sobota, 15 czerwca 2019

Żądza pieniądza

Kochani nie znam nikogo, kto składając komuś życzenia, nie życzyłby tej osobie dużo pieniędzy. Ten zwrot ciśnie się nam na usta niemal automatycznie w takich chwilach. Często również my sami snujemy sobie plany i marzenia o tym, jak wspaniale byłoby być bogatym i jak bardzo odmieniłoby to nasze życie. A jeśli już myślimy o dużych pieniądzach, to często kojarzą nam się one z wygraną. To, że bycie bogatym odmienia życie, nie ulega wątpliwości, ale czy zawsze jest to zmiana na lepsze? Na to pytanie próbuje znaleźć odpowiedź Karolina Wójciak w swojej najnowszej książce „Nigdy nie wygrasz”.

Główną bohaterką książki jest Majka. Dziewczyna ma dopiero niewiele ponad trzydzieści lat, a za sobą już życie, które bez wahania można nazwać piekłem na ziemi. Jest zupełnie sama na świecie. Nie ma nikogo, na kim mogłaby się wesprzeć. Majka pracuje w przydrożnym barze, gdzie jest traktowana jak dziwoląg i popychadło. Nie trudno się dziwić, że w takiej sytuacji nasza bohaterka pragnie dla siebie lepszego życia, a w jej najskrytszych marzeniach przepustką do niego ma być wygrana w lotto, w którego gra regularnie. Wkrótce w barze dochodzi do zabójstwa jednego z klientów, w które kobieta zostaje zamieszana. Czy słusznie? Tego dowiecie się, czytając książkę. Niebawem po tych szokujących i trudnych przeżyciach wszystko wskazuje na to, że los się wreszcie do tej biednej dziewczyny uśmiechnął, bo oto w jednej z największych kumulacji loterii wygrywa naprawdę duże pieniądze i staje się milionerką. Majka wierzy, że teraz kiedy ma pieniądze, zyska również szacunek tych, którzy dotychczas nią pogardzali. Niestety dzieje się zupełnie odwrotnie. Nagle wokół niej pojawiają się osoby, które wykorzystując dobroć, nieporadność życiową i naiwność świeżo upieczonej milionerki, niczym sępy wszelkimi sposobami chcą wyrwać od niej te pieniądze. Sterowana przez innych niczym marionetka Maja dokonuje wyborów, które sprowadzają na nią wiele kłopotów. Teraz już nigdzie nie jest bezpieczna...

Majka, to niejedyna główna postać tej historii. Na kartach tej powieści poznajemy również osobę Darka, kochającego męża i wspaniałego ojca, który dla rodziny poświęcił swoje młodzieńcze plany i marzenia. Dziś czuje, że chciałby dla siebie czegoś więcej i niespodziewanie taką szansę od losu dostaje. Otrzymuje zadanie zrealizowania swojego autorskiego projektu, którym będzie nagranie reportażu na temat tego, jak duże wygrane w grze lotto wpłynęły na życie osób, które te pieniądze wygrały. To, co wynika z materiałów, które udało mu się zgromadzić, powoduje ogromny szok i niedowierzanie. W niedługim czasie, po ogłoszeniu przez media informacji o najnowszej wygranej, chce także porozmawiać z Majką. Żona Darka od początku nie popiera jego udziału w tym zleceniu, jednak Darek chce wreszcie, zrobić coś dla siebie. Ale czy gdyby wiedział, co go czeka, nadal chciałby gonić za marzeniami? Przekonajcie się sami.

„Przez pieniądze będziesz płakać bardziej niż z ich braku".

„Nigdy nie wygrasz” to książka o tym, że pieniądze nigdy nie są gwarantem szczęścia. Wręcz przeciwnie - ich siła może być bardzo destrukcyjna i niszczyć wszystko, co tak naprawdę w życiu ważne. Pieniądz daje nam złudne poczucie władzy, przez co, nim zdążymy zdać sobie z czegokolwiek sprawę, może zamienić nasze życie w koszmar. Pieniądze dają nam także poczucie gwarancji tego, że kiedy je mamy, nie musimy się o nic martwić, a ta pewność może uśpić naszą czujność i stać się naszą zgubą.

Pani Karolina Wójciak oddała w nasze ręce bardzo życiową i prawdziwą, a przez to mocną w przekazie książkę, która tak naprawdę mogłaby być historią każdego z nas. I to jest przerażające. To właśnie dzięki tej książce uświadamiamy sobie bardzo dobitnie, jak wiele cierpienia i krzywdy może nieść w sobie żądza pieniądza. Do jak bezwzględnych czynów jest w stanie posunąć się człowiek wobec drugiego człowieka, po to, tylko aby mieć, a nie tylko być. 

Moi kochani tytuł ten to emocjonalny rollercoaster, który wciąga od początku do końca. Nie da się od tej książki oderwać, a to za sprawą trzymającej w napięciu akcji i zaskakującym jej zwrotom. Od pierwszego zdania widać, że autorka włożyła w  napisanie tej historii nie tylko całe serce i ogrom zaangażowania, ale również mnóstwo pracy. To, o czym czytamy między stronami „Nigdy nie wygrasz” zostało dopracowane w każdym, nawet najmniejszym detalu, dzięki czemu książkę czyta się dosłownie w mgnieniu oka. Nie znaczy to jednak, że po skończonej lekturze równie szybko się o niej zapomina. O nie. Wszystko to, o czym przeczytałam w publikacji i czego doświadczyłam podczas czytania, mocno wwierciło się w moją głowę i nie pozwalało o sobie zapomnieć. Nadal nie mogę się emocjonalnie z tą książką pożegnać. Nachodzi mnie mnóstwo refleksji i przemyśleń. I wiecie co, jednego jestem pewna. Po przeczytaniu „Nigdy nie wygrasz” już nigdy nie będziecie nawet marzyć o wygranej i bogactwie. Wierzę w to, że każdy z nas ceni o wiele ważniejsze wartości w życiu.

Koniecznie sięgnijcie po „Nigdy nie wygrasz”, to jedna z najlepszych książek, jaką udało mi się dotychczas przeczytać. Na pewno jeszcze do niej wrócę.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Niezwykłe, za co bardzo dziękuję.

wtorek, 11 czerwca 2019

Treningowy chłopak.

Moi kochani nie wiem, czy pamiętacie, ale jakiś czas temu w ramach promocji książki Helen Hoang "Więcej niż pocałunek", miałam przyjemność recenzować dla Was jej pierwsze trzy rozdziały. Już wtedy gorąco zachęcałam Was do tego, abyście wspólnie ze mną wyczekiwali jej premiery, która miała miejsce 5 czerwca bieżącego roku. Natomiast wielu z Was pisało mi wówczas, że dla Was trzy rozdziały to zdecydowanie za mało, żebyście mogli ostatecznie zdecydować, czy chcecie sięgnąć po ten tytuł, bo przecież  obiecujący początek o niczym nie przesądza. Obiecałam Wam wówczas, że już wkrótce przyjdę do Was z recenzją całej powieści, abyście mogli dowiedzieć się o tej książce nieco więcej. I to właśnie dziś nadszedł ten moment.

Zanim jednak odpowiem Wam na pytanie, czy mój zachwyt, który już wówczas wzbudziło we mnie samo preludium do tego, co przygotowała dla swoich czytelników autorka, po poznaniu całości historii nadal jest tak samo wielki, czy też może znacząco zmalał, a może nawet wygasł zupełnie, pozwolę sobie opowiedzieć tym z Was, którzy nie mieliście jeszcze okazji czytać wcześniej niczego na temat owego tytułu, kilka słów o samej jego fabule.

Główną bohaterką powieści jest trzydziestoletnia Stella. Śmiało możemy powiedzieć o niej, że jest kobietą sukcesu. Pracuje jako ekonomistka w korporacji. W środowisku zawodowym czuje się jak ryba w wodzie, co przekłada się na uznanie i awanse. Analityczny umysł Stelli jest doskonałym jej atutem w pracy, natomiast nie pomaga jej w życiu prywatnym. Zapewne zastanawiacie się, w czym tkwi problem, Otóż nasza bohaterka choruje na autyzm, a dokładnie na Zespół Aspergera. Jednym z symptomów tej choroby są duże problemy chorego w nawiązywaniu relacji społecznych. Osoba, u której zdiagnozowano tę jednostkę chorobową, boi się bliskości oraz naruszenia jej przestrzeni osobistej, jak również zaburzenia w jakikolwiek sposób  schematów funkcjonowania, które towarzyszą jej każdego dnia. Dlaczego o tym wszystkim Wam piszę? A no dlatego, że w związku z powyższym Stella ma również trudności w kontaktach z mężczyznami, co spędza sen z powiek jej matce. Rodzicielka martwi się, że mimo swoich trzydziestu lat, jej córka nadal jest sama. Stella nie pali się do budowania związku, ponieważ wszelkie dotychczasowe doświadczenia w tej dziedzinie życia okazały się totalną porażką. Wszelkiej winy za niepowodzenia w życiu prywatnym Stella dopatruje się w sobie i swojej chorobie, dlatego postanawia wprowadzić w życie bardzo spontaniczny i nietuzinkowy plan. I tak oto w jej życiu pojawia się Michael, chłopak do towarzystwa, który otrzymuje od niej nietypową propozycję. On nauczy ją bliskości fizycznej z mężczyzną, a ona mu za to zapłaci. Chłopak nie spodziewał się takiego zlecenia, ale, jako że jest profesjonalistą, godzi się podjąć wyzwanie. Z pozoru plan jest prosty i klarowny, jednak, jak się domyślacie w tak delikatnej materii, jaką jest bliskość fizyczna między kobietą i mężczyzną, nie da się niczego zaplanować i przewidzieć. Wkrótce skrupulatny plan mocno wymyka się spod kontroli i znacząco wykracza poza ustalone ramy i narzucone mu granice. Jeśli chcecie wiedzieć, dokąd doprowadzi Stellę i Michaela, to wszystko, co dzieje się w ich kawałku, na ten moment wspólnej przestrzeni życiowej, koniecznie sięgnijcie po książkę.

