na krytykę, niezrozumienie, a nawet potępienie.

Piszę Wam o tym, ponieważ dziś przychodzę do Was z recenzją książki Moniki Sawickiej „Nie bo piekło”, która z przykrością muszę to stwierdzić, jest głosem przemawiającym ustami wielu kobiet, które bardzo szybko po tym, jak usłyszały, że zostaną mamami, zostały zepchnięte na dno piekła, słysząc druzgocącą diagnozę: "Dziecko, które nosi Pani pod sercem, cierpi na śmiertelne wady rozwojowe i może nigdy się nie urodzić. A nawet, jeżeli uda się donosić ciąże może urodzić się martwe, bądź żyć zaledwie kilka godzin, dni tygodni lub miesięcy."
Siedemnaście kobiet znalazło w sobie siłę i odwagę, aby podzielić się z tymi, którzy zechcą ich wysłuchać swoimi historiami pełnymi strachu bólu i rozpaczy, ale także ogromnej matczynej miłości i niegasnącej nadziei, która zawsze umiera ostatnia.

Wszystkie one w obliczu tak bolesnej sytuacji musiały zmierzyć się z najtrudniejszym wyborem w swoim życiu i podjąć decyzję może nie tyle, czy chcą, ile czy mają w sobie wystarczająco dużo siły, aby mimo tego, co mówią lekarze, urodzić swoje dziecko, zdając sobie sprawę, że wady latalne, które posiada, nieuchronnie prowadzą do jego śmierci, czy też przerwać ciążę nie narażając go na dodatkowe cierpienie. Wszyscy na pewno zdajemy sobie sprawę, że tutaj nie ma dobrego wyjścia. Niezależnie bowiem, jakiego wyboru dokonamy, nie zmniejszy to cierpienia matki. Ale właśnie o ten wybór chodzi. W momencie, kiedy piszę tę recenzję, kobiety w Polsce zostały tego prawa pozbawione. Z pełną świadomością tego, co teraz piszę, uważam, że wyrządzono nam tym ogromną krzywdę. I nie chodzi mi o to, że opowiadam się za aborcją. Podkreślam jeszcze raz, chodzi o wybór. Każda kobieta powinna mieć prawo decydowania o sobie i swoim ciele zgodnie z własnym sumieniem, przekonaniami, wiarą i poglądami.

Kobiety, których historie poznacie na kartach książki, niejednokrotnie były pozostawione samym sobie. Musiały błagać o pomoc, a i tak w wielu przypadkach lekarze umywali ręce. Były upokarzane, poniżane i obwiniane. Tak łatwo było je oceniać. Ale kto dał nam prawo oceniać  postępowanie innych, jeżeli sami nigdy nie znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Nikt kto nie wie, czym jest ból matki rozdzierający serce, morze przelanych jej łez, świat, który zawalił się w jednej sekundzie, nie ma takiego prawa.

„Nie bo piekło” to książka, która zaciera wszelkie podziały i różnice poglądowe. Niezależnie od tego, po której ze stron się opowiecie, nie zmieni to faktu, że nie pozostaniecie wobec przedstawionych historii jej bohaterek obojętni. Lektura ta wzbudzi w Was silne emocje, skłoni do przemyśleń i refleksji. Z pewnością nie pozwoli łatwo o sobie zapomnieć. A także chcę w to wierzyć, wyzwoli w Was moc empatii i zrozumienia. Jestem pewna, że czytelniczkom, które w jakikolwiek sposób utożsamią się z przeżyciami jej bohaterek, doda siły w trudnej drodze podnoszenia się po tak bezwzględnym i niespodziewanym ciosie od życia.

Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po tę poruszającą do głębi serca książkę. Pani Monice bardzo dziękuję za to, że podjęła się napisania tak, trudnej tematycznie i emocjonalnie również dla niej samej książki, a wszystkim Paniom, które powierzyły nam czytelnikom świadectwa tej największej w swoim życiu straty, życzę siły oraz odzyskania wewnętrznego spokoju, który, choć w niewielkim stopni ukoi ten ból, jaki tak trudno opisać słowami.

Recenzja powstała we współpracy z autorką, za co bardzo dziękuję.

środa, 1 maja 2019

Barwy Miłości

Wydawać by się mogło, że napisanie książki, której tematem przewodnim jest miłość to nic trudnego. No bo przecież wystarczy wykreować poruszającą historię, która zagra na emocjach czytelnika i gotowe. Otóż nic bardziej mylnego. Dziś, kiedy rynek wydawniczy zalewają wręcz historie miłosne, poprzeczka oczekiwań, które mają czytelnicy względem tego rodzaju tytułów, ciągle rośnie i przed autorami stoi nie lada wyzwanie, by jej sprostać.

Dziś przekonamy się, czy udało się tego dokonać Pani Małgorzacie Kasprzyk, która oddała w nasze ręce zbiór sześciu opowiadań „Miłość w Ustroniach”, których motywem przewodnim jest właśnie miłość.

