Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elżbieta Rodzeń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elżbieta Rodzeń. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 września 2019

Moja rodzina mnie nie wspiera.

Nikt bardziej niż osoby niepełnosprawne, do których grupy należę, nie jest w stanie przekonać się o tym, jak bardzo krzywdzące jest postrzeganie nas przez pryzmat choroby. Choć trzeba przyznać, że w porównaniu do lat ubiegłych, dziś poziom tolerancji wobec osób z różnego rodzaju schorzeniami jest o wiele wyższy, to jednak nadal są osoby, które uważają nas za gorsze ogniwo w społeczeństwie. I o ile do tego, że osoby, które nas nie znają i nic o nas nie wiedzą, postrzegają nas jako „gorszych”, jesteśmy w stanie się zdystansować, o tyle jest to bardzo bolesne, wówczas kiedy podobnie myślą o nas nasi najbliżsi.

Zapewne teraz pomyśleliście sobie, że będę pisała o tym, jak bardzo moja rodzina krzywdzi mnie, nie dostrzegając we mnie tego, jaka jestem, a tylko moje problemy zdrowotne.
Nie kochani, nie musicie się martwić. Wręcz przeciwnie, ja mam wspaniałą rodzinę, która nigdy nie stawiała moich schorzeń na pierwszym miejscu. W takim razie dlaczego, o tym piszę?
Otóż jak to często bywa, motywacją do podejmowania tak trudnych i życiowych tematów są książki, które czytam.

Dziś opowiem Wam, o książce Elżbiety RodzeńChłopak, którego nie było i jej głównej bohaterce Martynie, która nie miała szczęścia liczyć na wsparcie i pomoc swojej rodziny, kiedy  zdiagnozowano u niej chorobę psychiczną. Od tej pory już zawsze, była tą gorszą, która nieustannie porównywana do swojej siostry przegrywała już na starcie. Choć od czasów dzieciństwa minęło już wiele lat, a Martyna jest już dorosłą kobietą, która doskonale radzi sobie z chorobą, to jednak w kwestii traktowania jej przez rodziców nic się nie zmieniło. Ojciec nieustannie wmawia jej, że do niczego się nie nadaje. Nasza bohaterka pracuje w podupadającym pensjonacie prowadzonym przez matkę i ojca i jest traktowa niczym tania siła robocza. Co więcej, ciągle słyszy, że to ona jest winna problemom finansowym rodziców. Martyna ma swoje plany i marzenia, ale postępowanie krewnych podcina jej skrzydła oraz pozbawia poczucia własnej wartości. Nie trudno się dziwić, że coraz bardziej przestaje wierzyć w to, że coś w jej życiu może jeszcze się zmienić.
Wszystko zmienia się, gdy pewnego dnia spacerując nad morzem, spostrzega mężczyznę, który łudząco przypomina, kogoś, kto kiedyś bardzo wiele dla niej znaczył. Wie jednak, że to niemożliwe, aby to był właśnie on.
Wkrótce między tą dwójką rodzi się uczucie.
Martyna niczym pobudzony do życia kwiat podlany życiodajną mocą miłości rozkwita. Żar szczerej miłości pozwala obojgu na nowo odkryć prawdziwe szczęście. Mimo że są szczęśliwi, Martyna czuje w sercu niepokój odnośnie do podobieństwa Jamesa do Kuby. Jednak nie tylko ona jest pełna obaw. Jak się przekonacie, ten, który skradł serce kobiety, też w życiu przeszedł bardzo wiele.
I tu nasuwa się bardzo ważne pytanie. Czy to, czego nasi bohaterowie dowiedzą się o sobie wzajemnie, zagrozi ich uczuciu?
Jednak aby, poznać odpowiedz na to pytanie, musicie sami przeczytać książkę.

Powiedzieć o „Chłopaku, którego nie było”, że jest to książka o miłości, to zdecydowanie za mało. Elżbieta Rodzeń bowiem na kartach swojej najnowszej książki zwróciła naszą uwagę nie tylko na aspekty duchowe i emocjonalne, ale także te, bolesne i realnie dotykające wielu z nas na co dzień.
Po pierwsze i najważniejsze problem szufladkowania i kategoryzowania na lepszych i gorszych.
Kiedy u Martyny stwierdzono chorobę psychiczną, odwrócili się od niej nie tylko znajomi, ale i rodzina. Nieustannie dają jej do zrozumienia, że jest dla nich ciężarem i powinna, być im wdzięczna, że pozwalają jej ze sobą mieszkać. Dziewczyna pracuje od rana do nocy, ale nigdy nie słyszy słów wdzięczności, czy podziękowania. To starsza córka Ewa jest ich oczkiem w głowie. Martynę już spisali na straty.