Stella i jej „treningowy” chłopak to dwoje bardzo wrażliwych ludzi, którzy mogą sobie wiele dać, ale jednocześnie mogą również sprawić sobie wiele bólu i cierpienia. Wystarczy jeden nieostrożny krok i zbyt pochopna decyzja. Obydwoje bardzo wiele ryzykują, bowiem uczucia to nie zabawa. Stella, choć jest dorosłą kobietą, to w sprawach uczuć i relacji damsko-męskich jest niczym wylęknione dziecko we mgle. Całą swoją ufność pokłada w Michaelu, co on z tym zrobi i jak poradzi sobie z tą świadomością?

Z kolei Michael zmaga się w życiu prywatnym z poważnymi problemami, które doprowadziły do tego, że dziś jest tym, kim jest. Dlaczego godzi się na bycie żigolakiem, z którego uczuciami i potrzebami nikt się nie liczy? Czy Stella pokaże mu, że mógłby żyć inaczej? Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedzi oczywiście między stronami książki „Więcej niż pocałunek”.

Nie wiem, czy wiecie, ale książka ta otrzymała wiele bardzo ważnych nagród i wyróżnień literackich. Po jej lekturze zapewniam Was, że są to nagrody w pełni zasłużone, gdyż autorce udało się połączyć w tej historii przyjemne z bardzo pożytecznym. Czytelnik otrzymuje bowiem ciekawą poruszającą i wciągającą opowieść miłosną z subtelnie przedstawionymi scenami erotycznymi, w których odnajdujemy nie tylko pożądanie i aspekt seksualny, ale przede wszystkim uczucia, odkrywanie prawdziwej radości, przyjemności i pasji we wzajemnym poznawaniu siebie, akceptacji i zrozumieniu. A do tego wszystkiego Helen Hoang w bardzo przystępny i obrazowy sposób, opierając się na własnych przeżyciach, pokazuje nam, jak wygląda życie osoby z autyzmem w odniesieniu do jego intymnej sfery, a także uświadamia nam, że osoba taka również ma prawo kochać i być kochana. Wystarczy tylko pamiętać, że podobnie, jak w każdym innym związku niezbędne są kompromis, zrozumienie i czas.

Gorąco polecam Wam tę książkę właśnie teraz na wakacje, ponieważ to właśnie w czasie letnim rodzą się bardzo często uczucia, którym wielu nigdy nie dałoby szansy na przetrwanie. A ta książka jest dowodem na to, że nikogo nie należy nigdy szufladkować i przekreślać. Bo co, jak co, ale miłość nie podlega żadnym regułom.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Muza, za co bardzo dziękuję.

piątek, 7 czerwca 2019

W każdym z nas tkwi demon zła.

Najstraszniejsze demony mieszkają w nas samych. Starajmy się ich nie zbudzić”.

Kochani cytat ten widnieje na okładce najnowszej książki Marty Zaborowskiej „Lęki podskórne”, o której chcę Wam dziś opowiedzieć. Dla mnie, jako psychologa już te kilka słów sugerowało, że autorka przedstawi czytelnikowi mroczne zakamarki ludzkiej psychiki. Te, których na co dzień nikt w nas nie dostrzeże, a często nawet my sami nie zdajemy sobie z nich sprawy. Przypuszczenia te w połączeniu z intrygującym opisem zrodziły we mnie nadzieję, że oto w moje ręce trafiła książka, która nie tylko pozwoli mi spędzić kilka godzin na zajmującej lekturze, ale przede wszystkim skłoni do refleksji i wielu przemyśleń. O tym, czy to, czego oczekiwałam, zostało mi dane, przekonacie się już za chwilę.

A zaczęło się naprawdę intrygująco, bo oto główny bohater powieści, znany i ceniony scenarzysta teatralny w dniu swoich czterdziestych urodzin zostaje ofiarą wypadku. Nie ma świadków zdarzenia, a sam mężczyzna niewiele pamięta. Po opuszczeniu szpitala Ben zostaje otoczony opieką przez swoją żonę Lunę. Niestety leki, które kobieta podaje mężowi, bardzo szybko pogarszają jego stan. Mimo to nasz bohater ciągle stara się przypomnieć sobie, co tak naprawdę wydarzyło się w noc wypadku. Świadomość wraca powoli, niczym misternie składane pojedyncze elementy układanki, a to, jaki wspólnie tworzą obraz, dosłownie przeraża. Całości dopełnia chwila, kiedy Bernard niezauważony przez Lunę widzi w jej rękach zakrwawioną sukienkę. Dodając dwa do dwóch, uświadamia sobie, że tamtej nocy doszło również do morderstwa. Od tego momentu kończy się małżeńska idylla.

Moi drodzy możecie mi wierzyć, że to zaledwie niewielki ułamek tego, co przygotowała dla nas autorka, W książce mamy bowiem ukazane w mistrzowski niemal sposób to, jak psychika ludzka, kształtuje się niemalże od najmłodszych lat pod wpływem różnego rodzaju przeżyć i emocji.

Bernard i Luna to młodzi stażem małżonkowie. Każde z nich wiele przeszło, a ich związek miał być początkiem nowego życia, w którym będą mogli pogodzić się z przeszłością i wspólnie budować bezpieczną przyszłość. Bernard bardzo kocha swoją żonę, choć nie zawsze jest to łatwe, ponieważ cierpi ona na zaburzenia osobowości w psychologii określane mianem Syndromem borderline, co tłumaczy się, jako osobowość z pogranicza. Osobowość taka mieści się pomiędzy zaburzeniami psychotycznymi (schizofrenicznymi) a zaburzeniami neurotycznymi (nerwicami) Stany osób, u których stwierdzono ów syndrom, nie są jednak tak mocno zaostrzone, by można było zdiagnozować schizofrenię. Nie chcę Wam zbyt wiele zdradzać, aby nie pozbawić Was możliwości odkrywania tego, jak na co dzień wygląda życie z Luną i jej chorobą, powiem tylko, że sam Ben bardzo wiele jej zachowań tłumaczy właśnie tym, że są one spowodowane syndromem borderline i wiele jej wybacza. Ale czy powinien? Tak bardzo wyrozumiały nie jest za to, przyjaciel mężczyzny Igor, który nie tylko nie darzy Luny sympatią, ale także bacznie patrzy jej na ręce podczas rekonwalescencji przyjaciela. Czy słusznie? O tym przekonajcie się już sami.

Nie zdradzę nic więcej. Od siebie zostawię Wam tylko jedną radę, która jest bardzo cenna, kiedy przystępujemy do lektury książki. Bądźcie czujni i nie dajcie się oszukać. „Lęki podskórne”, skrywają na swoich kartach historię, w której nic nie jest takim, jakim na początku się wydaje. Tu nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Im bardziej zagłębiamy się w bieg opisanych w książce wydarzeń, tym bardziej przekonujemy się, że tak naprawdę w każdym człowieku tkwi demon zła, który jeśli się zbudzi, jest bardzo nieprzewidywalny w swoich poczynaniach. Tu nikomu nie można ufać.

Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po „Lęki podskórne”. Marta Zaborowska oddała w nasze ręce wspaniały, trzymający w napięciu thriller psychologiczny z szeroko rozbudowanym wątkiem kryminalnym, od którego nie można się oderwać. Autorka niemalże żongluje naszymi emocjami dzięki stopniowemu odkrywaniu przed czytelnikiem coraz to nowych szokujących faktów. Podczas gdy już byłam przekonana, że na pewno już znam zakończenie, nagle działo się coś, co uświadamiało mi, w jak wielkim byłam błędzie. I wierzcie mi, do końca nie da się w tej książce niczego przewidzieć. A kiedy już wszystkie elementy układanki trafią na właściwe miejsca, jedyne co będziecie w stanie powiedzieć, to jedno wielkie WOW.

Tę książkę po prostu trzeba przeczytać. Nie zwlekajcie ani chwili dłużej.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Czarna owca, za co bardzo dziękuję.


poniedziałek, 3 czerwca 2019

Kiedy plotka zaczyna żyć własnym życiem.

„Plotki są jak nasiona niesione przez wiatr. Nie da się przewidzieć, gdzie wylądują, ale gdzieś na pewno. Zagnieżdżą się w pęknięciach i szczelinach, zaczną kiełkować. A potem zapuszczają korzenie. Nie ma znaczenia, czy jest w nich prawda, czy nie. Im częściej są powtarzane, tym szybciej i bardziej rosną, niczym łodygi fasoli pnące się ku słońcu”.

Moi drodzy od urodzenia mieszkam w niewielkiej miejscowości i choć bardzo kocham moją cichą i urokliwą wioskę i nie zamieniłabym jej na żadne inne miejsce na świecie, to jednak jest coś, czego bardzo nie lubię. Z uwagi na to, że wszyscy mieszkańcy naszej miejscowości znają się niemalże od pokoleń, a i dzieje się tu niezbyt wiele, to niestety wszyscy wszystko o sobie wiedzą, a nawet więcej, często wydaje im się, że o danej osobie wiedzą więcej niż ona sama o sobie. I tak oto rodzą się plotki, które szeptane niby to w sekrecie przez jedną sąsiadkę drugiej sąsiadce, bardzo szybko obiegają całą wioskę, nierzadko obrastając w legendę. Nikt zazwyczaj nie zastanawia się, czy dana plotka ma w sobie ziarno prawdy. Ważne, że coś się dzieje.

Na tę odrobinę prywaty pozwoliłam sobie ze względu na to, że dziś chcę opowiedzieć Wam o książce „Plotka Lesley Kara, która na swoich kartach skrywa historię, dzięki której czytelnik uświadamia sobie, jak wiele złego może uczynić plotka niesiona z ust do ust na ludzkich językach. Zanim jednak opowiem kilka słów o samej książce, chcę, abyście wiedzieli, że przedstawione w niej wydarzenia oparte są na prawdziwej historii.

