poniedziałek, 26 lutego 2018

Przedpremierowo Kredziarz C.J.Tudor. Debiut autorki.

Kochani dziś zapraszam Was na wycieczkę do małego, urokliwego miasteczka, które jest miejscem wydarzeń rozgrywających się w debiutanckiej powieści C. J. Tudor „Kredziarz”. Mieszkańcy owego miasteczka są swego rodzaju zamkniętą społecznością. Jak, to zazwyczaj w przypadku małych miejscowości bywa, każdy jej mieszkaniec wie o innym praktycznie wszystko. Ale czy na pewno wszystko? O tym przekonamy się już za chwile.

Głównym bohaterem, a jednocześnie narratorem całej historii jest Eddie. W chwili jej rozpoczęcia główny bohater, jest dwunastoletnim chłopcem, który wraz z trójką swoich przyjaciół wiedzie beztroskie dzieciństwo. Jak wiadomo, dzieci mają to, do siebie, że lubią bawić się w różne gry i zabawy. W przypadku naszej czwórki przyjaciół zabawa ta polega na porozumiewaniu się między sobą rysunkami kredą, które pełną swego rodzaju kod porozumiewawczy zrozumiały tylko dla wtajemniczonych. Wszystko pozostaje niewinną zabawą do momentu, kiedy owe znaki doprowadzają przyjaciół do lasu, w którym znajdują rozczłonkowane zwłoki swojej starszej koleżanki. Od tego momentu sielanka i spokój w miasteczku odchodzą w zapomnienie, a jego miejsce zajmują mroczne tajemnice. Kto zabił i dlaczego? Kto zostawił kredowe znaki, które doprowadziły do zwłok?
Trzydzieści lat później czterdziestodwuletni Eddie nadal mieszka w domu rodzinnym, gdzie pracując jako nauczyciel w swojej dawnej szkole, wiedzie spokojne, samotne życie. Wydaje się, że makabryczne przeżycia z lat dzieciństwa dawno już zostały zamknięte i nikt nie chce do nich wracać. Jednak jak się okazuje przeszłość pewnego dnia ponownie o sobie znać. Bowiem do Eddie'go dociera list, w którym otrzymuje kredowy rysunek człowieka z pętlą na szyi. Wszystko wskazuje na to, że gra podjęta przed laty, tak naprawdę nigdy się nie skończyła, a przed przeszłością nie da się uciec.

Bardzo ważnym i słusznym zabiegiem autorki jest zastosowanie dwutorowości akcji. Dzięki temu, że fabuła została podzielona na rozdziały, w których opisane wydarzenia miały miejsce w latach 80-tych XX wieku, a więc w czasie kiedy nasz bohater był jeszcze dzieckiem oraz na te z lat współczesnych roku 2016-go, tak więc z perspektywy dorosłego człowieka doskonale uzupełnia całość opisanych na kartach utworu wydarzeń. W tym miejscu zaznaczyć należy fakt doskonałej kreacji bohaterów, zarówno tych głównych, jak i drugoplanowych. Czytelnik wyraźnie dostrzega różnicę w kreacji postaci dziecka i człowieka dorosłego. C. J. Tudor stworzyła również cały wachlarz różnorodnych osobowości postaci drugoplanowych. Postacie te, są tak odmienne, a ich osobowości i charaktery tak wyraziste i dopracowane, co świadczy o dużym wkładzie pracy autorki.

Kredziarz” określany jest mianem kryminału, jednak moim zdaniem kategoryzowanie go w tym gatunku nie oddaje w pełni tego, czym tytuł ten w istocie jest. Odczucia moje wynikają z faktu, iż w całej fabule został również mocno naznaczony jej aspekt społeczny. Pani Tudor porusza bowiem kwestię podziału społecznego w miasteczku. Mamy tu matkę samotnie wychowującą syna, mamy panią doktor i mamy postać wielebnego.
Ponadto zostały poruszone również bardzo ważne problemy społeczne takie jak kościół kontra prawo do aborcji, czy też problem molestowania nieletniej.

Nie chcę zdradzać więcej, byście sami mogli wczuć się w ten mroczny, pełen tajemnic i niewyjaśnionych okoliczności wielu zdarzeń klimat „Kredziarza”. Według mnie jest to bardzo udany debiut literacki, który czyta się w napięciu z dużą ciekawością tego, co wydarzy się za chwilę. Jednak jest jeden aspekt, którym czuję się rozczarowana, a już na pewno zawiedziona. Otóż czytając opis wydawcy, miałam nadzieje, że będę mogła odczuć strach podczas czytania, bo czasami lubię się bać. Tymczasem otrzymałam tylko mroczną opowieść z dreszczykiem. Jak dla mnie, to trochę za mało.

Ze swej strony książkę oczywiście polecam. Jest to bardzo dobry debiut, który wciąga czytelnika od pierwszej strony, co sprawia, że czyta się ją bardzo szybko. Moi drodzy, jeśli zdecydujecie się sięgnąć po „Kredziarza”, czeka Was kilka godzin spędzonych z bardzo dobrą książką. Natomiast książka w żaden sposób w mojej ocenie nie budzi w czytelniku żadnych silnych emocji, co w zależności od upodobań czytelnika może być zarówno plusem, jak i minusem.

