Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natasza Socha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natasza Socha. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 kwietnia 2026

Gdy słowa stają się pociskiem. Moje spojrzenie na „Hejterkę. Historię pewnej nienawiści” Nataszy Sochy


Żyjemy w czasach, w których granica między sferą prywatną a publiczną przestała istnieć, a nasze domy przestały być bezpiecznymi twierdzami. Kiedyś, aby kogoś zranić, trzeba było stanąć z nim twarzą w twarz i poczuć ciężar wypowiadanej obelgi, lecz dziś wystarczy jedno kliknięcie, by anonimowy profil stał się maską dla współczesnego kata. Internet, który miał być oknem na świat, dla wielu stał się cyfrowym koloseum, gdzie kciuk skierowany w dół nie jest tylko wyrazem opinii, ale wyrokiem wydanym na drugiego człowieka.

Zastanawiające jest, jak łatwo przyszło nam zaakceptować nienawiść jako element codziennego krajobrazu, zagłuszając sumienie frazami typu „to tylko internet, nie czytaj komentarzy”. Ignorujemy przy tym fakt, że po drugiej stronie ekranu zawsze siedzi żywa istota – człowiek z krwi i kości, z własną historią i kruchym poczuciem wartości. Agresja w sieci nie jest zjawiskiem pogodowym, na które nie mamy wpływu, lecz świadomym wyborem uderzenia tam, gdzie boli najbardziej. To proces odzierania kogoś z godności w białych rękawiczkach, bez śladów krwi, ale z ranami, które często nigdy się nie zabliźniają.

Właśnie w to mroczne epicentrum zabiera nas Natasza Socha w swojej powieści „Hejterka. Historia pewnej nienawiści”. Losy nastoletniej Heleny, dziewczyny o niezwykłym talencie plastycznym, stają się bolesnym dowodem na to, jak łatwo wirtualna przestrzeń potrafi przeobrazić piękno w powód do drwin. To, co dla bohaterki było intymnym sposobem na wyrażenie siebie, dla anonimowego tłumu stało się nagle pretekstem do zmasowanego linczu, który autorka odmalowuje z chirurgiczną precyzją. Pokazuje ona, jak od jednego jadowitego komentarza rusza niszczycielska lawina, odbierająca młodej artystce radość tworzenia i spokój we własnym domu. Twórczyni rzuca przy tym ostre światło nie tylko na samych oprawców, ale i na milczącą większość – osoby obserwujące tragedię w ciszy, których bierność staje się paliwem dla agresji, udowadniając, że brak sprzeciwu jest w istocie cichym przyzwoleniem na zło.

Autorka analizuje również mechanizmy stojące za samą agresją, przypominając, że hejt rzadko bierze się z siły. Najczęściej jest on maską dla własnych kompleksów, życiowych niepowodzeń i głęboko skrywanego poczucia niższości. Atakowanie innych staje się dla oprawców ułudą kontroli i sposobem na chwilowe zagłuszenie własnych deficytów – to swoisty krzyk bezsilności, który czyni z nich postacie tragiczne, choć wciąż w pełni odpowiedzialne za wyrządzone zło.

W warstwie fabularnej książka staje się wielowymiarowym studium nienawiści, skupionym na tragicznym procesie niszczenia pasji pod wpływem zewnętrznych ataków. Pisarka z dużą odwagą dotyka również problemu braku porozumienia międzypokoleniowego, kreśląc obraz dorosłych, którzy choć pełni dobrych chęci, często pozostają bezradni wobec wirtualnej przemocy, nie potrafiąc w porę dostrzec niewidzialnych ran krwawiących w duszy młodego człowieka.

W tę mozaikę wpisuje się także paradoks kruchości, która w świecie rządzonym przez brutalne algorytmy przestaje być cnotą, a staje się celem. Unikalna delikatność Heleny zadziałała na agresorów niczym magnes, prowokując ich do próby siłowego „skalibrowania” kogoś, kto nie pasuje do schematu. Widzimy tu bolesną prawdę: każda szczelina w pancerzu i każdy przejaw autentycznego wzruszenia może zostać uznany za słabość wartą publicznego napiętnowania. Wszystko to spaja przejmujący motyw samotności w sieci – bolesnej izolacji, w której mimo bycia „online”, bohaterka wpada w emocjonalną matnię, zostając całkowicie sama ze swoim strachem.

Warto podkreślić, że powieść w niezwykle obrazowy sposób ukazuje niszczycielską siłę komunikatu, który przestaje być tylko ciągiem znaków na ekranie, a staje się narzędziem trwałego okaleczenia. Raz wypuszczona nienawiść zostawia w człowieku ślad już na zawsze, tworząc głęboką bliznę, która redefiniuje tożsamość ofiary i zmienia jej sposób postrzegania świata. Autorka przypomina o brutalnej naturze cyfrowego świata: w sieci nic nie ginie, a raz wyrządzona krzywda żyje w pamięci i na zrzutach ekranu długo po usunięciu wpisu. Cyfrowy ślad rani bowiem równie dotkliwie co fizyczny cios.

Bolesny wydźwięk tej opowieści potęguje surowy język, w którym twórczyni rezygnuje ze zbędnych upiększeń na rzecz brutalnego realizmu, sprawiając, że każde jadowite zdanie uderza w czytelnika z podwójną mocą. Tempo akcji gwałtownie przyspiesza wraz z narastającą nagonką, co idealnie oddaje dynamikę pętli nienawiści, nad którą nikt nie potrafi zapanować. Ta duszna atmosfera sprawia, że lektura staje się niezwykle angażująca i nie pozwala na ani chwilę emocjonalnego dystansu.

Postać Heleny stała się mi niezwykle bliska; poczułam z nią głęboką więź, współodczuwając każdą chwilę jej udręki tak, jakby była moją własną. Ta opowieść okazała się wstrząsającą podróżą w głąb moich własnych wspomnień. Jako osoba z niepełnosprawnością, która wielokrotnie mierzyła się z dotkliwym hejtem, czuję ogromną wdzięczność, że ten temat przestał być tabu i jest coraz częściej nagłaśniany. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ w czasach, gdy byłam nastolatką, takie zjawiska często pozostawały w cieniu. Lektura przypomniała mi, jak wiele hartu ducha potrzeba, by mimo oceniania przez pryzmat inności, ocalić własną godność.

Warto jednak spojrzeć na tę powieść także jako na swoiste koło ratunkowe, ponieważ dla osób, które same doświadczyły niszczycielskiej siły nienawiści, lektura ta może mieć moc niemal terapeutyczną. Daje ona bowiem to, co w kryzysie najważniejsze: poczucie, że nie jest się w tym piekle osamotnionym. Historia Heleny pokazuje, że nazwanie bólu i wyciągnięcie go na światło dzienne jest pierwszym krokiem do odzyskania własnego głosu, niosąc nadzieję, że nawet z najgłębszego mroku można wyjść.

