poniedziałek, 16 września 2019

Wiem coś, czego nie wiedzą inni i ciąży nade mną miecz Damoklesa.

Moi kochani, czy pamiętacie czasy, kiedy byliście uczniami liceum? Wiem, że wiele osób odwiedzających mnie na blogu właśnie teraz wkroczyło w ten etap edukacji. Ten okres w naszym życiu to moment, w którym czujemy się bardzo dorośli i wydaje nam się, że doskonale wiemy jak żyć. To właśnie wtedy do głosu zaczynają dochodzić pierwsze uczucia, a tworzące się związki, wydają się tymi na całe życie. Niestety w życiu często bywa tak, że poczucie dorosłości wówczas nie idzie w parze z tym, jak się wtedy zachowujemy. Ośmielę się nawet powiedzieć, że nasze czyny nie mają zbyt wiele wspólnego z rozsądkiem. Wtedy zdecydowanie kierujemy się emocjami. Niestety jak się dziś za sprawą książki „Zjazd absolwentów” Guillaume Musso przekonacie, decydując o czymkolwiek w takim stanie emocji, możemy postępować zbyt impulsywnie i pochopnie, co w rezultacie może doprowadzić do sytuacji tragicznej w skutkach, która odciśnie swoje piętno na naszym całym życiu, a odwrotu już nie będzie.

Thomas, główny bohater, a jednocześnie narrator historii opisanej na kartach „Zjazdu absolwentów” lata szkolne ma już za sobą. Ma ustabilizowane życie i robi to, co kocha. Jest uznanym pisarzem i pewnie dawno zapomniałby o szkole, gdyby nie prześladujące go wspomnienia tragicznych wydarzeń, które działy się w jej murach dwadzieścia pięć lat temu. Można by pomyśleć, że dwadzieścia pięć lat to tak długi czas, że nawet o tragicznych wydarzeniach można zapomnieć, ale mężczyzna wie,  że to, co stało się w zimową śnieżną noc 1992 roku, nie do końca jest całą prawdą, jaką zna cała ówczesna społeczność szkolna. On wie, coś, czego nie wiedzą inni i do dziś boi się prawdy, która jeśli wyjdzie na jaw, zniszczy mu życie.

Abyście mogli dokładniej zrozumieć całość historii, należy zaznaczyć, że akcja powieści toczy się dwutorowo. Mamy wiosnę roku 2017 i to właśnie teraz dyrekcja szkoły organizuje zjazd absolwentów rocznika 1992 połączony z ogłoszeniem informacji o wyburzeniu i przebudowie jednego z budynków szkoły. Można śmiało powiedzieć, że Thomas nie pojawiłby się na tej uroczystości, gdyż od zawsze czuł, że nie pasuje do reszty kolegów i koleżanek. Zawsze był chłopakiem innym niż wszyscy. Jego światem, do którego uciekał, stały się książki. Wie jednak, że wraz z rozpoczęciem prac budowlanych wszyscy poznają od lat skrywaną w murach szkoły przerażającą tajemnicę.
Powodowany strachem jednak wraca pełen obaw, że prawda ujrzy światło dzienne. Bo kto źle broi, ten się boi, a prawda, jak oliwa zawsze na wierzch wypływa.

A wszystko stało się właśnie przez miłość. Wracając we wspomnieniach Thomasa do roku 1992, poznajemy postać Vincy Rockwell bardzo bliskiej sercu Thomasa najzdolniejszej dziewczyny w szkole i jej tajemniczego romansu z nauczycielem filozofii. Oficjalna wieść obiegająca szkołę, którą absolwenci żyją do dziś, jest taka, że zakochana dziewczyna uciekła ze swoim wybrankiem i od tej pory ślad po nich zaginął. Thomas i jego przyjaciel Maxime wiedzą coś, co ukrywali przez lata, a co sprawia, że wszystko to, co do tej pory wszyscy zainteresowani sprawą uznali za oczywiste, co zamyka całą sprawę, z perspektywy tej dwójki wygląda zupełnie inaczej.
Co w takim razie naprawdę stało się tej mrocznej i tragicznej nocy? Tego już musicie dowiedzieć się sami, sięgając po książkę Przekonajcie się również czy rzeczywiście zawsze, kiedy jest wina, musi również być kara.

Muszę przyznać, że najnowsza książka, autora, którego na pewno wszyscy znają, jeśli nie właśnie z jego książek to chociażby ze słyszenia wzbudziła we mnie mieszane odczucia. Wśród czytelników krąży opinia, że twórczość tego autora albo się kocha, albo nienawidzi. Tymczasem ja nie należę, do żadnej z tych grup. Uważam, że ma on zresztą, jak każdy inny pisarz książki gorsze i lepsze. A wracając do „Zjazdu absolwentów”, według mojej subiektywnej oceny jest to książka dosyć nierówna. Tak, jak mniej więcej pierwsza jej połowa strasznie mi się dłużyła i zupełnie nie potrafiłam się w nią wciągnąć, tak druga połowa wciągnęła mnie bez reszty i umknęła mi w mgnieniu oka. Fabuła zdecydowanie nabrała tępa, a autor niemalże bez przerwy ujawniał przed czytelnikiem nowe, zaskakujące fakty. Kiedy miałam wrażenie, że już wszystko wiadomo, nagle pojawiało się coś, co świadczyło o tym, że jednak to nie do końca wszystko. Co prawda były momenty, kiedy bieg wydarzeń stawał się przewidywalny, ale i tak książkę czytało się świetnie i z dużą ciekawością.

Jeśli chodzi o kreacje bohaterów, to nie są one jakoś szczególnie charakterystyczne, ale nie są też nijakie i miałkie. Można by rzec, że są po prostu ludzcy, jak każdy z nas za czasów swojej młodości impulsywni, stworzyli przeszłość, która nawet po latach nie pozwala o sobie zapomnieć.

Reasumując, oczywiście książkę polecam. Wielbicieli twórczości autora namawiać nie muszę, a tych z Was, którzy jeszcze nie mieliście okazji czytać żadnej z Jego książek, szczerze zapewniam, że „Zjazd absolwentów”, będzie doskonałym wyborem na długie jesienne wieczory.
Mamy tu tajemnicę, śmierć, mrok, zbrodnię, demony przeszłości i miecz Damoklesa wiszący nad tymi, którzy obawiają się prawdy.
Czegóż chcieć więcej. Nic tylko czytać.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Albatros, za co bardzo dziękuję.


sobota, 14 września 2019

Kiedy tracisz wszystko, co jest ci bliskie i co kochasz.

Kiedy dwoje młodych ludzi decyduje się założyć rodzinę, wszyscy wokół życzymy im szczęścia na nowej drodze życia i chcemy, aby krocząc wspólną drogą, mogli po latach małżeństwa powiedzieć o sobie „I żyli długo i szczęśliwie”. Taki scenariusz na wiele wspólnych lat jest pragnieniem każdej pary. Niestety jednak oczekiwania i marzenia często nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości, ponieważ los potrafi poddać nawet największe uczucie wielu bolesnym próbom, z których mimo starań małżonkom nie udaje się wyjść zwycięsko. Przekonała się o tym główna bohaterka książki Shalini Boland „Sekret matki”, z której recenzją dziś do Was przychodzę.

Tessa i Scot Martkham byli szczęśliwym małżeństwem, lecz dziś, kiedy my czytelnicy za sprawą Tessy wkraczamy w ich życie, od razu dowiadujemy się, że zarówno po ich związku, jak i po wspólnym szczęściu nie pozostał już żaden ślad. Stało się tak dlatego, że nie udało im się wspólnie podnieść po tragicznych przeżyciach, które dosięgły ich rodzinę. Jako młodzi rodzice z niecierpliwością wyczekiwali narodzin swoich ukochanych dzieci. Wspaniała nowina, iż spodziewają się bliźniąt wypełniała ich serca ogromem szczęścia i miłości. I wtedy stało się coś, co zniszczyło cały ich świat. Ich ukochane maleństwa zmarły.
Choć od tamtych druzgocących wydarzeń minął już jakiś czas, to niestety serce matki nie potrafi pogodzić się z tak dojmującą stratą. Mimo leczenia i wielu godzin terapii tamtejsze przeżycia i emocje pozostają w kobiecie nadal żywe. Jak się możecie domyślać to, że nasza bohaterka ciągle żyje przeszłością, odbija się negatywnie na jej relacjach ze Scotem. Mężczyzna postanawia odejść i spróbować ułożyć sobie życie na nowo.
A co z Tessą? Otóż ona żyje z dnia na dzień, Trwa w swoim bólu, który stara się ukoić, oddając się pracy zawodowej. Ale pewnego dnia wracając właśnie z pracy do domu, nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że w domu czeka na nią ktoś, kogo pojawienie się zmieni zupełnie jej życie.
Co ma myśleć kobieta w momencie, kiedy wchodząc do własnego domu, zastaje w nim chłopca, który twierdzi, że przyprowadził go do niej anioł, a ona jest jego nową mamusią? Oczywiście sprawa zostaje zgłoszona na policje, ale niestety zgłoszenie nie zostaje potraktowane przez wymiar sprawiedliwości tak, jak Tessa tego oczekuje. Policjanci, mając wiedzę na temat jej traumatycznych przeżyć z przeszłości, nie wierzą w jej wyjaśnienia, uznając, że to ona porwała dziecko i przyprowadziła je do swojego mieszkania. Co więcej, nie wierzy jej nawet Scot. Wkrótce o całej sprawie dowiadują się media i węsząc temat na pierwsze strony gazet, urządzają nagonkę na Tessę, zamieniając jej życie w koszmar. Kobieta, czując, że została ze wszystkim, co ją spotkało zupełnie sama, postanawia walczyć o swoje dobre imię i oczyszczenie z zarzutów na własną rękę. Tylko jest jeden bardzo istotny problem. W pewnym momencie próby samodzielnego wyjaśnienia, tego, o co w tym wszystkim chodzi, sama zaczyna wątpić w swoją niewinność. A jeśli ci wszyscy ludzie mają rację i ona rzeczywiście porwała chłopca, tylko nic nie pamięta. Przecież to możliwe. W końcu nadal przeżywa stratę swoich dzieci i przerwała terapię. Może powinna znowu zacząć się leczyć?

