Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 marca 2024

" Znajdź mnie " Anne Frasier

Poznajcie Reni Fischer, bohaterkę książki Anne Frasier „Znajdź mnie”, z której recenzją dziś do was przychodzę. Jest to młoda kobieta, która przez całe swoje życie podąża śladami innych osób. Jeszcze do niedawna była agentką FBI. Swoją codzienność podporządkowała temu, aby zrozumieć, naprawić i odpokutować grzechy innych, a przy tym spróbować zbudować swoją własną tożsamość, którą odebrano jej już jako zaledwie kilkuletniej dziewczynce. Posłuchajcie zatem jej historii.

Choć teraz jest dorosła, to tak naprawdę nigdy nie była w pełni sobą. Piętno nazwiska i poczucie winy zakorzenione w niej bardzo głęboko odcisnęły się na jej całym życiu, a wszystko dlatego, że jest córką swojego ojca. Bena Fishera, seryjnego mordercy, który zamordował wiele kobiet, a swojej wówczas pięcioletniej córeczki, używał, jako przynęty, aby zagrać na emocjach ofiar i zwabić je w zastawioną na każdą z nich pułapkę. Swego czasu, cała Kalifornia, w której dzieje się akcja tej powieści, żyła sprawą brutalnych morderstw. W momencie, kiedy my czytelnicy przystępujemy do lektury książki, oprawca już od trzydziestu lat odbywa karę pozbawienia wolności, skazany na  śmierć. Sprawa jednak do tej pory nie została doprowadzona do końca, ponieważ Ben Fisher nigdy nie wskazał miejsca porzucenia ciał zamordowanych kobiet. Mężczyzna zwodzi policję już bardzo długo, jednak jest nadzieja, że tym razem może wyjawić całą prawdę. Czy tak się stanie? O tym musicie już przekonać się sami, sięgając po tę książkę.

Sprawą zajmuje się detektyw Daniel Ellis, który jest gotów spełnić wszystkie wystosowane przez skazańca warunki, byle tylko ten zaczął wreszcie mówić. Problem jednak polega na tym, że Ben stawia warunek, na którego realizację sam detektyw nie ma wpływu. Chce spotkać się z córką, z którą utracił kontakt w dniu aresztowania. Reni nie utrzymuje kontaktów z ojcem i odcina się od niego zupełnie. Czy wobec zaistniałej sytuacji da się przekonać do spotkania z ojcem? Tego oczywiście wam nie zdradzę, powiem tylko, że Reni stoczy ze sobą wewnętrzny bój na szali, którego stać będzie powrót do bolesnej, trudnej przeszłości i poczucie powinności wobec osób, które nie zaznają spokoju, dopóki ich krewni nie wrócą do domu i nie zostaną godnie pochowani.

Muszę przyznać, że fabularnie książka bardzo mnie zaciekawiła, gdyż autorka podeszła do podjętego w niej tematu w dużej mierze w aspekcie psychologicznym. Skłania swoich czytelników do dwóch istotnych rozważań. Po pierwsze, morderca nie ma wypisane na twarzy, że jest mordercą. Może mieć dwa zupełnie różne oblicza. Ben był kochającym ojcem, który uwielbiał swoją córeczkę. To właśnie z nim dziecko miało silną więź. Dlaczego więc wciągnął je w swoją chorą grę? Ponadto pisarka wykazała, że badania wskazują, iż badając ludzki mózg, możemy określić, czy dana osoba ma predyspozycje do stania się mordercą. Świadczą o tym trzy czynniki, które muszą zostać spełnione. Jeśli jesteście ciekawi, o jakich czynnikach mowa, nie pozostaje wam nic innego, jak przeczytać książkę.

W momencie, kiedy w opisie książki przeczytałam, że decydując się na spędzenie czasu z tym tytułem, dostanę mrożący krew w żyłach thriller, od którego nie będę mogła się oderwać, wiedziałam, że nadejdzie moment, kiedy trafi w moje ręce. I teraz gdy wreszcie to się stało, z przykrością muszę przyznać, że czuję się zawiedziona konfrontacją obietnic z rzeczywistością. A to dlatego, że całość jest bardzo nierówna, jeśli chodzi o napięcie i znaczna część opisywanych na jej kartach wydarzeń była dla mnie nużąca. Owszem czeka na nas kilka zwrotów akcji, które zaskakują. Oczywiście nie napiszę zbyt wiele, ale uchylając rąbka tajemnicy, powiem tylko, że umysł dziecka ma tę niesamowitą zdolność, że w sytuacji, kiedy w jego życiu dochodzi do wydarzeń, z którymi nie byłoby sobie w stanie poradzić, umysł po prostu je blokuje. Prawda jednak prędzej, czy później do niego wróci, a wtedy wszystko, co przeżyliśmy, możemy zobaczyć w zupełnie innym świetle, odkrywając mroczne rodzinne tajemnice, o czym przekona się Reni.

Myślę, że przyznacie mi rację, iż tematycznie książka kryje w sobie ogromny potencjał na świetny thriller. W moim odczuciu jednak nie został on zupełnie wykorzystany. Choć początek był obiecujący, a zakończenie bardzo ciekawe i zaskakujące, to w środku coś nie zagrało. Zabrakło mi obiecanego napięcia, poczucia niepokoju i niepewności tego, co wydarzy się za chwilę, a na to właśnie liczę, sięgając po thriller. Jest jednak jeszcze jeden bardzo ważny wątek, który rodzi w nas czytelnikach pytanie: Jak bardzo to, co nas spotyka w dzieciństwie, może zdominować resztę naszego życia. Na ile dążenie do odkrycia prawdy może stać się niemalże naszą misją?

A powstaną one w momencie, kiedy razem z Reni dowiadujemy się, że Daniel, który przewodniczy wznowionej sprawie seryjnego mordercy z Inland Empire, jest w nią zaangażowany nie tylko służbowo, ale przede wszystkim prywatnie i emocjonalnie. Jak to możliwe, sprawdźcie już sami. To, czy warto przeczytać tę książkę, zostawiam indywidualnej rozwadze każdego, kto czyta moją recenzję. Ja mimo wszystko nie żałuję spędzonego z nią czasu, jednak zdecydowanie „Znajdź mnie” nie zostanie długo w mojej pamięci.

[Zakup własny]

sobota, 30 lipca 2022

"To jeszcze nie koniec" Egan Hughes.

W
szyscy wiemy, że miłość jest ślepa, ale często jest również naiwna. Spotykając na swojej drodze osobę, która nas zauroczy i skradnie nasze serce, stajemy się bardzo podatni na jej wpływ. Wierzymy w każde jej słowo i roztaczane przed nami wizje pięknego wspólnego życia. Dajemy się ponieść uczuciom, a racjonalne myślenie i rozsądek przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Oczarowani nie zdajemy sobie sprawy, że wówczas bardzo łatwo możemy stać się marionetką w rękach tej osoby i ofiarą jej manipulacji, której konsekwencje mogą nas bardzo wiele kosztować. Przekonała się o tym główna bohaterka powieści Egan Hughes „To jeszcze nie koniec”, którą dziś będę dla was recenzowała. 