Powieść ta powinna stać się obowiązkową lekturą nie tylko dla rodziców, ale przede wszystkim dla pedagogów i wychowawców stojących na pierwszej linii frontu w walce z niewidzialną agresją. Książka daje im unikalny wgląd w to, co dzieje się w duszach podopiecznych, gdy gasną ekrany telefonów, stanowiąc bezcenny drogowskaz dla każdego dorosłego, który chce nauczyć się rozpoznawać ciche sygnały wołania o pomoc. Pozwala ona budować bezpieczną przestrzeń opartą na zaufaniu oraz rzetelnej obecności.

Pamiętajmy, że każdy nasz komentarz to nie tylko piksele, ale pocisk wystrzelony prosto w czyjeś serce. Ta lektura to bolesny rachunek sumienia dla społeczeństwa, który uczy, że milczenie wobec agresji jest cichym przyzwoleniem na zło dokonywane na ludzkiej psychice. Niech ta historia będzie dla nas ostatecznym ostrzeżeniem: w cyfrowym świecie, gdzie słowo może zabić, nasze wzajemne zrozumienie jest jedyną tarczą, która potrafi ocalić drugiego człowieka przed nieodwracalnym mrokiem.

Zapraszam Was do dyskusji:

Gdzie Waszym zdaniem kończy się wolność słowa, a zaczyna świadome niszczenie drugiego człowieka?

Jak myślicie, dlaczego jako społeczeństwo coraz częściej przyzwalamy na agresję, nazywając ją jedynie „opinią”?

[Zakup własny].

piątek, 2 stycznia 2026

Lekcja uważności i drugich szans: Recenzja powieści „Zanim odlecą anioły” Nataszy Sochy.

W pogoni za nowoczesnością często zapominamy, że najtrwalsze fundamenty życia budują wspomnienia i mądrość naszych przodków. Wierzymy, że jesień życia to czas wyciszenia. Tymczasem to właśnie w doświadczeniu starszych pokoleń drzemie siła zdolna naprawiać teraźniejszość. O tym kruchym porozumieniu pisze Natasza Socha w powieści „Zanim odlecą anioły”. To opowieść uświadamiająca, że nigdy nie jest za późno na nowy rozdział, a najpiękniejsze cuda rodzą się z prostej życzliwości. Prawdziwa magia nie potrzebuje blasku fajerwerków – wymaga jedynie odwagi, by zmierzyć się z historią własnej rodziny.

Poszukiwanie sensu w chaosie zdarzeń staje się osią fabuły. Autorka portretuje trudną drogę do zamknięcia bolesnych rozdziałów przeszłości i pokazuje, że życie rzadko przypomina idealny plan. Seria niepowodzeń może stać się paradoksalnym impulsem do walki o siebie. W galerii postaci wyróżnia się Jan, którego męska duma kruszy się pod ciężarem porażki. Obok niego staje enigmatyczna Bożena – architektka emocjonalnych przełomów, prowokująca innych do zrzucenia masek. Towarzyszy jej barwny kolektyw kuchennych „Aniołów”. Te kobiety udowadniają, że wybaczenie sobie i innym jest fundamentem uzdrowienia. Pozwala ono odciąć się od dawnych krzywd i odzyskać utraconą godność.

Głębię tej mozaiki charakterów podkreśla warsztat pisarski Sochy, balansujący między literacką finezją a przystępnym językiem. Konstrukcja powieści opiera się na kunsztownych retrospekcjach, odsłaniających kolejne warstwy tajemnic. Wyjątkowy klimat buduje tu subtelna atmosfera zbliżających się świąt, daleka od komercyjnego zgiełku. To Boże Narodzenie pachnące autentycznością i ciepłem rozgrzanego pieca staje się katalizatorem zmian. Blask choinkowych świec nie tylko rozświetla mrok grudniowych wieczorów. Przede wszystkim rozprasza on ciemność w ludzkich sercach, czyniąc tę lekturę idealnym towarzyszem zimowych dni.

Wszystkie te elementy składają się na swoiste repetytorium z człowieczeństwa, w którym najważniejszą lekcją pozostaje uważność. Autorka przekonuje, że wartość jednostki nie wynika z sumy sukcesów, lecz z godności noszonej bez względu na wiek. Lektura pozostawia czytelnika w stanie kojącej melancholii. Budzi tęsknotę za prostotą relacji i uświadamia, jak wiele skarbów marnujemy, nie słuchając opowieści naszych bliskich. Wielu z nas odnajdzie w tej historii cząstkę własnych przeżyć, dylematów i nadziei. To czyni ją niezwykle bliską i osobistą.

Wymowny tytuł powieści staje się kluczem do jej zrozumienia. Spaja on nieuchronność przemijania z metafizyką codziennego dobra. „Anioły” to w tej historii nasi bliscy, których czas powoli dobiega końca, ale też ludzie wyciągający do nas dłoń w najmroczniejszym momencie. Natasza Socha przypomina, że mamy tylko krótką chwilę, by usłyszeć przemilczane historie i dokonać pojednania. Okazja do naprawienia relacji może bezpowrotnie odlecieć wraz z tymi, których kochamy. To wezwanie do duchowej czujności, by dostrzec magię drugich szans, zanim staną się one jedynie kruchym wspomnieniem.

Powieść tę polecam każdemu, kto szuka w literaturze życiowej prawdy i emocjonalnej głębi. Będzie idealnym wyborem dla osób ceniących historie zmuszające do zatrzymania się w biegu. To propozycja dla tych, którzy chcą poczuć magię świąt tam, gdzie zamiast prezentów liczy się szczere wybaczenie.

​„Zanim odlecą anioły” to literackie przypomnienie, że choć czas jest nieubłagany, to miłość, prawda i wspólny stół mają moc zatrzymywania go w najpiękniejszych momentach. Natasza Socha stworzyła opowieść, która zostaje w czytelniku jako cichy szept. Warto kochać ludzi takimi, jakimi są dzisiaj, zanim ich własne anioły odlecą w stronę wieczności.

[Zakup własny].

sobota, 4 października 2025

"Kamienica pszczół" Natasza Socha



Istnieją miejsca, które są zdecydowanie czymś więcej niż tylko przestrzenią. Są świadkami naszych historii, schronieniem dla złamanych dusz i przestrzenią, w której można na nowo zbudować mosty do świata. Książki są takimi miejscami, a niektóre z nich, jak "Kamienica pszczół", przekraczają granice literatury, stając się metaforą samego życia. To opowieść o tym, że nawet w najbardziej popękanym świecie można znaleźć piękno, a z fragmentów rozbitych serc ulepić nową, silniejszą całość. To powieść o solidarności, która rodzi się z samotności, i o sile, która kwitnie na gruzach przeszłości. Szczelnie zamknięty, skrywający niewidoczne historie, stoi dom. W jego sercu, jak pszczeli ul, tętni życie. Każda komórka, każdy zakamarek, to opowieść o bólu, strachu i samotności. A jednak, gdy otwierają się drzwi, wpuszczają słońce, dają nadzieję. "Kamienica Pszczół" Nataszy Sochy to nie tylko dom. To oaza, w której kobiety odnajdują siostrzeństwo, siłę i odwagę, by z podniesioną głową spojrzeć w przyszłość. To historia o odradzaniu się z popiołów, o powrocie do życia. To metafora ludzkiego serca, które pomimo ran wciąż bije, pełne miłości, nadziei i pragnienia lepszego jutra.