Na te wszystkie pytania i wątpliwości odpowiedz, znajdziecie oczywiście na kartach książki, ale macie moje słowo, że tego, jakie będzie rozwiązanie zagadki pojawienia się w życiu Tessy małego Harego, na pewno się nie spodziewacie.

„Sekret matki" to wciągający i zajmujący thriller psychologiczny, który doskonale uświadamia nam czytelnikom dwie bardzo ważne życiowe kwestie, które niestety mają swoje potwierdzenie również w życiu realnym.
Po pierwsze to, jak łatwo i bez skrupułów społeczeństwo potrafi szufladkować i przypinać etykiety ludziom. Tessa straciła dzieci, po których stracie cierpi, więc wszyscy wokół założyli, że to, czego doświadczyła, odbiło się na jej psychice i uprowadziła bezbronne dziecko. Z góry została jej przyklejona etykieta porywaczki. I coś w tym jest. Z racji zawodu miałam okazję rozmawiać kilkakrotnie z byłymi więźniami i zawsze, kiedy mówiono im, że po odbyciu kary mają szansę zacząć nowe życie, oni niezmiennie odpowiadali:

„Jeśli raz zostanie ci przyklejona etykieta, to ten smród będzie się ciągnął za tobą już zawsze, i jeśli w twojej okolicy dojdzie do przestępstwa, to choćbyś powtarzał, że jesteś niewinny, to i tak będziesz pierwszym podejrzanym". Przykre, ale jakże prawdziwe.

Drugim równie istotnym problemem, na który autorka książki zwróciła, uwagę jest niszcząca siła szeroko pojętych mediów. To, co spotkało Tessę ze strony dziennikarzy i to, co przeczytała o sobie na stronach wielu portali internetowych, jest dowodem na to, że tak naprawdę wystarczy tylko niewielka pogłoska, by media uczyniły z naszego życia piekło. Byśmy czuli się wręcz zaszczuci, stając się więźniami czterech ścian naszego domu. Każdy z nas, doskonale zdaje sobie sprawę, że dla mediów liczy się gorący temat, który jak najdłużej skupi zainteresowanie i uwagę odbiorców. Oczywiście nie chcę generalizować, bo nie każdy dziennikarz kieruje się takimi przesłankami, ale historia Tessy otwiera nam oczy na to, że mediom nie zawsze chodzi o odkrycie prawdy, a o sensacje i emocje. Dlatego pamiętajcie, nigdy nie wierzcie ślepo w to, co słyszycie i co czytacie.

Wobec powyższego nie muszę chyba już nikogo przekonywać, że „Sekret matki” zdecydowanie warto przeczytać, do czego gorąco zachęcam. Autorka przedstawiła nam poruszającą historię kobiety, która straciła wszystko, co miała i kochała, a teraz została zmuszona do walki o siebie. Finał tej walki zaskoczy ją bardzo, ale Was zaskoczy jeszcze bardziej. Autentyczny wymiar wszystkiego, o czym czytamy w książce sprawia, że postać głównej bohaterki staje nam się bardzo bliska i mocno trzymamy za nią kciuki w tych niełatwych zmaganiach, o to, aby odkryć prawdę.

Na pewno jesteście ciekawi, czy prawda ją wyzwoli i pozwoli wreszcie odzyskać utracone życie oraz spokój, a może będzie to prawda, której wolałaby nigdy nie poznać?
Nie zastanawiajcie się dłużej, tylko niezwłocznie sięgnijcie po książkę, bo na pewno nie pożałujecie spędzonego z nią czasu. 

Jednak jest coś, co powinniście wiedzieć przed tym, zanim przystąpicie do lektury. Otóż owszem książka na pewno Was wciągnie i nie będziecie mogli się od niej oderwać, daje Wam moje słowo, ale jest coś, czego mi zabrakło, a mianowicie napięcia. Oczywiście przez całą książkę z ogromnym zainteresowaniem śledziłam  rozwój następujących po sobie wydarzeń, ale w moim subiektywnym odczuciu natężenie emocji było zbyt niskie w porównaniu do opisywanych sytuacji. Jak dla mnie klimat był od początku do końca utrzymany na jednostajnym poziomie. Mnie zabrakło dreszczyku emocji charakterystycznego dla tego gatunku książek. 
Nie zmienia to, jednak faktu, że jest to świetna książka i musicie ją koniecznie przeczytać.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.





wtorek, 10 września 2019

Moja rodzina mnie nie wspiera.

Nikt bardziej niż osoby niepełnosprawne, do których grupy należę, nie jest w stanie przekonać się o tym, jak bardzo krzywdzące jest postrzeganie nas przez pryzmat choroby. Choć trzeba przyznać, że w porównaniu do lat ubiegłych, dziś poziom tolerancji wobec osób z różnego rodzaju schorzeniami jest o wiele wyższy, to jednak nadal są osoby, które uważają nas za gorsze ogniwo w społeczeństwie. I o ile do tego, że osoby, które nas nie znają i nic o nas nie wiedzą, postrzegają nas jako „gorszych”, jesteśmy w stanie się zdystansować, o tyle jest to bardzo bolesne, wówczas kiedy podobnie myślą o nas nasi najbliżsi.

Zapewne teraz pomyśleliście sobie, że będę pisała o tym, jak bardzo moja rodzina krzywdzi mnie, nie dostrzegając we mnie tego, jaka jestem, a tylko moje problemy zdrowotne.
Nie kochani, nie musicie się martwić. Wręcz przeciwnie, ja mam wspaniałą rodzinę, która nigdy nie stawiała moich schorzeń na pierwszym miejscu. W takim razie dlaczego, o tym piszę?
Otóż jak to często bywa, motywacją do podejmowania tak trudnych i życiowych tematów są książki, które czytam.

Dziś opowiem Wam, o książce Elżbiety RodzeńChłopak, którego nie było i jej głównej bohaterce Martynie, która nie miała szczęścia liczyć na wsparcie i pomoc swojej rodziny, kiedy  zdiagnozowano u niej chorobę psychiczną. Od tej pory już zawsze, była tą gorszą, która nieustannie porównywana do swojej siostry przegrywała już na starcie. Choć od czasów dzieciństwa minęło już wiele lat, a Martyna jest już dorosłą kobietą, która doskonale radzi sobie z chorobą, to jednak w kwestii traktowania jej przez rodziców nic się nie zmieniło. Ojciec nieustannie wmawia jej, że do niczego się nie nadaje. Nasza bohaterka pracuje w podupadającym pensjonacie prowadzonym przez matkę i ojca i jest traktowa niczym tania siła robocza. Co więcej, ciągle słyszy, że to ona jest winna problemom finansowym rodziców. Martyna ma swoje plany i marzenia, ale postępowanie krewnych podcina jej skrzydła oraz pozbawia poczucia własnej wartości. Nie trudno się dziwić, że coraz bardziej przestaje wierzyć w to, że coś w jej życiu może jeszcze się zmienić.
Wszystko zmienia się, gdy pewnego dnia spacerując nad morzem, spostrzega mężczyznę, który łudząco przypomina, kogoś, kto kiedyś bardzo wiele dla niej znaczył. Wie jednak, że to niemożliwe, aby to był właśnie on.
Wkrótce między tą dwójką rodzi się uczucie.
Martyna niczym pobudzony do życia kwiat podlany życiodajną mocą miłości rozkwita. Żar szczerej miłości pozwala obojgu na nowo odkryć prawdziwe szczęście. Mimo że są szczęśliwi, Martyna czuje w sercu niepokój odnośnie do podobieństwa Jamesa do Kuby. Jednak nie tylko ona jest pełna obaw. Jak się przekonacie, ten, który skradł serce kobiety, też w życiu przeszedł bardzo wiele.
I tu nasuwa się bardzo ważne pytanie. Czy to, czego nasi bohaterowie dowiedzą się o sobie wzajemnie, zagrozi ich uczuciu?
Jednak aby, poznać odpowiedz na to pytanie, musicie sami przeczytać książkę.

Powiedzieć o „Chłopaku, którego nie było”, że jest to książka o miłości, to zdecydowanie za mało. Elżbieta Rodzeń bowiem na kartach swojej najnowszej książki zwróciła naszą uwagę nie tylko na aspekty duchowe i emocjonalne, ale także te, bolesne i realnie dotykające wielu z nas na co dzień.
Po pierwsze i najważniejsze problem szufladkowania i kategoryzowania na lepszych i gorszych.
Kiedy u Martyny stwierdzono chorobę psychiczną, odwrócili się od niej nie tylko znajomi, ale i rodzina. Nieustannie dają jej do zrozumienia, że jest dla nich ciężarem i powinna, być im wdzięczna, że pozwalają jej ze sobą mieszkać. Dziewczyna pracuje od rana do nocy, ale nigdy nie słyszy słów wdzięczności, czy podziękowania. To starsza córka Ewa jest ich oczkiem w głowie. Martynę już spisali na straty.