Autorka uświadamia nam również, jak boleśnie paradoksalne bywa życie. Rodzice, którzy powinni kochać i akceptować swoje dziecko bezgranicznie i bezwarunkowo. Wierząc w nie, nawet kiedy wszyscy wokoło już je skreślili i wspierając na każdym kroku, przez całe życie tłamsili swoją córkę, podcinali jej skrzydła, kiedy ta chciała coś dla siebie zrobić. Coś osiągnąć także po to, aby choć raz zasłużyć na ich uznanie. Aż nagle zjawia się ktoś, kto sprawia, że te podcięte skrzydła znowu odrastają. James ofiarowuje kobiecie nie tylko miłość, ale również odbudowuje jej wiarę w siebie i w to, że jak każdy ma prawo być szczęśliwa i kochana, a przede wszystkim, że na to szczęście i miłość zasługuje. Zaledwie w kilka miesięcy mężczyźnie udaje się dokonać tego, czego rodzice dziewczyny przez całe jej życie nawet nie starali się jej dać.

W historii Martyny i Jamas'a dostrzegamy niezwykłą moc przeznaczenia. Ja w nie wierzę i to, przez co oni przeszli jest wspaniałym przykładem na to, że dwie przeznaczone sobie dusze zawsze się odnajdą, pomimo bardzo wielu krętych dróg, które będą musieli pokonać, podążając ku sobie.

Kiedy sięgniecie po „Chłopaka, którego nie było” bez reszty zagłębicie się w bardzo piękną i poruszającą historię dwójki ludzi, którzy naprawdę wiele w życiu przeszli. To, o czym przeczytacie, zapewne w pewnym stopniu wyda Wam się odrealnione, jednak kiedy dotrzecie do końca lektury i odłożycie książkę na półkę, zrozumiecie, że jest ona bardziej realna, niż mogliście przypuszczać. I to właśnie ta dojmująca świadomość, która dotarła do mnie wraz z przeczytaniem ostatniej strony, nie pozwala mi wyciszyć natłoku emocji, które nadal pozostają we mnie bardzo silne i jestem pewna, że pozostanie tak jeszcze bardzo długo.
Jestem przekonana, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie. Mamy tu bowiem coś dla romantyków: miłość, przeznaczenie, jak i dla osób, które szukają w książkach czegoś więcej niż wątek miłosny, choroba, brak wsparcia i akceptacji w rodzinie, trudna przeszłość, marzenia, nadzieje.

Ja z oczywistych względów odnalazłam w przeżyciach Martyny cząstkę siebie. Zachęcam Was serdecznie, abyście Wy również przeczytali tę wspaniałą książkę i przekonali się, czy znajdziecie w niej coś, z czym również się utożsamicie.

Nie było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Elżbiety Rodzeń. Jeśli jesteście ciekawi, jaką inną jej książkę jeszcze czytałam i czy mi się podobała, zapraszam tutaj.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka, za co serdecznie dziękuję.
Zachęcam was również do zapoznania się z całą ofertą literatury kobiecej przygotowaną przez księgarnię.

poniedziałek, 14 maja 2018

Uzdrawiająca moc przyciągania.

Moi drodzy dziś porozmawiamy o tym, jak bardzo miłość potrafi być ślepa. Zakochana kobieta bardzo często nie dostrzega wad mężczyzny, a nawet jeśli je dostrzega, stara się je bagatelizować, co więcej znajduje dla nich usprawiedliwienie, szukając winy w sobie. I o ile drobne wady, rzeczywiście można zrozumieć, o tyle nigdy nie powinno się być wyrozumiałym, jeśli osoba nam bliska nas krzywdzi, bowiem, jak przekonała się na własnej skórze główna bohaterka powieści Elżbiety Rodzeń „Przyciąganie”, o której chcę Wam dziś opowiedzieć, takie postępowanie może nieść za sobą bardzo poważne i traumatyczne konsekwencje, które odcisną trwałe piętno na całym naszym życiu, odbierając nam to, co dla każdego człowieka jest najcenniejsze.