Jeśli jesteście ciekawi, jak to wszystko się zaczęło, to zapraszam Was razem ze mną do niewielkiego nadmorskiego miasteczka Flinstead, do którego trafiamy wspólnie z główną bohaterką powieści Joanną i jej synem Alfim. Miasteczko to jest miejscem, w którym Joanna się wychowała i dorastała. Dziś wraca z Londynu, gdzie dotychczas mieszkała, w rodzinne strony, by zapewnić synkowi spokojne i szczęśliwe dzieciństwo. Dla nich obojga ta przeprowadzka ma być początkiem nowego życia. Chłopiec uczęszcza do tamtejszej szkoły, jednak nie jest mu łatwo nawiązywać przyjaźnie z nowymi kolegami z klasy. Joanna postanawia mu w tym pomóc i chce nawiązać bliższe relacje z matkami kolegów  dziecka, mając nadzieję, że w ten sposób chłopcy łatwiej zaakceptują nowego kolegę.
Pewnego dnia podczas rozmowy z innymi matkami Jo dowiaduje się, że prawdopodobnie w ich miasteczku mieszka dzieciobójczyni, która przed laty będąc jeszcze dzieckiem, wbiła nóż w serce innemu dziecku. Dziś Stella jest już dorosłą kobietą i jak wieść niesie pod innym nazwiskiem, ukrywa się właśnie w Finstead. Początkowo Jo postanawia zbagatelizować te pogłoski. Jednak to, czego się dowiedziała, nie daje jej spokoju i już wkrótce powtarza  zasłyszaną plotkę dalej. Lotem błyskawicy plotka zaczyna żyć własnym życiem.
Niebawem okazuje się, że zbytnie zainteresowanie Joanny sprawą morderczyni, a także rozpowiadanie plotki może kosztować ją bardzo wiele. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, którym dla matki bez wątpienia jest zagrożone bezpieczeństwo jej dziecka. Joanna otrzymuje tajemnicze przesłanki świadczące o tym, że:
„Plotki potrafią zabijać”.
Czy synek Joanny jest w niebezpieczeństwie i kim jest ukrywająca się przestępczyni? To dwa główne nurtujące czytelnika pytania. Odpowiedz na nie, czeka na Was oczywiście podczas lektury.

Moi kochani „Plotka”, to jedna z tych książek, która zainteresowała mnie już w momencie zapowiedzi nie tylko ciekawym opisem, ale również zapewnieniami, że oto w moje ręce trafia pełen napięcia thriller, który podniesie mi poziom adrenaliny i ciśnienie krwi. W obliczu tego rodzaju zapewnień miałam wobec tej książki bardzo duże oczekiwania. I niestety się zawiodłam. Nie mogę powiedzieć, że jest to książka zła, bo z pewnością taka nie jest. Natomiast zdecydowanie historia w niej opisana jest nierówna. Mamy tu interesujący początek, słaby środek i rewelacyjne zakończenie. Ponadto bardzo uciążliwe staje się w całej fabule nagromadzenie bardzo dużej ilości bohaterów, którzy tworzą swego rodzaju sztuczny tłum. Myślę, że autorka w ten sposób chciała zmylić tropy czytelnika odnośnie wykrycia morderczyni. Tu każdy jest podejrzany, a wzajemne oskarżenia mogą mocno krzywdzić. W rezultacie jednak zabieg ten jedynie bardzo utrudnił czytelnikowi zorientowanie się, kto jest kim i jaką pełni funkcję w całej opowieści.
Jeśli chodzi o tempo akcji, to również było ono bardzo zmienne. I tak jak samo zakończenie, czyli ostatnie sto stron bardzo angażuje i pochłania czytelnika, dosłownie w mgnieniu oka, tak sam środek jest mocno i w moim odczuciu niepotrzebnie rozciągnięty, co u mnie samej zaowocowało kilkoma momentami znużenia lekturą.

Reasumując, „Plotkę” polecam tym z Was, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tym gatunkiem i szukają czegoś, co czyta się lekko i nie wymaga zbytniego zaangażowania i wysiłku intelektualnego. Czytelnik, który jest wielbicielem thrillerów, a tym samym czyta je dość często i wymaga dużo, może poczuć się zawiedziony.

Nie chcę jednak, żebyście rezygnowali z sięgnięcia po „Plotkę” pod wpływem mojej recenzji, ponieważ wiem, że zbiera ona bardzo wysokie oceny, dlatego zachęcam Was, abyście książkę przeczytali i wyrobili sobie o niej własne zdanie. Warto dać jej szansę, choćby ze względu na świetne zakończenie.

Jako że ja zawsze daję autorowi drugą szansę, to na pewno przeczytam kolejną książkę Lesley Kara.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania książka, za co bardzo dziękuję. Zachęcam Was również do zapoznania się z całą ofertą nowości i bestsellerów księgarni.



środa, 29 maja 2019

Gdzie jest granica między życiem, a śmiercią?

Najgorszym przeżyciem dla każdego z nas bez wątpienia jest moment, kiedy dowiadujemy się, o śmierci bliskiej nam osoby. Śmierć, kogoś, kogo kochamy, jest jedną z sytuacji, którą najtrudniej nam zaakceptować i z którą wielu z nas bardzo długo nie może się pogodzić. Oczywiście jest to, jak najbardziej zrozumiałe, dlatego bardzo ważne jest, abyśmy pożegnali kochaną osobę i pozwolili jej odejść. Jednak jak to zrobić, kiedy lekarz mówi nam „Bardzo mi przykro, pani syn, córka, mąż, brat już nie żyje” a my widzimy, że serce tej osoby nadal bije i nie możemy uwierzyć w jej śmierć?

Dziś wspólnie z Agnieszką Bednarską, autorką thrillera medycznego Zanim się obudzę”, chcemy zabrać Was  z wizytą na oddział neurologii jednego ze szpitali, do którego trafiają pacjenci pozostający w stanie śpiączki, bądź śmierci mózgowej.

Kochani zapewne większość z Was wie, że w momencie, kiedy specjalnie do tego uprawniona komisja lekarska orzeknie śmierć pnia mózgu pacjenta, wówczas lekarze najpewniej zapytają jego rodzinę, czy wyraża zgodę to, aby ich krewny został dawcą organów, które mogą uratować, życie nawet kilku osób. Tym samym sprawić, by jego śmierć nie poszła na marne, a on sam, mógł niejako żyć nadal w tych osobach. Oczywiście wszyscy wiemy, że transplantologia to niezwykle ważna dziedzina medycyny, która niestety, mimo swych ogromnych zasług, nadal wzbudza wiele kontrowersji. Jest to dziedzina, która niesie za sobą bardzo dużo trudnych pytań bez odpowiedzi, takich jak między innymi: „Gdzie jest granica między życiem a śmiercią?”, Czy metody, którymi posługuje się medycyna, są wystarczające do tego, aby z całą pewnością stwierdzić, że dana osoba nie żyje, a jej bijące serce i unosząca się klatka piersiowa świadcząca o oddechu, to tylko sztucznie podtrzymywane funkcje życiowe"? „Co dzieje się ze świadomością człowieka, który jest zbyt słaby, by wrócić, lecz wciąż, niegotowy, by odejść?” i wiele, wiele innych. Jak pisze sama autorka, ta książka nie została napisana po to, aby znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania, ponieważ tak naprawdę jednoznacznej na nie odpowiedzi nie ma. Pisząc tę książkę, autorka chciała skłonić swoich czytelników do refleksji i dać nam nadzieję na to, że:

(...) bez względu na to, co nas spotka, i tak wszystko skończy się dobrze. Po tej bądź po tamtej stronie”.

Czy w moim przypadku Pani Agnieszce udało się osiągnąć swój cel? O tym, przekonacie się już za chwilę. Najpierw przybliżę Wam samą fabułę książki.

Do wspomnianego szpitala na tę samą salę oddziału neurologicznego zostaje przyjęta dwójka pacjentów. Bezimienna dziewczyna wyłowiona z rzeki i Kamil, dwudziestojednoletni chłopak. Oboje trafiają do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Kamil z objawami śmierci mózgowej otoczony jest opieką i miłością najbliższych. Natomiast o pacjentkę, której tożsamość pozostaje nieznana, która zapadła w śpiączkę nikt się nie pyta, nikt jej nie szuka. Opieki nad dziewczyną podejmuje się siostra oddziałowa - Brygida. Wkrótce rodzice Kamila zostają poinformowani, że syn, już nie żyje, a jego organizm jest podtrzymywany  przy życiu dzięki aparaturze medycznej, do której jest podłączony, po to, by zostało utrzymane krążenie.
Ordynator szpitala prosi ich również o zastanowienie się nad podpisaniem zgody na pobranie organów do transplantacji, dzięki czemu Kamil da szansę nawet kilku osobom czekającym na nowe życie, a tym samym będzie mógł żyć nadal w kimś innym. Matka, patrząc na syna, który przecież jest jeszcze bardzo młody i silny nie wierzy w jego śmierć. Oboje z mężem nie wyrażają zgody na odłączenie Kamila od aparatury medycznej.

„- Czy jakaś komisja orzekła śmierć mojego syna? - Matka Kamila wyrwała dłonie z uścisku męża i nadzwyczaj sprawnie, jak na kogoś w jej wieku, doskoczyła do biurka, oparła się o blat i pochylając, spojrzała w twarz pani ordynator. Ich nosy dzieliło od siebie zaledwie kilka centymetrów, pani ordynator nieznacznie się cofnęła. Najprawdopodobniej nastąpi to rano. - Ordynator była nieco zbita z tropu. Czy orzekła? - Krystyna Nowacka powtórzyła pytanie. - Nie... Więc niech pani do cholery nie nazywa mojego syna dawcą! Nazywa się Kamil Nowacki, ma dwadzieścia jeden lat i jest pacjentem”.

Mimo że dla tamtejszej ordynator, jak   dla każdego lekarza dobro pacjentów jest najwyższym celem, to jednocześnie kobieta bardzo mocno angażuje się we wspieranie transplantologii, ponieważ wie, że brak podpisanej zgody na pobranie organów za każdym razem wiąże się z odebraniem komuś, kto czeka na przeszczep szansy na przeżycie i powrót do pełni zdrowia. Jak się przekonacie mimo dobrych intencji, które nią kierują, nie wzbudza ona sympatii w oczach czytelnika. Przynajmniej tak było w moim przypadku. 
W tym samym szpitalu pracuje również doktor Yao Nakamura, który jest przeciwnikiem orzekania śmierci mózgowej. To właśnie pod jego opieką znajdują się Kamil i nieznajoma dziewczyna, której siostra Brygida nadaje imię Selena. Czy doktorowi uda się przywrócić swoich pacjentów do świata żywych? O tym przekonajcie się sami.