Ja sama bardzo dziękuję wydawnictwu Czarna Owca  oraz  agencji Business & Culture za umożliwienie mi przeczytania tak dobrego debiutu. Ze swej strony zapewniam, że autorka ma przed sobą obiecującą przyszłość twórczą, dlatego z niecierpliwością czekam na kolejną jej książkę.

Premiera już 28.02.2018.

czwartek, 22 lutego 2018

Cena instynktu macierzyńskiego

Moi drodzy dziś porozmawiamy o instynkcie macierzyńskim. U większości kobiet instynkt ten zaczyna kształtować się już w okresie dzieciństwa. Pamiętacie, kiedy, jako małe dziewczynki bawiłyśmy się lalkami, wyobrażając sobie, że są to nasze małe córeczki? Czesałyśmy je, karmiłyśmy i tuliłyśmy w ramionach, zapewniając o naszej wielkiej miłości. W dorosłym życiu najczęściej nasza dziecięca zabawa  staje się rzeczywistością. Zakładamy rodziny, stajemy się matkami i otaczamy opieką i miłością nasze dzieci, które stają się dla nas całym światem. Niestety nie zawsze wszystko układa się tak, jak wyglądało to kiedyś w naszych marzeniach. Czasami bowiem los, decyduje za nas i niedane jest nam zostać rodzicem. Dziś chcę opowiedzieć Wam historię kobiety, która bardzo pragnie zostać matką i wypełnić pustkę w swoich ramionach, w których chce kołysać swoje maleństwo.

Kat, główna bohaterka książki Louise Jensen pt. „Surogatka” wraz z mężem Nickiem tworzą szczęśliwe małżeństwo. Do pełni szczęścia brakuje im tylko dziecka, które swoją obecnością wypełni ich życie. Małżonkom pomimo wielu starań nie udaje się doznać daru rodzicielstwa. Każda kolejna porażka, kosztuje ich tak wiele cierpienia, bólu i rozczarowań, iż są bliscy rezygnacji ze swojego marzenia. Pewnego dnia jednak, w życiu Kat pojawia się Lisa, przyjaciółka z dzieciństwa, która chce podarować Kat najcenniejszy dar. Kiedy dowiaduje się, że nasza bohaterka nie może mieć dzieci, proponuje jej surogację. Mimo że drogi kobiet rozeszły się już blisko dziesięć lat temu, Kat z ogromną wdzięcznością i miłością przyjmuje ten bezcenny prezent. Ma nadzieję, że od tej pory, życie jej rodziny będzie pełnią szczęścia.
Nic bardziej mylnego. Z biegiem czasu okazuje się, że wraz z pojawieniem się w jej domu Lisy wróciły koszmary z przeszłości. Przeszłości, przed którą kobieta próbowała uciec. Mroczne duchy wróciły. Co więcej, okazuje się, że Lisa, nie jest do końca z nią szczera. Na jej dotychczas idealnym życiu pojawiają się rysy. Kochający mąż nagle zaczyna zachowywać się podejrzanie. Kat czuje się skołowana, nie wie komu ufać, a komu już nie. Sama również nie czuje się już bezpieczna we własnym domu. Targają nią sprzeczne uczucia. Mimo że jest ogromnie podekscytowana perspektywą posiadania dziecka, jest bliska niemalże obłędu. Czy, szlachetny czyn lisy w istocie jest szlachetny? Oraz, czy na pewno podyktowany jest on miłością do przyjaciółki, tego już Wam nie zdradzę.
Kat wie, że nie może już dłużej uciekać przed tym, co kiedyś nieodwracalnie zniszczyło jej życie. W przeciwnym razie ona i jej rodzina są w niebezpieczeństwie. Musi ocalić najbliższych.

Surogatka” to wspaniały thriller psychologiczny, który zgodnie z zapowiedzią umieszczoną na okładce książki, trzyma w napięciu do ostatniej strony. Nie mogłam się od tej historii oderwać. Pochłonęłam ją w mgnieniu oka z mocno bijącym sercem. Zazwyczaj czytałam późnymi wieczorami. Mrok panujący za oknem dodatkowo potęgował poczucie napięcia i lęku o to, co za chwile się wydarzy podczas lektury. W tej książce wszystko jest idealnie dopasowaną całością. Każdy choćby z pozoru mało istotny element pełni w całej fabule istotną rolę.

Jeśli chodzi o kreację samych bohaterów, jest oda dopracowana z niezwykłą starannością. Każda postać odgrywa istotną rolę w całej historii opisanej na kartach tego utworu. Muszę przyznać, że na początku Nick i Lisa nie zaskarbili sobie mojej sympatii jednak dzięki zabiegowi retrospekcji wydarzeń mających miejsce w przeszłości zarówno Kat i Lisy, tak aby czytelnik mógł sobie dokładniej wyobrazić i zrozumieć okoliczności następstw ich pewnych zachowań i czynów, było mi łatwiej ich zrozumieć. Każde z nich nie miało w życiu łatwo.

Lektura tej książki daje do myślenia. Czasami bowiem siła naszych pragnień jest tak wielka, że przeradza się w niszczącą moc. Staje się naszą obsesją, dla której spełnienia, jesteśmy w stanie dopuścić się najokrutniejszych nawet czynów. Ale czy naprawdę warto?