Mia, bo to o niej mowa, dziś już wie, że jeżeli coś jest zbyt piękne, rzadko bywa prawdziwe. Kiedy będąc młodą dziewczyną, poznała starszego od siebie mężczyznę, ten bardzo jej imponował. Podejściem do życia, sposobem bycia oraz głową do tego, jak zarabiać dobre pieniądze. Rob obiecywał jej piękną wspólną przyszłość i sprawiał, że czuła się wyjątkowa. Za zasłoną pięknych słów metodycznie pozbawiał jej wszystkiego, co kochała i co stanowiło jej własną życiową przestrzeń. Przekonywał, że mając siebie, nie potrzebują niczego więcej, aby być szczęśliwymi. Nadszedł jednak dzień, kiedy brutalnie dotarło do niej, że żyła w iluzji stworzonej na potrzeby celów, które Rob bardzo starannie ukrywał. Mało tego, zrozumiała, że musi  jak najszybciej od niego odejść, gdyż w przeciwnym razie grozi jej niebezpieczeństwo.

W momencie, kiedy my czytelnicy wkraczamy w życie kobiety, ona tworzy szczęśliwy związek z innym mężczyzną, wierząc w to, że jej traumatyczne przeżycia z byłym mężem są już tylko trudnymi wspomnieniami toksycznego związku, o których chce zapomnieć i nigdy więcej do nich nie wracać. Nagła wizyta policji i szokująca informacja o jego śmierci sprawia jednak, że koszmar powraca, a z trudem odzyskany spokój zostaje być może bezpowrotnie zburzony. Eksmałżonek został zamordowany, a ona automatycznie staje się podejrzaną. Bardzo szybko okazuje się, że nie tylko ona miała motyw, by zabić. Wiele osób pałało żądzą zemsty na ofierze zbrodni i pragnęło jego śmierci. W tej sprawie jest wiele prawd i tylko jedna jest tą prawdziwą. Mia wie jednak, że ma pewien sekret, którego musi strzec przed wszystkimi, ale teraz już nie może być pewna, czy jest jedyną osobą, która zna jej tajemnicę. Jeśli ktoś wykorzysta ją przeciwko niej, to jeszcze nie będzie koniec jej traumy.

Na kartach książki poznajemy historię, która uświadamia nam, że nasza łatwowierność w sprawach uczuć może być idealnym sposobem dla nieuczciwych łowców samotnych serc, aby omamić kobietę i czerpać dla siebie korzyści z tej reżyserowanej miłości. Zakochana kobieta niepostrzeżenie dla samej siebie połyka zarzucony na nią haczyk i staje się więźniem zamkniętym w pułapce. Najmniejszy nawet przejaw sprzeciwu, kończy się agresją. Oprawca sprowokowany pokazuje swoje prawdziwe oblicze, a my dopiero wtedy konfrontujemy się z rzeczywistością, czując się oszukane. Zranione uczucia rodzą nienawiść i pragnienie odwetu. A to z kolei może doprowadzić do tragedii.

„To jeszcze nie koniec” to thriller psychologiczny skonstruowany tak, aby czytelnik do końca nie wiedział kto jest mordercą, a kto tylko ofiarą bezwzględnej intrygi. Nie wiadomo komu ufać, a kto jest tylko bardzo dobrym aktorem. Całość przedstawionych wydarzeń została podzielona na dwie płaszczyzny czasowe. Przed i po dokonanej zbrodni. Dzięki temu mamy możliwość uczestniczyć w policyjnym dochodzeniu i sami wytropić mordercę mając szeroki pogląd na wydarzenia z przeszłości. Kłamstwa i czyny, których dopuścił się Rob.  W toku prowadzonego policyjnego śledztwa przekonać się, do czego jest zdolna skrzywdzona osoba doprowadzona do ostateczności. Z uwagi na to, że osób zranionych i wykorzystanych przez zamordowanego mężczyznę było co najmniej kilka, powieść jest wielowątkowa. Wątki te jednak łączą się idealnie serwując nam świetne zakończenie.

I teraz na pewno Was zaskoczę, gdyż nie jestem do końca usatysfakcjonowana z lektury tego tytułu, jeśli miałabym wszystko o czym przeczytałam rozpatrywać w kategorii thrillera. Według mnie ta książka została niewłaściwie sklasyfikowana. W moim odczuciu jest to powieść obyczajowa z elementami dramatu i wątkiem kryminalnym. Gdyby tak właśnie została mi przedstawiona, to wówczas moja ocena tej książki byłaby o wiele wyższa. Niemniej jednak uważam, że warto po nią sięgnąć i samemu spróbować poukładać te mocno złożone i pomieszane koleje wielu bohaterów, o różnorodnej osobowości. Wszyscy oni są dowodem na to, że pozory mogą mylić i dopiero przy bliższym poznaniu człowiek może zyskać, bądź stracić w oczach innych, co też z pewnością odczujecie w kontekście tego, czego dowiecie się o każdym z nich. Była to lekka lektura, którą czytało się ciekawie i dość szybko, choć długie opisy bywały nużące. Jednak nie jest to książka, która na długo zostaje w pamięci. Na pewno lepiej zostanie ona odebrana przez osoby, które nie czytają zbyt wielu thrillerów. Natomiast ci z was, którzy tak jak ja są wielbicielami tego gatunku, mogą poczuć się zawiedzeni. To jak, skusicie się?

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Albatros, za co bardzo dziękuję.






poniedziałek, 21 września 2020

"Matka nigdy o tobie nie zapomni. Córka nigdy ci nie wybaczy"


Matka jest najważniejszą osobą w życiu dziecka niemalże od chwili poczęcia. Niezwykła więź rodząca się między dzieckiem a matką już w chwili, kiedy kobieta nosi swoje maleństwo pod sercem, sprawia, że w późniejszym okresie przez całe swoje dzieciństwo to właśnie matce dziecko ufa najbardziej. Przy niej czuje się najbezpieczniej. Z kolei dla większości matek ta mała istotka staje się oczkiem w głowie. Całe nasze życie zaczyna kręcić się wokół naszego skarbu. Wszelkie podejmowane przez nas działania i podejmowane decyzje, które odnoszą się do naszego syna czy córki mają służyć jego dobru, bezpieczeństwu i szczęśliwemu dorastaniu. Nie jest to łatwe i tylko rodzic wie, jak wiele starań i wysiłków od nas wymaga. Sytuacja wygląda o wiele trudniej, jeśli jesteśmy rodzicem dziecka chorego, czy niepełnosprawnego. W takich przypadkach bowiem matka często zmuszona jest zrezygnować z siebie, pracy zawodowej, aby poświęcić się opiece nad dzieckiem. Dla każdej z nas, która stanęła w obliczu takiej sytuacji, jest to naturalna kolei rzeczy, natomiast społeczeństwo, które każdego dnia jest obserwatorem codziennych zmagań, którym musi sprostać matka chorego dziecka, darzy ją szacunkiem, podziwem i uznaniem. Jednak taka uwaga i podziw nie każdej matce się należy. Nawet jeśli na własne oczy widzimy, z jak wielką troską i oddaniem opiekuje się ona swoim dzieckiem. Co więcej, to właśnie trzeba zrobić wszystko, aby jak najszybciej taką matkę od dziecka odizolować.