Autorka uświadamia nam również, jak boleśnie paradoksalne bywa życie. Rodzice, którzy powinni kochać i akceptować swoje dziecko bezgranicznie i bezwarunkowo. Wierząc w nie, nawet kiedy wszyscy wokoło już je skreślili i wspierając na każdym kroku, przez całe życie tłamsili swoją córkę, podcinali jej skrzydła, kiedy ta chciała coś dla siebie zrobić. Coś osiągnąć także po to, aby choć raz zasłużyć na ich uznanie. Aż nagle zjawia się ktoś, kto sprawia, że te podcięte skrzydła znowu odrastają. James ofiarowuje kobiecie nie tylko miłość, ale również odbudowuje jej wiarę w siebie i w to, że jak każdy ma prawo być szczęśliwa i kochana, a przede wszystkim, że na to szczęście i miłość zasługuje. Zaledwie w kilka miesięcy mężczyźnie udaje się dokonać tego, czego rodzice dziewczyny przez całe jej życie nawet nie starali się jej dać.

W historii Martyny i Jamas'a dostrzegamy niezwykłą moc przeznaczenia. Ja w nie wierzę i to, przez co oni przeszli jest wspaniałym przykładem na to, że dwie przeznaczone sobie dusze zawsze się odnajdą, pomimo bardzo wielu krętych dróg, które będą musieli pokonać, podążając ku sobie.

Kiedy sięgniecie po „Chłopaka, którego nie było” bez reszty zagłębicie się w bardzo piękną i poruszającą historię dwójki ludzi, którzy naprawdę wiele w życiu przeszli. To, o czym przeczytacie, zapewne w pewnym stopniu wyda Wam się odrealnione, jednak kiedy dotrzecie do końca lektury i odłożycie książkę na półkę, zrozumiecie, że jest ona bardziej realna, niż mogliście przypuszczać. I to właśnie ta dojmująca świadomość, która dotarła do mnie wraz z przeczytaniem ostatniej strony, nie pozwala mi wyciszyć natłoku emocji, które nadal pozostają we mnie bardzo silne i jestem pewna, że pozostanie tak jeszcze bardzo długo.
Jestem przekonana, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie. Mamy tu bowiem coś dla romantyków: miłość, przeznaczenie, jak i dla osób, które szukają w książkach czegoś więcej niż wątek miłosny, choroba, brak wsparcia i akceptacji w rodzinie, trudna przeszłość, marzenia, nadzieje.

Ja z oczywistych względów odnalazłam w przeżyciach Martyny cząstkę siebie. Zachęcam Was serdecznie, abyście Wy również przeczytali tę wspaniałą książkę i przekonali się, czy znajdziecie w niej coś, z czym również się utożsamicie.

Nie było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Elżbiety Rodzeń. Jeśli jesteście ciekawi, jaką inną jej książkę jeszcze czytałam i czy mi się podobała, zapraszam tutaj.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka, za co serdecznie dziękuję.
Zachęcam was również do zapoznania się z całą ofertą literatury kobiecej przygotowaną przez księgarnię.

sobota, 7 września 2019

Podaruj siebie innym.

Przyjaźń to jeden z najpiękniejszych darów, jakie los może nam podarować. Każdy z nas marzy o tym, aby mieć w swoim życiu kogoś, kogo może nazwać prawdziwym przyjacielem. Kogoś, kto zawsze wysłucha, wesprze, pomoże, kiedy trzeba. Kogoś, kto będzie u naszego boku w najtrudniejszych chwilach naszego życia, płacząc z nami i ocierając nasze łzy. Bo nie sztuką jest być przyjacielem, kiedy kroczymy przez proste odcinki drogi życia. Prawdziwy przyjaciel to ten, który podtrzyma Cię za rękę, kiedy na twej drodze pojawią się wyboje.

Do tego rodzaju przemyśleń skłoniła mnie lektura książki Amandy Brooke Dar serca, o której chcę Wam dziś opowiedzieć.

Bohaterkami powieści są trzy przyjaciółki Julia, Helen i Phoebe. Kobiety znają się od najmłodszych lat i zdecydowanie są dla siebie najlepszymi przyjaciółkami. Życie żadnej z nich nie oszczędzało, dlatego ich relacje niejednokrotnie stawały w obliczu niezamierzonych, aczkolwiek poważnych „testów przyjaźni”.

Julia jest kobietą, która tworzy szczęśliwy związek z kochającym i wspaniałym mężczyzną, którego pozazdrościć mogłaby jej nie jedna z nas. Niestety szczęście Julii i Paula nie jest pełne, gdyż oboje najbardziej na świecie chcą trzymać w ramionach swoje upragnione i wyczekiwane dziecko, o które starają się już od dłuższego czasu, lecz niestety wszelkie próby zajścia w ciąże kończą się niepowodzeniem, co odbija się bardzo mocno na związku małżonków. Julia zdaje sobie sprawę z tego, że zegara biologicznego nie da się zatrzymać, dlatego jej pragnienie zostania mamą przeradza się niemal w obsesję.
Nasza bohaterka oddałaby wszystko, by być na miejscu Helen, która z kolei bardzo wcześnie została matką, a swoją nastoletnią dziś córkę postrzega, jako, kulę u nogi. Kocha ją, ale wie, że nieplanowana ciąża odcisnęła znaczące piętno na tym, jak dziś wygląda jej życie.
Mamy również Phoebe, która bardzo wcześnie straciła matkę i wychowywana przez babcię do dziś, mimo że jest już dorosła, pozostaje pod jej silnym wpływem. Babci zawdzięcza bardzo wiele, więc teraz na jej barki spadła opieka nad staruszką, u której zdiagnozowano Alzheimera.

Jak widzicie, wszystkie trzy przeszły bardzo wiele, ale bez względu na to, co się działo, zawsze przez wszystko przechodziły wspólnie. Są przekonane, że znają się jak przysłowiowe łyse konie i nie mają przed sobą żadnych tajemnic, ale już wkrótce na jaw wychodzi sekret Paula i Phoebe, który, jak się okazuje, jest tylko jednym rzuconym kamyczkiem poruszającym lawinę tajemnic z przeszłości. Dopiero wówczas widzimy, że każda z bohaterek ma sobie coś do zarzucenia i ujawniona prawda może zniszczyć budowaną przez lata przyjaźń już na zawsze.

Już na okładce książki czytamy, że dochodzi do tragicznego wypadku, który połączy te kobiety na zawsze. Wypadek ten dla bliskich jego ofiary będzie ogromnym cierpieniem, ale dla kogoś może stać się szansą na nowe życie. Na jeden najważniejszy dla siebie i swoich bliskich telefon czeka nastoletnia Lucy. Dziewczyna czeka na przeszczep serca i wie, że każdy kolejny dzień oczekiwania zmniejsza jej szansę. Marzy o powrocie do zdrowia, jednak doskonale zdaje sobie sprawę, że aby ona mogła żyć, ktoś musi umrzeć. Kto poniesie tę największą ofiarę, aby Lucy mogła żyć? O tym już musicie przekonać się sami.

Dar serca” to bardzo życiowa i ponadczasowa historia, która, choć z opisu widniejącego na książce wydaje się jednowątkowa, wręcz przeciwnie skrywa w sobie ich zdecydowanie więcej, a każdy z nich bezsprzecznie wymusza na czytelniku refleksje i przemyślenia. Początkowo byłam przekonana, że książka w głównej mierze będzie poświęcona zagadnieniu transplantologii, a tymczasem nad czym przyznaje, ubolewam, temat ten został w całej fabule, nakreślony tylko nieznacznie. Autorka chce nam uświadomić, że mimo iż nasze ziemskie życie dobiega kresu, możemy żyć dalej w innym człowieku. Dar życia to najpiękniejsze, co możemy ofiarować zupełnie obcej osobie.

Kolejny problem, któremu Amanda Brooke poświęciła swoją uwagę na kartach „Daru serca” to jakże często spotykane w dzisiejszych czasach zjawisko zbyt wczesnego macierzyństwa, a z drugiej strony rosnący problem bezpłodności, z którym boryka się tak wiele par. Podczas gdy młode matki, często mają poczucie, że przez nieplanowane pojawienie się ich dziecka na świecie wiele w życiu straciły, a ich życie odebrało  zupełnie inny kierunek, niż by tego chciały, inna kobieta jest gotowa na największe nawet poświęcenie, aby usłyszeć słowo mama.

I tym oto sposobem docieramy do trzeciego już wątku, o którym przeczytamy w książce. A mianowicie tego, jak destrukcyjne dla pary starającej się o dziecko może okazać się to doświadczenie. Julia i Paul bardzo się kochają, jednak w pewnym momencie doskonale widzimy, że  choć oboje chcą zostać rodzicami, to jednak dla Julii pragnienie to stało się obsesją, która zdeterminowała całe jej życie. Taka sytuacja rodzi napięcie i przerasta Paula, przez co oddala się od żony.

Jak wspomniałam wcześniej, w tej historii trzeba będzie rozliczyć się również z wieloma skrywanymi tajemnicami przeszłości. Bo nie wolno nam zapomnieć, że nie ma na świecie człowieka, o którym wiedzielibyśmy wszystko. Nawet jeśli jest to nasza najlepsza przyjaciółka, nie możemy zapomnieć o tym, że nie stanowimy z nią spójnej całości i że poza łączącą nas z nią przyjaźnią każde z nas ma też swoją odrębną część życia, którą nie zawsze chce się z kimkolwiek dzielić.
Tak też dzieje się w przypadku tej historii. Jedna z przyjaciółek wie, że druga ma tajemnicę przed tą trzecią, a ona musi zdecydować, co z tą wiedzą zrobić i po której stronie się opowiedzieć. Jak cała ta sytuacja wpłynie na więzi łączące Julię, Helen i Phoebe?