Ze swej strony gorąco zachęcam Was moi kochani do sięgnięcia po „Surogatkę”. To świetna książka dla każdego, Fani twórczości autorki będą zachwyceni, a tych, dla których „Surogatka”, jak w moim przypadku będzie pierwszym spotkaniem z piórem Louise Jensen, zapewniam, że po lekturze dopiszą nazwisko autorki do listy ulubionych autorów. Pokochałam jej styl pisania, umiejętność budowania napięcia oraz profesjonalizm, który dostrzega się w każdym zdaniu od początku do końca.
Przyznaję, że próbowałam przewidzieć zakończenie całej historii, ale to, co autorka zaserwowała swoim czytelnikom na ostatnich stu stronach „Surogatki”, zupełnie mnie zaskoczyło, co dla mnie jest ogromnym plusem.

Na zakończenie chcę serdecznie podziękować wydawnictwu Burda książki za egzemplarz recenzencki i godziny wspaniałej lektury.


poniedziałek, 19 lutego 2018

Związek, rzecz święta.

Związek dwóch osób to rzecz święta. Tak wielokrotnie powtarzała mi babcia. Jeśli, decydujemy się z kimś związać, musimy akceptować daną osobę w stu procentach. Zarówno z jej wadami, jak i zaletami. Naszym obowiązkiem jest dbać o osobę, którą kochamy i nasze życie, które decydujemy się wspólnie z kochaną osobą budować. Co zrobić jednak kiedy płomień uczuć zaczyna przygasać i choć nasza druga połówka jest nam nadal bliska, to mimo to dostrzegamy w niej coraz więcej wad? Co więcej, naszą codzienność definiuje rutyna. Zapewne wielu z nas odpowie teraz, iż należy w takiej sytuacji poszukać sposobu na to, by ożywić nudę każdego dnia. Wydaje się to takie proste i oczywiste. Jak się za chwile przekonacie z książki, o której chcę Wam dziś opowiedzieć to, co w teorii na takowe wygląda, w praktyce nie zawsze jest już tak klarowne. Czasami bowiem zdarza się tak, że człowiek, którego uważaliśmy za naszą bratnią duszę, nagle jawi się w naszych oczach jako niepasująca do nas część całości. A złożoności problemu dopełnia fakt, że tę idealnie pasującą część znajdujemy w kimś zupełnie innym. I tu rodzi się pytanie Iść za głosem serca i pozwolić sobie na zmiany czy też trwać w tym, co znane i bezpieczne? Z takimi właśnie dylematami borykają się bohaterowie powieści Agaty Kołakowskiej „Niewypowiedziane słowa”.

Mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają, ale czy zastanawialiście się, czy w życiu ta zasada zawsze wychodzi na dobre? W książce Pani Agaty poznajemy Łucję i Andrzeja, którzy są zupełnie od siebie różni. Ona jest szanowaną panią doktor, od której emanuje elegancja i dystyngowanie. Jej miłością jest opera i muzyka klasyczna. Od życia oczekuje emocji i wrażeń.
Andrzej natomiast jest typem domatora, który wolny czas woli spędzać w domu, oglądając filmy. Nie znosi opery. Małżonkowie wiodą spokojne życie do momentu, gdy autorka krzyżuje ich drogi z Hanną i Mariuszem kolejną parą tworzącą nieformalny związek. Oni również nie mają ze sobą wiele wspólnego, jeśli chodzi o osobowość i upodobania. Hanna to typ społecznika. Pracuje jako pedagog szkolny oddany swojej pracy. Stara się za wszelką cenę, aby jej mężczyzna był szczęśliwy, często zapominając o sobie. Mariusz jest oczkiem w głowie mamusi. Pracuje jako muzyk w orkiestrze operowej. Hania ceni pracę swojego partnera, ale choć wielokrotnie próbuje, nie potrafi dzielić z nim uwielbienia dla opery.

A teraz drogi czytelniku przeczytaj jeszcze raz te krótkie charakterystyki naszych bohaterów, ale tym razem połącz Łucję z Mariuszem, a Hanię z Andrzejem. Czy nie wydaje Ci się, że gdyby los ich połączył, byliby idealnymi parami? Oni też tak czują, kiedy przypadek a może los krzyżuje ich życiowe drogi. Każde z nich czuje, że ta nowo poznana osoba jest tą, przy której chciałoby trwać bez końca. Rodą się więzi, emocje i uczucia. Serca biją mocniej, a w głowie kołacze się tysiące myśli. Tak wiele chcieliby sobie powiedzieć, a jednak dylematy moralne nie pozwalają na to. Czy nasi bohaterowie odnajdą w sobie odwagę? Czy skorzystają z szansy ofiarowanej im przez los, a może będzie to tylko okazja, by na nowo spojrzeć zarówno na siebie samych, jak i na swoje związki? Tego wszystkiego dowiecie się z „Niewypowiedzianych słów".

Książkę czytało mi się bardzo szybko. Autorka ma ogromną umiejętność przyciągania uwagi czytelnika. Jest to bardzo miła i ciepła pozycja poruszająca bardzo życiowe problemy. To, co nie pozwalało mi oderwać się od tego tytułu to jego autentyczność. Powieść ta nauczyła mnie, aby nie bać się mówić głośno o tym, co czujemy i myślimy, bo nigdy nie wiadomo jak niewypowiedziane słowa mogą wpłynąć na nasze życie.

 „Bo wiele zależy od słów. W ich przypadku od słów, które nigdy nie padły”

Bardzo często zastanawiałam się, czy kreując fabułę Pani Kołakowska, czerpała inspirację ze zdarzeń mających miejsce w życiu realnym. Bardzo zżyłam się z bohaterami i chciałam, aby wszyscy odnaleźli swoje szczęście.