Zapewne teraz myślicie sobie, że piszę jakieś herezje. Przecież takiej rodzicielce należy się medal. Za chwilę przekonacie się, że takie postępowanie może być tylko perfekcyjnie zaplanowaną grą pozorów, wykreowaną po to, abyśmy, my postronni obserwatorzy właśnie w taki sposób o tej matce myśleli i tak ją postrzegali.

Nie opowiem Wam na szczęście o doświadczeniach z własnego życia, a postaram się przybliżyć historię Rose Gold głównej bohaterki książki Stephanie Wrobel „Troskliwa”, z której recenzją dziś do Was przychodzę.

W momencie, kiedy my czytelnicy zaczynamy towarzyszyć Rose w jej codziennym życiu, poznajemy ją jako młodą samotną matkę, która nie ma na świecie nikogo, kto byłby jej bliski i na kogo mogłaby liczyć. Dziewczyna nigdy nie miała łatwo. Już jako dziecko doznała wiele bólu i cierpienia. Nie wie, czym jest szczęśliwe dzieciństwo, ponieważ swoje spędzała w izolacji od rówieśników pod opieką zatroskanej matki, która starała się zrobić wszystko, aby wreszcie znalazł się ktoś, kto powie jej, dlaczego jej córeczka gaśnie w oczach. Jest coraz słabsza, wymaga żywienia pozajelitowego i porusza się na wózku. Żaden z lekarzy, choć było ich bardzo wielu, nie potrafił ustalić przyczyn tak ciężkiego stanu dziewczynki. Mimo to jej mama Patty się nie poddała. Trwała przy córce. Każdemu dziecku chciałoby się życzyć tak cudownej matki. Nie wypowiadajcie jednak podobnych życzeń zbyt pospiesznie. A dlaczego? No właśnie.

Po kilku latach od tamtejszych wydarzeń Rose próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Jak jej to się udaje, ocenicie już sami. Teraz matki przy niej nie ma, ponieważ odbywa pięcioletni wyrok pozbawienia wolności za doprowadzenie do utraty zdrowia i zagrażanie życiu własnej córki. Tak ta szokująca prawda po latach wyszła na jaw. Dziewczyna już wie, że ta, którą tak bardzo kochała, przez wiele lat okłamywała ją. Mało tego, odegrała perfekcyjną rolę przed lekarzami i mieszkańcami małej społeczności, w której dzieje się akcja powieści. Manipulując ich emocjami, sprawiła, że uwierzyli w jej bezgraniczną miłość i cierpiące serce matki.

Przystępując do lektury książki, zaczynamy poznawać jej fabułę od dnia, w którym Patty opuszcza zakład karny i wspólnie z córką wraca do jej domu. Wygląda na to, że obie chcą zacząć od nowa i postarać się znów być rodziną. Jednak bardzo szybko przekonujemy się, że obie mają swój plan i chcą konsekwentnie go realizować niekoniecznie darzący do pojednania. Atmosfera staje się coraz bardziej napięta i gęsta, tym bardziej że mieszkańcy miasteczka tak łatwo nie wybaczają i nie zapominają.

„Troskliwa” to debiut autorski Stephanie Wrobel i muszę przyznać, że choć mam do niego kilka zastrzeżeń to jednocześnie podziwiam autorkę za podjęcie się w swojej książce tak ważnego, ale jednocześnie niełatwego tematu, jakim jest *Zespół Zastępczy Münchhausena. Cechy tego zespołu właśnie wykazuje matka Rose. Pod tym względem autorka przygotowała się bardzo dokładnie i doskonale odzwierciedliła zachowanie i postępowanie osoby, która na niego cierpi. Sama nigdy wcześniej poza literaturą fachową nie czytałam żadnej innej książki, która poruszałaby problem tej jednostki chorobowej. Teraz natomiast przejdźmy do kwestii wyczerpania znamion thrillera psychologicznego, który to gatunek reprezentuje ten tytuł. Tutaj poczułam już pewien niedosyt, a nawet mogę powiedzieć, że się zawiodłam. Zacznijmy jednak od plusów. Pierwszy i najważniejszy to świetna kreacja bohaterów. Złożoność zarówno postaci matki, jak i córki sprawia, że żadnej z nich nie można jednoznacznie określić jako dobrą, czy złą. Mimo że, Rose, przez wiele lat była krzywdzona przez matkę, nie możemy do końca uznać jej za ofiarę, ponieważ od chwili kiedy poznała całą prawdę jej postępowanie i motywy nią kierujące również pozostawiają wiele do życzenia.

A teraz zaczynają się te mniej dopracowane w moim odczuciu aspekty, czyli brak umiejętności utrzymania początkowo odczuwalnego napięcia i uwagi czytelnika.
Kiedy zaczynałam poznawać fabułę książki, z rosnącym napięciem czekałam na to, co wydarzy się za chwilę i w jakim kierunku potoczy się akcja. Jednak kiedy po zachowaniu Patty zorientowałam się, na czym opierać się będzie opierała się cała treść książki, siłą rzeczy z uwagi na znajomość istoty poruszanego problemu stała się ona dla mnie w pewien sposób przewidywalna i odebrała mi przyjemność wynikającą z elementu zaskoczenia. Dlatego jestem pewna, że osoby, które nie wiedzą nic na temat Zastępczego Zespołu Münchhausena, odbiorą tę książkę zupełnie inaczej, niż ja.

Tytuł ten to dająca do myślenia opowieść o chorobie, cierpieniu, zaburzeniach psychicznych tzw. zaburzeniach pozorowanych, krzywdzie, winie, karze i pragnieniu zemsty. Książkę czyta się bardzo szybko, czemu sprzyja swobodny styl i język, którym posługuje się autorka.

Bez wątpienia należy pogratulować autorce udanego debiutu. Widać, że ma talent. W jej twórczości kryje się potencjał. Początki zawsze są trudne. Na pewno z czasem dalszy wkład pracy zaowocuje wieloma świetnymi książkami, które wyjdą spod Jej pióra i po które ja chętnie sięgnę.

Na zakończenie chciałabym prosić Was moi kochani, abyście byli czujni i zwracali uwagę na to, czy ta troskliwa i kochająca matka, która być może mieszka obok was i która tak wspaniale opiekuje się swoim dzieckiem rzeczywiście ma na sercu jego dobro. Zaburzenia pozorowane wywoływane przez rodziców i opiekunów dzieci bowiem to nie fikcja literacka, a tragiczna i szokująca rzeczywistość, która może prowadzić nawet do śmierci dziecka. Obecnie prowadzone są specjalne szkolenia dla lekarzy i personelu medycznego mające na celu nauczyć ich, jak rozpoznać rodzica, czy opiekuna, który wykazuje cechy wspomnianego zespołu. Jednak jest on bardzo trudny do zdiagnozowania, dlatego wszyscy musimy być czujni. Bez naszej pomocy te bezbronne maluchy sobie nie poradzą.