W sercu tętniącego życiem miasta stoi kamienica, którą czas skazał na zniknięcie. Opuszczona, zniszczona, zdawała się czekać na rozbiórkę. Jednak na jej drodze staje Alicja – kobieta o tajemniczej przeszłości, której milczenie skrywa więcej niż tysiąc słów. To ona, z niezwykłą determinacją, tchnie w stare mury nowe życie, stwarzając azyl dla innych. Alicja odnawia mieszkania i otwiera drzwi kamienicy, ale nie dla każdego. To miejsce ma być bezpieczną przystanią wyłącznie dla kobiet, które tak jak ona, uciekają przed bolesną przeszłością. ​Z czasem w kamienicy osiedla się sześć nowych lokatorek. Każda z nich jest inna, każda ma swoją historię, bolesne wspomnienia i sekrety, które ukrywa. W ten sposób kamienica staje się niczym ul, a Alicja jego królową. To ona nadaje rytm życiu jej mieszkańców, oferuje pomoc, wsparcie i czułość, ale jednocześnie chroni swoje „pszczółki”, kontrolując ich losy.

Agnieszka to delikatna dusza, która szuka schronienia po toksycznym związku. Jest jak wrażliwy kwiat, który boi się rozkwitnąć, ale w bezpiecznym środowisku kamienicy powoli odzyskuje blask. Jej historia to opowieść o odbudowywaniu poczucia własnej wartości i odkrywaniu, że prawdziwa siła nie leży w byciu twardym, ale w umiejętności bycia autentycznym.

Ewa to kobieta o twardej skorupie i wielkim sercu. Jej pragmatyzm i pracowitość są siłą napędową grupy, która zajmuje się remontem kamienicy. Jest jak pszczoła robotnica, która niestrudzenie pracuje, by utrzymać cały rój w dobrym stanie. Z pozoru niedostępna, skrywa głęboką wrażliwość i potrzebę przynależności. Jej historia pokazuje, że za twardym pancerzem często kryje się ogromny ból.

Natalia to wolny duch, artystka, która swoją kreatywnością wprowadza do kamienicy kolory i życie. Jest jak pszczoła-wędrowniczka, która zbiera nektar, by przetworzyć go w coś pięknego. Ucieka od przeszłości, ale nieustannie poszukuje swojego miejsca. Jej historia to metafora poszukiwania tożsamości i oswajania lęku przed porzuceniem.

Kasia to najmłodsza z bohaterek, dziewczyna, która w kamienicy szuka schronienia i oparcia, którego nie dostała od rodziny. Jest jak młoda, zagubiona pszczółka, która potrzebuje przewodnictwa. Jej historia to opowieść o dorastaniu, oswajaniu traumy i uczeniu się zaufania do innych kobiet, które stają się dla niej nową, wybraną rodziną.

Marta i Irena to starsze kobiety, które są jak mądre staruszki w ulu, które służą radą i doświadczeniem. Marta, silna i stanowcza, oraz Irena, subtelna i spokojna, stanowią równowagę. Ich obecność wnosi do kamienicy poczucie stabilności i ciągłości. Opowieści tych kobiet są jak skarbnice mądrości, przypominając, że życie zawsze oferuje drugą szansę.

Każda z tych kobiet, choć inna, łączy się w kamienicy, tworząc mikrokosmos, który odzwierciedla całą gamę kobiecych doświadczeń – od cierpienia po nadzieję. Ich historie splatają się, tworząc wspólną opowieść o kobiecej siłę i odrodzeniu.

Najbardziej wyrazistym elementem powieści jest symbolika. Tytułowa kamienica to nie tylko budynek, ale żywy organizm, przypominający ul. Kobiety są niczym pszczoły — każda z własnym zadaniem i historią. Alicja, pełniąca rolę Królowej Matki, to postać z pewnością intrygująca, jednak to właśnie ona staje się symbolem nadziei i uzdrowienia. Metafora ula jest konsekwentnie prowadzona przez całą książkę, co dodaje głębi i spójności fabule. Autorka unika jednak dosłowności, a symbole subtelnie wnikają w tekst. Powieść jest przepełniona emocjami, jednak nie ma w niej melodramatyzmu. Socha skupia się na detalu i psychologicznym portrecie, pozwalając, aby to czytelnik odkrywał warstwy znaczeń. Przejmujące są momenty, gdy bohaterki powoli otwierają się na siebie, dzieląc się swoimi historiami. To właśnie w tych momentach najmocniej czuć, że siła tkwi w jedności. Łączy je wspólne doświadczenie samotności i zranienia. Tworzą one swoistą rodzinę z wyboru, gdzie wspierają się nawzajem, dzielą swoimi sekretami i pomagają sobie w trudnych chwilach. Ta sieć wsparcia jest kluczowa dla ich transformacji. Przy czym jednocześnie Socha stawia przed nami fundamentalne pytanie: czy taka wspólnota, chociaż daje poczucie bezpieczeństwa, może stać się także pułapką? Czy bliskość, która uwalnia, nie może jednocześnie krępować? Autorka subtelnie ukazuje, że w tak zorganizowanej grupie, gdzie każda pszczoła ma swoje miejsce i rolę, łatwo zatracić własne ja. Z czasem, zamiast stawać się autonomicznymi, silnymi jednostkami, bohaterki zaczynają być zdefiniowane przez swoją przynależność do "ula". Rodzi to pytanie o utratę autonomii: czy w bezpiecznej przystani, gdzie zasady są jasne, a wzajemna zależność jest kluczem, nie tracimy części siebie? Czy dobro wspólne nie staje się ważniejsze niż dobro jednostki? Ta książka zmusza do refleksji nad cienką granicą między potrzebą przynależności a utratą własnej tożsamości. To opowieść o tym, jak wielowymiarowe mogą być ludzkie relacje, i jak nawet w najpiękniejszej wspólnocie trzeba ciągle szukać siebie.

W książce pojawiają się również wątki romantyczne, jednak dalekie od bajkowej idealizacji. Bohaterki, naznaczone traumami, muszą na nowo nauczyć się ufać i otwierać na miłość. Wątek ten pokazuje, jak trudne i skomplikowane są relacje międzyludzkie, zwłaszcza gdy przeszłość rzuca cień na teraźniejszość. Powieść eksploruje głęboki i uniwersalny temat samotności. Każda z bohaterek czuje się osamotniona i niezrozumiana, nawet w otoczeniu innych ludzi. Dopiero w kamienicy, w bezpiecznej przestrzeni, odkrywają, że nie są same i że ich doświadczenia są wspólne. Bohaterki przechodzą fascynującą przemianę, z poranionych i wycofanych kobiet, stają się silnymi i świadomymi swojej wartości osobami. Kamienica, niczym kokon, pozwala im odrodzić się i na nowo zacząć żyć. Ich metamorfoza jest stopniowa i bolesna, ale ostatecznie prowadzi do pełnego życia.