Książkę gorąco polecam na długi zimowy wieczór z filiżanką pysznej herbaty.


piątek, 16 lutego 2018

Czy znajdziemy zrozumienie?

Moi drodzy zapewne nie raz słyszeliście w swoim życiu stwierdzenie, chwytaj dzień, żyj chwilą. Ja sama często podczas rozmów z moimi najbliższymi i przyjaciółmi, jako że jestem osobą, która, zanim zdecyduje się na jakikolwiek krok w życiu, wszystko analizuję, zastanawiając się, jaki wpływ będzie miała podjęta przeze mnie decyzja na moją przyszłość, często słyszę: ” Nie myśl tyle, nie zamartwiaj się na zapas, żyj dniem dzisiejszym”. Przyznaję, zdarza mi się ulec ich radom, bo owszem uważam, że czasami, takie odcięcie się od problemów jest potrzebne każdemu, ale jest jeden podstawowy i najważniejszy warunek. Mianowicie, to aby wybory, których dokonujemy, nikogo nie krzywdziły. Dziś chcę opowiedzieć Wam o dwójce ludzi, którzy na chwilę o tym zapomnieli.

Monika i Michał główni bohaterowie książki Tomasza Kieresa „Tu i teraz” są dwójką przyjaciół z pracy, którzy bardzo dobrze się rozumieją. Podobne poczucie humoru sprawia, że stają się sobie bliscy. Relacje, jakie ich łączą, jednak nigdy w żaden sposób nie wykraczały poza miejsce ich pracy. Oboje bowiem cieszą się szczęśliwym, życiem rodzinnym u boku swoich współmałżonków i dzieci. Wszystko zmienia się, kiedy trzydziestolatkowie wyjeżdżają wspólnie w delegację służbową do Pragi. Tam ich relacje stają się bardzo intymne, aż nadchodzi moment, kiedy przekraczają granice i dopuszczają się zdrady. Więcej oczywiście nie zdradzę. Jeśli chcecie dowiedzieć się, dokąd zaprowadzi ich ta chwila, ten moment, to „Tu i Teraz” musicie poznać historie opisaną na kartach tej powieści.

W tej chwili skupmy sie na postaciach samych bohaterów, których postępowania powiem wprost, zupełnie nie rozumiem. Nie mogę bowiem pojąć jak dorośli ludzie, żyjąc w szczęśliwych związkach, mogą przekreślić całe swoje dotychczasowe życie, zniszczyć szczęście rodzinne, skrzywdzić niewinnych ludzi, którzy ich kochają i ufają im, Michał ciągle powtarza: ” Nasze tu i teraz”. Nieustannie podczas lektury miałam wrażenie, że dorośli ludzie zachowują się jak nastolatkowie.

Nie chcę nikogo oceniać i krytykować, ponieważ nigdy nie wiadomo, jak my sami zachowalibyśmy się, będąc w podobnej sytuacji. Powiem tylko, że to, jak pokierowali swoim życiem bohaterowie, wzbudziło we mnie szereg silnych emocji. Oczywiście nie bronię nikomu miłości, ale miłość, która nagle pojawia się między Moniką a Michałem dla mnie jako człowieka, kobiety i czytelnika jest zupełnie niewiarygodna. Jak sami bohaterowie zgodnie twierdzą, znają się już długo, przyjaźnią się, ale nigdy nie postrzegali siebie wzajemnie w kategoriach potencjalnych partnerów, czy kochanków. Tym bardziej trudno jest uwierzyć, w tak nagłą i żarliwą eksplozję miłości, dla której gotowi są rzucić wszystko, krzywdzić i niszczyć wszystko, co do tej pory było dla nich najważniejsze.

Podobnie, jak czytelnikiem, tak również Moniką i Michałem targają różne sprzeczne emocje. Od namiętności i tęsknoty, poprzez poczucie winy i świadomość krzywdy, którą wyrządzają współmałżonkom i swoim dzieciom, bo to oni cierpią najbardziej.
Szczerze mówiąc, przez długi czas nie byłam przekonana o sile i trwałości tego uczucia. Zachęcam Was, abyście sami sięgając po „Tu i teraz” zweryfikowali prawdziwość tego uczucia. Bo być może było to tylko chwilowe zauroczenie i uniesienie pod wpływem chwili i okoliczności.

Swobodny styl autora sprawia, że „Tu i teraz” czyta się łatwo i szybko. Jest to książka, którą czytamy w jeden wieczór z lampką wina dla emocjonalnego uspokojenia. Według mnie jest to dobra książka, która jednak nie zostanie długo w naszej pamięci.

Jestem bardzo ciekawa, jak Wy odebralibyście tę książkę i oczywiście, czy okazalibyście zrozumienie dla postępowania Moniki i Michała.

Recenzja jest wynikiem współpracy z wydawnictwem Nova res, za co serdecznie dziękuję.


poniedziałek, 12 lutego 2018

O miłości na poważnie.

Moi drodzy, dziś porozmawiamy o miłości, Jednak nie będzie to rozmowa łatwa, ponieważ podczas niej padnie wiele trudnych pytań, które obnażą nasze myśli i przekonania. Wielu nas może poczuć się zniesmaczonymi a wręcz oburzonymi. Dla innych natomiast ta chwila może stać się początkiem ich nowego życia.