*Zespół Münchhausena Rodzice wywołują u swoich dzieci choroby, by zyskać uwagę i współczucie otoczenia.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania książka, za co bardzo dziękuję.

Zachęcam Was również do zapoznania się z całą ofertą thrillerów przygotowaną dla nas przez księgarnię.



czwartek, 2 kwietnia 2020

Coś jest ze mną nie tak. Nikt mnie nie rozumie.


Kocham życie, jednak wiem, że bywa ono bezwzględnym przeciwnikiem. Doświadcza nas wieloma ciężkimi przeżyciami, które często odciskają swoje piętno na bardzo wiele lat, a nawet na zawsze. Najbardziej bolesny jest w moim odczuciu fakt, że nie oszczędza ono nawet dzieci. Nierzadko bowiem wiele z nich od najmłodszych lat zmuszone jest zmagać się z sytuacjami, z którymi niejeden dorosły miałby problem sobie poradzić. Nie możemy jednak zapomnieć, że wszystkie takie zdarzenia kształtują usposobienie dziecka, jego otwartość na świat i ludzi, a także mają wpływ na to, jak ono samo będą, siebie postrzegało w przyszłości.

Zdecydowałam się podjąć ten temat nie bez powodu. Dziś bowiem chciałabym przedstawić Wam nastoletnią Miriam bohaterkę powieści „Szepty przeszłości” Mileny Breś, która jak nikt inny wie, jak trudno jest żyć w świecie, w którym nikt cię nie rozumie, a jedynie potrafi ferować krzywdzące osądy.

Dziewczyna od zawsze czuje się niechciana przez innych. Boi się ufać i zbliżać do ludzi. Od tragicznej śmierci ojca została pozostawiona samej sobie, gdyż matka pogrążona w chorobie alkoholowej zupełnie straciła jakąkolwiek więź z córką. Jedynym przyjacielem dziewczyny jest Maciek i chciałabym móc powiedzieć, że to świetnie, iż  jest przy niej chociaż jedna osoba, na którą zawsze może liczyć, gdyby nie jeden bardzo istotny fakt,  Maciek jest niewidzialny. Nie widzi go nikt poza Miriam. I nie myślcie sobie, że mamy tu wątek fantasy, nic bardziej mylnego. Sama dziewczyna czuje, że musi być z nią coś nie tak, skoro wszyscy prędzej, czy później ją od siebie odpychają. Jej nietypowa relacja z niewidzialnym przyjacielem sprowadza na nią wiele kłopotów. Po jednym z takich właśnie incydentów matka decyduje się oddać Miriam do szpitala psychiatrycznego. Miriam ma jej to za złe, gdyż przeżywa tam piekło, ale tam też ktoś po raz pierwszy mówi jej, że wszystko, to co się z nią dzieje nosi swoją nazwę i ma miejsce tylko w jej głowie. To schizofrenia. W placówce rozgrywa się koszmar, więc Miriam jest szczęśliwa, kiedy dowiaduje się, że z pomocą przyszedł jej dziadek, który postanawia zabrać wnuczkę do domu rodzinnego jej ojca i tam wspólnie z żoną się nią zaopiekować. Dziadek stawia tylko jeden kategoryczny warunek. Miriam musi chodzić do szkoły. Pewnie wydaje Wam się to dosyć dziwne i oczywiste zarazem, ale dla naszej bohaterki jest to nie lada wyzwanie, ponieważ to będzie jej pierwszy raz w murach szkolnych. Dotychczas uczyła się bowiem tylko w systemie nauki indywidualnej, Co było tego powodem, musicie już przekonać się sami. O pomoc w zaaklimatyzowaniu się wnuczki w nowym środowisku dziadkowie proszą Piotrka, miejscowego chłopaka, którego Miriam zna z czasów, kiedy wspólnie z rodzicami odwiedzała dziadków, ale do którego nie pała sympatią. Nie wie  jeszcze jednak,  jak bardzo on sam i pobyt w rodzinnych stronach taty odmieni jej życie, Tylko czy na lepsze? O tym dowiecie się, sięgając po książkę.

Szepty przeszłości” to książka napisana przez osiemnastoletnią wówczas autorkę i właśnie ten fakt trzeba mieć na uwadze, przystępując do jej lektury. Jestem psychologiem i już teraz mogę Wam zdradzić, że sposób przedstawienia w tej powieści samej choroby, jaką jest schizofrenia, znacznie odbiega od stanu faktycznego. Proces leczenia i samego radzenia sobie z tą jednostką chorobową nie przebiega tak lekko i problem nie znika tak  niemal  na pstryknięcie palcem, jak zostało to ukazane w tej historii, ale za to autorce doskonale udało się pokazać, jak bardzo duże znaczenie ma dla osoby zmagającej się z podobnymi problemami poczucie akceptacji i zrozumienia. Ta choroba, jak i zresztą wiele innych może pozbawić chorego poczucia własnej wartości, możemy przestać wierzyć w siebie i w to, że są wokół nas ludzie, którym na nas zależy i dla których jesteśmy ważni. To właśnie Piotrek i Maja, którą poznacie już sami, starają się pomóc Miriam i przywrócić jej odwagę, którą zaszczepił w niej tata.

Niestety choroba to nie jedyne, z czym przyjdzie się jej zmierzyć. Pobyt u dziadków ujawnia nieznane dotąd fakty z przeszłości, którym Miriam będzie musiała stawić czoła, aby sprawiedliwości stało się zadość. Tylko czy starczy jej na to sił i odwagi? Nie będzie to proste, ponieważ, aby mogło się udać niezbędna będzie konfrontacja z własnymi lękami.

Milena Breś w bardzo trafny sposób uświadomiła nam dorosłym z jak wieloma problemami często w poczuciu osamotnienia i braku wsparcia muszą zmagać się młodzi ludzie. Myślę, że po przeczytaniu tej książki rodzice zaczną bardziej zwracać uwagę na to, co dzieje się z ich dziećmi i jak można im pomóc, nie oceniając z góry.
Mimo że jak wspomniałam wcześniej, w książce nie znajdziecie pełnego obrazu tego, jak wygląda życie ze schizofrenią, to przeczytacie tu o sile przyjaźni i miłości, która jest nam wszystkim niezbędna w tak trudnej sytuacji.
Żałuję tylko, że wszystkie opisane w książce sytuacje działy się tak szybko. Miałam wrażenie, że autorka pędzi przez nie jakby poganiana przez kogoś.
Nie wiem, jak Wy, ale w moim przekonaniu poruszanie tematu choroby, osamotnienia, odrzucenia, czy też miłości i przyjaźni potrzebuje, aby czytelnik zatrzymał się na dłuższą chwilę, po to by mieć czas na przemyślenia i refleksje odnośnie do tego, o czym właśnie przeczytał i mnie tutaj tego zabrakło.