„Zanim się obudzę” zdecydowanie spełnia swoje zadanie. Daje do myślenia i porusza. Autorka w doskonały sposób przedstawiła nie tylko dylematy, trudne wybory i jeszcze trudniejsze decyzje, przed którymi zostają postawieni lekarze i rodziny pacjentów, ale również bardzo ciekawie ukazała to, jak może się czuć osoba pozostająca w stanie śpiączki. Co może odczuwać i jak odbierać, wszystko to, co się wokół niej dzieje. Czy rzeczywiście możemy być pewni, że walka o to, aby nasz bliski za wszelką cenę był utrzymywany przy życiu, jest tym, czego on sam rzeczywiście by chciał? To kolejne z pytań, postawionych ku naszej osobistej refleksji.

Bardzo ważnym atutem tej książki jest także ukazanie ludzkiej twarzy lekarza, czy pielęgniarki. Każde z nich w pracy musi wykazać się profesjonalizmem i twardo bronić swoich racji dla dobra życia ludzkiego. Nie zawsze środowisko medyczne wzbudza sympatię rodzin pacjentów. Często wydają się nam oni służbistami bez serca. „Zanim się obudzę” przypomina nam, że lekarze i personel medyczny to ludzie, którzy tak samo, jak my w życiu prywatnym zmagają się z wieloma problemami i  troskami, dlatego pozory mogą mylić. Podczas lektury książki poznacie bardzo trudną przeszłość doktora Nakamury, troski siostry Brygidy, a nawet zobaczycie, co skrywa się za maską kontrowersyjnej osobowości samej pani ordynator. Mamy również możliwość obserwować niezwykłą więź, jaka rodzi się między siostrą Brygidą, a Seleną. 
Dodatkową zachętą do tego, abyście sięgnęli po książkę, niech będzie fakt, że przypadek Kamila i Seleny nie jest jedynym, o którym przeczytacie na jej kartach. 

Gorąco zachęcam Was do lektury tego tytułu. Jest to książka, która pochłonie Was bez reszty, ponieważ mimo trudnego tematu, czyta się ją niezwykle lekko. Już od samego początku mocno na sercu leży nam los głównych bohaterów i wspólnie z ich bliskimi czekamy na najmniejszy choćby znak z ich strony. Gest, świadczący o tym, że nas słyszą i wracają na tę stronę życia. Jednocześnie w naszej głowie rodzi się wiele pytań, które nie milkną jeszcze na długo po skończonej lekturze. Także tych natury etycznej. Nie da się również uniknąć stawiania się na miejscu zarówno pacjentów, jak i ich rodzin.
Czy chciałabym/chciałbym, aby utrzymywano mnie przy życiu za wszelką cenę?, albo  jaką decyzję podjęłabym/ podjąłbym, gdyby zaproponowano mi podpisanie zgody na pobranie organów od osoby, którą kocham? Z tymi pytaniami dziś Was zostawię.

Mam nadzieję, że udało mi się przekonać Was, że „Zanim się obudzę” to bardzo wartościowy tytuł, który warto przeczytać i przemyśleć, a później porozmawiać z najbliższymi, o tym, jaka jest nasza wola w przypadku, kiedy trzeba by było zdecydować, o tym, co stanie się z naszymi organami, kiedy nas już po tej stronie nie będzie. To naprawdę bardzo ważne. Do końca możemy czynić dobro.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Media rodzina, za co bardzo dziękuję.

sobota, 25 maja 2019

Chcę umrzeć na własnych warunkach.

Jestem gwiezdnym pyłem; dmuchnij za mocno, a się rozsypię.
Moi drodzy, czy w pędzie codziennego życia znajdujecie chwilę na to, by uświadomić sobie, że czas, który został nam ofiarowany na tym świecie, nie jest wieczny i kiedyś dobiegnie końca?

Moja babcia często powtarzała mi, że w momencie, kiedy się rodzimy, Pan Bóg zapala nam świeczkę, której światło ma prowadzić nas do wieczności. Świeczka, jak wiemy ma jednak to do siebie, że  się topi i robi się coraz krótsza. Podobnie dzieje się z naszym życiem. Każdy dzień, każda chwila zbliża nas do jego kresu, który nastąpi, gdy Pan Bóg postanowi nam tę świeczkę zgasić.
Oczywiście zrozumiałe jest, że nikt z nas nie myśli na ten temat tak po prostu na co dzień, a nawet, jeśli zdarzają się chwilę, kiedy nadchodzą nas tego rodzaju refleksje, to jak najszybciej staramy się je od siebie odsunąć i zepchnąć do najgłębszych zakamarków naszej świadomości.
Niestety są sytuacje, które zmuszają nas do bezpośredniej i bezkompromisowej konfrontacji z tą bolesną prawdą. Jedną z nich jest choroba. Kiedy los doświadczy nas ciężką chorobą, wówczas uświadamiamy sobie, jak bardzo kruche jest ludzkie życie.
Przekonała się o tym główna bohaterka powieści Tammy Robinson „Twoje fotografie”, o której chcę Wam dziś opowiedzieć.

Ava jest młodą kobietą, która kilka lat temu wyszła zwycięsko z trudnej walki o życie z nowotworem piersi. Niestety musicie wiedzieć, że każdy, kto raz zmierzy się z tą chorobą, tak naprawdę już nigdy nie może spać spokojnie. Teraz już zawsze, życie dla osoby z remisją jest niczym bomba z opóźnionym zapłonem i mimo że cieszymy się, że nam się udało, to także doskonale wiemy, że ta choroba jest bardzo podstępna i nie odpuszcza tak łatwo, dlatego musimy mieć świadomość, że ona w każdej chwili może wrócić.
Tak też stało się w przypadku Avy. Dziewczyna w dniu dwudziestych ósmych urodzin dowiaduje się, że rak po raz kolejny się o nią upomina. Tym razem niestety lekarze nie nie dają pacjentce szans na wyleczenie. Otwarcie mówią, że zostało jej zaledwie kilka miesięcy życia. 
Nasza bohaterka, nie chce, aby to lekarze i choroba zdecydowały o tym, jak przeżyje czas, który jej pozostał. Chce mieć wybór. Chce umrzeć na własnych warunkach.
W jej historii nie znajdziecie listy rzeczy, które Ava chciałaby zrobić przed śmiercią. Ona ma tylko jedno pragnienie. Chce przeżyć swój ślub. Już jako mała dziewczynka marzyła o tej chwili, kiedy czuje się jak księżniczka w białej sukni niczym beza. Jest singelką, ale to nie ma dla niej znaczenia. Zorganizuje ślub dla samej siebie. Los ma dla niej jednak niespodziankę. Jej niezwykły plan jednoczy wielu ludzi, wyzwala dobro, a jej samej daje szansę na miłość. Tylko, czy znajdzie w sobie odwagę, by pokochać i siłę, by wkrótce pożegnać ukochaną osobę?

Odpowiedzi na to pytanie, oczywiście ode mnie nie uzyskacie, ale czeka ona na Was na kartach książki, dlatego, mam nadzieję, że uda mi się przekonać Was, abyście po nią sięgnęli. 

Kochani ta historia to dowód na to, że życie to paradoks.

Czasami to ograniczenia pozwalają nam żyć pełnią życia. Wystarczy tylko zrozumieć, jak cenny jest czas, który otrzymaliśmy. I jak ważne jest to, by cieszyć się każdym dniem.

Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkim jest ono darem. Paradoksalnie zaczynamy doceniać jego piękno i wyjątkowość, dopiero wówczas, gdy zegar nieubłaganie odmierza jego kres. To właśnie ten zbyt szybko przesypujący się piasek w klepsydrze życia wzmaga w nas pragnienie wykorzystania każdej ofiarowanej nam chwili najlepiej jak to tylko możliwe. Wówczas pragniemy, gromadzić, jak najwięcej wspomnień dla naszych najbliższych, aby stały się one dla nich pocieszeniem na ten trudny czas, kiedy nas już nie będzie. Moi drodzy nie odkładajcie niczego na później, cieszcie się każdą chwilą. Przeszłość jest już tylko historią, a przyszłość wielką niewiadomą. Liczy się tylko tu i teraz.

„Twoje fotografie” to historia, której bohaterem może być każdy z nas, bez względu na  wiek, czy plany na życie. Choroba nie wybiera. Ma sobie za nic nasze pragnienia i marzenia. Boleśnie autentyczny wymiar wszystkiego, o czym czytamy w książce mocno porusza czytelnika, trafia do głębi jego serca i skłania do głębokich refleksji. Ava jest bohaterką taką jak każda młoda kobieta. Ma swoje plany, marzenia, kochającą rodzinę i wspaniałych przyjaciół. To właśnie ten tak wyraźny realizm historii sprawia, że z pewnością podczas lektury nie unikniemy wielu trudnych pytań,  wśród których, na pewno znajdą się: „Jak, ja zachowywałabym się, będąc na miejscu głównej bohaterki? Czy potrafiłabym pogodzić się z tym, co mnie spotkało, i czerpać radość z czasu, który jeszcze mi pozostał?”.

Jak niektórzy z Was zapewne wiedzą, ja sama również zmagam się z nowotworem, a tym samym znam, odpowiedz na każde z tych pytań i od siebie mogę Was zapewnić, że choć może się wydawać to niemożliwe, to jednak da się oswoić i pogodzić z chorobą, wyciskając z każdej chwili wszystko, co najlepsze. Mając do wyboru usiąść, płakać i użalać się nad sobą, czekając na śmierć, albo żyć do końca najpełniej jak  tylko to możliwe, ja podobnie zresztą jak główna bohaterka wybieram drugą opcję.
Często pytacie mnie jak, to się dzieje, że pomimo choroby, ja jestem tak radosną i pełną życia osobą. Teraz już wiecie, z czego to wynika.

Reasumując, „Twoje fotografie” to opowieść o dziewczynie, która nie pozwala, aby to, co ją spotkało zdominowało jej ostatnie miesiące po tej stronie życia. Chce móc świadomie o sobie decydować i przeżyć je najpełniej, jak tylko potrafi. Wie, że nie będzie łatwo i nie karmi się złudzeniami, ale żyje do ostatniej chwili.
Jest to piękny dowód na to, że jeśli masz wokół siebie ludzi, którzy cię kochają nawet najtrudniejszą drogę łatwiej przejść. Książka wzrusza, porusza i daje do myślenia, ale także nie pozostawia bez nadziei. Śmierć to nie ostateczne pożegnanie. Przecież kiedyś wszyscy znów się spotkamy.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Papierowe motyle, za co bardzo dziękuję.



wtorek, 21 maja 2019

Bądźcie czujni, zło czai się wszędzie.