Nadia jest wykształconą, mądrą kobietą. Jako dyplomowana pielęgniarka ma przed sobą możliwości rozwoju zawodowego i mogłaby wieść spokojne ustabilizowane życie, gdyby ktoś przed kim ucieka, nie odebrał jej wiary, pewności siebie i siły, które jeszcze kilka miesięcy temu charakteryzowały tę młodą kobietę. Dziś, w momencie, kiedy czytelnicy powieści poznają Nadię, po dawnej silnej kobiecie już nie wiele zostało. Teraz jest zastraszoną, wylęknioną osobą, która z dnia na dzień musi postawić wszystko na jedną kartę i uciekać, szukając schronienia przed swoim oprawcą w innym mieście. Tak właśnie trafia do Wrocławia, gdzie zostaje zatrudniona, jako osobista opiekunka młodego, przystojnego prawnika. Garrett w przeciwieństwie do Nadii, której życie nigdy nie rozpieszczało, miał wszystko, o czym może marzyć każdy młody człowiek. Kochającą rodzinę, wspaniałe perspektywy życiowe, piękną dziewczynę, sukcesy w sporcie. Jednak jedna chwila, jedno zdarzenie wystarczyło, aby to wszystko stracił i resztę życia miał spędzić na wózku inwalidzkim. Wbrew wszystkiemu jednak chce udowodnić wszystkim wokół i samemu sobie, że niepełnosprawność nie jest przeszkodą, a jedynie niedogodnością w normalnym życiu i spełnianiu marzeń. Czasem zbyt mocno eksploatuje swoje ciało i dlatego właśnie ojciec Garretta zatrudnia Nadię. Dziewczyna ma nadzieję, że będzie to praca, która zagwarantuje jej spokój i poczucie bezpieczeństwa. Nic bardziej mylnego, ponieważ ekscentryczny podopieczny robi wszystko, aby jak najszybciej pozbyć się swojej opiekunki. Ale jak mówi jedno z polskich powiedzonek: „Kto się czubi, ten się lubi”. Jak się zapewne domyślacie, między tą dwójką wkrótce zaczyna iskrzyć. Mimo że przyciąganie między nimi jest bardzo silne, oboje zgadzają się z tym, że z pewnych względów nigdy nie mogą ze sobą być. Z biegiem czasu okazuje się, że Nadia ma bardzo poważny problem, który nie pozwala jej na zbudowanie udanego związku. Garrett na swoich zasadach w bardzo niekonwencjonalny sposób decyduje się pomóc jej w uporaniu się z tym problemem. Co z tego wyniknie, przekonacie się sami, sięgając po książkę.

W tym momencie zaczyna się mój jedyny, ale za to istotny problem z tą książką. Nie chcę Wam zdradzić zbyt wiele, ale jako psycholog nie mogę zgodzić się z tym, że po takiej krzywdzie, jakiej doświadczyła Nadia zaledwie kilka miesięcy od owego traumatycznego przeżycia, kobieta godzi się na to, co oferuje jej Garrett, Rozumiem, że każda kobieta inaczej radzi sobie z tak bolesnymi doświadczeniami, ale sposób, na jaki przystaje bohaterka, jest dla mnie niewiarygodny.

Jeśli chodzi o samych bohaterów, jestem pod wrażeniem Garretta. Myślę, że każda kobieta chciałaby mieć takiego mężczyznę u swojego boku. Przy takim mężczyźnie niczego więcej już do szczęścia nie potrzeba. Nadia to kobieta, która już od dziecka nie miała łatwo, więc myślę, że należy jej się podziw i uznanie za to, że mimo wszystko nie poddała się i znalazła w sobie odwagę, by zawalczyć o siebie. Wraz z biegiem lektury, oboje stali mi się bardzo bliscy i mocno kibicowałam ich szczęściu.

Historia Nadii i Garretta to piękny dowód na to, że jeśli oddamy serce w ręce odpowiedniego człowieka, razem możemy przezwyciężyć nawet największe trudności i traumy. Drugi człowiek może stać się, jak mówią słowa znanej zapewne wszystkim piosenki lekiem na całe zło. A przyciąganie między dwojgiem ludzi, może mieć, tak, jak miało to miejsce w przypadku naszych bohaterów terapeutyczną moc.