Ostatecznie jednak oczywiście zachęcam Was do tego, abyście sięgnęli po „Szepty przeszłości”, ponieważ pomimo wspomnianych mankamentów uważam, że jest to udany debiut młodej autorki. Choć według mnie jest to książka adresowana głównie do nastoletniego czytelnika, to starsi również mogą spędzić przy niej miło czas, a rodzice, spróbować spojrzeć na wiele istotnych kwestii, oczami dorastającego dziecka z problemami w dużej mierze mającymi swój początek w przeszłości. Podczas lektury robi się ciepło na sercu, kiedy widzimy, jak rozwija się relacja między Piotrkiem a Miriam. Jak również to, jaką piękną przyjaźń ofiarowała jej Majka. Jeśli chodzi o samych bohaterów, to pokochałam Piotrka. Taki chłopak to naprawdę skarb. Jest wspaniały, choć, jak się przekonacie, sam również nie ma łatwego życia. Majka zaprzecza wszelkim stereotypom córki bogatych rodziców i za to bardzo ją polubiłam. A jeśli chodzi o samą główną bohaterkę, to nie od razu wzbudziła ona moją sympatię, ale znając jej historię, jestem w stanie zrozumieć, z czego to wynikało.

Cóż więcej mogę Wam powiedzieć, Jestem pełna podziwu dla autorki, że zdecydowała się w tak młodym wieku podjąć pisania na tak naprawdę trudny i złożony temat. Wyszło jej to naprawdę dobrze z naciskiem na emocje i uczucia młodego człowieka, w sytuacji, kiedy ciężko Ci poradzić sobie samemu ze sobą, a co dopiero z otaczającym Cię światem. Książkę czyta się naprawdę bardzo szybko i lekko więc jedno popołudnie lub wieczór na pewno wystarczą na jej przeczytanie. Zapewniam Was, że jeśli zdecydujecie się sięgnąć po „Szepty przeszłości”,  nie będziecie tego, żałować. Czytajcie i dzielcie się swoimi wrażeniami po lekturze książki, bo niestety jakoś o niej cicho.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Czytajmy polskich autorów, za co bardzo dziękuję.



poniedziałek, 3 czerwca 2019

Kiedy plotka zaczyna żyć własnym życiem.

„Plotki są jak nasiona niesione przez wiatr. Nie da się przewidzieć, gdzie wylądują, ale gdzieś na pewno. Zagnieżdżą się w pęknięciach i szczelinach, zaczną kiełkować. A potem zapuszczają korzenie. Nie ma znaczenia, czy jest w nich prawda, czy nie. Im częściej są powtarzane, tym szybciej i bardziej rosną, niczym łodygi fasoli pnące się ku słońcu”.

Moi drodzy od urodzenia mieszkam w niewielkiej miejscowości i choć bardzo kocham moją cichą i urokliwą wioskę i nie zamieniłabym jej na żadne inne miejsce na świecie, to jednak jest coś, czego bardzo nie lubię. Z uwagi na to, że wszyscy mieszkańcy naszej miejscowości znają się niemalże od pokoleń, a i dzieje się tu niezbyt wiele, to niestety wszyscy wszystko o sobie wiedzą, a nawet więcej, często wydaje im się, że o danej osobie wiedzą więcej niż ona sama o sobie. I tak oto rodzą się plotki, które szeptane niby to w sekrecie przez jedną sąsiadkę drugiej sąsiadce, bardzo szybko obiegają całą wioskę, nierzadko obrastając w legendę. Nikt zazwyczaj nie zastanawia się, czy dana plotka ma w sobie ziarno prawdy. Ważne, że coś się dzieje.

Na tę odrobinę prywaty pozwoliłam sobie ze względu na to, że dziś chcę opowiedzieć Wam o książce „Plotka Lesley Kara, która na swoich kartach skrywa historię, dzięki której czytelnik uświadamia sobie, jak wiele złego może uczynić plotka niesiona z ust do ust na ludzkich językach. Zanim jednak opowiem kilka słów o samej książce, chcę, abyście wiedzieli, że przedstawione w niej wydarzenia oparte są na prawdziwej historii.

Jeśli jesteście ciekawi, jak to wszystko się zaczęło, to zapraszam Was razem ze mną do niewielkiego nadmorskiego miasteczka Flinstead, do którego trafiamy wspólnie z główną bohaterką powieści Joanną i jej synem Alfim. Miasteczko to jest miejscem, w którym Joanna się wychowała i dorastała. Dziś wraca z Londynu, gdzie dotychczas mieszkała, w rodzinne strony, by zapewnić synkowi spokojne i szczęśliwe dzieciństwo. Dla nich obojga ta przeprowadzka ma być początkiem nowego życia. Chłopiec uczęszcza do tamtejszej szkoły, jednak nie jest mu łatwo nawiązywać przyjaźnie z nowymi kolegami z klasy. Joanna postanawia mu w tym pomóc i chce nawiązać bliższe relacje z matkami kolegów  dziecka, mając nadzieję, że w ten sposób chłopcy łatwiej zaakceptują nowego kolegę.
Pewnego dnia podczas rozmowy z innymi matkami Jo dowiaduje się, że prawdopodobnie w ich miasteczku mieszka dzieciobójczyni, która przed laty będąc jeszcze dzieckiem, wbiła nóż w serce innemu dziecku. Dziś Stella jest już dorosłą kobietą i jak wieść niesie pod innym nazwiskiem, ukrywa się właśnie w Finstead. Początkowo Jo postanawia zbagatelizować te pogłoski. Jednak to, czego się dowiedziała, nie daje jej spokoju i już wkrótce powtarza  zasłyszaną plotkę dalej. Lotem błyskawicy plotka zaczyna żyć własnym życiem.
Niebawem okazuje się, że zbytnie zainteresowanie Joanny sprawą morderczyni, a także rozpowiadanie plotki może kosztować ją bardzo wiele. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, którym dla matki bez wątpienia jest zagrożone bezpieczeństwo jej dziecka. Joanna otrzymuje tajemnicze przesłanki świadczące o tym, że:
„Plotki potrafią zabijać”.
Czy synek Joanny jest w niebezpieczeństwie i kim jest ukrywająca się przestępczyni? To dwa główne nurtujące czytelnika pytania. Odpowiedz na nie, czeka na Was oczywiście podczas lektury.

Moi kochani „Plotka”, to jedna z tych książek, która zainteresowała mnie już w momencie zapowiedzi nie tylko ciekawym opisem, ale również zapewnieniami, że oto w moje ręce trafia pełen napięcia thriller, który podniesie mi poziom adrenaliny i ciśnienie krwi. W obliczu tego rodzaju zapewnień miałam wobec tej książki bardzo duże oczekiwania. I niestety się zawiodłam. Nie mogę powiedzieć, że jest to książka zła, bo z pewnością taka nie jest. Natomiast zdecydowanie historia w niej opisana jest nierówna. Mamy tu interesujący początek, słaby środek i rewelacyjne zakończenie. Ponadto bardzo uciążliwe staje się w całej fabule nagromadzenie bardzo dużej ilości bohaterów, którzy tworzą swego rodzaju sztuczny tłum. Myślę, że autorka w ten sposób chciała zmylić tropy czytelnika odnośnie wykrycia morderczyni. Tu każdy jest podejrzany, a wzajemne oskarżenia mogą mocno krzywdzić. W rezultacie jednak zabieg ten jedynie bardzo utrudnił czytelnikowi zorientowanie się, kto jest kim i jaką pełni funkcję w całej opowieści.
Jeśli chodzi o tempo akcji, to również było ono bardzo zmienne. I tak jak samo zakończenie, czyli ostatnie sto stron bardzo angażuje i pochłania czytelnika, dosłownie w mgnieniu oka, tak sam środek jest mocno i w moim odczuciu niepotrzebnie rozciągnięty, co u mnie samej zaowocowało kilkoma momentami znużenia lekturą.