Kochani, polski mistrz grozy Artur Urbanowicz powraca, z długo wyczekiwaną przez wielu z nas książką. „Inkub”, bo właśnie o tej książce będziemy dziś mówić, to pokaźnych rozmiarów tomiszcze, które jeszcze zanim przystąpimy do jego lektury, już przykuwa naszą uwagę złowieszczym, a jednocześnie intrygującym tytułem oraz niezwykle tajemniczą i mroczną okładką. Można śmiało powiedzieć, że kiedy poznamy historię, którą skrywają karty powieści, przekonujemy się, jak bardzo już sama okładka oddaje klimat tego, co autor dla nas przygotował.

Jeśli o mnie chodzi, jest to już moje drugie spotkanie z twórczością autora i przyznaję, że mając w pamięci lekturę „Grzesznika”, wydawało mi się, że miej więcej wiem, czego mogę się po autorze spodziewać i wiecie co? Miałam rację, tylko mi się wydawało.

Tym razem zostajemy zabrani na Suwalszczyznę do niewielkiej wioski Jodoziory. Miejsca, do którego, uwierzcie mi, nikt, kto ma, choć odrobinę instynktu samozachowawczego nie powinien się wybierać. Dlaczego? O tyn przekonacie się za chwilę.
Niestety świadomości tego, co czeka na wszystkich, którzy pojawią się w tej wiosce, nie mają policjanci z komendy miejskiej w Suwałkach - Vytautas Cesnauskis i jego partner na służbie Mateusz -  którzy, aby niejako odkupić swoje karygodne postępowanie, które może godzić w dobre imię komendy, postanawiają przyjąć bez szemrania polecenie służbowe dotyczące wsparcia, kolegów z pobliskiej jednostki w akcji ewakuacji mieszkańców Jodozior z przyczyn niewyjaśnionych zjawisk, które tam mają miejsce. Jeszcze nie wiedzą, że z tego miejsca nikt nie wychodzi, takim jakim był, zanim się w nim pojawił.

Nie trzeba długo czekać, aby niemalże na własnej skórze poczuć, że dzieje się tu coś niedobrego. Kiedy czytelnik wspólnie z funkcjonariuszami przekracza granicę wioski, wręcz natychmiast czuje się jakby zupełnie w innym świecie. Ta wioska to dosłownie klaustrofobiczne, duszne i mroczne środowisko, żyjące własnym życiem. Poznając jej mieszkańców i życie, jakie wiodą, ma się nieodparte wrażenie, że każdy ma tu coś do ukrycia, przez co musimy zachować daleko idącą ostrożność i czujność, bo tak naprawdę do końca nie wiadomo, komu można ufać.

Sytuacja zaczyna stawać się jeszcze bardziej przerażająca, kiedy wkrótce w wiosce zostają odnalezione spopielone zwłoki małżeństwa, będącego mieszkańcami wioski. Okoliczności śmierci małżonków są tak niecodzienne, że nie sposób ich racjonalnie wyjaśnić. Wioska od zawsze cieszyła się złą sławą, o czym doskonale wie młody dzielnicowy, który od dawna interesuje się jej historią. Przy okazji prowadzonego śledztwa, dzielnicowy dzieli się, tym, co udało mu się ustalić z kolegami po fachu. Okazuje się, że wśród lokalnej społeczności Jodoziory, to miejsce od dawna zapomniane przez Boga i ludzi, gdzie króluje przemoc i cierpienie. I rzeczywiście my czytelnicy też możemy to dobitnie dostrzec. Gdybym miała określić to, czego doświadczamy, to nieodparte wrażenie, że ktoś w tej wiosce otworzył puszkę pandory. Nasilają się choroby, zaginięcia i samobójstwa. Niestety więcej już się od dzielnicowego nie dowiemy, bo wkrótce chłopak popełnia samobójstwo.

Vytautas, jednak nie zamierza odpuścić. Chce nie tylko wyjaśnić przyczyny samobójstwa kolegi, ale także dalej idąc tropem dzielnicowego odkrywać tajemnice wioski. Miejscowi twierdzą, że w Jodoziorach mamy do czynienia ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, których źródłem jest zamknięty od lat nawiedzony dom. Wierzą, że to właśnie ten dom emanuje negatywną energią, która odziera ludzi z człowieczeństwa i wyzwala w nich najgorsze instynkty. Prywatne śledztwo policjanta ujawnia, że początek wszelkiego zła, które wydarzyło się na tej niewielkiej prowincji, miał miejsce w latach siedemdziesiątych, kiedy to, jedną z jej mieszkanek była kobieta parająca się czarami.

Czyżby historia zatoczyła koło? Czy wszystko to, co teraz dzieje się w tej wiosce, było dowodem na to, że niestety historia lubi się powtarzać? Niezwłocznie zabierajcie się za lekturę „Inkuba” i przekonajcie się o tym sami.

Jako że, jak wspomniałam przed chwilą, korzenie całego zła dziejącego się w Jodoziorach sięgają zupełnie innej epoki, tak też została podzielona akcja powieści. Czytelnikowi zostają przestawione wydarzenia mające miejsce tu i teraz, czyli w roku 2016, jak również mamy możliwość cofnięcia się w czasie, dzięki czemu autor umożliwia nam jeszcze głębsze wchłonięcie we wszystko, z czym przyjdzie nam się zmierzyć.

Zapewne jesteście ciekawi, czy „Inkub” straszy.
Oczywiście były momenty, kiedy czytając, byłam dosłownie przerażona. Jednak gdybym miała porównywać pod tym względem „Inkuba” i „Grzesznika”, którego również czytałam, to tym razem bardziej czułam napięcie i ciekawość tego, co będzie dalej, niż sam czysty strach, który przy czytaniu „Grzesznika” towarzyszył mi nieustannie. Artur Urbanowicz po raz kolejny udowodnił, że nie tylko doskonale potrafi budować napięcie, ale również doskonale potrafi zwieść czytelnika.
Ja sama, od samego początku do końca, czułam na plecach oddech wszechobecnej śmierci.

Już w prologu powieści zostaje zadane pytanie, na które ja starałam się, znaleźć odpowiedz przez cały czas, jaki spędziłam na lekturze książki.

„-Dlaczego tak lubisz się bać? Zastanawiałeś się nad tym?”

Do tej pory się nad tym nie zastanawiałam, ale teraz właśnie dzięki „Inkubowi” udało mi się znaleźć, moją subiektywną odpowiedz na to pytanie.
Otóż, kiedy czytamy tę książkę, bywają chwile, kiedy mamy ochotę przerwać, odłożyć książkę, chociaż na chwilę, jednak nie jesteśmy w stanie, ponieważ strach nas hipnotyzuje, nęci, kusi, oplata swoimi mackami i podnosi adrenalinę, a to uzależnia. Nawet jeśli życie codzienne zmusza nas do przerwania czytania, to wszystko to, o czym czytamy, ciągle w nas żyje. Nie możemy przestać o tej historii myśleć. Autor ma niezwykłą umiejętność malowania słowem obrazów grozy, których projekcja trwa w głowie czytelnika jeszcze na długo po skończonej lekturze.

Niedawno, podczas jednej z rozmów z moją przyjaciółką stwierdziłyśmy, że jako wielbicielki twórczości autora zawsze z niecierpliwością czekamy na każdą Jego książkę, ale doskonale rozumiemy, dlaczego musimy czekać na nie dość długo.
Wszystko, co wychodzi spod pióra Artura Urbanowicza to jedna wielka perfekcja. Wszystkie części składowe jego powieści począwszy od budowania klimatu poprzez fabułę, aż do kreacji postaci bohaterów, z których żadna nie pojawia się bez powodu, wszystkie pojawiają się w konkretnym celu, są dopracowane, tu nie ma miejsc na przypadek. A jak wiadomo, profesjonalizm wymaga czasu, pracy, zaangażowania i pasji. Zapewniam Was, że to wszystko i wiele więcej znajdziecie właśnie w „Inkubie”.

Nie pozostaje mi nic innego, jak z całego serca polecić Wam lekturę „Inkuba”. Na pewno ze względu na swoje gabaryty nie jest to książka, którą da się pochłonąć w jeden wieczór, ale z pewnością czas z nią spędzony będzie bardzo emocjonalny. Jestem pewna, że czytając, będziecie bali się spojrzeć za siebie, ale w ostatecznym rozrachunku ciekawość zwycięży. Na zakończenie mam dla Was ciekawostkę dotyczącą książki, która być może sprawi, że sami będziecie chcieli podążyć tropem opisanej w książce historii.
Otóż inspiracją dla powstania „Inkuba” stała się, jak sam autor podkreśla rzekomo prawdziwa historia, która została mu opowiedziana. Mamy tu również odniesienie do rodzimych legend.
Ja jestem pod wrażeniem „Inkuba” i chętnie obejrzałabym jego ekranizację, ale jednak ciągle to „Grzesznik” pozostaje moim numerem jeden.

Jeśli jesteście ciekawi, co pisałam na temat „Grzesznika”, zapraszam Was tutaj.

Bądźcie czujni, zło czai się wszędzie.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Vesper, za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 20 maja 2019

Zapraszam na imprezę urodzinową księgarni Tania Książka! 🎊 🎈 🐱

Moi kochani, dzisiejszy dzień rozpoczął się dla mnie bardzo wyjątkowo, ponieważ zostałam zaproszona na niezwykłą imprezę urodzinową. Otóż księgarnia Tania książka obchodzi swoje 13 urodziny. Co więcej, wszyscy goście tej imprezy zostają obdarowani mnóstwem fantastycznych prezentów. Tak, tak moi drodzy, księgarnia przygotowała dla nas wiele promocji, rabatów książkowych oraz fantastyczny konkurs. Ale o tym już za chwilę.