Pisarka oddała w ręce swoich czytelników głęboką, emocjonalną historię, która nie tylko wzrusza, ale i zmusza do refleksji nad tym, co tak naprawdę buduje nasze życie. Lektura tej książki to podróż w głąb ludzkiej psychiki, gdzie słodki miód nadziei miesza się z goryczą wspomnień. Przygotujcie się na pełne spektrum emocji. Poznacie ból i zranienia bohaterek, a ich historie wywołają w Was współczucie i wzruszenie. Będziecie z nimi przeżywać straty i rozczarowania, a momenty ich walki o odzyskanie wiary w siebie napełnią was nadzieją i optymizmem. Poczujecie też złość na niesprawiedliwość, która je spotkała, ale ostatecznie triumfować będzie siła kobiecej solidarności i odwagi. Ta książka to emocjonalna huśtawka, która pozwala wam doświadczyć zarówno smutku, jak i radości, a ostatecznie pozostawi was z poczuciem wzmocnienia.

"Kamienica pszczół" tka misterną sieć narracji, w której każda nić – a właściwie każda postać – jest samodzielnym, choć powiązanym z całością, opowiadaniem o bólu, stracie i poszukiwaniu ukojenia. Powieść ta, daleka od prostej fabuły, przypomina raczej mozaikę, gdzie poszczególne fragmenty, choć różnorodne, składają się na spójny, poruszający obraz kobiecej solidarności Klimat powieści jest jednocześnie melancholijny i pełen nadziei. Socha nie unika trudnych tematów, ale opowiada o nich z czułością i empatią. Dzięki temu nawet w najciemniejszych momentach "Kamienica pszczół" pozostaje książką o sile ducha i o tym, że nawet z najgłębszych ran można czerpać siłę do odrodzenia. To literackie świadectwo tego, że prawdziwy dom można znaleźć nie w miejscu, ale w sercu drugiego człowieka. Opowiadając o tej książce, warto również wspomnieć o stylu i języku, jakim posługuje się autorka, gdyż bez wątpienia jest to bardzo znaczący aspekt mający duży wpływ na to, jak czytelnik odbiera tę powieść. A styl ten jest poetycki i bogaty w metafory. Praca, wspólne gotowanie, malowanie – wszystko to staje się formą terapii, a jedzenie i sztuka są tutaj językiem miłości i troski. Autorka posługuje się poetyckim stylem, by oddać złożoność emocji i wewnętrznych światów bohaterek. Tworzy atmosferę, która pociąga i hipnotyzuje. Czytając, masz wrażenie, że stoisz tuż obok bohaterek, słyszysz ich szepty i wewnętrzne przeżycia.

"Kamienica pszczół" to powieść, którą polecam każdemu, kto ceni sobie psychologiczną głębię, piękne pióro i historie, które zostają w sercu na długo po przewróceniu ostatniej strony. To idealny wybór dla wrażliwych czytelników, którzy poszukują w literaturze czegoś więcej niż tylko rozrywki. Polecam ją szczególnie osobom, które doświadczyły w życiu trudnych chwil i potrzebują potwierdzenia, że nawet po największej burzy można odbudować swoje życie. Powieść Sochy to swoisty balsam na duszę, który uczy, że ból nie musi być końcem, a wsparcie i zrozumienie potrafią zdziałać cuda. Jeśli szukacie książki, która wzruszy Was do łez, ale jednocześnie napełni optymizmem i wiarą w drugiego człowieka, "Kamienica pszczół" jest odpowiedzią na wasze poszukiwania. To opowieść o tym, że dom to nie tylko cztery ściany, a prawdziwa rodzina to ludzie, których sami wybieramy.

[Materiał reklamowy] Autorka Natasza Socha

piątek, 13 czerwca 2025

"Obiecaj, że będziesz pić kawę o poranku" Natasza Socha/ książka, którą napisało samo życie

*Czy w filiżance porannej kawy może kryć się całe życie? Natasza Socha udowadnia, że tak, serwując nam powieść "Obiecaj, że będziesz pić kawę o poranku" – książkę, która jest jak ten pierwszy, aromatyczny łyk o świcie. Gorzka, a jednocześnie słodka, pobudzająca i kojąca zarazem. To nie tylko historia, to zaproszenie do intymnej podróży w głąb ludzkiego serca, gdzie spotyka się nadzieja ze stratą, a codzienność z niezwykłością. Przygotujcie się na to, że ta powieść zostanie z Wami na długo po tym, jak zamkniecie ostatnią stronę, a każda kolejna kawa o poranku będzie smakować inaczej.

Pisarka z wrażliwością i obrazowością porusza temat często pomijany w dyskursie o chorobie: emocje i doświadczenia partnerów oraz bliskich osób zmagających się z ciężkimi schorzeniami. Autorka z chirurgiczną precyzją, a zarazem wielką empatią, demaskuje społeczną tendencję do skupiania całej uwagi na osobie chorej, tym samym spychając na margines tych, którzy stoją obok, niosąc równie wielki ciężar. Niezwykle sugestywnie rysuje portrety ludzi, którzy w obliczu cierpienia ukochanej osoby sami stają się niewidzialni. Ich strach, bezsilność, poczucie osamotnienia, a nawet frustracja czy złość – uczucia naturalne w tak ekstremalnych sytuacjach – często zostają stłumione, uznane za nieadekwatne, a nawet egoistyczne. W oczach otoczenia partnerzy stają się przede wszystkim „opiekunami”, „wsparciem”, a nie ludźmi z własnymi potrzebami, lękami i pękającymi sercami. Natasza Socha zmusza nas do refleksji: ile razy, koncentrując się na chorym, zapomnieliśmy zapytać, jak się czuje ten, kto dzień w dzień mierzy się z widmem choroby tuż obok?

To przejmująca opowieść nie tylko o chorobie, ale przede wszystkim o zapomnianej stronie empatii. To literacki apel o dostrzeżenie „tych drugich” – o pamięć, że ból ma wiele wymiarów, a cierpienie nie zawsze jest widoczne na pierwszy rzut oka. Socha zmusza nas do poszerzenia perspektywy, przypominając, że prawdziwa bliskość i wsparcie wymagają dostrzeżenia i zaopiekowania się każdym, kto niesie na swoich barkach ciężar choroby. To książka, która w subtelny, ale mocny sposób, przywraca głos tym, którzy przez chorobę bliskiej osoby często milkną w cieniu.

Wszystko, o czym na kartach książki czytamy, dotyka najczulszych strun ludzkiej duszy, prowadząc czytelnika przez labirynt emocji towarzyszących chorobie, stracie i poszukiwaniu sensu w obliczu cierpienia. To nie jest lekka lektura, ale z pewnością poruszająca i skłaniająca do głębokich refleksji, udowadniająca, że nadzieję można odnaleźć nawet w najciemniejszych zakamarkach życia.