Ci z Was, którzy śledzą mojego bloga, doskonale wiedzą, że nie boję się trudnych tematycznie książek, a wręcz mnie do nich ciągnie. Jak napisała jedna z czytelniczek bloga, trudne książki to swego rodzaju mój znak rozpoznawczy. Oczywiście, coś w tym jest. Dlatego właśnie bardzo cenię sobie autorów, którzy w swoich książkach nie uciekają od trudnych, a nawet kontrowersyjnych tematów. Jedną z takich właśnie pisarek jest Pani Natasza Socha. Twórczość tej autorki zawsze skłania mnie do wielu przemyśleń i refleksji. Historie, które opisuje na kartach swoich powieści, są dla mnie cenną lekcją życia. Czy tak było i tym razem, przekonacie się już za chwilę, ponieważ to właśnie najnowszy utwór Pani Nataszy ”Troje na huśtawce” stał się dla mnie doskonałym wstępem do poważnej rozmowy o miłości.

Powszechnie mówi się, że miłość jest uczuciem tak pięknym i wzniosłym, iż nie należy jej szufladkować, narzucać żadnych granic i reguł. Bowiem jak mówią słowa pięknej piosenki:

„Wielka miłość nie wybiera, czy jej chcemy, nie pyta nas wcale”.

Jednak zapewne wszyscy zdajemy sobie doskonale sprawę, że taka idealna miłość, bez skazy istnieje tylko w bajkach. Przekonała się o tym również główna bohaterka „Troje na huśtawce” Koralia, czterdziestodwuletnia kobieta, która rozwodząc się z mężem, zakończyła jeden z etapów swojego życia. Kobieta na szczęście nie jest sama. U jej boku nieustannie trwa najlepsza przyjaciółka Aurelia. Obie panie łączy wyjątkowa więź. Znają się niemalże od dziecka i zawsze wspólne pokonują najtrudniejsze momenty w życiu. Za sprawą syna Aurelii, Tytusa są niemal jak rodzina. Aurelia bowiem jest matką samotnie wychowującą syna i to właśnie Koralia pomaga jej na każdym kroku. Z czasem staje się dla chłopca niemalże drugą matką.
Dziś mały Tytus jest już dorosłym, dwudziestoczteroletnim mężczyzną. Pewnego dnia między Koralią i Tytusem rodzi się uczucie. Dla obojga, to, co się dzieje w ich życiu, jest ogromnym zaskoczeniem. Koralia doskonale wie, że jest to miłość zakazana, która nigdy nie powinna się zdarzyć. Przecież nie powinna patrzeć na Tytusa jak na mężczyznę. On jest od niej osiemnaście lat młodszy. Jest tym chłopcem, któremu jeszcze niedawno zmieniała pieluchy, a co najważniejsze jest synem jej przyjaciółki, która od zawsze była jej autorytetem. Mimo że lęk obawy i wątpliwości nie opuszczają naszej bohaterki, czuje się szczęśliwa.Jak nie trudno się domyślić będzie zmuszona do dokonania wyboru między przyjaźnią a miłością, ale czy naprawdę trzeba dokonywać wyboru?

"Troje na huśtawce", to napisana w formie pamiętnika historia kobiety, która nie zrobiła nic złego, po prostu się zakochała, a nie może cieszyć się pełnią tego uczucia w obawie przed krytyką i odrzuceniem. Autorka poprzez fabułę tej książki chce walczyć ze schematami i stereotypami powszechnie przyjętymi w społeczeństwie.

„Czasami miłość sprowadza się do ogólnie przyjętych wyobrażeń i norm. Ona, on, on zazwyczaj trochę starszy, ona drobniejsza i delikatniejsza. To wszystko są jednak stereotypy, które powodują, że nasza wizja uczucia nie do końca jest nasza. Proszę sobie wyobrazić swoją miłość i swoje o niej zdanie. Pani praca będzie polegała na urzeczywistnieniu tej wizji, dopiero wtedy, obraz stanie się bardziej przejrzysty i spójny z Pani wewnętrznym ja. I nie wolno go będzie nikomu oceniać”.

Autorka poprzez miłość Korali i Tytusa uświadamia czytelnikom, że nie powinniśmy ulegać presji innych i żyć tak, jak oni tego od nas oczekują, tylko dlatego, że obawiamy się potępienia z ich strony. Zycie mamy tylko jedno i nikt nie ma prawa mówić nam jak mamy je przeżyć, co jest właściwe, a co nie. Musimy oddzielić miłość od przyjaźni.

„Miłość można skatalogować na różne sposoby, można ją też podzielić na gorsze i lepsze okresy. Ale jeśli jest to miłość naszego, życia, to nie można jej przekreślić tylko dlatego, że jednemu z nas wyczerpują się baterie. Albo, że komuś to przeszkadza”.

Kochani gorąco polecam Wam lekturę tej książki. Jest to książka pełna emocji napisana z rozwagą i dystansem, która da Wam czas i możliwość na wiele refleksji i przemyśleń. Być może po jej przeczytaniu spojrzycie na swoje życie w innym świetle, a nawet spojrzycie przychylniej na kogoś, kogo postępowanie do tej pory surowo ocenialiście.
Ja sama jestem pod wrażeniem tej książki i na pewno jeszcze nie raz będę do niej wracać.