Ja urodziny Taniej książki postanowiłam obchodzić w plenerze, dlatego w pięknych okolicznościach przyrody chcę pokazać Wam paczkę niespodziankę, którą właśnie od Taniej książki otrzymałam.
Do paczki był dołączony tajemniczy list, z którego dowiedziałam się, że księgarnia przygotowała prezenty również dla Was moi drodzy.
Pierwszym z nich jest 13% kod rabatowy na książki UROTKED9273C302 (Kod ważny do 9 lipca. Nie łączy się z innymi kodami rabatowymi i nie obejmuje kosztów wysyłki).
Kolejna niesamowita niespodzianka to świetny konkurs, którego nagroda jest spełnieniem marzeń każdego książkoholika. Nie uwierzycie, ale w konkursie tym można wygrać bon o wartości 1000 zł na książki oraz 13 pakietów książkowych po 13 książek. Czyż nie brzmi to cudownie?
Gorąco zachęcam Was do udziału w konkursie. Jego szczegóły znajdziecie TU.
A pod tym linkiem, znajdziecie informację o pozostałych urodzinowych promocjach.

Księgarni Tania Książka życzę wielu kolejnych tak świetnych urodzin i gratuluję tak wspaniałej imprezy urodzinowej, a Wam moi kochani, życzę super zabawy!

niedziela, 19 maja 2019

Przedpremierowo “Więcej niż pocałunek” – trzy pierwsze rozdziały Helen Hoang

Drodzy czytelnicy, sympatycy i goście bloga Kocie czytanie. Dla mnie jako blogerki książkowej nadrzędnym celem jest oczywiście sięganie po jak najlepsze w moim odczuciu książki, po to, by móc Wam o nich opowiedzieć i zachęcić do ich lektury. W związku z tym bardzo lubię brać udział w różnego rodzaju formach promowania, książek, które są dopiero zapowiedziami, abyście mogli poznać moje subiektywne odczucia po przedpremierowej lekturze, a tym samym mam cichą nadzieję, że choć trochę uda mi się pomóc Wam w podjęciu decyzji, odnośnie  tego, czy Wy sami również chcielibyście dany tytuł przeczytać.

Jeśli zastanawiacie się, dlaczego piszę Wam o tym właśnie dziś, już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż 5 czerwca bieżącego roku, a więc niemalże za chwilę swoją premierę na polskim rynku wydawniczym będzie miała książka autorstwa Helen Hoang „Więcej niż pocałunek”, która za granicą otrzymała wiele bardzo ważnych nagród i wyróżnień, a ja już teraz dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza, za co bardzo dziękuję, miałam wyjątkową możliwość, poznać trzy pierwsze jej rozdziały. Zatem niezwłocznie spieszę do Was moi drodzy, aby nie tylko uchylić wam rąbka tajemnicy dotyczącej tego, co przygotowała dla nas autorka, ale przede wszystkim odpowiedzieć na najbardziej istotne, dla Was, jak przypuszczam pytanie: Czy warto czekać na premierę książki „Więcej niż pocałunek”? Odpowiedz już za chwilę.

Główną bohaterką powieści jest trzydziestoletnia Stella. Młoda kobieta jest uznanym pracownikiem ekonomistą pracującym w korporacji. Właśnie otrzymała kolejny w krótkim odstępie czasowym awans. W pracy czuje się, jak ryba w wodzie, ponieważ wykonując swoje zawodowe obowiązki, musi wykazywać się logiką, a to ceni sobie najbardziej. Niestety w sferze życia prywatnego dziewczynie nie układa się już tak dobrze, co bardzo martwi jej matkę. Kobieta chciałaby już zostać babcią, a córka nadal jest singelką.
Dla samej Stelli relacje damsko - męskie są naprawdę trudne, a to dlatego, że cierpi ona na Zespół Aspergera. Dla tych z was, którzy nie wiedzą, jednym z jego objawów są problemy w budowaniu w relacji społecznych, jak również problemy z bliskością fizyczną. Chory wszelkiego rodzaju relacji społecznych musi się po prostu nauczyć. Tak jakby musiał odbyć lekcje w szkole. I tu zaczynają się schody. Aby dać rodzicom upragnione wnuczęta, musi być związek, ślub, seks, a seks równa się bliskość, która napawa naszą bohaterkę wstrętem. Oczywiście dziewczyna ma za sobą kilka spotkań z mężczyznami, które kończyły się w łóżku, jednak zawsze była w takich sytuacjach traktowana mocno przedmiotowo, przez co jeszcze bardziej zamykała się w sobie. Pewnego dnia po wymianie kilku zdań z kolegą z pracy odnośnie  jej życia intymnego Stella postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Niesiona impulsem chce podejść do problemu zadaniowo. I tak w jej życiu pojawia się Michael, chłopak do towarzystwa, któremu Stella płaci za to, aby ten nauczył ją bliskości. Przystojny i wrażliwy chłopak nie ma łatwego życia, ale do swojego zadania podchodzi bardzo poważnie. Już w tych trzech początkowych rozdziałach doskonale widzimy, że jego plan lekcji bliskości, jakie przygotował dla swojej „uczennicy”, będzie bardzo rozszerzony. Jestem ogromnie ciekawa, jak dalej potoczą się relacje tej dwójki i jak wpłyną one na nich samych.

Oczywiście zachęcam Was do zapamiętania tytułu i daty premiery tej pozycji. A dlaczego?
Przede wszystkim dlatego, że autorka poruszyła bardzo ważny temat, jakim jest życie z Zespołem Aspergera dla dorosłych kobiet w aspekcie seksualności, czy budowania związków. Ponadto podkreślić należy, iż kreacja postaci głównej bohaterki oparta jest o osobiste spostrzeżenia autorki, jako osoby, u której zbyt późno zdiagnozowano chorobę. Bardzo ważne jest również to, że Helen Hoang udało się zainteresować mnie tym, co przygotowała dla swoich czytelników niemalże natychmiast. Już ta krótka chwila spędzona ze Stellą i Michaelem sprawiła, że zdobyli oni moją sympatię. To, co w moim odczuciu także zasługuje na uznanie to niezwykła subtelność w opisywaniu sceny bliskości między kobietą i mężczyzną z podkreśleniem tego, co tak naprawdę powinno być w takich chwilach najważniejsze. Już teraz coś mi mówi, że to niecodzienna relacja zmieni wiele nie tylko w życiu Stelli, ale i Michaela. Czuję, że oboje mogą ofiarować sobie wzajemnie bardzo dużo, jeśli tylko zdecydują się zaryzykować.

Kochani, ja bardzo chcę dowiedzieć się, jak dalej potoczy się ta historia, dlatego z niecierpliwością czekam na dzień 5 czerwca, kiedy swoją premierę będzie miała naprawdę świetnie zapowiadająca się książka. Mam nadzieję, że udało mi się zainteresować Was tą książką i będziecie czekać razem ze mną. Uwierzcie mi „Więcej niż pocałunek”, to tytuł, o którym jeszcze bardzo długo będzie głośno w książkowym świecie.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Muza, za co bardzo dziękuję.

środa, 15 maja 2019

Będę silna dla ciebie córeczko.

Kiedy jesteśmy młodymi ludźmi i zaczynamy budować związki, często nie postrzegamy naszego wybranka tak, jak widzą go inni. Nie raz zdarza się tak, że słyszymy od naszych bliskich „To nie jest chłopak, czy dziewczyna dla ciebie”. Niestety rzadko kiedy bierzemy ich zdanie pod uwagę, zaślepieni uczuciem. Dziś chcę opowiedzieć Wam, historię Lilki, głównej bohaterki pierwszej części sagi Rodziny z Ogrodowej pt. „Słoneczniki po burzy" autorstwa Eweliny Marii Mantyckiej, która na pewno nie raz żałowała tego, że kiedyś nie posłuchała ojca, za co przyszło jej zapłacić bardzo wysoką cenę.

Liliana Kłosowska – Maj jest kobietą, której po pięciu latach toksycznego związku pełnego przemocy, upokorzeń i strachu udało się wyrwać z klatki, jaką uczynił jej życie psychopatyczny mąż Paweł. Oczywiście dla osoby trwającej przez tak długi czas w sytuacji, gdzie poza przemocą fizyczną mąż nieustannie znęcał się nad nią psychicznie, nie był to łatwy krok, ale siłą naszej bohaterki od zawsze jest jej córeczka. Walcząc o lepsze życie i spokojne dzieciństwo dla niej ucieka od swojego oprawcy. Na szczęście może liczyć na wsparcie i pomoc swoich najbliższych. Spokojną przystań dla siebie i dziecka odnajduje w rodzinnym dworku, miejscu, gdzie sama spędziła dzieciństwo. Z dworkiem tym wiąże się ciekawa legenda, w której główną rolę odgrywa nieżyjąca już właścicielka dworku prababka Rozalia zwana niegdyś przez tamtejszą społeczność „Czarownicą z Ogrodowej”. Nie chcę zdradzać Wam oczywiście, skąd wywodzi się owa legenda, ani czego ona dotyczy, ale jak się przekonacie, przeszłość w przypadku tej rodziny nadal ma wpływ na jej życie.

„W potłuczonym lustrze, nie ujrzysz już w pełni swojego odbicia".

Dokładnie tak czuje się Liliana. Jest niczym rozbite lustro. Pełna obaw i niepokoju, jak poradzi sobie z samodzielnym wychowaniem córki Kai. Wie, że łatwo nie będzie, ponieważ kończą się jej pieniądze, a wszystko, co ma to rzeczy mieszczące się w zaledwie kilku kartonach i samochód, który, choć podczas rozprawy rozwodowej został przyznany jej, musiała odebrać byłemu mężowi podstępem.
Pomocną dłoń wyciąga do samotnej matki jej kuzyn Raj, który mieszka wraz z trójką swoich dzieci nieopodal dworku, który teraz stał się nowym domem dla mamy i córki. Wspólnie z nimi mieszka, również dziadek Janek, którym Lilka ma się teraz opiekować.
Raj doskonale rozumie swoją kuzynkę, ponieważ sam również wychowuje swoje dzieci w pojedynkę.
Wszelkie obawy jednak ustępują miejsca nadziei i radości za każdym razem, kiedy kobieta widzi spokój i uśmiech na twarzy Kai. Sama też nabiera coraz większej pewności, że jej życie również może się odmienić, kiedy na jej drodze pojawia się Fabian.
Na ten temat nic więcej jednak Wam nie zdradzę, przeczytajcie koniecznie książkę i przekonajcie się, kim jest ten tajemniczy mężczyzna i jak jego obecność wpłynie na życie Liliany.

„(..) słoneczniki są silne, bo przetrwają każdą burzę, a potem są już bardziej dojrzalsze i bardziej odporne. (,...) Te słoneczniki po burzy są jak ty córciu, coraz silniejsze i piękniejsze. I nadal uśmiechaj się do słońca... dla siebie i dla swojej córki”.