Fabuła powieści koncentruje się wokół Małgorzaty i Adama, dwójki obcych sobie ludzi, których los połączył w specyficznym i trudnym miejscu – zakładzie opiekuńczo-leczniczym. Ta sceneria, z pozoru ponura i beznadziejna, staje się tłem dla rozwijającej się, subtelnej relacji. Główny wątek toczy się wokół ich codziennych wizyt u swoich chorych partnerów – męża Małgorzaty, Marka, i żony Adama, Anny. To właśnie w korytarzach i poczekalniach, w chwilach wyczerpującej bezczynności, ich drogi zaczynają się splatać. Autorka umiejętnie przeplata teraźniejszość z retrospekcjami. Wspomnienia Małgorzaty i Adama dotyczące ich życia sprzed choroby, ich relacji z partnerami, marzeń i planów, dodają postaciom głębi i sprawiają, że ich obecny ból jest jeszcze bardziej odczuwalny. Dzięki tym powrotom do przeszłości rozumiemy skalę ich straty – nie tylko fizycznej obecności ukochanej osoby, ale także utraconej przyszłości i wspólnych doświadczeń. Powieść jest tkana z ogromną starannością i uważnością z wątków żałoby, bezsilności, poczucia winy, ale i drobnych iskier nadziei, które pojawiają się niespodziewanie.

Oboje są bohaterami nader autentycznymi i wiarygodnymi w swoim cierpieniu. Małgorzata to kobieta, której siła została wystawiona na najcięższą próbę. Jej codzienna walka z rozpaczą i wyczerpaniem, a jednocześnie determinacja w opiece nad mężem, czynią z niej postać, z którą łatwo się utożsamić. Jej portret to studium kobiecej wytrwałości i poświęcenia. Adam jest lustrzanym odbiciem Małgorzaty w bólu. Jego męska perspektywa na chorobę i odchodzenie bliskiej osoby, często naznaczona wewnętrznym cierpieniem i potrzebą zachowania pozorów, jest równie poruszająca. Razem tworzą duet, który mimo indywidualnych dramatów, potrafi znaleźć wspólny język i wzajemne zrozumienie. Ich postacie są dalekie od idealizacji – są ludźmi z krwi i kości, zmagającymi się z bardzo trudnymi emocjami.

Autentycznego wymiaru książce dodaje również język i styl, jakim posługuje się autorka. Prosty, a jednocześnie poetycki i sugestywny. Brak tutaj zbędnego patosu czy manieryzmów. Autorka z wielkim wyczuciem oddaje emocje, operując subtelnymi opisami i trafnymi metaforami. Dialogi są naturalne i wiarygodne, doskonale odzwierciedlając stany psychiczne bohaterów. Socha ma niezwykłą zdolność do nazywania trudnych uczuć, które często pozostają niewypowiedziane. Jej styl jest pełen empatii, co sprawia, że czytelnik czuje się blisko bohaterów i ich wewnętrznych światów. Tempo narracji jest spokojne, wręcz kontemplacyjne, co pozwala na głębokie zanurzenie się w historii i pełne przeżycie emocji.

Jestem przekonana, że ta książka trafi do serca każdego, kto zechce spędzić z nią swój wolny czas, do czego gorąco zachęcam i zostanie w jego pamięci na długo po odłożeniu jej na półkę. Zmusi do zastanowienia się nad ulotnością życia, kruchością istnienia i tym, co naprawdę się liczy. Kiedy poznamy już tę wciągającą bez reszty historię, nie sposób jest uniknąć kilku ważnych i głębokich rozważań, które z pewnością każdy czytelnik przeniesie na płaszczyznę własnego życia.

* Prawda o chorobie i opiece: Książka bez cenzury pokazuje realia życia z ciężko chorą osobą – wyczerpanie, bezsilność, poczucie straty, które często dotyka opiekunów jeszcze przed faktyczną śmiercią bliskiego.

* Siła ludzkich relacji: Nawet w najtrudniejszych okolicznościach, możliwość nawiązania więzi z kimś, kto rozumie nasze cierpienie, staje się bezcenna. Spotkanie Małgorzaty i Adama pokazuje, jak małe gesty, wspólna kawa czy krótka rozmowa mogą stać się kotwicą w sztormie.

* Nadzieja wbrew wszystkiemu: Mimo wszechobecnego smutku i bólu, Socha przemyca subtelne przesłanie o nadziei. Nie jest to nadzieja na cudowne uzdrowienie, lecz nadzieja na to, że nawet po największej stracie życie może toczyć się dalej, a w sercu znajdzie się miejsce na nowe uczucia i spokój.

* Znaczenie małych rytuałów: Tytułowa kawa o poranku, powtarzana codziennie, staje się symbolem wytrwałości, ale i momentu, w którym można na chwilę oderwać się od cierpienia i znaleźć odrobinę wytchnienia. To przypomnienie, że nawet w chaosie warto szukać stałych punktów, które pomagają przetrwać.

Powieść Nataszy Sochy to nie tylko historia o chorobie i śmierci, ale przede wszystkim o miłości w jej najtrudniejszej formie, o wytrwałości ducha i o tym, że nawet najbardziej połamane skrzydła da się jeszcze posklejać. Jest to książka, która uczy empatii, pokory i wdzięczności za każdy dzień. Zdecydowanie polecam ją każdemu, kto szuka literatury z głębią, która zmusza do myślenia i odczuwania.

Jak wspomniałam przed chwilą, jest to również książka o miłości, także tej romantycznej. Odnajdziemy w niej wątek romantyczny. Jest on subtelnie wpleciony w historię, odgrywając rolę delikatnego tła i nadziei dla głównej bohaterki, ale nie jest jej centralnym punktem. Książka skupia się bardziej na procesie żałoby, poszukiwaniu sensu życia po stracie bliskiej osoby i odnajdywaniu siły w sobie, jednak wątek romantyczny stanowi ważny element w drodze do uzdrowienia. Główna bohaterka, która mierzy się z traumą i poczuciem straty, powoli otwiera się na nowe znajomości. Relacja, która zaczyna się wyłaniać, nie jest gwałtownym romansem, lecz raczej powolnym budowaniem zaufania i bliskości. Autorka unika tu schematów typowych dla literatury obyczajowej, gdzie miłość pojawia się jako magiczne rozwiązanie wszystkich problemów. Zamiast tego, pokazuje, jak nowa relacja może być delikatnym wsparciem i motywacją do podnoszenia się z trudnej sytuacji. Partner, który pojawia się w życiu bohaterki, jest postacią wrażliwą i cierpliwą. Nie naciska, daje jej przestrzeń na przeżywanie emocji i jest obecny, kiedy go potrzebuje. To właśnie w tej subtelności i braku nachalności tkwi siła tego wątku. Jest to miłość, która rozumie ból i nie próbuje go zatuszować, ale raczej współistnieje z nim, oferując ukojenie i perspektywę na przyszłość. Wątek miłosny w "Obiecaj, że będziesz pić kawę o poranku" jest zatem metaforą odradzania się. Nie jest to miłość, która zastępuje utraconą, ale raczej taka, która pokazuje, że życie po stracie może być piękne i wartościowe, a w sercu wciąż jest miejsce na nowe uczucia. Jest to opowieść o tym, jak nawet w najtrudniejszych chwilach, iskierka nadziei i ludzkiej bliskości może pomóc odnaleźć drogę do światła.

Mam nadzieję, że po przeczytaniu mojej recenzji, nie będziecie mieli już żadnych wątpliwości, że warto spędzić z tą powieścią swój, uwierzcie mi wartościowy, wolny czas. To naprawdę wyjątkowa lektura, która porusza i inspiruje. Jeśli jednak wciąż się wahacie, zdradzę Wam istotną ciekawostkę: ta historia jest oparta na faktach, a główni bohaterowie mają swoje pierwowzory w rzeczywistości. To tylko dodaje jej autentyczności i sprawia, że staje się jeszcze bardziej wciągająca. Dajcie się porwać tej opowieści, a obiecuję, że nie pożałujecie.