Na zakończenie chcę zadać Wam kilka pytań. Czy zdarzyło Wam się zakochać w kimś, w kim zakochać się według przyjętych norm społecznych Wam nie było wolno? Czy musieliście wybierać między miłością a kimś równie dla Was ważnym? A może zdarzyło Wam się potępić kogoś właśnie z powodu miłości?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Autorce oraz wydawnictwu Edipresse Polska.


sobota, 10 lutego 2018

Największa tragedia dla rodzica

Kochani dziś mam nie lada problem, by w sposób jednoznaczny podzielić się z Wami swoimi odczuciami na temat książki Diany Walsh „Pusta Kołyska". Już tłumaczę dlaczego. Moja niepisana zasada czytelniczki mówi, aby nigdy nie oceniać książek, których fabuła jest autentycznym odzwierciedleniem osobistych przeżyć jej bohaterów. Uważam bowiem, że nikt nie jest w stanie zrozumieć, odczuć i emocji żadnego z nich, jeśli nigdy nie stanął w obliczu tożsamej jak ta opisana w książce sytuacji. I dlatego właśnie jestem rozdarta wewnętrznie.Ale zanim opowiem o swoich rozterkach najpierw troszeczkę o samej fabule utworu.

„Pusta kołyska”, to historia matki, która dzieli się z czytelnikiem wspomnieniami najbardziej bolesnych chwil w swoim życiu, kiedy jej serce zostało wyrwane z piersi, by być rzuconym w czeluści piekła, gdzie panuje niekończący się ból i rozpacz. Bo oto szczęśliwa żona i matka dwójki dzieci spodziewa się trzeciego dziecka. Cała rodzina z radością oczekuje narodzin dziecka, które jest ich prezentem gwiazdkowym. Choć poród jest ciężki, na świat przychodzi kochana i przez wszystkich wyczekiwana mała Shelby. I w tym miejscu chciałoby się napisać „I żyli długo i szczęśliwie”, jednak niestety szczęście rodziny nie trwa długo, gdyż kilka dni po narodzinach córeczki Diany niestety spełnia się najczarniejszy koszmar każdej matki. Mała Shelby zostaje porwana z oddziału położniczego szpitala. Jeśli chcecie wiedzieć jak te tragiczne chwile zapamiętała matka dziewczynki i jak zakończyła się cała historia, sięgnijcie po książkę.
Ja od siebie muszę napisać jeszcze kilka słów odnośnie do nie samej opisanej w książce historii, gdyż jak wspomniałam wcześniej, nie odważyłabym się poddawać ocenie osobistej tragedii, jaka spotkała autorkę, ale samej książki. Szczerze mówiąc, pierwsze 150 stron książki w ogóle do mnie nie przemówiło. Nie czułam żadnych uczuć i emocji, a raczej odebrałam to jako suche przedstawienie faktów. Wzruszenie, szok i cała gama innych głębokich emocji wstrząsnęło moim sercem dopiero od chwili kiedy Pani Diana opisuje już stricte samo porwanie swojego maleństwa i późniejsze wydarzenia.

Jednak z całego serca książkę polecam, ponieważ pomimo całego tragizmu zdarzenia znajdziemy tu również wiele miłości, rodzinnego wsparcia oraz niegasnącej wiary i nadziei.
Niestety ta historia mogłaby również być historią każdego z nas...

poniedziałek, 5 lutego 2018

Bezcenny prezent

Kochani już na samym początku zadam Wam pytanie, na które odpowiedz, jest oczywista.

Czy lubicie prezenty?
Cóż za pytanie, no pewnie, że lubicie, kto z nas ich nie lubi. Dziś jednak nie będziemy mówić o prezentach w wymiarze materialnym. Nie wiem, czy wiecie, ale człowiek również może być dla kogoś prezentem. To właśnie taki wyjątkowy dar od losu jest najcenniejszy. Nie ma bowiem nic bardziej wartościowego w życiu każdego z nas niż obecność drugiej osoby i czas z nią spędzony.
Czasami jest to ktoś z rodziny, przyjaciel, ale zdarza się również i tak, że na naszej drodze zjawia się ktoś, kto, choć do tej pory był tuż obok, dla nas samych był niezauważalny. Los bowiem w swej skomplikowanej strukturze jest tak bardzo nieprzewidywalny, że potrafi nas samych mocno zaskoczyć. I ten, kto jeszcze wczoraj nic dla nas nie znaczył, dziś może stać się tym, bez kogo już nie wyobrażamy sobie życia. Obecność drugiej osoby może zupełnie zmienić nas samych oraz sposób, w jaki postrzegamy świat. Tego właśnie uczy swoich czytelników Elżbieta Rodzeń w książce „Dziewczyna o kruchym sercu.

Janek i Ula główni bohaterowie powieści są jak ogień i woda zupełnie różni.
On – dziewiętnastoletni chłopak wychowany w bardzo religijnej rodzinie, uczynny, towarzyski, pełen ciepła i empatii. Wzorowy uczeń. Chce pomagać ludziom, dlatego jest wolontariuszem. Właśnie dostał od swojego zwierzchnika nowe zadanie.

Ona – Zamknięta w sobie, stroniąca od ludzi opryskliwa dziewczyna. Nieprzewidywalny wulkan emocji. Nigdy nie wiadomo, czego można się po niej spodziewać, będąc obok.

„Spędzanie czasu z tą dziewczyną było niczym przejażdżka kolejką górską. Nigdy nie wiadomo, co się stanie za zakrętem”.