Reasumując, „Plotkę” polecam tym z Was, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tym gatunkiem i szukają czegoś, co czyta się lekko i nie wymaga zbytniego zaangażowania i wysiłku intelektualnego. Czytelnik, który jest wielbicielem thrillerów, a tym samym czyta je dość często i wymaga dużo, może poczuć się zawiedziony.

Nie chcę jednak, żebyście rezygnowali z sięgnięcia po „Plotkę” pod wpływem mojej recenzji, ponieważ wiem, że zbiera ona bardzo wysokie oceny, dlatego zachęcam Was, abyście książkę przeczytali i wyrobili sobie o niej własne zdanie. Warto dać jej szansę, choćby ze względu na świetne zakończenie.

Jako że ja zawsze daję autorowi drugą szansę, to na pewno przeczytam kolejną książkę Lesley Kara.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania książka, za co bardzo dziękuję. Zachęcam Was również do zapoznania się z całą ofertą nowości i bestsellerów księgarni.



czwartek, 14 lutego 2019

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie!



Moi kochani, czy kojarzycie nadawany przez telewizję polską program „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”? Jeśli nie, powiem Wam tylko, że jest to program, w którym zrozpaczeni bliscy osób zaginionych w niewyjaśnionych okolicznościach apelują do widzów o pomoc w ich odnalezieniu. Zawsze, kiedy oglądałam transmisję tego programu, nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, co czują te wszystkie osoby. Zastanawiają się zapewne, jak to się stało, że ślad po bliskiej ich sercu osobie zaginął i chcą nie tylko, żeby ich krewny czy przyjaciel wrócił, ale także zależy im na poznaniu całej prawdy o powodach i okolicznościach ich zniknięcia. Jednak, czy zawsze prawda staje się ukojeniem?

Teraz pewnie zadajecie sobie pytanie, dlaczego właśnie dziś chcę poruszyć z Wami ten trudny temat. Pretekstem do tak bolesnych rozważań jest lektura przeczytanej przeze mnie w ostatnim czasie książki B. A. Paris „Pozwól mi wrócić, z której recenzją dziś do Was przychodzę.

Główny bohater jej najnowszej powieści - Fin - przeżył przed laty bardzo podobną sytuację. Kiedy dwanaście lat temu wybrał się ze swoją ukochaną Laylą na wakacje do Francji, wierzył, że już za kilka tygodni zrobi jej wspaniałą niespodziankę, która będzie początkiem ich wspólnej szczęśliwej drogi przez życie. Nic nie wskazywało na to, że może wydarzyć się coś złego. Niestety, jak się okazuje te wakacje, były ich ostatnimi wspólnymi chwilami, ponieważ w drodze powrotnej podczas postoju, kobieta nagle znika. Policja prowadzi dochodzenie, przesłuchuje Fina. Jak to, zwykle w takich sytuacjach bywa, są tacy, którzy wierzą w opisywaną przez mężczyznę wersję tamtejszych wydarzeń, lecz są i tacy, którzy nawet po upływie tak wielu lat nie dają im wiary. Tylko Fin wie, że nie powiedział wtedy całej prawdy…
Dziś jest już w zupełnie innym miejscu swojego życia. Chce ułożyć je na nowo z siostrą swojej zaginionej dziewczyny Elen. Ich związek wkracza w poważny etap, ponieważ planują ślub. Kiedy  wreszcie wszystko zaczyna układać się po ich myśli i udało im się odzyskać utracony przed laty spokój przeszłość, o której, choć nie zapomnieli, to jednak udało im się z nią pogodzić, nagle powraca. Jeden telefon odmienia wszystko. Ktoś twierdzi, że widział Laylę. Co więcej, już wkrótce, zaczynają się dziać rzeczy, które zdają się tę informację potwierdzać. W głowie naszego bohatera panuje chaos. Czy jego ukochana naprawdę żyje i chce wrócić do jego życia, czy może komuś bardzo zależy, aby tak właśnie myślał? Komu może zaufać? Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Za wszelką cenę, chce dociec prawdy. Tylko, czy rzeczywiście zawsze wiedzieć jest najlepiej?

Zanim podzielę się z Wami moimi odczuciami po lekturze książki, chcę, abyście wiedzieli, że było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, tak więc nie mam porównania do pozostałych książek, które wyszły spod jej pióra. Niemniej jednak tytuł ten reprezentuje gatunek, który lubię, dlatego też będę oceniała go pod kątem wyczerpania znamion gatunku, jak również osobistych odczuć i emocji, jakie we mnie wzbudziła. I niestety z przykrością muszę przyznać, że nie do końca spełnił on moje oczekiwania.

Jak wiecie, a jeśli nie wiecie, to dziś się dowiecie, że w książkach szukam zawsze odniesienia do realnego życia, po to, aby wynieść z nich coś dla siebie i konfrontując się z opisanymi na ich kartach  historiami, zastanowić się, jak zachowywałabym się i jakie decyzje podjęłabym, będąc zmuszoną stanąć w obliczu podobnej sytuacji. Czytając opis książki, byłam przekonana, że sięgając po „Pozwól mi wrócić”, taką właśnie fabułę otrzymam. Przecież bardzo często, chociażby w mediach słyszymy, że ktoś zniknął i po wielu latach się odnajduje. Niestety poczułam się zawiedziona, kiedy okazało się, że autorka serwuje swoim czytelnikom zupełnie odrealnioną i przewidywalną opowieść. Takie rzeczy w życiu się nie zdarzają. Ponadto, zabrakło mi tu, jakiś naprawdę zaskakujących rozwiązań zagadki zaginięcia bohaterki.

Nie znaczy to jednak, że książka jest zła. To, co trzeba bezsprzecznie podkreślić na plus to fakt, że Pani Paris ma bardzo cenną dla pisarza umiejętność przyciągania uwagi czytelnika. Nawet,  kiedy już wiemy, w jakim kierunku potoczą się dalsze wydarzenia przedstawione w książce, to mimo to, nie jesteśmy się w stanie oderwać od lektury, co w połączeniu z lekkością pióra autorki sprawia, że książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Oczywiście mamy tu również momenty, które owiane tajemnicą wzbudzają dreszczyk emocji, więc jestem pewna, że jeśli zdecydujecie się przeczytać tę książkę, spędzicie z nią naprawdę ciekawie jeden, czy dwa wieczory. Mniej wymagający czytelnik na pewno będzie usatysfakcjonowany. Ja jednak, choć będę tę książkę miło wspominać i polecać czuję czytelniczy niedosyt.