Mogę Was zapewnić, że tytuł ten nie pozostawi obojętnym na to, o czym przeczytacie nikogo z Was. Poruszy nawet najbardziej zatwardziałe serca. Sprawi, że będziecie chcieli rozmawiać o tej książce z innymi i polecać ją, jak największej liczbie osób. Pomogą Wam w tym pozostawione przez autorkę pytania prowokujące wręcz do ożywionej i wartościowej dyskusji.
Kiedy już zaczniecie czytać tę książkę, nie będziecie mogli się od niej oderwać, a wasze serca wypełni mnóstwo emocji, które potęgowane będą przez dojmujący autentyzm zarówno fabuły, jak i kreacji bohaterów.

Chyba już nikomu nie muszę mówić, że z całego serca polecam Wam sięgnąć po „Dar serca”. Jest to historia o miłości, przyjaźni, pragnieniach i marzeniach. Trudnych decyzjach i wyborach. Wybaczaniu i dawaniu siebie innym.
Jeśli lubicie książki Jodi Picoult i Diane Chamberlain, to macie moje słowo, że Amanda Brooke również dołączy do grona waszych ulubionych pisarek.
Drogi czytelniku, pamiętaj, że historia, którą oddała w nasze ręce autorka, mogłaby być również częścią Twojego życia, dlatego przeczytaj koniecznie i odpowiedz sobie na pytanie, jakie byłyby Twoje decyzje i wybory, gdybyś musiał się z nią zmierzyć?

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję.

piątek, 6 września 2019

ZAPOWIEDŹ: GAŁĘZISTE ARTUR URBANOWICZ WYDANIE DRUGIE.


Moi kochani, dziś mam ogromną przyjemność zaprezentować Wam zapowiedź wznowienia powieści mojego ulubionego twórcy polskiej literatury grozy Artura Urbanowicza. Sukces i popularność „Inkuba", a także liczne prośby ze strony fanów autora, sprawiły, że wydawnictwo Vesper zdecydowało się wznowić debiutancką powieść autora - „Gałęziste". Książka, wydana pierwotnie w 2016 roku, w ramach self publishingu, już wówczas zyskała uznanie fanów literackiego horroru, czego wyrazem były liczne pozytywne recenzje oraz wyróżnienie czytelników w plebiscycie Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego.

O książce:

Nowa, ulepszona wersja powieści, która zdobyła Nagrodę Czytelników Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego!
Nie wierz w nic, co widzisz, słyszysz… i w co do tej pory wierzyłeś.

Jest taki dom, w którym nie chciałbyś spędzić nocy. Z jakiegoś powodu ciemność w nim jest inna. Jeszcze bardziej złowroga niż gdziekolwiek indziej.
Jest takie jezioro, w którym mieszkają nieumarli. Ich przewaga nad Tobą jest prosta – oni nie potrzebują nabierać powietrza.
Jest taki demon, o którym wolałbyś nie wiedzieć. Niematerialne uosobienie zła, przed którym nie sposób uciec.
Jest takie miejsce, w którym znajdziesz ten dom. Miejsce, które skrywa też to jezioro, miejsce, w którym ten demon był od zawsze. To las. Las, w którym za nic w świecie nie chciałbyś się zgubić. Kiedy już raz do niego wejdziesz, nie pozwoli Ci wyjść.
Jest taka historia, której nie chciałbyś poznać. Opowieść, która Cię zaintryguje, zaskoczy i przerazi do szpiku kości. Powieść grozy na baśniowych ziemiach Suwalszczyzny, z zaskakującym zakończeniem godnym mistrzów gatunku.
Odważysz się?

W porównaniu z pierwowzorem tekst powieści został gruntownie przeredagowany, poprawiony, okraszony klimatycznymi ilustracjami oraz uzupełniony o rozbudowane posłowie.

Premierę książki planowana jest na 13.11.2019. Jej prapremiera odbędzie się podczas tegorocznej edycji Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie.


GAŁĘZISTE
Autor: Artur Urbanowicz
Okładka: Dawid Boldys
Ilustracje: Michał Lorenc
Wydawnictwo Vesper
Stron: 450
Format: 145x205 mm
Cena detal. 45,90 zł
Oprawa twarda
ISBN 978-83-7731-340-4
Kod EAN 9788377313404

Skusicie się? A może czytaliście już pierwsze wydanie książki?

wtorek, 3 września 2019

Ufam mu, więc dlaczego się go boję?

Myślę, że zgodzicie się ze mną, iż osoby wycofane, ciche i niepewne własnej wartości są niezwykle podatne na wszelkiego rodzaju manipulacje. Łatwo im wiele rzeczy wmówić i zasugerować. Szukając akceptacji w oczach innych, godzą się na życie w cieniu, po to, aby choć przez chwilę poczuć się dla kogoś ważnym i zyskać choć trochę czyjejś uwagi i ciepła.

Dziś chcę opowiedzieć Wam o książce Amy Lloyd „Niewinna żona”, której główna bohaterka Samantha jest kobietą, której osobowość idealnie odpowiada schematowi, który przedstawiłam we wstępie recenzji. Niedawno zakończony związek oraz nie najlepsze relacje z matką sprawiają, że młoda kobieta czuje się bardzo samotna. Ucieczką od pustki panującej w jej życiu staje się dla niej internet i bardzo głośna, wzbudzająca wiele emocji sprawa Dennisa Dansona, który, jako nastolatek został skazany za morderstwo. Chłopak miał wówczas pozbawić życia nastoletnią dziewczynkę. Sprawa ta wzbudziła wśród społeczeństwa ogromne poruszenie, wywołane filmem dokumentującym historię mężczyzny.

W momencie, kiedy my czytelnicy zostajemy zaangażowani w to, co się dzieje na kartach książki, od tamtejszych wydarzeń minęło już dwadzieścia lat, jednak wrzawa na forach internetowych nadal nie cichnie. Sam osadzony i jego adwokaci utrzymują, że został on niesłusznie skazany za czyn, którego nie popełnił i dążą do jego uwolnienia. Murem za Dennisem staje również ogromna grupa internautów, którzy żądają, aby dociec prawdy i zwrócić wolność niewinnemu człowiekowi.
Samanta również znajduje się wśród osób opowiadających się po stronie osadzonego.
W pewnym momencie niespodziewanie dla niej samej między nią a mężczyzną nawiązuje się niezwykła więź. Z korespondencji, którą między sobą wymieniają, Samantha czuje, że Dennis jest do niej bardzo podobny i rozumie ją, jak nikt inny do tej pory. Jego życzliwość i dobroć podbija jej serce. Bardzo szybko ta niecodzienna relacja przeradza się w uczucie i już wkrótce dziewczyna decyduje się porzucić swoje szare życie, angażując się w działania na rzecz uwolnienia mężczyzny. Snuje marzenia i wizje tego, jak będzie wyglądała ich wspólna przyszłość i codzienne życie we dwoje.
Niestety już w dniu, kiedy nareszcie nadchodzi ten wielki dzień, nic nie jest takie, jaki być miało, a z biegiem czasu okazuje się, że niewinność Dennisa, w którą tak mocno wierzyła, teraz wcale nie jest już taka oczywista i niezaprzeczalna, Ufa mu, więc dlaczego się go boi?

Z rekomendacji na książce wynika, że decydując się na lekturę „Niewinnej żony”, otrzymamy:

„Mroczną, frapującą i pełną zwrotów akcji fabułę, która wciąga i nieustannie zaskakuje”.

Czy ja sama mogłabym podpisać się pod tymi słowami? Otóż i tak i nie. Przyznaję, że mam mieszane odczucia odnośnie do tej książki. Owszem czytałam ją z zainteresowaniem i ciekawością, ale nie jest to, historia, która wciągnęła mnie bez reszty i nie pozwoliła mi się od siebie oderwać. Ciekawy pomysł na fabułę i lekki oraz swobodny styl pisanie, którym posługuje się autorka, sprawia, że książkę czyta się niemalże naraz. Nie zmienia to jednak faktu, że zabrakło mi w niej napięcia. Nie zaprzeczę, że przez cały czas poznając kolejne odsłony tego, co zostało dla nas przygotowane, gdzieś w tle towarzyszy nam poczucie, że za chwilę wydarzy się coś, co ukarze mroczną naturę bohatera i na jaw wyjdzie coś, o czym nikt nigdy miał się nie dowiedzieć, ale nie jest to tak dojmujące uczucie, by mogło wzbudzić dreszcze i niepokój.

Na uwagę zasługuje natomiast bardzo dobra kreacja portretów psychologicznych bohaterów. Zarówno Samanthy, jak i Dennisa.
W przypadku kobiety mamy doskonały przykład tego, jak osoba, która czuje się nierozumiana i niepewna własnej wartości może popaść niemalże w obsesję na punkcie osoby, która ofiaruje jej choćby złudne poczucie miłości i szczęścia. Doskonale widzimy, jak kobieta potrafi tłumić w sobie wszelkie przejawy podejrzeń wobec ukochanego. Choć odczuwa lęk, wszelkiej winy upatruje w swojej paranoi. Manipulowana i mamiona jego życzliwością staje się emocjonalnie sterowaną marionetką w rękach tego, którego kocha.

Dennis z kolei to człowiek, który perfekcyjnie potrafi ukrywać swoją wręcz sadystyczną naturę. Kiedy chce, bywa ujmujący i wyjątkowy. Przyznam szczerze, że gdybym nie wiedziała z opisu książki, nie domyśliła się, że nie jest on tak kryształowy, na jakiego się kreuje. Sama uwierzyłabym w ogromną niesprawiedliwość, która go spotkała. Potrafi być doskonałym aktorem, kiedy wie, że może coś zyskać. Natomiast o tym, kim jest, kiedy zrzuca maskę pozorów, przekonajcie się już sami.