Mimo że tych dwoje różni absolutnie wszystko, pewnego dnia los splata ich drogi. Ula jest dziewczyną o kruchym sercu. Cierpi na bardzo poważną wadę serca. Jedynym dla niej ratunkiem jest przeszczep serca, którego nie chce podjąć się niestety żaden lekarz z uwagi na inne problemy zdrowotne Uli. Podobnie jak Janek chodzi do klasy maturalnej. Dotychczas wobec Ulki stosowany był tryb nauczania indywidualnego, a dziś jak się okazuje dziewczyna, ma duże braki w matematyce. Janek chętnie chce pomóc koleżance. Początkowo wszystko wydaje się łatwe i proste. Chłopak jest przekonany, że wywiąże się z powierzonego mu zadania bez problemu. Wszystko jednak komplikuje się, kiedy uświadamia sobie, że zaczyna patrzeć na swoją podopieczną inaczej niż do tej pory.

„-Dlaczego chcesz się we mnie zakochać?
- Wcale tego nie chciałem. - Spojrzałem jej w oczy. Jesteś dość wredna i męcząca. Gdyby moje serce pytało mnie o zdanie, kazałbym mu zmądrzeć”.

To, co bardzo mi się w tej historii podobało, to sposób, w jaki autorka poprowadziła wątek rodzącej się między młodymi miłości. Tu nic nie dzieje się natychmiast. Nie ma sytuacji, gdzie bohaterowie zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Co więcej, na początku Janek nawet nie lubił Ulki.

„- Nie wiesz, dlaczego facet musi być zawsze taktowny, podczas gdy kobieta może po prostu powiedzieć »spierdalaj«, gdy chce kogoś spławić?
- Życie, kolego. - Szturchnął mnie pięścią w ramię. - Baby rządzą światem, a jeszcze wpierają nam, że jest inaczej. Ale u was, katolików, zachował się chyba jeszcze tradycyjny model, co?
- Zapytaj moją mamę, kto obrał dziś kilka kilogramów ziemniaków”.

Dzięki temu perypetie nastolatków stają się bardziej wiarygodne i mocniej przemawiają do czytelnika.

Muszę przyznać, że kiedy zaczynałam poznawać, postać Uli nie zaskarbiła sobie ona mojej sympatii. Bardzo mnie irytowała. Nie mogłam zrozumieć,  jak możne być tak wredna dla osób, które ja kochają, którym na niej zależy i które chcą jej pomóc. Z czasem, kiedy w pełni poznałam motywy takiego jej zachowania, zaczęłam ją rozumieć. To właśnie Janek staje się dla naszej bohaterki przyjacielem, wsparciem pocieszeniem i siłą w najtrudniejszych chwilach. Tylko jemu pozwala tak naprawdę się do siebie zbliżyć. Jest jednak coś, co nie opuszcza dziewczyny zawsze, kiedy on jest blisko. Wrażenie, że chłopak coś przed nią ukrywa. Tajemnica czy mylne wyobrażenie Uli? Przekonajcie się sami…

Autorka łączy w swojej książce wiele bardzo różnych wątków: choroba, cierpienie, religia, sprawy ostateczne, przyjaźń miłość, relacje rodzinne. To wszystko wplecione w koleje losów naszych bohaterów tworzy piękną do głębi poruszającą historię, od której nie sposób się oderwać. Zatrzymajmy się jednak na chwilę właśnie na wątku relacji rodzinnych Janka z ojcem. Jakże ja nie znosiłam tego mężczyzny. To przykład ojca, który ojcem nie miał prawa się nazywać. To istny dyktator. Traktuje syna jak bezwolną marionetkę, która ma chodzić tak, jak ojciec mu każe. Zupełnie nie liczy się z pragnieniami i potrzebami Janka. Ma w stosunku do niego z góry ustalony plan, któremu chłopak ma się podporządkować, gdyż w przeciwnym razie nie ma dla niego miejsca w domu rodzinnym.

Gorąco zachęcam Was moi kochani do sięgnięcia po „Dziewczynę o kruchym sercu”. Emocjonalną historię dwójki młodych ludzi, którzy walczą o siebie nawzajem, swoje marzenia i prawo do tego, by decydować o samym sobie, aby przeżyć swoje życie tak, jak sami tego chcą Wywoła ona w Was całą gamę emocji: wzruszenie, złość, wyciśnie łzy, a ale również da wam nadzieję i ukoi wasze roztrzaskane lekturą serca. Jednak tym razem nie powiem, że jest to książka, po którą powinien sięgnąć każdy. Z racji swej ogromnej emocjonalności i niezwykle trudnego tematu może przysporzyć czytelnikowi niemal namacalnego bólu, a tym samym nie każdy z Was może być gotów do zapoznania się z tym tytułem.
Mnie samej z powodów osobistych było niezmiernie trudno dotrzeć do końca tej opowieści. Wylałam może łez, ale było warto. Po zakończeniu czytania miałam nieodpartą potrzebę powiedzenia bliskim memu sercu osobom:
„Kocham Cię. Dziękuję, że jesteś”
Zróbcie to, proszę również i Wy, bo jutro może być już za późno.

piątek, 2 lutego 2018

Nieunikniona konfrontacja.