Na najmłodsze literackie dziecko autorki w dużej mierze złożyły się ludzkie historie z życia wzięte, które dzieją się każdego dnia. Wielu z nas może odnaleźć cząstkę siebie w doświadczeniach bohaterów. Ta książka bez wątpienia jest niezwykle potrzebna społecznie. Ma moc, by stać się wsparciem i pocieszeniem w trudnych chwilach, takich jak strata czy choroba bliskiej osoby. Przypomina, że nie jesteśmy sami i że nawet po najgorszej burzy w końcu wychodzi słońce, przynosząc szansę otwarcia się na  coś nowego. Innego, ale równie pięknego.

Autor zdjęcia: Natasza Socha 

[Zakup własny].

poniedziałek, 11 lutego 2019

Przedpremierowo: "(Nie) miłość" Natasza Socha.



Kochani dziś porozmawiamy o miłości. Jednak nie będziemy mówić o stanie, kiedy jako zakochani widzimy świat przez różowe okulary, a w brzuchu czujemy trzepoczące skrzydłami motyle. Wręcz przeciwnie, tym razem za sprawą książki Nataszy Sochy „(Nie) miłość" i jej głównym bohaterom, spojrzymy na uczucie to w o wiele szerszym aspekcie w sytuacji, kiedy coś się kończy, coś się wypala, miłość traci swoje barwy, a pozostaje poczucie moralnego obowiązku i sumienie, które nie daje nam spokoju.

Cecylia i Wiktor są małżeństwem z wieloletnim stażem, którego owocem jest nastoletnia już dziś córka. Kiedy los splótł ich drogi, byli pewni swoich uczuć. Zakochani i szczęśliwi, bardzo szybko się pobrali i chciałoby się powiedzieć, żyli długo i szczęśliwie. Otóż niestety nie. W momencie, kiedy my czytelnicy mamy możliwość obserwacji tego, co dzieje się tu i teraz w ich małżeństwie, doskonale widzimy, że już nie żyją ze sobą i dla siebie, lecz obok siebie. Oboje zbudowali w milczeniu mur, który ich dzieli. Choć są razem, to jednak osobno.
Wielu z nas mogłoby naprawdę pozazdrościć tej dwójce. Mają wszystko, o czym niejeden, może tylko pomarzyć. Status społeczny na wysokim poziomie, satysfakcjonującą pracę, są bardzo dobrze sytuowani materialnie. Tak więc dlaczego oboje marzą o rozwodzie? Dlaczego ona szuka miłości w internecie, on w ramionach atrakcyjnej doktorantki?
Los jednak szykuje dla nich zupełnie inny scenariusz. Jedna chwila wystarczy, by pragnienie wolności trzeba było odłożyć na półkę „musi zaczekać”, bowiem Cecylia ulega wypadkowi samochodowemu, wskutek którego, na kilka miesięcy  zostaje przykuta do wózka. Doskonale wie, że niestety bez pomocy męża teraz sobie nie poradzi. Wiktor natomiast czuje się w obowiązku pozostać przy żonie w obliczu tak trudnej sytuacji. Choć oboje wiedzą, że nie chcą dłużej trwać w tym związku, nikt nie mówi tego głośno i nadal grają główne role w swoim prywatnym spektaklu „udawajmy, że jesteśmy rodziną”.

Czy choroba Cecylii, będzie tylko odwlekaniem nieuniknionego końca, czy może nowym początkiem? O tym przekonajcie się, sięgając po książkę.

Pani Natasza Socha podjęła w swojej najnowszej książce bardzo trudny i życiowy temat, z którym niestety za zamkniętymi drzwiami własnych domów zmaga się wiele małżeństw. Podjęła się trudnej roli odarcia miłości z tej otoczki lukru i cukru, z którym to uczucie jest kojarzone. Tym samym skłoniła nas do tego, abyśmy spojrzeli na aspekt związku z zupełnie innej perspektywy. Spójrzmy prawdzie w oczy, życie to nie bajka i prędzej, czy później w każdym związku pojawiają się problemy, przytłaczające nas często obowiązki, wzajemne żale, a nawet pretensje. I nagle nie wiedząc, tak naprawdę, kiedy to się stało, między dwojgiem kochających się kiedyś ludzi wszystko staje się czarno białe. Wyrasta mur milczenia, zaczynamy się unikać. Każde z małżonków buduje swój nowy świat, do którego, to drugie nie ma dostępu.

Jak się przekonacie podczas lektury książki najbardziej skutecznym sposobem na to, by tak się nie stało, jest rozmowa. Wydaje się to takie proste, a jednak jest takie trudne. Z biegiem czasu ludzie w małżeństwie przestają ze sobą rozmawiać. Ich codzienny dialog to suche komunikaty dotyczące najczęściej spraw, które trzeba załatwić, obowiązków domowych, bądź kwestii dotyczących dzieci. Zapominamy o sobie wzajemnie. O komunikowaniu własnych potrzeb, mówieniu o tym, co nas boli, co chcielibyśmy zmienić. Wychodząc z założenia, że w małżeństwie przecież już nie trzeba, przestajemy się starać. A potem  zaczynamy się dusić we własnym związku. Narastają przemilczane problemy i nagle uświadamiamy sobie, że z naszej miłości już nic nie zostało.

Lektura książki skłania również czytelnika do refleksji odnośnie rozstania i poczucia obowiązku. Czy kiedy oboje małżonkowie zgodnie chcą się rozstać, a jedno z nich potrzebuje pomocy, na przykład ze względu na chorobę, czy niepełnosprawność to mimo wszystko współmałżonek z racji poczucia obowiązku, powinien trwać przy osobie skazanej na jego pomoc?

A może to wspólne trudne doświadczenie, pozwoli obojgu dostrzec siebie na nowo i da im szansę na to, by spróbować  jeszcze raz. 

„Sumienie ludzkie, jest czymś skandalicznie wkurzającym, Milczy przez długi czas uśpione albo nieobecne, a kiedy o nim zapomnisz, podnosi swój łeb i patrzy ci prosto w oczy. Zagląda w myśli. I nic nie mówi Kompletnie nic. A milczenie jest czasem głośniejsze niż strzał z karabinu”.

Jak widzicie „(Nie) miłość” to bardzo życiowa i ponadczasowa książka, z której bohaterami wielu z nas może się utożsamić. Autentyczni bohaterowie i ich realne problemy sprawią, że zapewne nie jeden z czytelników odnajdzie w ich historii pierwiastek własnego życia. Przyznaję, że na początku można odnieść wrażenie, że książka jest schematyczna, natomiast po przeczytaniu całości, dochodzimy do wniosku, że to nie schematyczność, a samo życie.

Oczywiście gorąco zachęcam Was do tego, abyście nie tylko przeczytali tę książkę, ale także dobrze przemyśleli wszystko, to co ona ze sobą niesie, jak również wcielili w swoje własne życie przekaz, który w sobie skrywa.