Mimo że „Niewinna żona” nie jest thrillerem psychologicznym, który wyróżnia się jakoś specjalnie wśród innych książek z tego gatunku, to zdecydowanie uważam, że warto po niego sięgnąć. Czyta się go naprawdę ciekawie i przyjemnie. Na pewno spędzicie z nim kilka dobrze spożytkowanych godzin na interesującej lekturze.

Nie zabraknie również miejsca na refleksje. Nigdy nie ufaj ślepo temu, co słyszysz, a nawet widzisz. Jeśli, ktoś wydaje się idealny, to już jest podejrzane.

Ze swej strony oczywiście zachęcam Was do przeczytania „Niewinnej żony”, choć według mnie, większą satysfakcję z jej lektury będą miały osoby, które dopiero rozpoczynają poznawanie gatunku, który reprezentuje ten tytuł lub sięgają po niego niezbyt często. Dla tych z Was, którzy jesteście wielbicielami gatunku i poruszacie się w jego obrębie od dłuższego czasu bowiem, to co otrzymacie, sięgając po książkę, może pozostawić po sobie poczucie niedosytu.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Czarna owca, za co bardzo dziękuję.



poniedziałek, 2 września 2019

ZAPOWIEDŹ: Rabih znaczy wiosna - Weronika Tomala




Kochani, jest mi niezmiernie miło, że mogę poinformować Was o zbliżającej się premierze drugiej w dorobku twórczym autorki i blogerki Weroniki Tomali książki „Rabih znaczy wiosna".

OPIS:
Martę i Rabiha połączyła prawdziwa przyjaźń od dziecka. Są jak brat i siostra jak papużki-nierozłączki, jak dwie połówki tego samego kamienia. Różni ich tylko jedno - w żyłach Rabiha płynie arabska krew. Choć wychował się w Polsce i czuje się prawdziwym Polakiem, nie jest akceptowany przez otoczenie ze względu na kolor skóry i egzotyczną urodę, którą odziedziczył po ojcu. Nieszczęśliwy splot wydarzeń sprawia, że ich wyjątkowa relacja urywa się, blednie, majaczy we wspomnieniach dorosłych już ludzi. Los bywa jednak przewrotny - Marta i Rabih spotykają się ponownie i to w okolicznościach, o których oboje chcieliby zapomnieć. Ona wiedzie poukładane, szczęśliwe życie, on za moment staje na ślubnym kobiercu. I świat staje na głowie. Czy w obliczu tłumionego przez lata gniewu i żalu potrafią odnaleźć dawnych siebie? Czy targani sprzecznymi emocjami wreszcie ujrzą to, przed czym tak zaciekle się bronią?


Jeśli tak jak ja nie możecie doczekać się premiery książki, to mam dla Was świetną wiadomość. Już teraz możecie kupić ją w przedsprzedaży. 

Ja nie mogę doczekać się, aby poznać historię, którą skrywają karty „Rabih znaczy wiosna”, a Wy?

sobota, 31 sierpnia 2019

KONKURS Z GDY NADESZŁO ŻYCIE ANETY KRASIŃSKIEJ.


Witajcie kochani, dziś zapraszam Was konkurs z Gdy nadeszło życie Anety Krasińskiej. Tym razem, zadanie konkursowe przygotowała sama autorka książki. Mam nadzieję, że  okaże się ono dla Was ciekawe i chętnie weźmiecie udział w zabawie.

Aby wziąć udział w konkursie, należy:
– zapoznać się z regulaminem rozdania -> REGULAMIN
– odpowiedzieć na zadanie konkursowe.

ZADANIE KONKURSOWE:
Dokończ zdanie:
Zycie jest dla mnie....
Wierzymy w Waszą pomysłowość, więc chcemy, abyście zdanie to dokończyli w sposób jak najbardziej kreatywny. (wiersz, rymowanka, zdjęcie, grafika, refleksje, przemyslenia) itp. Prosimy, aby prace wykonane były samodzielnie i nie stanowiły, kopii materiałów dostępnych w internecie.

Informacje uzupełniające:
– do wygrania są dwa egzemplarze, Gdy nadeszło życie Anety Krasińskiej.
– rozdanie trwa –31.08-6.09
– sponsor nagrody – Wydawnictwo Szara Godzina.
– koszty wysyłki pokrywa SPONSOR
– miło mi będzie, jeśli zaobserwujesz bloga Kocie czytanie oraz polubisz fanpage wydawnictwa oraz autorki.

Opis:
Znajomi z liceum spotykają się na czterdziestych urodzinach Marceliny. Podczas imprezy jej przyjaciółka Magda trafia do szpitala. Koleżanki i partner starają się ją wesprzeć w trudnych chwilach, choć temperament kobiety znacznie utrudnia im działanie. Nieopatrznie zadane pytanie uruchamia lawinę wspomnień. Mimo upływu lat koszmary dręczą Magdę. Okrutny los zakpił z jej uczuć, planów i marzeń o przyszłości u boku ukochanego. Czy po dwudziestu latach zdoła się otrząsnąć i ucieszą ją zmiany? Ile kłamstw tkwi w każdym w nas?
Gdy nadeszło życie to druga część trylogii. Każdy tom poświęcony jest rozterkom innej osoby w związku z wydarzeniami z czasów liceum, gdy tworzyli zgraną grupę z nadzieją patrzącą w przyszłość.

***

Wyniki konkursu.

Kochani bardzo dziękuję wszystkim Wam, którzy wzięliście udział w konkursie. Wszystkie odpowiedzi na pytanie konkursowe chwyciły mnie za serce i uwierzcie mi, że wybór dwóch zwyciężczyń był naprawdę trudny, Ale udało się, nagrodzę, egzemplarz książki „Gdy nadeszło życie” otrzymują Ela R   i Femina Domi 

Dziewczynom serdecznie gratuluję i proszę o wysłanie mi adresów do wysyłki nagrody na maila znajdującego się w zakładce „Współpraca i kontakt”, a tych z Was, którym dziś nie udało się  wygrać, zachęcam do wypatrywania kolejnego konkursu na blogu.

Pozdrawiam serdecznie,
Czytający kotek




czwartek, 29 sierpnia 2019

Im mniej wiesz, tym dla ciebie lepiej.

Przez całe życie, wszyscy powtarzali mi, że wiedza to potęga. Dziś jednak przekonacie się, że są w życiu sytuacje, kiedy im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. Są na świecie cztery osoby, które znają tożsamość człowieka, który zrobi dosłownie wszystko, aby to, kim jest, nigdy nie wyszło na jaw. Dwie z nich już nie żyją, a teraz przyszedł czas na trzecią.

Prawda, że brzmi mrocznie i strasznie, a zarazem intrygująco?

A to dopiero początek tego, co przygotował dla nas Steve Cavenagh w swojej najnowszej książce Wkręceni, do której lektury chcę Was dziś zachęcić.
Zanim jednak zdecydujecie, czy chcecie sięgnąć po tę książkę, muszę Was ostrzec. Jeśli odkryjesz, kim jest ten tajemniczy człowiek, możesz być następną ofiarą.
Jeżeli macie odwagę zaryzykować, zapraszam Was do dalszej części recenzji.

"Wkręceni" to książka opowiadająca o wielkiej sławy pisarzu, którego książki cieszą się ogromną popularnością, jednak cały świat intryguje bardziej sama osoba ich autora, który tworząc pod pseudonimem J.T. LeBau, nigdy nie ujawnił się przed swoimi wielbicielami. Nikt nie wie, jak wygląda, a on sam zabija kolejne osoby, by tak pozostało, jak najdłużej. Dlaczego tak bardzo mu na tym zależy? O tym musicie przekonać się sami.
Spekulacji i przypuszczeń jest oczywiście bardzo wiele, lecz żadna z nich nigdy nie została potwierdzona.

Ale zostawmy ten problem na chwilę samemu sobie i skupmy się na małżeństwie Paula i Marii Cooper. Małżonkowie oddalają się od siebie, Paul jest zamkniętym w sobie mężczyzną, który coraz częściej opuszcza żonę i dom, uciekając w pracę. Kobieta pocieszenia szuka w ramionach kochanka i to dla niego wkrótce zamierza opuścić męża. Podczas jednego ze spotkań Marii z Daryl'em w jej domu pod nieobecność Paula, żona znajduje tajemnicze wyciągi bankowe opiewające na kolosalne sumy. Zaskoczona tym, co widzi, dodając dwa do dwóch, odkrywa, że mężczyzna, będąc z nią w związku, prowadził podwójne życie. Wycofana osobowość Paula, którą Maria składała do tej pory na karb usposobienia mężczyzny, miało zupełnie inne podłoże. Ona zupełnie nie zna swojego męża, a on przez cały czas ją okłamywał. A wszystko wskazuje na to, że to właśnie on może być uznanym i cenionym T. J. LeBeau. Na trwałości tego związku już Marii nie zależy, ale chce dostać, choć część z fortuny Paula. Jednak czy to, rzeczywiście prawda?

W przypadku „Wkręconych” niczego nie można być pewnym, bo już w jej prologu czytamy:

„To ciekawe słowo »historia« Czy jest prawdziwa? Czy to wspomnienie, czy fikcja? Nie wiem. Może znajdziecie tę książkę na półce z literaturą faktu, a może w dziale „sensacja”. Nieważne. Zapomnijcie o tym. Od tej pory nie wierzcie w ani jedno słowo, które przeczytacie”.

Tytuł książki doskonale odzwierciedla to, co robi z czytelnikiem autor i jak czujemy się my sami, przekręcając z zapartym tchem kolejne jej strony. Przez cały czas podrzucane nam są mylne tropy za chwilę odrobina prawdy. Jednak my jej nie poznamy, aż sam autor nam na to nie pozwoli, bowiem wkręca nas genialnie. Serwując ciągle zwroty akcji i rosnące napięcie nawet przez moment nie jesteśmy w stanie sami się czegokolwiek domyślić.