Moi drodzy, czy pamiętacie moment, kiedy wkraczając w samodzielne dorosłe życie, postanowiliście opuścić rodzinny dom? Zapewne dla wielu z Was, był to moment bardzo trudny. Wszak dom, to miejsce, do którego bez względu na to, gdzie i w jakiej sytuacji życiowej się znajdujemy, zawsze chcemy wracać. To miejsce, które kojarzymy z ciepłem i miłością. To bezpieczna przystań, w której możemy się zatrzymać i odpocząć, kiedy naszym życiem targają wichry lęku i niepewności przed tym, co zaplanował dla nas los. Przyznajcie sami, że to wszystko bardzo pięknie brzmi, chciałoby się powiedzieć, że wręcz bajkowo. Jednak, życie to nie bajka, a rodzina i dom, to niestety nie zawsze miejsce i ludzie, którzy dadzą nam wsparcie i otoczą opieką. Czasem bowiem bywa tak, że dla własnego dobra wolimy odciąć się od korzeni rodzinnych i zacząć wszystko od początku. Zastanówmy się jednak, czy jest to możliwe?

Aby choć w niewielkim stopniu pomóc Wam w odpowiedzi na to pytanie pozwolę sobie opowiedzieć Wam o dwójce młodych ludzi, którzy również próbują, znaleźć odpowiedz, na tak wprost postawione pytanie.

Sidney i Peter to bohaterowie cyklu Zranieni autorstwa H. M. Ward, których mieliśmy możliwość poznać w pierwszej części cyklu. (jeśli jeszcze nie czytaliście mojej recenzji pierwszego tomu, link znajdziecie tu). Dziś dzięki wydawnictwu Editio ,za co bardzo dziękuję, mam możliwość podzielenia się z Wami moimi wrażeniami i spostrzeżeniami po lekturze drugiego tomu wcześniej wspomnianego przeze mnie cyklu „Zranieni 2”

Część ta jest kontynuacja losów obojga bohaterów. Oboje mocno doświadczeni i pokiereszowani przez życie szukają w uczuciu, które się między nimi zrodziło ukojenia i zapomnienia. Jednakże to, co ich spotkało w przeszłości, jest niczym demon, który trawi ich od wewnątrz, nie pozwalając na chwilę wytchnienia. Oboje czują, że znajdują się nad życiową przepaścią, od której nie ma już odwrotu. Doskonale zdają sobie sprawę, że krzywdy, jakich doświadczyli w przeszłości, nie pozwolą im patrzeć we wspólną przyszłość. Często mówi się, że tylko stając twarzą w twarz z tym, co zatruwa nam życie, jesteśmy w stanie to przezwyciężyć. Czy w istocie tak jest ? Sidney i Peter będą zmuszeni sprawdzić to na własnej skórze.
Przeszłość upomina się o Sidney. Wiadomość o ciężkim stanie zdrowia matki, zmusza ją do powrotu do domu rodzinnego, a więc tym samym do konfrontacji z tym, przed czym ucieka. Siłą rzeczy Peter również zostaje zaangażowany we wszystko, co dotyczy jego kobiety. Jak się przekonacie, powroty do domu wcale nie są łatwe. Przy okazji problemów naszej bohaterki na światło dzienne wychodzą tajemnice i przemilczane fakty z życia samego Petera. To, czego o swoim profesorze dowiaduje się Sidney, mocno nią wstrząsa. Dziewczyna czuje się zraniona i oszukana. A przecież zaufała po raz pierwszy od bardzo dawna.
Ujawnienie nowych faktów z życia mężczyzny otwiera puszkę pandory, w której do tej pory szczelnie zamknięte na dnie jego serca tkwiły wszystkie cierpienia, jakich doświadczył. Czy tej parze uda się odnaleźć drogę do przebaczenia i miłości? Czy odnajdą światło w ciemności, która spowija ich duszę, tego musicie już dowiedzieć się, sięgając po „Zranionych 2”

Moją wadą, a może zaletą jest to, że nie umiem krytykować książek, nawet jeśli wiem, że książka nie była najwyższych lotów. Zawsze wolę podkreślać jej plusy niż wytykać minusy. Tak też zrobię i tym razem. Muszę powiedzieć wprost, że jeśli oczekujecie od tej książki ambitnej literatury, która na długo pozostanie w waszej pamięci i wywrze trwały wpływ na wasze życie, to tytuł ten w żaden sposób nie spełni waszych oczekiwań. Jednak myślę, że sięgając po książkę z gatunku New Adult mamy tego świadomość.

Zranieni 2” to pozycja, którą czyta się lekko i szybko. To przykład literatury niezobowiązującej, po którą sięgamy dla odprężenia po ciężkim dniu w pracy lub jako odskocznię od trudnych, wymagających skupienia książek. Od tej książki nie oczekujcie wiele, po prostu ją czytajcie i pozwólcie myślom w waszej głowie swobodnie płynąć.
Jeśli o mnie chodzi, wiem, że tak szybko, jak tę książkę przeczytałam, tak samo szybko o niej zapomnę. W porównaniu do pierwszego tomu ten był odrobinę lepszy. Były momenty, w których autorce udawało się na dłuższą chwilę wzbudzić moje zainteresowanie, ale owych chwil podczas lektury całej książki było niewiele.

Decyzję, czy przeczytać tę książkę pozostawiam każdemu do indywidualnego przemyślenia. Jak wiadomo, każdy z nas jest inny i lubi co innego i to jest w ludziach najciekawsze:) Ja wiem, że po raz kolejny do tej serii nie wrócę.