Jestem pewna, że wielbicieli twórczości autorki do sięgnięcia po jej najnowszą książkę przekonywać nie muszę, a tych z Was, którzy jeszcze nie czytaliście, żadnej Jej książki, mam nadzieję, że udało mi się zachęcić do tego, aby to zmienić właśnie dzięki temu  tytułowi.

Zapewniam Was, że dzięki bardzo lekkiemu i swobodnemu stylowi pisania, autorki, a także jak zapewne dostrzegliście ważnej tematyce książki, przeczytacie ją w mgnieniu oka na jeden raz, bo uwierzcie mi, nie sposób się od tej książki oderwać.

Premiera książki odbędzie się już 13.02.2019 roku. 

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.



wtorek, 5 czerwca 2018

Nie szukaj wątpliwej, jakości złota, podczas gdy największy skarb masz na wyciągnięcie ręki, bo nie wszystko złoto, co się świeci.

Moi drodzy dziś chcę zaprezentować Wam historię, którą na kartach powieści Pani Nataszy Sochy „Kogut domowy", napisało samo życie. Co więcej, historia ta może w każdej chwili stać się również historią waszej rodziny. Dziś porozmawiamy bowiem o twardych realiach życia. Zapewne każdy z nas korzysta i cieszy się z wielu udogodnień technicznych, jakie są nam oferowane niemalże każdego dnia, w dosłownie każdej dziedzinie życia. Dzisiejszy świat daje nam możliwość zrobienia wielu rzeczy bez wychodzenia z domu. Opłacić rachunki możemy przez internet, wziąć kredyt, czy założyć lokatę również. Żeby to wszystko zrobić, wystarczy dobry program komputerowy. Wszystko brzmi wspaniale, ale czy zastanawialiście się kiedyś, że przez tak duży i szybki rozwój techniki, wielu wykształconych ludzi na poważnych stanowiskach traci pracę i z dnia nadzień zostają pozbawieni, wszystkiego, na co ciężko pracowali latami.

Jak wiemy, w tradycyjnym modelu rodziny, to mężczyzna, jako głowa rodziny odpowiedzialny jest za zapewnienie swojej rodzinie utrzymania i stabilizacji finansowej, a kobieta zajmuje się wychowaniem domu. Jednak, jak przekonacie się podczas lektury książki, są sytuacje, które zmuszają małżonków do odwrócenia tego modelu.
Kiedy Jakub, mąż i ojciec trójki dzieci nagle traci pracę, oboje z żoną postanawiają, że do czasu kiedy mężczyzna nie znajdzie nowego zatrudnienia, to on będzie zajmował się domem i trzema córkami, podczas gdy Berenika wróci do pracy w agencji reklamowej. Jako że nasz bohater z zawodu jest bankowcem, jest przekonany, że z tak dobrym zawodem nie będzie miał problemu ze znalezieniem nowej pracy, a sytuacja zamiany ról jest tylko przejściowa i nie potrwa długo. No ale, jakby na to nie patrzeć zostaje „Kogutem domowym". Choć początki nie są łatwe, z czasem nasz bohater coraz lepiej odnajduje się w nowej roli, a co więcej odkrywa uroki tacierzyństwa.
Berenika również rozwija skrzydła po powrocie do pracy, ciesząc się uznaniem szefa, ale niestety nie tylko szefa. I właśnie w tym nie tylko tkwi największy problem. Parol na żonę Jakuba zagiął jej kolega z pracy, Makary. Czy kobieta wpadnie w sidła uwodzicielskiego, czarującego mężczyzny? O tym musicie przekonać się sami.


Pani Natasza poruszyła w książce kilka bardzo istotnych kwestii, które należy podkreślić. Po pierwsze. Postać Jakuba i jego perypetie są odzwierciedleniem losów wielu bezrobotnych mężczyzn. Jakub jest ich głosem, który opisuje w ich imieniu ciężką sytuację, w której się znaleźli.

Po drugie i nie mniej istotne obala stereotyp, iż mężczyzna nie poradzi sobie tak, jak matka w opiece nad dziećmi i prowadzeniu domu. Większość matek już na starcie przekreśla swoich mężów czy partnerów w tej roli, żywiąc przekonanie, że tylko one są w stanie zrobić wszystko najlepiej. Tymczasem, Jakub jest wspaniałym dowodem na to, że ojciec może być równie dobrą matką, jeśli tylko da mu się na to szansę.

Trzecią i wymagającą głębokiego zastanowienia kwestia jest, to czy osoba, którą jawi nam się  jako idealna, w istocie taka idealna jest. A tak właściwie, co tak naprawdę znaczy, być idealnym? Czy świadczy o tym elegancki strój, uwodzicielskie spojrzenie, słodkie słówka, pod którego czarem znalazła się Berenika, czy może zupełnie coś innego, o czym kobieta już dziś nie pamięta? Czy książę z bajki okaże się wart, tego, by zniszczyć, to, co najważniejsze? Sięgnijcie po „Koguta domowego” i sprawdźcie sami.

Jeśli chodzi o samą książkę i jej bohaterów to czytało mi się ją rewelacyjnie. Autentyczność opisanej fabuły i realizm postaci sprawił, że od pierwszej chwili bardzo mocno wciągnęłam się w lekturę, a kolejnych stron książki ubywało w mgnieniu oka. Bardzo mocno kibicowałam głównemu bohaterowi, aby jego małżeństwo przetrwało kryzys i czas próby.
Pokochałam również Mariannę i Marka. Mając takie osoby w swoim życiu, łatwiej jest przejść przez jego wyboiste drogi.

To, za co uwielbiam w książkach Pani Nataszy Sochy to, fakt, że autorka zawsze w zabawny i nieprzytłaczający sposób porusza autentyczne, życiowe, codzienne problemy zwykłych ludzi. Takich, jak ja i Ty, przez co wiele z tych książek możemy wynieść dla siebie dla naszego życia. Tak też było i tym razem. Autorka skłoniła mnie do wielu refleksji. Cóż więcej mogę powiedzieć. Koniecznie przeczytajcie. „Kogut domowy” ma w sobie wszystko to, czego czytelnik oczekuje od bardzo dobrej książki. Życiową tematykę, lekki i swobodny styl, humor refleksje oraz wspaniałych bohaterów.

Na zakończenie pozostawię Was z dobrze znaną wszystkim refleksją. Nie szukaj wątpliwej, jakości złota, podczas gdy największy skarb masz na wyciągnięcie ręki, bo nie wszystko złoto, co się świeci.

Za wspaniałe chwile z wyjątkową książką serdecznie dziękuję wydawnictwu Pascal oraz Autorce.


poniedziałek, 12 lutego 2018

O miłości na poważnie.

Moi drodzy, dziś porozmawiamy o miłości, Jednak nie będzie to rozmowa łatwa, ponieważ podczas niej padnie wiele trudnych pytań, które obnażą nasze myśli i przekonania. Wielu nas może poczuć się zniesmaczonymi a wręcz oburzonymi. Dla innych natomiast ta chwila może stać się początkiem ich nowego życia.