Nie zmienia to, faktu, że na pewno sięgnę po poprzednie książki autorki, jak również czekam na kolejne.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Albatros, za co bardzo dziękuję.

niedziela, 3 lutego 2019

Życiowy start ma znaczenie.

Kochani, zapewne nikt z nas nie poda w wątpliwość tego, że dobry życiowy start ma ogromny wpływ na naszą przyszłość. Jeśli wychowujemy się w szczęśliwej, kochającej rodzinie kształtuje się nasza pewność siebie i otwartość. Kiedy czujemy się kochani przez osoby nam najbliższe i możemy liczyć na ich wsparcie, wówczas kroczymy przez życie z wiarą i nadzieją z optymizmem postrzegając to, co może przynieść jutro.

Niestety nie każdy z nas ma tyle szczęścia, by dorastać w domu rodzinnym otoczonym spokojem ciepłem i miłością.

Dziś opowiem Wam historię Leo i Evie, bohaterów powieści Mii Sheridan „Bez tajemnic”, o której chcę Wam dziś w kilku zdaniach napisać.

Ta dwójka dzieci niestety nie miała szczęścia urodzić się pod szczęśliwą gwiazdą. Nigdy nie zaznały ciepła i miłości, a ich losy splotły się w rodzinie zastępczej. Od teraz dla siebie wzajemnie stali się wsparciem i pocieszeniem. Z biegiem czasu silnie zaciśnięte więzi przyjaźni przerodziły się w rodzącą się nieśmiało miłość, dzięki której czuli się wreszcie dla kogoś najważniejsi.
Pewnego dnia jednak chłopiec dostaje od losu szansę na lepsze życie. Choć rozstanie z ukochaną Evie jest trudne, nastolatkowie składają sobie obietnicę, która rodzi w sercu dziewczyny nadzieję na wspólną przyszłość we dwoje.
Osiem lat później, przyjaciel Leo, który zjawia się w życiu dorosłej już Evie, przekazuje jej wiadomość, która sprawi, że już nigdy nic nie będzie tak, jak tego pragnęła.
Dawny przyjaciel stawia na drodze młodej kobiety Jeka czarującego mężczyznę, który bardzo szybko zdobywa serce dziewczyny dzięki swojej dobroci, oddaniu i miłości. Z biegiem czasu uczucie to wybucha żarem namiętności.
Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie fakt, że mężczyzna ewidentnie ma swoje sekrety, które, coraz trudniej jest ukryć, a wyznanie prawdy ukochanej staje się niezmiernie trudnym wyzwaniem.
Na pewno jesteście ciekawi, kim tak naprawdę jest Jake i co takiego ukrywa? Na to pytanie jednak będziecie musieli, znaleźć odpowiedz samodzielnie, sięgając po książkę.
Sprawdźcie, czy prawda, z którą będą musieli zmierzyć się nasi bohaterowie, zniszczy ich szansę na wspólną przyszłość.

Fabuła książki została podzielona na dwie części. Pierwsza z nich przedstawia perspektywę wydarzeń opisanych na kartach powieści widzianą oczami Evie. Druga natomiast to perspektywa wydarzeń przedstawiona przez Leo. I to właśnie ta część według mnie była ciekawsza. Pomimo że z racji tego, iż bohaterowie do momentu, kiedy los postanowił ich rozdzielić, przeżywali wszystkie wydarzenia  w domu zastępczym wspólnie, i w związku z tym, w części tej czytamy wiele powtórzeń, o których czytaliśmy już w części pierwszej, to to, czym dzieli się z nami Leo z czasów, kiedy u jego boku nie było ukochanej dziewczyny, jest naprawdę wstrząsające. Bez wątpienia, to właśnie on doświadczył o wiele więcej okrucieństwa niż Evie, jeżeli w ogóle można to porównywać.

Zapewne oczekujecie ode mnie, że napiszę Wam, czy polecam Wam tę książkę i czy będę zachęcać do jej przeczytania? I muszę Wam się przyznać, że mam problem z tym, aby jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. A to dlatego, że jako wierna fanka i wielbicielka twórczości autorki muszę powiedzieć, że czuję się tą książką zawiedziona, bo doskonale wiem, że Sheridan stać na dużo więcej. Tymczasem „Bez tajemnic” to książka mocno przewidywalna i schematyczna. Trudna przeszłość bohaterów, demony przeszłości, które nie pozwala o sobie zapomnieć, miłość, namiętność, seks.

Owszem książkę czyta się bardzo szybko i lekko z uwagi na bardzo lekki styl pisania autorki, jednak niestety nie wnosi ona niczego nowego i ma swoje wady. Kolejną z nich oprócz schematyczności i przewidywalności, o której wspomniałam, jest za dużo scen erotycznych, szczególnie w pierwszej części. Ja wszystko rozumiem, ale sytuacja, kiedy dosłownie w każdej scenie Evie i Jakie lądują w łóżku, to już zdecydowanie przesada. Bardzo szybko stało się to aż nudne.

Jednak jest też coś, co sprawia, że ja sama jestem w stanie tej książce wiele wybaczyć. A mianowicie jest to fakt, że ten tytuł, był debiutem w dorobku twórczym autorki. Każdy autor kiedyś zaczynał i musimy wziąć poprawkę na to, że potrzeba czasu, by móc szlifować swój warsztat twórczy, wyciągać wnioski i uczyć się na błędach. A jeśli znacie inne książki autorki na pewno po przeczytaniu tej, mając porównanie, na pewno zauważycie, jak bardzo rozwinęła swój talent.

Także reasumując, nie będę Was ani zachęcać, ani zniechęcać. Jeśli mogę coś doradzić, przeczytajcie tę książkę, a następnie na przykład ”Bez słów”, aby móc dostrzec progres talentu pisarki.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania książka, za co bardzo dziękuję.
Zapraszam Was również do zapoznania się z innymi książkowymi nowościami oferowanymi przez księgarnię.


środa, 4 lipca 2018

Góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze.

Kochani poznajcie Jagodę, główną bohaterkę powieści Beaty Agopsowicz „Oczy Pana”. Dziewczyna ta od dziecka nie miała łatwo w życiu. Wychowywana przez despotyczną babkę, która ręką żelaznej damy chce sprawować kontrolę nad życiem wnuczki tak, aby ta postępowała według jej wytycznych. Dorosła już dziś kobieta chce wyrwać się z rodzinnej miejscowości spod kurateli babci i udowodnić jej, że mimo iż Jadwiga nieustannie podkopuje wiarę dziewczyny w samą siebie, młoda kobieta doskonale sobie poradzi. Po serii niepowodzeń  naszej bohaterce wreszcie udaje się znaleźć pracę w renomowanym biurze rachunkowym. I tak jej drogi splatają się z panią Beatą, która staje się autorytetem dla nowej pracownicy biura. Jej oddanie pracy jest dla dziewczyny sposobem na to, by podobnie jak szefowa odnieść sukces zawodowy. Jednak jak się przekonacie sukces zawodowy to nie wszystko, ponieważ Pani Beata czuje się przegraną w życiu prywatnym. Jej problemy małżeńskie i wychowawcze z synem Maciejem odbierają jej radość i chęć życia. Jagoda również w chwilach zwątpienia czuje się samotna i płacząc w poduszkę, zadaje sobie pytanie:

„Mamusiu, dlaczego mnie zostawiłaś?”