Gdybym miała w jednym zdaniu opisać to, co skrywają karty tego thrillera, powiedziałabym, że jest to fenomenalny, a zarazem oryginalny majstersztyk swego gatunku, który zrobi Wam sieczkę z mózgu i podniesie ciśnienie, ale mimo to, a może właśnie dlatego od pierwszej do ostatniej strony nie będziecie mogli się od niego oderwać.

„Nie zamierzał czynić z niej wyznania. Chciał zamącić wodę, aby czytelnik nie wiedział, co jest prawdą, a co fikcją. Tak właśnie lubił – trzymać czytelnika w sferze ciągłych domysłów”.
I dokładnie taką książkę otrzymujemy.

A Wy kochani jesteście gotowi przejść tę trudną, pełną pułapek drogę w dążeniu do prawdy? Tylko ostrzegam, prawda może okazać się zbyt brutalna.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Albatros, za co bardzo dziękuję.


niedziela, 25 sierpnia 2019

Nie tak miało wyglądać moje życie.

„Nie tak miało wyglądać jej życie. W wieku dziewiętnastu lat doprecyzowała plany. Kochała i chciała być z chłopakiem, który był wyjątkowy. Ślepy los pokrzyżował marzenia. Zabrał jej wszystko, pozostawiając pustkę i ciągłe wyrzuty sumienia, które niczym nie dawały się zagłuszyć”.
Jedno traumatyczne wydarzenie, które dotyka jednocześnie kilka osób, może przez każdą z nich zostać różnie odebrane, jak również wywołać większy lub mniejszy wpływ na resztę ich życia. Przekonała się o tym trójka przyjaciół, bohaterów trylogii Anety Krasińskiej „Gdy opadły emocje”. Wówczas nastolatkowie, Marcelina, Magda i Emil byli bliskimi sobie przyjaciółmi. Z głowami pełnymi marzeń odważnie patrząc w przyszłość, przygotowywali się do wkroczenia na ścieżkę studenckiego życia. Radość w ich sercach zgasła, gdy w wyniku tragicznych wydarzeń dosłownie w  jednej chwili zginął Robert, czwarte ogniwo ich zgranej paczki. Aneta Krasińska każdą część trylogii poświęca jednemu z przyjaciół i stara się pokazać nam, jak tamtejsze wydarzenia wpłynęły na każdego z nich. Pierwsza część skupiała się wokół Marceliny. Miałam przyjemność być jej ambasadorką i jestem z tego dumna, ponieważ okazała się naprawdę poruszająca i refleksyjna. Jeśli jeszcze nie czytaliście mojej recenzji „Gdy opadły emocje”, serdecznie zapraszam tutaj.

Dziś wreszcie mogę opowiedzieć Wam kilka słów o drugiej części Gdy nadeszło życie”, która skupia się wokół życia i rozterek Magdy. Jak możecie się domyślić z przytoczonego cytatu, Robert był młodzieńczą miłością kobiety. Kochała go i to właśnie z nim chciała wiązać swoją przyszłość. Okrutny los jednak nie brał pod uwagę jej pragnień.
Za każdym razem, kiedy przyjaciele mają okazję się spotkać, prędzej czy później temat wydarzeń z przeszłości powraca. Tak jest i tym razem, gdy spotykają się, by świętować urodziny Marceliny.

Od tamtych wydarzeń minęło już jednak wiele lat i teraz Magda jest zupełnie inną osobą. Jej dotychczas w pełni kontrolowane przez nią życie niespodziewanie obiera zupełnie inny kierunek, niż by tego chciała. Ma wrażenie, że zboczyło ono zupełnie z wytyczonego kursu. W poprzedniej odsłonie trylogii poznaliśmy ją jako przebojową kobietę, preferującą życie bez zobowiązań tu i teraz. Niestety nieplanowana ciąża wszystko zmienia. Nasza bohaterka czuje, że jej partner, jak i jego matka, do której jest bardzo przywiązany, chcą dosłownie zmusić ją do tego, aby wspólnie z Darkiem żyła, jak należy. A w ich przekonaniu życie, jak należy, oznacza ślub, formalny związek, dziecko. Tylko czy ciąża niejako obliguje nas do ślubu? Z tym pytaniem właśnie do indywidualnych przemyśleń autorka zostawia każdego czytelnika książki.

„Możliwe, żeby kochać i jednocześnie bać się tym dzielić?
Tonąć za każdym razem, gdy otwiera się usta, by wyznać uczucia”.

Darek mocno angażuje się w związek z Magdą oraz opiekę nad nią i ich dzieckiem, które jego ukochana nosi pod sercem. Magda jest jednak bardzo zachowawcza w okazywaniu swoich uczuć. Jak się przekonacie, rany po brutalnym ciosie, który w czasach liceum zadało jej życie nadal się nie zabliźniły. Nie pozwalają jej w pełni się zaangażować i cieszyć nowym etapem w życiu. Odważyć się na to, by samemu  kochać i pozwolić się kochać na nowo. To właśnie to idące na świat nowe życie i scena porodu będzie maleńkim kamykiem, który wywoła lawinę. Dopóki nie zamkną się drzwi przeszłości, nie będzie można otworzyć drzwi do nowej drogi życia.

„ [...] spuściła wzrok, zastanawiając się, ile kłamstw tkwi w każdym człowieku”.

W tym miejscu zostaniemy skonfrontowani z całą prawdą o ludzkiej naturze. W każdym człowieku tkwi kłamstwo. Kłamiemy wszyscy. Nie ma człowieka, który choć raz w życiu, by nie skłamał. Kłamiemy z różnych powodów: by, coś ukryć, by coś zyskać, czy ze strachu. Jednak nie zapominajmy o tym, że każde kłamstwo ma swoje konsekwencje. A w tej powieści nikt tak naprawdę nie jest kryształowy.

Jak widzicie, Aneta Krasińska oddała w nasze ręce bardzo życiową i prawdziwą historię, niczego nie koloryzując. Jest to opowieść wielowątkowa, która skłania nas do poważnych refleksji. Poza wątkami, które mogą stać się częścią życia każdego z nas i są, nazwijmy to umownie „bardziej powszechne”, czyli ciąża, a małżeństwo, bolesne przeżycia z przeszłości, które nadal odciskają swoje piętno na naszym życiu, konieczność rozliczenia się z przeszłością, by móc iść dalej, autorka nie boi się poruszyć także kontrowersyjnych tematów. Tym razem są to związki homoseksualne i możliwość adopcji przez nie dzieci.

Wielowątkowość przedstawionej na kartach książki fabuły w połączeniu z życiową tematyką sprawi, że przeczytacie ją z ogromnym zaangażowaniem. Lektura dostarczy Wam wielu naprawdę różnych emocji, a swobodny styl i język, którym posługuje się Pani Aneta, czyni wszystko to, o czym czytacie lekkim i przyjemnym. Wyjątkową wartością dodaną do tej, jak i poprzedniej części trylogii jest fakt, że mimo poważnych tematów, które zostały w niej poruszone, autorka w żaden sposób nie narzuca nam swojego stanowiska w żadnym z nich. Nie ocenia, niczego nie sugeruje. Wszelkie rozważania zostają indywidualną kwestią każdego, kto zdecyduje się poznać tę historię, do czego całym sercem zachęcam. Ja z niecierpliwością czekam na część trzecią.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Szara Godzina, za co bardzo dziękuję.



środa, 21 sierpnia 2019

W życiu nic nie dzieje się bez powodu.

Moi drodzy, dziś porozmawiamy o sztuce akceptacji. Zapewne zgodzicie się ze mną, że najtrudniej jest zaakceptować siebie i to, co ofiaruje nam każdego dnia życie. Patrząc w lustro, ciągle chcielibyśmy coś w sobie zmieniać, poprawiać, a i to jak układa się nasze życie, rzadko kiedy w pełni nas satysfakcjonuje. Od jakiegoś czasu powstaje mnóstwo poradników o tym, jak pokochać siebie i czerpać radość z życia, jednak wiadomo, że nie każdy chętnie sięga po tego rodzaju publikacje.

Chcąc temu zaradzić, Anna H. Niemczynow oddała w nasze ręce swoją najnowszą książkę „Życie Cię kocha Lili”, w której połączyła przyjemne z pożytecznym.
Ci z Was, którzy obserwują media społecznościowe autorki, z pewnością zauważyli, że jest Ona bardzo otwartą i serdeczną kobietą, która emanuje wewnętrznym ciepłem i blaskiem. Kocha ludzi i wszystko, co przynosi Jej każdy kolejny dzień. Pragnie podzielić się z nami przekonaniami, które wyznaje, a tym samym pokazać nam, jak małymi krokami nauczyć się czerpać radość i naukę z tego, co nas spotyka. Na kartach powieści odnajdziemy elementy swego rodzaju poradnika pozytywnego myślenia, który wpleciony w powieść obyczajową pozwala nam poznać zupełnie inną odsłonę twórczości pisarki, niż ta, z której znaliśmy ją dotychczas.

„Najcenniejszym darem, w jaki można wyposażyć potomstwo, jest nauczenie go kochania samego siebie. Taki człowiek zawsze sobie poradzi i w każdej sytuacji będzie po prostu silny. Nie oznacza to wcale, że nigdy nie upadnie. Nie, nie. Upadnie i to nie jeden raz, tak jak wszyscy, ale w odróżnieniu od pozostałych zawsze zdoła się podnieść, otrzepać kolana i ruszyć dalej”.