Myślę, że zgodzicie się ze mną, iż każda miłość jest inna. Nie ma dwóch tożsamych uczuć.
Każda rodzi się w innych okolicznościach, w różnym momencie naszego życia. Autorka w swoich opowiadaniach doskonale przedstawiła różne smaki i barwy miłości. Zapewne zastanawiacie się, czym zatem ten tytuł wyróżnia się spośród już wcześniej nam znanych?
Odpowiedź na to pytanie klaruje się sama od pierwszych chwil, kiedy oddajemy się jego lekturze. Bezsprzecznie tym, co jest jednocześnie największym jego atutem, mianowicie, autentycznym i życiowym ujęciem tematu. Możecie być pewni, że decydując się na poznanie historii, które skrywają karty najnowszej książki, autorki, nie otrzymacie przesłodzonych opowiastek, a prawdziwy obraz z jego cieniami i kontrastami. Wszytko,  czym może stać się i  przypuszczam, że na pewno ma odzwierciedlenie w wielu związkach.

Oczywiście nie będę Wam zdradzała dokładnie, jakiego rodzaju miłości dotyczą poszczególne opowiadania, ale postaram się opisać Wam ich barwę oraz smak, jak również emocje, które towarzyszą ich bohaterom. A ponadto poznacie przesłania i wnioski, jakie ja sama z każdego z nich wyciągnęłam dla samej siebie.

Pierwsze z opowiadań, czyli „Zajazd pod dębami” ukazuje nam miłość, która przez siłę jednej plotki zostanie wystawiona na próbę. Ale, czy w istocie plotka ta jest bezpodstawna? O tym już musicie przekonać się sami.
Kolejne opowiadanie „Letnia rezydencja to historia miłości naznaczonej śladami przeszłości.
Trzecie opowiadanie „Willa w Podkowie to wspaniały dowód na to, że miłość nie liczy lat.
Czwarte z kolei jest opowiadanie „Hotelik na Błoniach”, to wspaniała lekcja dla nas czytelników, która uczy nas, by nigdy nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków, bo nie zawsze wszystko jest tylko czarne, albo tylko białe, nawet wtedy, kiedy na takie wygląda.
Piąte już opowiadanie„Pensjonat u Barbary” skrywa w sobie piękne przesłanie motywujące nas do tego, abyśmy nigdy nie rezygnowali z miłości, ponieważ, nawet kiedy czujemy, że stoimy na przegranej pozycji, może okazać się, że nie to, co widzimy, jest całą prawdą.
I ostatnie, ale nie mniej wartościowe opowiadanie „Nissan Sunny”, podsuwa mi jedną konkluzję, która według mnie może stanowić idealne podsumowanie całości zbioru.
Miłość jest pełna niespodzianek, które zaskakują nas w najmniej spodziewanym momencie.
Jedne z nich poddają nas próbom, inne niosą ze sobą smutek, nostalgię, a jeszcze inne dają nadzieje i radość. Jednak niezależnie od tego, jaka ścieżka prowadzi nas ku miłości, dla niej warto się starać i walczyć. Dla niej warto żyć.

Oczywiście gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po „Miłość w Ustroniach”. Jestem pełna podziwu dla Pani Małgosi, że w tak, krótkiej formie, jaką jest opowiadanie, udało się Jej przekazać tak wiele wartościowej treści, która skłania do refleksji i przemyśleń także nad własnym związkiem. Dzięki wyrazistości bohaterów poszczególnych opowiadań, a także cechującemu je realizmowi, stają się oni nam bardzo bliscy i bardzo angażujemy się w to, co przeżywają.
Na uwagę zasługuje również bardzo swobodny styl i język, którym posługuje się autorka.
Wszystkie te czynnik sprawiają, że zagłębiając się w lekturę owego zbioru, przez chwilę odrywamy się od codzienności, która nas otacza, by niepostrzeżenie mknąć do końca, który następuje w mgnieniu oka.
Jestem pewna, że jeszcze nie raz wrócę do tego tytułu, a Wam kochani jeszcze raz serdecznie go polecam.
Choć autorka napisała go z okazji walentynek, to jednak myślę, że doskonale sprawdzi się również wiosną, czy też latem, wszak to czas, kiedy miłość kwitnie wokół nas.

Recenzja powstała we współpracy z Autorką, za co bardzo dziękuję.

Jeśli jesteście ciekawi, jakie inne książki autorki już są za mną i czy, podobnie, jak ten tytuł je również Wam polecam, zajrzyjcie, proszę tutaj.



sobota, 4 sierpnia 2018

Siła konfliktu.