Pytanie to bowiem do dziś pozostaje bez odpowiedzi. Jedyną przyjaciółką Jagody w jej nowym etapie życia jest Magda. Dziewczyna poniekąd dzięki Jagodzie poznała Adama. Kiedy wszystko, wskazuje na to, że związek tej dwójki rozkwita, okazuje się, że ich drogi niestety muszą się rozejść, ponieważ każde z nich oczekuje od tego związku zupełnie czegoś innego. Adam jest bardzo religijnym mężczyzną, który chce kroczyć przez życie drogą Bożej miłości i zgodnie z wolą Bożą założyć rodzinę, którą Bóg pobłogosławi potomstwem. Po bolesnym zawodzie miłosnym z Asią, o którym możecie przeczytać w innej książce, autorki „Cztery pory miłości”, ma nadzieje, że właśnie z Magdą osiągnie to, o czym marzy. Niestety dziewczyna ma zupełnie inne plany na życie. Jak się jednak okazuje, szczęście jest bliżej, niż myśli, tylko czy uda mu się je dostrzec?

Jak widzicie, perypetie losów Jagody krzyżują ze sobą drogi kilku innych bohaterów, dzięki czemu możemy poznać również ich historię. Jednak zdradzę Wam w sekrecie, że powiązania, o których wspomniałam, nie są jedynymi, które łączą te osoby. Łączy je o wiele więcej, choć nie są jeszcze tego świadomi, lecz jak to w życiu bywa, na światło dzienne wyjdą od lat skrywane sekrety i tajemnice, które zmuszą naszych bohaterów do rozliczenia się z przeszłością, bo tylko prawda może ich wyzwolić, ale od tej chwili już nic nie będzie takie, jak dawniej.

Autorka porusza na kartach swojej książki, wiele istotnych tematów takich jak miłość, istota przebaczenia, problemy małżeńskie, wychowawcze oraz ukazuje swoim czytelnikom ogromną moc wiary.

Jeśli chodzi o bohaterów, to muszę przyznać, że bardzo drażniła mnie uległość bliskich Jagody wobec babki Jadwigi. Dorośli ludzie zachowywali się jak bezwolne kukły, które tańczyły, tak, jak zagrała im seniorka, ulegając jej podstępnej manipulacji. Gdyby ktoś choć raz jej się postawił, nie doszłoby do wielu nieszczęść, a życie Jagody i jej rodziny mogłoby potoczyć się zupełnie innymi torami.

Domyślam się, że czekacie, aż odpowiem Wam na pytanie, czy polecam Wam „Oczy Pana”?
Moi kochani wybaczcie, ale tym razem nie jestem w stanie udzielić Wam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, ze względu na to, że każdy z Was może odebrać ją inaczej, ale o tym za chwilę. Historia, którą Pani Beata Agopsowicz oddaje na kartach swojej książki w ręce nas czytelników, jest dowodem na to, że świat jest bardzo mały i jak mówi jedno z polskich przysłów:

„Góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze”, ale oby nie było za późno.

Jak wspomniałam wcześniej, nie pokuszę się o jednoznaczne polecenie Wam tego tytułu. Lekki i swobodny styl pisania autorki sprawia, że czyta się ją szybko łatwo i przyjemnie. Problem natomiast stanowić może kwestia mocy sprawczej wiary poruszana w książce. Ja jestem osobą wierząca, a nie do końca zgadzam się ze sposobem przedstawienia tego problemu w książce, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że dla osób niewierzących, bądź niekatolików takie, a nie inne ujęcie tematu wiary może okazać się rażące, wręcz nie do przyjęcia. Dlatego decyzję, o tym, czy sięgnąć po „Oczy Pana” pozostawiam każdemu z Was do samodzielnego przemyślenia.

Za egzemplarz książki do recenzji bardzo dziękuję Autorce oraz wydawnictwu.



wtorek, 30 stycznia 2018

Możesz osiągnąć wszystko!

Po raz pierwszy od bardzo dawna mam aż tak skrajnie mieszane uczucia po lekturze książki i naprawdę nie wiem jak ją ocenić, by być obiektywną.Powiem tak, jest to książka wartościowa, ale spodziewałam się czegoś więcej. Biorąc ją do ręki, miałam nadzieję, że będzie to pozycja z kategorii biografia, a tymczasem ku mojemu zaskoczeniu i przyznam szczerze lekkiemu rozczarowaniu, jest to poradnik motywacyjny z dużą dozą religii. Owszem znajdziemy w niej również elementy biografii, ale w odniesieniu do całości książki stanowi ona tylko niewielki procent.
Cenię sobie osobę Pana Nicka Vujicica za jego postawę, optymizm i siłę w walce z własnymi ograniczeniami, gdyż sama jestem osobą niepełnosprawną, lecz czytając książkę,czułam, że autor kręci się w kółko w opisie tego, co chce przekazać czytelnikowi i mówi ciągle jedno i to samo. Zadawałam sobie pytanie: „Czy ja już tego przed chwilą nie czytałam?".
Mężczyzna w swoim dziele pozostawia nam wiele cennych i niewątpliwie wartościowych wskazówek jak żyć, aby pozbyć się wszelkich ograniczeń, jakie sami sobie narzucamy w życiu. Są to mi.n. 
Uwierz w to, że jesteś doskonałym dzieckiem Bożym, a Bóg ma własny plan na Twoje życie.  
Kochaj i akceptuj siebie takim, jakim jesteś
 Nigdy nie trać nadziei, że w życiu jest jeszcze przed Tobą wiele dobrego.
 Pomagaj innym, a poczujesz się szczęśliwy i wiele innych przesłań.

Wszystko to jest bardzo mądre, lecz niestety czytając, daje się odczuć, iż wkrada się w te wartościowe rady przesada i zbyt wyidealizowane podejście do poruszanych kwestii. Nieustannie towarzyszyło mi poczucie, że Pan Vujicic chce przekonać czytelników, że tylko on wie jak żyć i tylko żyjąc według jego rad i wytycznych osiągniemy pełnię szczęścia. Według mnie jest to nieco rażące. Ponadto jest jeszcze coś, co mnie niemalże irytowało podczas lektury dzieła. A mianowicie chciałoby się rzec fanatyczne podejście do spraw religii, wiary i Boga. Jestem osobą wierzącą i wiara jest istotną częścią mojego życia, lecz sposób, w jaki autor pisze o tak delikatnej sprawie, jaką jest rola wiary w życiu człowieka, jest wręcz natarczywy i moralizatorski. Można by pokusić się o stwierdzenie, że próbuje nawracać czytających jego książkę.

Podsumowując, książka jest dobra, ale nie rewelacyjna. Znajdziemy w niej wiele wartości, ale według mnie należy podchodzić do tego, co czytamy z dystansem.