Ci z Was, którzy śledzą mojego bloga, doskonale wiedzą, że nie boję się trudnych tematycznie książek, a wręcz mnie do nich ciągnie. Jak napisała jedna z czytelniczek bloga, trudne książki to swego rodzaju mój znak rozpoznawczy. Oczywiście, coś w tym jest. Dlatego właśnie bardzo cenię sobie autorów, którzy w swoich książkach nie uciekają od trudnych, a nawet kontrowersyjnych tematów. Jedną z takich właśnie pisarek jest Pani Natasza Socha. Twórczość tej autorki zawsze skłania mnie do wielu przemyśleń i refleksji. Historie, które opisuje na kartach swoich powieści, są dla mnie cenną lekcją życia. Czy tak było i tym razem, przekonacie się już za chwilę, ponieważ to właśnie najnowszy utwór Pani Nataszy ”Troje na huśtawce” stał się dla mnie doskonałym wstępem do poważnej rozmowy o miłości.

Powszechnie mówi się, że miłość jest uczuciem tak pięknym i wzniosłym, iż nie należy jej szufladkować, narzucać żadnych granic i reguł. Bowiem jak mówią słowa pięknej piosenki:

„Wielka miłość nie wybiera, czy jej chcemy, nie pyta nas wcale”.

Jednak zapewne wszyscy zdajemy sobie doskonale sprawę, że taka idealna miłość, bez skazy istnieje tylko w bajkach. Przekonała się o tym również główna bohaterka „Troje na huśtawce” Koralia, czterdziestodwuletnia kobieta, która rozwodząc się z mężem, zakończyła jeden z etapów swojego życia. Kobieta na szczęście nie jest sama. U jej boku nieustannie trwa najlepsza przyjaciółka Aurelia. Obie panie łączy wyjątkowa więź. Znają się niemalże od dziecka i zawsze wspólne pokonują najtrudniejsze momenty w życiu. Za sprawą syna Aurelii, Tytusa są niemal jak rodzina. Aurelia bowiem jest matką samotnie wychowującą syna i to właśnie Koralia pomaga jej na każdym kroku. Z czasem staje się dla chłopca niemalże drugą matką.
Dziś mały Tytus jest już dorosłym, dwudziestoczteroletnim mężczyzną. Pewnego dnia między Koralią i Tytusem rodzi się uczucie. Dla obojga, to, co się dzieje w ich życiu, jest ogromnym zaskoczeniem. Koralia doskonale wie, że jest to miłość zakazana, która nigdy nie powinna się zdarzyć. Przecież nie powinna patrzeć na Tytusa jak na mężczyznę. On jest od niej osiemnaście lat młodszy. Jest tym chłopcem, któremu jeszcze niedawno zmieniała pieluchy, a co najważniejsze jest synem jej przyjaciółki, która od zawsze była jej autorytetem. Mimo że lęk obawy i wątpliwości nie opuszczają naszej bohaterki, czuje się szczęśliwa.Jak nie trudno się domyślić będzie zmuszona do dokonania wyboru między przyjaźnią a miłością, ale czy naprawdę trzeba dokonywać wyboru?

"Troje na huśtawce", to napisana w formie pamiętnika historia kobiety, która nie zrobiła nic złego, po prostu się zakochała, a nie może cieszyć się pełnią tego uczucia w obawie przed krytyką i odrzuceniem. Autorka poprzez fabułę tej książki chce walczyć ze schematami i stereotypami powszechnie przyjętymi w społeczeństwie.

„Czasami miłość sprowadza się do ogólnie przyjętych wyobrażeń i norm. Ona, on, on zazwyczaj trochę starszy, ona drobniejsza i delikatniejsza. To wszystko są jednak stereotypy, które powodują, że nasza wizja uczucia nie do końca jest nasza. Proszę sobie wyobrazić swoją miłość i swoje o niej zdanie. Pani praca będzie polegała na urzeczywistnieniu tej wizji, dopiero wtedy, obraz stanie się bardziej przejrzysty i spójny z Pani wewnętrznym ja. I nie wolno go będzie nikomu oceniać”.

Autorka poprzez miłość Korali i Tytusa uświadamia czytelnikom, że nie powinniśmy ulegać presji innych i żyć tak, jak oni tego od nas oczekują, tylko dlatego, że obawiamy się potępienia z ich strony. Zycie mamy tylko jedno i nikt nie ma prawa mówić nam jak mamy je przeżyć, co jest właściwe, a co nie. Musimy oddzielić miłość od przyjaźni.

„Miłość można skatalogować na różne sposoby, można ją też podzielić na gorsze i lepsze okresy. Ale jeśli jest to miłość naszego, życia, to nie można jej przekreślić tylko dlatego, że jednemu z nas wyczerpują się baterie. Albo, że komuś to przeszkadza”.

Kochani gorąco polecam Wam lekturę tej książki. Jest to książka pełna emocji napisana z rozwagą i dystansem, która da Wam czas i możliwość na wiele refleksji i przemyśleń. Być może po jej przeczytaniu spojrzycie na swoje życie w innym świetle, a nawet spojrzycie przychylniej na kogoś, kogo postępowanie do tej pory surowo ocenialiście.
Ja sama jestem pod wrażeniem tej książki i na pewno jeszcze nie raz będę do niej wracać.

Na zakończenie chcę zadać Wam kilka pytań. Czy zdarzyło Wam się zakochać w kimś, w kim zakochać się według przyjętych norm społecznych Wam nie było wolno? Czy musieliście wybierać między miłością a kimś równie dla Was ważnym? A może zdarzyło Wam się potępić kogoś właśnie z powodu miłości?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Autorce oraz wydawnictwu Edipresse Polska.


czwartek, 2 listopada 2017

Nie żyjemy tylko dla siebie

Recenzja była pierwotnie publikowana gościnnie na blogu Medytacje nad książką.
Moi kochani, dziś porozmawiamy na temat trudy i bolesny. Temat, o którym na co dzień nie chcemy myśleć i mówić z obawy, by nie wywołać wilka z lasu i nie ściągnąć złego, bądź też z przekonania, że problem ten przecież nas nie dotyczy. Będziemy mówić o chorobie i śmierci. W dzisiejszych czasach, kiedy mamy swobodny i łatwy dostęp do internetu nieustannie czytamy kolejne apele, a wręcz błaganie o pomoc dla kogoś, kto potrzebuje naszej pomocy po to, by móc żyć. Oczywiście odczuwamy współczucie, dowiadując się o dotykającym innych cierpieniu, ale z reguły po chwili zajęci własnym życiem i problemami zapominamy o tym, co czytaliśmy, bo przecież to wszystko dzieje się tam a my nie możemy nic zrobić, by pomóc. Dzięki książce Pani Nataszy Sochy „Apteka marzeń” przekonasz się, że i Ty w bardzo prosty sposób może podarować komuś życie. Drogi czytelniku nie myśl sobie, że skoro mowa o książce, to nie ma czym się przejmować, bo zapewne jest to, tylko kolejna ckliwa historyjka będąca fikcją literacką. Otóż nie na kartach „Apteki marzeń” poznasz prawdziwą historię wspaniałej dziewczynki i jej rodziny, od której my dorośli możemy się bardzo wiele nauczyć.