„Przyciąganie” to bardzo wciągająca i poruszająca książka, od której nie mogłam się oderwać. Lekkość pióra autorki sprawia, że czyta się ją bardzo szybko. Miałam wrażenie, że wręcz pochłonęłam ją na jednym wdechu. Dopiero co zaczęłam czytać, a tu już lektura dobiegła końca i trzeba było się rozstawać z bohaterami. Było mi żal, że to już koniec, ale na pewno wrócę do tej książki jeszcze nie raz.

Zaznaczyć należy, że poza wspaniałą historią, autorka pozostawiła dla swoich czytelniczek apel, aby nie dawały mężczyznom przyzwolenia na przemoc. Niezależnie od tego, czy jest to Wasz chłopak, mąż, inny krewny, czy też zupełnie obcy mężczyzna nikt nie ma prawa stosować wobec Was przemocy, ani fizycznej, ani psychicznej.

Nie muszę chyba mówić, że książkę bardzo gorąco polecam. Spędzicie przy niej wiele wspaniałych chwil, nierzadko z wypiekami na twarzy i przyspieszonym tętnem. Gdybym miała w jednym zdaniu powiedzieć, o czym jest „Przyciąganie”, powiedziałabym, że jest to książka o przemocy, krzywdzie, ale także o niezwykłej miłości, przyjaźni, oraz walce o siebie i o swoje szczęśliwe jutro.


Dla mnie lektura tej książki była drugim spotkaniem z twórczością Pani Elżbiety Rodzeń i już teraz mogę Was zapewnić, że na pewno sięgnę po kolejne książki autorki. Myślę, że już bardzo niedługo.


Za egzemplarz książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S - ka oraz portalowi Czytajmy polskich autorów.





poniedziałek, 5 lutego 2018

Bezcenny prezent

Kochani już na samym początku zadam Wam pytanie, na które odpowiedz, jest oczywista.

Czy lubicie prezenty?
Cóż za pytanie, no pewnie, że lubicie, kto z nas ich nie lubi. Dziś jednak nie będziemy mówić o prezentach w wymiarze materialnym. Nie wiem, czy wiecie, ale człowiek również może być dla kogoś prezentem. To właśnie taki wyjątkowy dar od losu jest najcenniejszy. Nie ma bowiem nic bardziej wartościowego w życiu każdego z nas niż obecność drugiej osoby i czas z nią spędzony.
Czasami jest to ktoś z rodziny, przyjaciel, ale zdarza się również i tak, że na naszej drodze zjawia się ktoś, kto, choć do tej pory był tuż obok, dla nas samych był niezauważalny. Los bowiem w swej skomplikowanej strukturze jest tak bardzo nieprzewidywalny, że potrafi nas samych mocno zaskoczyć. I ten, kto jeszcze wczoraj nic dla nas nie znaczył, dziś może stać się tym, bez kogo już nie wyobrażamy sobie życia. Obecność drugiej osoby może zupełnie zmienić nas samych oraz sposób, w jaki postrzegamy świat. Tego właśnie uczy swoich czytelników Elżbieta Rodzeń w książce „Dziewczyna o kruchym sercu.

Janek i Ula główni bohaterowie powieści są jak ogień i woda zupełnie różni.
On – dziewiętnastoletni chłopak wychowany w bardzo religijnej rodzinie, uczynny, towarzyski, pełen ciepła i empatii. Wzorowy uczeń. Chce pomagać ludziom, dlatego jest wolontariuszem. Właśnie dostał od swojego zwierzchnika nowe zadanie.

Ona – Zamknięta w sobie, stroniąca od ludzi opryskliwa dziewczyna. Nieprzewidywalny wulkan emocji. Nigdy nie wiadomo, czego można się po niej spodziewać, będąc obok.

„Spędzanie czasu z tą dziewczyną było niczym przejażdżka kolejką górską. Nigdy nie wiadomo, co się stanie za zakrętem”.

Mimo że tych dwoje różni absolutnie wszystko, pewnego dnia los splata ich drogi. Ula jest dziewczyną o kruchym sercu. Cierpi na bardzo poważną wadę serca. Jedynym dla niej ratunkiem jest przeszczep serca, którego nie chce podjąć się niestety żaden lekarz z uwagi na inne problemy zdrowotne Uli. Podobnie jak Janek chodzi do klasy maturalnej. Dotychczas wobec Ulki stosowany był tryb nauczania indywidualnego, a dziś jak się okazuje dziewczyna, ma duże braki w matematyce. Janek chętnie chce pomóc koleżance. Początkowo wszystko wydaje się łatwe i proste. Chłopak jest przekonany, że wywiąże się z powierzonego mu zadania bez problemu. Wszystko jednak komplikuje się, kiedy uświadamia sobie, że zaczyna patrzeć na swoją podopieczną inaczej niż do tej pory.