Główną bohaterką książki jest Lilianna Berg młoda kobieta, którą życie bardzo mocno doświadczyło. Dziewczyna w młodym wieku straciła rodziców, jednak mimo trudnych doświadczeń życiowych emanuje optymizmem i radością. Otwartości i umiejętności przyjęcia wszystkiego, co przygotował dla niej los, nauczyła ją ukochana babcia, która wychowywała wnuczkę, kiedy jej rodzice odeszli. Każdy dzień Lili rozpoczyna od patrzenia śmiało w lustro i powtarzania sobie z przekonaniem „Życie Cię kocha Lili”. Afirmacja ta stała się początkiem dla wszelkich zmian, które zachodziły i zachodzą w jej życiu. I choć nie zawsze wszystko układa się tak, jak sobie to wymarzyła, to dziewczyna wierzy, że wszystko, czego doświadczamy dzieje się po coś. Nawet jeśli jest to, coś złego, co w pierwszej chwili wydaje się krzywdzące to, jednak często możemy się przekonać, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Dziewczyna pracuje w piśmie kobiecym, ale niestety, choć zawsze chciała być dziennikarką, tematy artykułów, na jakie dostaje zlecenia, nie są zbyt ambitne, a ona marzy o temacie, który pozwoli jej się wykazać. Czy dostanie taką szansę, musicie przekonać się sami?
Życia prywatnego też byśmy jej nie pozazdrościli. Mieszka z mężczyzną, który zasłaniając się rzekomym talentem pisarskim, wykorzystuje jej miłość do niego i żyje sobie wygodnie jej kosztem. Ukochany naszej bohaterki nie cieszy się sympatią babci Rózi. Czy negatywne nastawienie kobiety do wybranka Lili są słuszne? O tym przekonacie się oczywiście, sięgając po książkę.

To właśnie Rózia i jej przebojowość oraz ogromna chęć życia pełnią piersią, będąc wdzięcznym za każdy dany nam dzień, który jest wyjątkowy i nigdy się nie powtórzy, niejako ukształtowała osobowość i podejście do życia jej kochanej wnusi.
Obie bohaterki skradły moje serce. Lili i jej kolorowe sukienki oraz Rózia i jej teksty, wywołują uśmiech na ustach czytelnika i pozwalają spojrzeć na świat przez różowe okulary. Nie mogłabym nie wspomnieć również o genialnych przyjaciółkach Rózi. Kiedy poznajesz te wszystkie postacie, myślisz sobie, że chciałabyś przebywać z takimi osobami na co dzień. Takie osobowości zarażają pozytywnym nastawieniem.

Na kartach „Życie Cię kocha Lili” odnajdziemy również historię niezwykłej miłości. Uczucia romantycznego i tajemniczego, które udowadnia, że można kochać kogoś, nawet jeśli nie możemy mieć nadziei na to, że nasza miłość kiedyś się spełni.
Muszę przyznać, że ten wątek bardzo mnie poruszył i chwycił za serce, dlatego nie chcę pisać na jego temat nic więcej, abyście sami mogli doświadczyć tych emocji.

Nie macie już chyba wątpliwości, że jeśli sięgniecie po tę książkę, otrzymacie potężną dawkę pozytywnej energii, która pozwoli Wam spojrzeć na siebie łaskawszym okiem, pozwoli uwierzyć w siebie i da nadzieję na to, że tak jak po deszczu wychodzi słońce, podobnie w naszym życiu nic co złe nie będzie trwało wiecznie i wreszcie przyjdzie to dobre. W książce znajdziecie wiele innych powtarzanych przez Lili i Rózię afirmacji, które jeśli tylko zechcecie, możecie wnieść w swoją codzienność.
Ja jednak mam mieszane odczucia odnośnie do prezentowanego w książce podejścia do życia. Oczywiście nie neguję go w żaden sposób, ponieważ jesteśmy różni i zapewne do wielu osób ono przemówi i być może pod wpływem książki postanowią popracować nad swoim życiem i coś w nim zmienić i to będzie świetnie. Jednak jeśli chodzi o mnie samą, po prostu taki sposób postrzeganie życia nie współgra w zgodzie ze mną samą, dlatego w moim życiu książka nie wywołała znaczących zmian.

Oczywiście zachęcam Was serdecznie do lektury książki, bo naprawdę warto. Czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie, a pozytywny wydźwięk opisanej historii pozwoli Wam szeroko się uśmiechnąć i oderwać od codziennych trosk. A to, czy będzie impulsem do namacalnych zmian, zależy od indywidualnego jej odbioru przez każdego z czytelników.

W komentarzach napiszcie, proszę, czy czytaliście już książkę, a jeśli tak, to czy jej lektura wniosła jakieś pozytywne zmiany w Waszym życiu?

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Filia, za co bardzo dziękuję.



poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Kulturalnie przy kawie.



Kochani, dziś nie będzie recenzji, ale mimo to, cały czas pozostajemy w kręgu literatury.

Znacie Post Scrptum? To Niezależny Literacki Kwartalnik Artystyczny. 
Jeśli macie ochotę przeczytać przy kawie naprawdę ciekawe artykuły o literaturze i nie tylko, to klikając tutaj macie możliwość zapoznać się z najnowszym numerem pisma. Wystarczy pobrać go na wasze urządzenia mobilne.

Zachęcam Was do lektury i dzielenia się tą informacją z innymi. 

Prawda, że kawa w tak kulturalnym towarzystwie smakuje wyśmienicie?

sobota, 17 sierpnia 2019

Początkujący obywatel dna.



„Z dna widać wszystkich. Mało kto jednak dostrzega dno”.

Kochani, dziś porozmawiamy o ludziach, od których zazwyczaj odwracamy oczy. A kiedy staną na naszej drodze, omijamy ich szerokim łukiem, złorzecząc im. Ludzie bezdomni, alkoholicy, narkomani, to ci, których bardzo łatwo oceniamy i krytykujemy, ale czy kiedykolwiek zastanawialiście się, kim tak naprawdę są te wszystkie osoby i jakie są historie ich życia? Jeśli nie, to dziś przychodzę do Was z książką Piotra JastrzębskiegoZ dna,  w której z pierwszej ręki dowiecie się, jak wygląda życie na dnie, którego na co dzień wolimy nie dostrzegać.

Jak wiecie albo i nie, z zawodu jestem psychologiem i przyznaję, że miałam okazję wysłuchać zwierzeń osób dotkniętych problemem nałogu. Niestety jednak płaszczyzna zawodowa, nie jest jedyną, na której miałam możliwość zobaczyć na własne oczy, jak wygląda życie w szponach nałogu, a to dlatego, że  w mojej rodzinie również są osoby, które ta choroba chwyciła w swoje macki. Mówię o tym nie bez powodu.

W naszym społeczeństwie bowiem panuje stereotyp, że osoba uzależniona to zapewne, ktoś, kto w życiu niczego nie osiągnął. To leń, któremu nie chce się pracować, a kradzieże, czy żebranie to wygodny sposób na życie. Pijak wyłudzi pieniądze, zapije i zamroczony żyje sobie beztrosko w swoim świecie, niczym się nie martwiąc. Mieszkam w niewielkiej miejscowości, gdzie mieszkają również alkoholicy i nie raz słyszałam, jak właśnie tak o nich mówiono i ich postrzegano.

Pan Piotr zdecydował się oddać w nasze ręce swego rodzaju pamiętnik swojego życia z nałogiem, w którym zadaje kłam owemu stereotypowi, a jednocześnie szczerze i otwarcie obnaża przed nami swoje słabości. Historia autora i wielu osób, które spotkał na swojej drodze i o których pisze w książce, jest dowodem na to, że często, obywatele dna, to osoby wykształcone, posiadające dobrą pracę, rodziny, a to, że się na owym dnie znaleźli, jest wynikiem drobnych wydarzeń w ich życiu, które doprowadziły ich do poczucia beznadziejności. A stąd już bardzo blisko do utraty wszystkiego.

Oczywiście nie będę opisywała w szczegółach tego, jak doszło do tego, że Piotr Jastrzębski stał się, jak sam o sobie pisze początkującym obywatelem dna, bo chcę, abyście sięgając po książkę przeszli z nim tę trudną drogę utkaną ze wspomnień przyćmionych przez nałogi.
Mogę was jedynie zapewnić, że na kartach książki odnajdziecie opowieść o człowieku zdegradowanym społecznie, bez domu i rodziny, który zdecydował się pokazać nam siebie takiego, jakim stał się w szponach uzależnień. A stał się alkoholikiem, narkomanem i żebrakiem, dla którego centrum życia i najważniejszym zadaniem dnia stało się zdobycie pieniędzy na wódkę, a nawet denaturat. Kiedy dopada delirka o niczym innym się nie myśli. Dopóki nie umiesz kraść, szukasz, grzebiesz w śmietniku, żebrzesz.

Stan upojenia alkoholowego jest najlepszym ratunkiem przed bezwzględnym przeciwnikiem każdego uzależnionego, jakim są wspomnienia z dawnego, utraconego życia. To one bolą najbardziej i ich trzeba się strzec, robiąc wszystko, aby nie przedarły się do świadomości.
Autor jednak pokazał nam również część swojego życia z czasów przed tym, zanim boleśnie spadł na samo dno, dlatego mamy możliwość zobaczyć, jak wiele stracił.

Koniecznie przeczytajcie tę książkę, a potem dajcie ją swoim nastoletnim synom i córkom, które w dzisiejszych czasach tak szybko i łatwo sięgają po używki. Niech to, przez co przeszedł autor i inni towarzysze jego niedoli będzie dla nich ostrzeżeniem i przestrogą.
Jeśli po lekturze książki ktokolwiek z Was dostrzeże choćby najmniejszy pierwiastek tego, jak wygląda również jego życie i zrozumie, że jego własne dno jest blisko, to właśnie autor powie Wam, gdzie możecie szukać pomocy i co możecie zrobić, żeby Wasz upadek nie był tak bolesny. Samego upadku bowiem nie da się uniknąć. Trzeba upaść, aby móc odbić się od dna.