Jak widzicie, wszystko układa się tak, jak zapewne wszyscy byśmy sobie tego życzyli, ale niestety, jak się domyślacie z tak trudną przeszłością, jaką los zapisał naszej bohaterce, nie jest łatwo zerwać. I niestety do niej ona jeszcze wróci.
Jeśli jesteście ciekawi - a przypuszczam, że na pewno tak jest - czy Liliana w istocie jest jak słoneczniki bardziej odporna i twarda po tym wszystkim, co przeszły obie z córką i znajdzie w sobie siłę, aby jeszcze raz stawić czoła demonom przeszłości i zawalczyć o prawdziwe szczęście, a może powrócą strach i niepewność, które złamią ją na zawsze, zachęcam Was serdecznie do lektury „Słoneczników po burzy”.

„Słoneczniki po burzy” to bardzo klimatyczna opowieść osadzona w niewielkiej wsi czasów współczesnych. To historia pokoleń rodziny Żmudzkich, w której echa przeszłości jej przodków są obecne do dziś. To wreszcie dowód na to, że w kochającej się rodzinie tkwi siła i moc. Bez względu na to ile i jak bardzo trudnych burz doświadczymy, żadna z nich nie zniszczy nierozerwalnych więzi rodzinnych. To dom rodzinny jest tą bezpieczną arką, w której możemy zawsze znaleźć schronienie podczas największych sztormów w naszym życiu. Nawet jeśli mamy wrażenie, że wypadliśmy za burtę i toniemy, tam zawsze są ludzie, którzy podadzą nam pomocną dłoń.

Cóż więcej mogę powiedzieć. Jeśli lubicie sagi rodzinne, których autorka pokazuje życie w wielu jego barwach i odcieniach, które nie zawsze jest sielanką, a jednak przez cały czas wlewa w serca czytelników nadzieję i wiarę w lepsze jutro, to jest to tytuł idealny dla Was.
Z pewnością nie jest to historia, której nie doszukamy się przewidywalności i schematów, ale nie odbierają one w żaden sposób przyjemności z czytania. Pan Ewelina ma niezwykłą umiejętność przyciągania uwagi czytelnika i utrzymania jej do samego końca. Bardzo swobodny i lekki styl pisania, który w połączeniu z wyważonym balansem pomiędzy trudną życiową tematyką i subtelną dawką humoru sprawia, że książkę czyta się niezwykle szybko.

Ja na pewno sięgnę po drugą część sagi zatytułowaną „Duszący zapach bzu”, by poznać losy pozostałych członków tej wspaniałej rodziny,

A Wy skusicie się na lekturę „Słoneczników po burzy”, a może już czytaliście i razem ze mną czekacie na kontynuację? Jeśli tak, koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami odnośnie do tego tytułu.

Recenzja powstałą we współpracy z wydawnictwem Videograf, za co bardzo dziękuję.



niedziela, 12 maja 2019

Konkurs z Sedno życia Katarzyny Kieleckiej


Witajcie kochani, dziś zapraszam Was na zapowiadany kilka dni temu konkursem z książką „Sedno życia” Katarzyny Kieleckiej. Mam nadzieję, że pytanie konkursowe okaże się dla Was ciekawe i chętnie weźmiecie udział w zabawie.


Aby wziąć udział w konkursie, należy:
– zapoznać się z regulaminem rozdania -> REGULAMIN
– odpowiedzieć na zadanie konkursowe.

ZADANIE KONKURSOWE:

Kto lub co jest sednem twojego życia?

Informacje uzupełniające:
– do wygrania są dwa egzemplarze, Sedno życia Katarzyny Kieleckiej.
– rozdanie trwa – 28.04-05.05
– sponsor nagrody – Wydawnictwo Szara Godzina
– koszty wysyłki pokrywa SPONSOR
– miło mi będzie, jeśli zaobserwujesz bloga Kocie czytanie oraz polubisz fanpage wydawnictwa oraz autorki.

Opis:

Co składa się na sedno życia samotnej kobiety? Edyta, zakompleksiona i zdystansowana trzydziestolatka, niechętnie przyjmuje od brata propozycję pracy. Nie przypuszcza, że pociągnie to za sobą kolejne zwroty i zburzy jej cenny spokój. Niespodziewana diagnoza lekarska i spotkanie przyjaciółki z dzieciństwa wyzwalają w zamkniętym świecie bohaterki lawinę zmian, która zdaje się nie mieć końca. Czy kobieta stawi czoła problemom i spełni obietnicę?
Niezwykła powieść o szukaniu drogi do akceptacji siebie, o łamaniu wewnętrznych barier oraz o tym, jak trudno nauczyć się kochać.


***

Wyniki konkursu.

Kochani bardzo dziękuję wszystkim Wam, którzy wzięliście udział w konkursie. Wszystkie odpowiedzi na pytanie konkursowe chwyciły mnie za serce i uwierzcie mi, że wybór dwóch zwyciężczyń był naprawdę trudny, Ale udało się, nagrodzę, egzemplarz książki „Sedno życia” otrzymują Irena (Bujaczek) Bujak i Kornelia Pikulik-Czyż. 

Dziewczynom serdecznie gratuluję i proszę o wysłanie mi adresów do wysyłki nagrody na maila znajdującego się w zakładce „ Współpraca i kontakt”, a tych z Was, którym dziś nie udało się  wygrać, zachęcam do wypatrywania kolejnego konkursu na blogu.

Pozdrawiam serdecznie,

Czytający kotek.:)

piątek, 10 maja 2019

Kiedy życie wystawia więzi rodzinne na ciężką próbę.

Kiedy w naszym życiu pojawi się ktoś, z kim zdecydujemy się założyć rodzinę, doskonale zdajemy sobie sprawę, że zaczyna się dla nas zupełnie nowy okres w życiu. Każdy z nas żyje w przekonaniu, że razem z naszą drugą połówką będzie nam łatwiej przejść przez życie, no bo przecież będziemy dla siebie wsparciem i pocieszeniem. Zawsze będziemy mogli na siebie liczyć. Wszystko to brzmi naprawdę pięknie, ale prawdziwe życie ma to do siebie, że potrafi bardzo mocno i najczęściej w najmniej oczekiwanym momencie wszystkie te wyobrażenia boleśnie zweryfikować. Przekonali się o tym Emily i Paul, bohaterowie powieści Dawn Barker „Rodzina jest najważniejsza”.

Początkowo, kiedy poznajemy ich życie, nic nie wskazuje na to, aby w ich rodzinie mogło zadziać się coś złego. Wręcz przeciwnie, wielu z nas mogłoby pozazdrościć im życia, które wiodą. Oboje tworzą szczęśliwe małżeństwo wychowujące dwójkę dzieci. Małżonkowie przeprowadzili się ze Szkocji do Australii, po to, by Paul mógł rozwijać swoją karierę piłkarską. Praca mężczyzny, która jest jednocześnie jego miłością i pasją, pozwala wieść rodzinie dostatnie życie na wysokim poziomie. Chciałoby się rzec bajka. Jednak już za chwilę, kiedy wchodzimy głębiej w tę idyllę, widzimy, że niestety jest coś, co kładzie się cieniem na ten wspaniały rodzinny obraz. Smutek i niepokój głównie Emily budzi do dziś niezdiagnozowana choroba jej nastoletniego syna Camerona. Chłopiec miewa napady agresji, ma problemy z nawiązywaniem relacji społecznych oraz liczne natręctwa.
Zachowania chłopca przysparzają rodzicom trosk i powodów do niepokoju, jednak Paul tłumaczy, je tym, że chłopiec jest jeszcze dzieckiem i z czasem wszystko się ułoży.
Już wkrótce jednak okazuje się, że rodzina będzie musiała poradzić sobie z jeszcze jednym problemem, bowiem, nagle okazuje się, że Paul jest zmuszony zakończyć karierę sportową. Załamany mężczyzna popada w uzależnienie od hazardu, które w konsekwencji prowadzi jego rodzinę do ruiny finansowej. W tym momencie wszystko, w czym dotychczas pokładała ufność i nadzieje Emily legnie w gruzach. Wsparcie i przeświadczenie, że razem z Paulem wszystko przetrwają, nie jest już takie pewne, jak myślała. Bo oto mąż z godziny na godzinę zostawia ją samą ze wszystkimi zmartwieniami i praktycznie bez wyjaśnień udaje się do mocno niekonwencjonalnego ośrodka leczenia uzależnień.
A w domu nie dzieje się dobrze. Choroba syna nasila się i to właśnie jego matka nie mogąc czekać na powrót ojca, musi podjąć decyzję dotyczące jego dalszego leczenia. Jednak postanawia ukryć przed mężem, to o czym zdecydowała podczas jego nieobecności.
Jak się domyślacie, tajemnica oczywiście wychodzi na jaw, a jakie będą tego konsekwencje, musicie już przekonać się sami.

Podstawowe pytanie brzmi, czy jeden rodzic ma prawo podejmować tak ważne decyzje, jak te dotyczące zdrowia dziecka bez wiedzy drugiego rodzica? Co więcej, w obawie przed reakcją współmałżonka z premedytacją ukrywać przed nim prawdę? Przecież przysięgamy sobie przed ołtarzem uczciwość małżeńską, więc jak należy się do niej odnieść w kontekście takiej sytuacji?

Jak widzicie, autorka podjęła się poruszenia w swojej książce trudnej, ale niestety bardzo życiowej tematyki. Nie są to jedyne problemy, o których przeczytamy w książce, a z którymi być może, czego nikomu z nas nie życzę, będziemy musieli się zmierzyć. Książka ta porusza również jakże aktualny niestety problem izolacji społecznej spowodowanej internetem i mediami społecznościowymi, problemy zaburzeń odżywiania, uzależnienia od używek.
Bardzo istotny jest również wątek gonienia za marzeniami i to, do czego taka droga może prowadzić. Im więcej masz, tym więcej chcesz i nagle orientujesz się, że już nie potrafisz powiedzieć sobie stop, a w konsekwencji tracisz, to co w Twoim życiu najważniejsze.

Zachęcam Was, abyście sięgnęli po książkę i przekonali się, czy naszym bohaterom uda się na nowo odnaleźć drogę ku sobie i ocalić swoją rodzinę, czy też rodzina ta stanie się już tylko wspomnieniem.