„-Dlaczego chcesz się we mnie zakochać?
- Wcale tego nie chciałem. - Spojrzałem jej w oczy. Jesteś dość wredna i męcząca. Gdyby moje serce pytało mnie o zdanie, kazałbym mu zmądrzeć”.

To, co bardzo mi się w tej historii podobało, to sposób, w jaki autorka poprowadziła wątek rodzącej się między młodymi miłości. Tu nic nie dzieje się natychmiast. Nie ma sytuacji, gdzie bohaterowie zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Co więcej, na początku Janek nawet nie lubił Ulki.

„- Nie wiesz, dlaczego facet musi być zawsze taktowny, podczas gdy kobieta może po prostu powiedzieć »spierdalaj«, gdy chce kogoś spławić?
- Życie, kolego. - Szturchnął mnie pięścią w ramię. - Baby rządzą światem, a jeszcze wpierają nam, że jest inaczej. Ale u was, katolików, zachował się chyba jeszcze tradycyjny model, co?
- Zapytaj moją mamę, kto obrał dziś kilka kilogramów ziemniaków”.

Dzięki temu perypetie nastolatków stają się bardziej wiarygodne i mocniej przemawiają do czytelnika.

Muszę przyznać, że kiedy zaczynałam poznawać, postać Uli nie zaskarbiła sobie ona mojej sympatii. Bardzo mnie irytowała. Nie mogłam zrozumieć,  jak możne być tak wredna dla osób, które ja kochają, którym na niej zależy i które chcą jej pomóc. Z czasem, kiedy w pełni poznałam motywy takiego jej zachowania, zaczęłam ją rozumieć. To właśnie Janek staje się dla naszej bohaterki przyjacielem, wsparciem pocieszeniem i siłą w najtrudniejszych chwilach. Tylko jemu pozwala tak naprawdę się do siebie zbliżyć. Jest jednak coś, co nie opuszcza dziewczyny zawsze, kiedy on jest blisko. Wrażenie, że chłopak coś przed nią ukrywa. Tajemnica czy mylne wyobrażenie Uli? Przekonajcie się sami…

Autorka łączy w swojej książce wiele bardzo różnych wątków: choroba, cierpienie, religia, sprawy ostateczne, przyjaźń miłość, relacje rodzinne. To wszystko wplecione w koleje losów naszych bohaterów tworzy piękną do głębi poruszającą historię, od której nie sposób się oderwać. Zatrzymajmy się jednak na chwilę właśnie na wątku relacji rodzinnych Janka z ojcem. Jakże ja nie znosiłam tego mężczyzny. To przykład ojca, który ojcem nie miał prawa się nazywać. To istny dyktator. Traktuje syna jak bezwolną marionetkę, która ma chodzić tak, jak ojciec mu każe. Zupełnie nie liczy się z pragnieniami i potrzebami Janka. Ma w stosunku do niego z góry ustalony plan, któremu chłopak ma się podporządkować, gdyż w przeciwnym razie nie ma dla niego miejsca w domu rodzinnym.

Gorąco zachęcam Was moi kochani do sięgnięcia po „Dziewczynę o kruchym sercu”. Emocjonalną historię dwójki młodych ludzi, którzy walczą o siebie nawzajem, swoje marzenia i prawo do tego, by decydować o samym sobie, aby przeżyć swoje życie tak, jak sami tego chcą Wywoła ona w Was całą gamę emocji: wzruszenie, złość, wyciśnie łzy, a ale również da wam nadzieję i ukoi wasze roztrzaskane lekturą serca. Jednak tym razem nie powiem, że jest to książka, po którą powinien sięgnąć każdy. Z racji swej ogromnej emocjonalności i niezwykle trudnego tematu może przysporzyć czytelnikowi niemal namacalnego bólu, a tym samym nie każdy z Was może być gotów do zapoznania się z tym tytułem.
Mnie samej z powodów osobistych było niezmiernie trudno dotrzeć do końca tej opowieści. Wylałam może łez, ale było warto. Po zakończeniu czytania miałam nieodpartą potrzebę powiedzenia bliskim memu sercu osobom:
„Kocham Cię. Dziękuję, że jesteś”
Zróbcie to, proszę również i Wy, bo jutro może być już za późno.