Ze swej strony z całego serca dziękuję autorowi, że znalazł w sobie siłę, aby się przed nami otworzyć. Na pewno mając świadomość, że nie wszyscy zrozumieją, ale bez wątpienia osądzą, nie było to łatwe, ale wierze, że pomoże wielu osobom.

Zazwyczaj oceniam wartość recenzowanej książki, w skali liczbowej, tym razem jednak z racji tego, że jest to prawdziwa historia życia autora, nie zrobię tego, ponieważ uważam, że nie mam takiego prawa.

Za udostępnienie e-booka książki do recenzji dziękuję Autorowi oraz Iwonie Niezgodzie, organizatorce akcji promocyjnej.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Przegrany egocentryk.

Kochani, dziś będziemy rozmawiać o chorobie, która w jednej chwili może odebrać nam wszystko i zmienić nas i nasze życie w zupełną ruinę. Kiedy jesteś człowiekiem w pełni sił i robisz to, co kochasz, każdego dnia trwasz w przekonaniu, że całe życie stoi przed tobą otworem i ostatnie, o czym myślisz, to świadomość tego, że za chwilę możesz to wszystko stracić. A kiedy przychodzi czas na pokorę i refleksję, często bywa już za późno, bo życie nie zawsze daje drugą szansę.

Oczywiście, nie poruszam tego tematu bez powodu. Tym razem impulsem do tak, bez wątpienia trudnych rozważań stała się dla mnie najnowsza książka jednej z moich ulubionych autorek, której twórczość ogromnie sobie cenię Lisy Genowa „Życie za wszelką cenę”. Zanim opowiem Wam o samej książce, chciałabym, abyście wiedzieli, czym autorka zasłużyła sobie na moje uznanie, bo to pozwoli Wam docenić wartość nie tylko tej, ale wszystkich Jej książek. 

Pierwszym i najważniejszym czynnikiem, który czyni każdą z opisywanych przez nią historii wyjątkową, jest ogromna wiedza i świadomość tego, co chce przekazać swoim czytelnikom.
Lisa jest doktorem nauk medycznych, uznanym specjalistą w dziedzinie neurobiologii. Nadrzędnym celem, który przyświeca jej podczas pracy nad każdą kolejną książką, jest podnoszenie świadomości społecznej na temat chorób, które dla osób na nie cierpiących stały się wyrokiem, czyniąc je bezwładnymi marionetkami w rękach bezlitosnego przeciwnika. Bez naszej pomocy i wsparcia wielu badań, które są prowadzone nad każdą z tych jednostek chorobowych, ci chorzy nie mają szans, aby poprawić komfort swojego życia, a to często niestety jedyne, co możemy dla nich zrobić.

Kolejny nie mniej ważny aspekt jej książek, to bezkompromisowość w przedstawieniu obrazu życia z daną chorobą. Autorka nie boi się podejmować trudnych tematów, dlatego nigdy niczego nie ubarwia. Nie próbuje też przedstawić danego schorzenia delikatniej, niż ma to miejsce w rzeczywistości. Tym samym konfrontuje nas ze wstrząsającą prawdą, która zapewniam Was, nikogo nie pozostawi obojętnym.

Tak też dzieje się i tym razem. Na kartach książki „Życie za wszelką cenę” poznajemy historię Richarda, wielkiej sławy pianisty cenionego w środowisku muzyki poważnej, oklaskiwanego przez tłumy, którego sława sprawiła, że przegrał swoje życie, lecz nie zdawał sobie z tego sprawy, dopóki... ale o tym za chwilę.

Mężczyzna, mając świadomość wielkości swojego talentu pianistycznego i poklasku, jaki on ze sobą niesie, stał się zapatrzonym w siebie egocentrykiem. Rodzina, o której marzył, będąc jeszcze u progu swojej kariery, została odstawiona na boczne tory. Żona Richarda Karina, która również była utalentowaną muzycznie osobą, poświęciła się w imię kariery męża wychowywaniu ich jedynej córki i podporządkowaniu swojego życia tak, aby to on mógł się rozwijać. Za swoje oddanie została niestety nagrodzona licznymi zdradami i mnożącymi się kłamstwami. Z biegiem czasu przepaść między małżonkami pogłębiała się, co w rezultacie skończyło się rozwodem. Ten jednak nie przyniósł opamiętania. Pokorę bardzo powoli przyniosła ze sobą druzgocąca diagnoza, którą usłyszał mężczyzna. ALS – stwardnienie zanikowe boczne, które zaczęło się od prawego ramienia. Nie muszę chyba nikomu uświadamiać, że takie rozpoznanie choroby, to dla pianisty wyrok śmierci za życia. Co więcej, ALS to bezwzględny przeciwnik, który odbiera wszystko, nie pozostawia złudzeń i nadziei, więc nasz bohater wie, że, wkrótce zaatakuje całe jego ciało.

„Richard się uśmiecha. Docenia troskę, ale nie tak działa atrofia przy ALS. Choroba nie dyskryminuje pomiędzy silnymi i mocnymi mięśniami, młodymi czy starymi. Bierze je wszystkie. Nie zyska dzięki ćwiczeniom na czasie. Nadciąga przypływ. Wysokość i wielkość zamku z piasku nie ma znaczenia. Morze w końcu zaleje plażę i zgarnie z niej każde ziarenko”.

Czterdziestopięcioletni mężczyzna zostaje zupełnie sam ze swoją chorobą. Nie będę oczywiście opisywała Wam szczegółów postępu choroby i jej następstw, bo ta książka powstała właśnie po to, abyście po nią sięgnęli i sami czytając o ALS, mogli choć przez chwilę zobaczyć, jak żyją, a raczej wegetują osoby nią dotknięte, jak również doświadczyć tego, co czują i co dzieje się w ich głowach. Zaryzykuję bowiem stwierdzenie, że świadomość, która zostaje z nimi do końca w sytuacji, kiedy nie są już w stanie samodzielnie żyć, jest dla nich największą katorgą. I tu dochodzimy do tego, jak życie potrafi być paradoksalne. Bo nagle to właśnie Karina staje się opiekunką Richarda. Ta, którą okłamywał i zdradzał, podaje mu pomocną dłoń. W tym miejscu dochodzimy do ważnej kwestii, tego, co oboje czują, tego, jak czuje się Richard, wiedząc, że była żona widzi go zupełnie bezbronnego, obdartego z godności. Co czuje Karina, która wie, że również nie ma do końca czystego sumienia, a jednocześnie ma w sobie dużo żalu do byłego męża. A co najważniejsze, czy padną słowa przeprosin i wybaczenia? A może już na to za późno?

Sięgając po „Życie za wszelką cenę”, musicie przygotować się na nie łatwą i bardzo emocjonalną lekturę, o życiu z chorobą, która po cichu, ale konsekwentnie i bardzo szybko zabiera choremu wszystko, co kochał i kim był. Daje trudną lekcję pokory, ale nigdy nie daje drugiej szansy. Możesz wydłużyć czas walki z nią, ale nigdy nie będziesz zwycięzcą. I tak stajemy przed kolejnym trudnym pytaniem, które nie jest pozostawione w tej książce bez odpowiedzi.
W momencie, kiedy mięśnie, oddech i głos Richarda zanikają, oboje z Kariną stają przed trudną próbą i niełatwym pytaniem:

Czy o życie należy walczyć za wszelką cenę?

Moi drodzy, już teraz zdaje sobie sprawę z tego, że wielu z Was pomyśli sobie, że nie jest w stanie sięgnąć po ten tytuł z uwagi na trudną tematykę i ogromny ładunek emocjonalny w niej zawarty. Oczywiście, ja to rozumiem i nie chcę nikogo do tego zmuszać. Jedyne co chcę to prosić Was, abyście nie bali się tej historii, wszak wszystko, co w niej przeczytacie to samo życie, które mogłoby być również naszym. Ta książka wzbudza empatię i chęć niesienia pomocy, daje do myślenia nad tym, co i kto jest w naszym życiu najważniejszy.
To niezwykła opowieść o pasji, miłości, marzeniach, trudnych wyborach i ich konsekwencjach, zmaganiach z chorobą próbie wybaczenia i prośbie o nie.

Mimo że książka nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych, czyta się ją z ogromnym zainteresowaniem, przez cały czas mając wrażenie, że jesteśmy bardzo blisko głównego bohatera i osób, które go otaczają. Wszystko to w połączeniu ze swobodą pisania autorki sprawia, że książka czyta się niemal sama i trudno się od niej oderwać.

Chciałabym, abyście wiedzieli, że do powstania tej książki przyczyniło się wiele osób, u których również zdiagnozowano ALS, a których historie stały się inspiracją dla autorki. Ja sama jestem ogromnie wdzięczna autorce za ogrom wysiłku, pracy i serca, jaki wkłada w każdą ze swoich książek. Każda z nich ma miejsce w moim sercu i z niecierpliwością czekam na kolejne.

Jeśli chcielibyście poznać moje odczucia po lekturze wcześniejszych książek autorki, serdecznie zapraszam: MOTYL | LEWA STRONA ŻYCIA.

Zachęcam Was również do tego, abyście w komentarzach wypowiedzieli się na temat tego, czy według Was o życie należy walczyć za wszelką cenę?

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka, za co bardzo dziękuję. Zajrzyjcie koniecznie na stronę księgarni, która przygotowała dla nas mnóstwo interesujących nowości książkowych.