Kochani dziś przychodzę do Was z kolejnym bardzo ważnym tematem do przemyśleń i refleksji, a to wszystko za sprawą Pani Małgorzaty Kasprzyk i Jej najnowszej książki „Podwójne życie”. Chciałabym, abyśmy dziś zastanowili się wspólnie, skąd się biorą konflikty? Co jest ich źródłem między ludźmi? Na to pytanie oczywiście istnieje bardzo wiele odpowiedzi. Z moich życiowych obserwacji wywnioskowałam, że najczęściej podłożem takowych konfliktów okazują się zazdrość, niedopowiedzenia, brak komunikacji, ludzkie domysły, które często nie mają pokrycia w rzeczywistości oraz plotki, czyli tak zwana „poczta pantoflowa”, bądź „głuchy telefon”. Te wszystkie czynniki razem wzięte tworzą bombę z opóźnionym zapłonem.
Przekonali się o tym na własnej skórze bohaterowie „Podwójnego życia”.


Filip i Michał są kolegami pracującymi w tej samej korporacji, chodź określenie koledzy, w przypadku łączą ich relacji, jest dużym nadużyciem. Filip nigdy nie przepadał za Michałem, uważając go za wyniosłego aroganta, dla którego nigdy nie miał szacunku,bo ten, z uwagi na swoje rozległe koneksje rodzinne zdobył pracę dzięki protekcji i nie potrafi jej uszanować, podczas gdy on do wszystkiego doszedł własnymi rękoma, a we wszystkie powierzone mu obowiązki służbowe wkłada dużo serca i zaangażowania. Obaj mężczyźni zdają sobie sprawę, że ich stosunki nie są najlepsze, ale nigdy nie próbują niczego między sobą wyjaśnić. Po prostu tolerują się, bo sytuacja tego wymaga.
Jednak życie bywa bardzo przewrotne i czasami potrafi spłatać niezłego figla. Tak też dzieje się i tym razem, bowiem wzajemna miłość do dwóch bliskich naszym bohaterom kobiet krzyżuje ich losy nie tylko na gruncie zawodowym, ale i prywatnym. A wszystko za sprawą Martyny, przyjaciółki Michała, w której zakochuje się Filip i Ilony, kuzynki Filipa, która nie jest obojętna Michałowi. Obie kobiety zdają sobie sprawę, że ich mężczyźni delikatnie mówiąc, za sobą nie przepadają i próbują, coś z tym zrobić, ale jak się zapewne domyślacie, nie jest to łatwe. Co więcej, pewien sekret, który skrywa Martyna, jeszcze bardziej eskaluje zaistniały konflikt.
Nie zdradzę nic więcej, żeby nie psuć Wam przyjemności czytania, powiem tylko, że nie tylko Martyna ma swój sekret. Pozostała trójka również skrywa swoje tajemnice, ale wszystkie musicie odkryć sami, sięgając po książkę.


To, co według mnie jest największym atutem tej książki to autentyczność jej bohaterów. Nie są oni w żaden sposób wyidealizowani, czy przerysowani. Mają swoje wady i zalety, troski i zmartwienia, radości i smutki, Każde z nich pragnie zaznać szczęścia, a więc są tacy, jak każdy z nas, dzięki czemu z biegiem lektury stają nam się bliscy i zaczynamy nie tylko trzymać za nich kciuki, ale również się z nimi utożsamiać, co skłania nas do wielu przemyśleń i refleksji.

Pani Małgosia oddała w ręce swoich czytelników książkę, która może być dla nas wszystkich doskonałą lekcją. Autorka przypomina nam, że tak, jak nie należy oceniać książki po okładce, nie należy również oceniać człowieka po pozorach, bo pozory mogą mylić, a nasza ocena może być bardzo krzywdząca. Jeśli macie problem w relacjach z jakąkolwiek osobą najlepiej wyjaśnić sobie wszystko w cztery oczy, bo szczera rozmowa jest podstawą poprawnych relacji. Nigdy nie ulegajcie sile plotki, bo ta z pewnością w niczym nie pomoże, a na pewno zaszkodzi.

Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po „Podwójne życie”, jest to bardzo wartościowa książka, którą ze względu na bardzo swobodny styl autorki czyta się niezwykle przyjemnie i szybko. Nie wiem, czy wiecie, ale było to moje drugie spotkanie z twórczością Pani Małgosi. Miałam przyjemność czytać wcześniej debiutancką powieść autorki, która również bardzo mi się podobała i muszę przyznać, że książka „Podwójne życie” w niczym nie ustępuje swojej poprzedniczce. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z moją recenzją książki „Rodzinne rewolucje”, możecie oczywiście nadrobić to już teraz, klikając TUTAJ, do czego serdecznie zachęcam.

Jeśli chcecie dowiedzieć się, czy Michałowi i Filipowi uda się znaleźć drogę porozumienia, a może wręcz przeciwne, ich złość i wzajemna do siebie niechęć zniszczy szanse na miłość i szczęście, nie czekajcie dłużej i kliknijcie w link do strony wydawnictwa E-bookowo, gdzie możecie kupić „Podwójne życie” w wersji elektronicznej.

Moi drodzy chciałabym zapytać Was, jak Wy radzicie sobie z rozwiązywaniem konfliktów?

Zapraszam do dyskusji w komentarzach.


Na zakończenie chcę podziękować Pani Małgosi za możliwość spędzenia tak wartościowych chwil z Jej książką. Serdecznie dziękuję Pani Małgosiu.