To, co bez wątpienia należy podkreślić to fakt, iż zarówno kreacje bohaterów, jak i ich codzienne zmagania, lęki, obawy, problemy i kryzysy, którym muszą stawiać czoła, to po prostu sto procent życia, które z pewnością nie tylko nas poruszy, ale również skłoni do refleksji i przemyśleń. Z pewnością także pozwoli nam zrozumieć, że nie warto biec za sukcesem, karierą, pieniędzmi, czy pozycja społeczną, ponieważ ten wyścig może doprowadzić do utraty kontaktu i zaburzenia relacji między najbliższymi, a w najgorszym wypadku zrujnowania fundamentu, na którym powinno się budować rodzinę.

Nie bez znaczenia pozostaje również, to, że autorka, będąca z zawodu psychiatrą dziecięcym z ogromną dbałością o szczegóły oraz z daleko idącym taktem i wyczuciem przedstawiła nam czytelnikom, nie tylko problemy, z którymi zmaga się syn bohaterki, ale również to, jak bardzo bezsilność rodziców chorego dziecka, a przede wszystkim brak jedności względem metod leczenia dziecka może doprowadzić do tego, iż zamiast działać jak zgodny team, stają po dwóch przeciwnych stronach barykady, co dodatkowo niszczy rodzinę. A przecież to właśnie rodzina jest najważniejsza.

Gorąco polecam Wam ten tytuł moi kochani. Książka wciąga od pierwszej strony i tak zostaje już do końca. Autentyczność podjętej tematyki oraz swobodny styl pisania, którym posługuje się Dawn Barkers, sprawi, że przeczytacie ją w mgnieniu oka, przez cały czas, trzymając kciuki za to, aby rodzina Emily i Paula dostała jeszcze jedną szansę. Czy tak się stanie? Odpowiedz na to pytanie, poznacie oczywiście po lekturze niniejszego tytułu.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.


poniedziałek, 6 maja 2019

Historia napisana przez życie w samym środku piekła na ziemi.

Już wielokrotnie na łamach mojego bloga pisałam, że bardzo cenię sobie literaturę obozową, dlatego zawsze podchodzę do niej z ogromnym zainteresowaniem i niezmienną czcią oraz szacunkiem. Za każdym razem sięgając po  tego rodzaju książki, dziękuję Bogu za to, że mnie i moim najbliższym dane jest żyć w dzisiejszych czasach i modlę się, o to, by tamte czasy, w których niepodzielną i wszechmocną królową była nienawiść i chęć zagłady człowieka przez człowieka, już nigdy nie powróciły.

Dziś przychodzę do Was z recenzją książki niezwykłej, która, mimo że przesiąknięta jest bólem i cierpieniem ogromnej liczby bezbronnych ludzi, to jednak w ostatecznym rozrachunku przywraca czytelnikowi wiarę w Boga i człowieka.
Zapewne każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu zetknął się z tematyką wojny i holokaustu, chociażby na lekcjach historii, ale zazwyczaj były to suche fakty, które, choć bez wątpienia poruszające, to jednak dla nas osób, które żyją w wolnej Polsce i nie doświadczyły ich  na własnej skórze, trudne do pojęcia i wyobrażenia.

Wojciech Dutka, oddając w nasze ręce swoją najnowszą książkę Czerń i purpura, o której chcę Wam dziś opowiedzieć, opisuje historię dwójki bohaterów Mileny Zinger dwudziestoletniej sowieckiej Żydówki i Franza Weimar-ta austriackiego faszysty, których losy, choć nigdy nie powinny się spleść, dopełnią się w czeluściach ich wspólnego piekła, choć oboje nie są świadomi tego, co ich czeka.

W momencie, kiedy poznajemy tego młodego dwudziestodwuletniego chłopak, chce on odnaleźć swoją ufność w Bogu. Niestety wskutek zawodu, którego  doświadcza ze strony kościoła oraz bolesnych przeżyć związanych z najbliższą rodziną, Franz doznaje załamania wiary i postanawia poświęcić swoje życie służbie Rzeszy Niemieckiej. Dobrowolnie staje się członkiem SS i w 1942 r. decyduje się na pracę w obozie koncentracyjnym, w Auschwitz, w którym jego zadaniem jest nadzorowanie zagłady.
Wkrótce trafia tam również Milena, której życie w szanowanej żydowskiej rodzinie prawniczej brutalnie odeszło w zapomnienie, a jej jedyną przyszłością i przeznaczeniem jest śmierć.

„...Auschwitz było jedynym miejscem na ziemi, do którego Pan Bóg nie zagląda z nieba”.

Kiedy my czytelnicy bierzemy do ręki „Czerń i purpurę” i decydujemy się wkroczyć do tego piekła, możecie mi wierzyć, że to, czego doświadczamy podczas lektury, emocje nam towarzyszące oraz silnie autentyczny obraz bólu, cierpienia, upokorzenia i wszechobecnej śmierci jest tak  przejmujący, że z ulgą przyjmujemy fakt, iż w każdej chwili możemy odłożyć książkę i choć na chwilę uciec z tego okrutnego miejsca. Milena, jednak takiej możliwości nie miała. Auschwitz stało się jej więzieniem, z którego nie ma ucieczki, a wydostać się można stamtąd tylko przez piec krematoryjny.
Na szczęście dla dziewczyny ten, który stał się jej katem i oprawcą, może stać się również jej wybawieniem. Pełna obaw i wewnętrznych sprzeczności Milena wie, że choć Franz ma na rękach ludzką krew, to jednak zdaje sobie sprawę, że tylko dzięki niemu ma szansę przeżyć.
Esesman z każdą chwilą czuje, że Żydówka staje się mu coraz bliższa. Jesteśmy świadkami miłości, która nigdy nie miała prawa zaistnieć .

W tym miejscu chcę zwrócić Waszą uwagę na kreację bohaterów oraz zachodzące w nich wewnętrzne przemiany ich osobowosci, dzięki którym, cała historia mimo ogromu okrucieństwa, które ukazuje, uświadamia nam, że nie wszystko, co białe jest białe, a czarne, nie zawsze jest czarne.
Zacznijmy od postaci młodego esesmana, u którego  możemy zaobserwować dwie takie przemiany.

„Stawał się jego częścią, małym trybikiem w machinie niszczenia człowieka przez innego człowieka".

Pierwsza z nich dokonała się w momencie, kiedy Franz odchodzi od wiary i z ministranta, którym był przed wojną, staje się słynącym w obozie ze swojej bezwzględności katem, którego ból i bezgraniczna samotność pozbawiają ludzkich odruchów. Staje się oprawcą, dla którego życie jednostki nie ma żadnego znaczenia.
Kolejna natomiast odsłona jego prawdziwej osobowości zostaje nam ukazana w momencie, kiedy zdaje sobie sprawę z uczuć, które rodzą się w jego sercu do walczącej o przetrwanie Żydówki, a przypieczętowana  podczas według mnie bardzo istotnej sceny, kiedy to Weimert odprowadza do komory gazowej grupę ludzi i zaczyna rozmawiać z dwiema zakonnicami.
Miłość do Mileny uświadomiła mu, że jednak wojnie nie udało się zabić w nim resztek człowieczeństwa, których ta pozbawia niemal każdego. Zarówno jej sprawców, jak i ofiary.
Jeśli chodzi o postać Mileny, to tym razem widzimy doskonale, jak po pierwsze młoda kobieta mimo tego, że boi się o swoje życie, to jednak ma w sobie wewnętrzną siłę, która nie pozwala jej się poddać. Dzięki niej i pomocy jednej z więźniarek funkcyjnych w obozowym szpitalu, w jej sercu nie gaśnie nadzieja. To właśnie ta wewnętrzna siła zwróciła uwagę członka SS na jej osobę.

„Ktoś, kto jest zdolny do miłości, nie może być zły".

Kiedy kobieta dowiaduje się o uczuciach Fraza, choć obawia się konsekwencji i tego, dokąd to uczucie ich zaprowadzi, pełna lęku zaczyna jednak dostrzegać w nim człowieka. Mimo że czuje, iż ona córka Izraela nie ma prawa żywić pozytywnych uczuć do tego, który przyczynił się do zagłady jej narodu, wie, że w nim kryje się cała jej nadzieja. I oto stoją przed sobą kobieta i mężczyzna, różni jak ogień i woda, a jednak miłość czyni to, co niemożliwe możliwym, tylko czy na pewno to uczucie jest w stanie przezwyciężyć śmierć i ocalić życie?
Koniecznie przekonajcie się sami, sięgając po książkę.

„Czerń i purpura” to historia o miłości rodzącej się na przekór bezwzględnej mocy śmierci i zniszczenia. To świadectwo tego, że nigdy nie jest za późno, by uzyskać przebaczenie i czynić dobro, nawet jeśli wymaga to od nas największego ryzyka i poświęceń. Każdy z nas zasługuje na drugą szansę, jeśli tylko szczerze pragnie się zmienić.
Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po tę niezwykle piękną refleksyjną powieść pisaną emocjami, które przepełniają czytelnika od początku do końca. Autor ma niezwykły dar sprawiania, że podczas poznawania całej historii, czujemy się niemalże jej częścią. A to wszystko dzięki bardzo mocno rozbudowanym stadium psychiki bohaterów. Mamy wręcz możliwość zajrzeć w ich myśli i dowiedzieć się tego, czego im samym w obawie przed zgubą i straceniem nie wolno ujawnić nikomu.

Gwarantuje Wam moi kochani, że po zamknięciu książki, długo nie opuszczą Was nie tylko emocje, ale przede wszystkim wdzięczność za to, jak dziś wygląda Wasze życie.
Po przeczytaniu tej książki docenicie jego wartość.
Jeśli jeszcze macie wątpliwości, czy sięgnąć po ten tytuł, to niech ostatecznie pozbawi ich Was fakt, że książka jest najlepszą książką, jaką do tej pory przeczytałam w tym roku.

Na zakończenie przytoczę cytat, który, w moim odczuciu jest doskonałą puentą dla tej historii, a jednocześnie wlewa w nasze serca spokój, ufność i nadzieję.

„Bóg jest miłością i wszystko, co zostanie uczynione z miłości, jest zawsze ponad złem”.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Albatros, za co bardzo dziękuję.