Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Urbanowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Urbanowicz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 października 2022

"Deman" Artur Urbanowicz

Biorąc pod uwagę to, co dzieje się w dzisiejszym świecie, niemal każdego dnia jesteśmy świadkami tego, jak na naszych oczach trwa walka dobra ze złem. I niestety mając świadomość tego, jak wiele jest wokół nas niesprawiedliwości, cierpienia i krzywd z przykrością muszę pokusić się o przeświadczenie, że to zło przybiera na sile i zwycięża dobro. Przyznam szczerze, że śledząc codzienne doniesienia w mediach, niejednokrotnie pomyślałam sobie, że nasz kraj i świat potrzebuje kogoś, kto wreszcie silną ręką przywróci ład i porządek, a ludziom pozwoli odzyskać poczucie utraconego bezpieczeństwa. Ktoś niczym jeden z naszych ulubionych komiksowych superbohaterów Spider- Man. Teraz kiedy piszę te słowa, z ogromną ulgą przyjmuję fakt, że nic podobnego nie może zaistnieć w naszych realiach, a to dlatego, że właśnie jestem po lekturze najnowszej książki Artura Urbanowicza Deman”, o której chcę wam dziś opowiedzieć, w której autor pokazał nam czytelnikom, jak mogłoby wyglądać nasze życie, gdyby taki superbohater pojawił się w naszej polskiej rzeczywistości, ale zacznijmy od początku.

Przystępując do lektury książki, poznajemy trzech głównych bohaterów, ale to dwóch z nich wysuwa się na pierwszy plan powieści. Pierwszym z nich jest Dorian, młody wikary pełniący posługę kapłańską w jednej z warszawskich parafii. Dorian skrywa pewien sekret. Jest ojcem. Ma córkę, która nic o nim nie wie. Jej matka Ewa również nie ma pojęcia o tym, że to on może być ojcem jej dziecka. To, co kiedyś wydarzyło się między Dorianem i Ewą, było wynikiem jednorazowej pokusy, której mężczyzna uległ, będąc już diakonem. Dziś, kiedy my czytelnicy wkraczamy w jego życie, widzimy, że śledzenie i obserwowanie Ewy i jej córki stało się dla wikarego obsesją.

Drugim ze wspomnianych bohaterów jest Dawid Volkodlak niezwyciężony mistrz walk MMA, którego kochają tłumy. Choć obaj żyją w zupełnie różnych środowiskach i zajmują się zupełnie czymś innym wkrótce w życiu Doriana stanie się coś, co sprawi, że  pojawi się jeden wspólny mianownik, który niejako będzie ich ze sobą łączył. Pewnego dnia bowiem Dorian uczestniczy w nieudanej próbie egzorcyzmu młodej kobiety przeprowadzanej przez proboszcza będącego jego zwierzchnikiem. Po tym zdarzeniu zaczyna dostrzegać u siebie różne nadprzyrodzone moce. W pierwszej kolejności zdaje sobie sprawę z tego, że kiedy zbliża się do drugiego człowieka, jest w stanie poznać jego wszystkie przewinienia, oszustwa, krzywdy i traumy, a jak się przekonacie podczas lektury książki, jest to dopiero początek jego nadprzyrodzonych zdolności. Tak oto narodził się człowiek demon. Jednak to, czego doświadcza Dorian, nie jest klasycznym opętaniem, a zupełnym jego odwróceniem, ponieważ demon nie ma władzy nad Dorianem. To on całkowicie panuje nad swoimi mocami i może je wykorzystać w dowolny sposób.
Wiedząc, że teraz może wyczuć wszelkie zło, postanawia podjąć z nim walkę. Wkrótce jednak to, co miało służyć dobru, przekracza cienką granicę zła.

W tym momencie autor zadaje nam pytanie: Czym jest dobro, jaka jest jego definicja"? Czyż bowiem nie jest tak, że pojęcie dobra jest subiektywne dla każdego z nas. Jak się przekonacie, Dorian również był przekonany, że czyni dobro, a jednak jego działania sprawiły, że w oczach ludzi stał się potworem. Każdy z nas jest przekonany o tym, że jest dobrym człowiekiem i dąży do czynienia dobra, ale, czy droga, którą chcemy je osiągnąć, na pewno zawsze jest tą właściwą? O tym przekonacie się już sami, spędzając czas z najnowszym literackim dzieckiem Artura Urbanowicza.

Kolejnym stawianym przez pisarza pytaniem jest: „Dlaczego chcemy być dobrzy"? Czy naprawdę to dobro wypływa z nas samych, czy może jesteśmy dobrzy, ponieważ boimy się kary za nasze złe czyny? Czy gdybyśmy mieli zapewnioną bezkarność, anonimowość, nieśmiertelność nadal, chcielibyśmy czynić tylko dobro? Zanim odpowiecie sobie na to pytanie, koniecznie przeczytajcie „Demana”.

A teraz wróćmy na chwilę do tego, że jak wspomniałam wcześniej, dwóch bohaterów książki coś łączy. Otóż Dawid również ma swoje nadprzyrodzone moce, które zyskał w wyniku pewnego zdarzenia z dzieciństwa, a które to zdolności odcisnęły się tragicznym piętnem na nim jako dziecku i mają swoje konsekwencje do dziś.

„Deman” to wciągający i dynamiczny horror fantasy będący jednocześnie ukłonem w stronę kultu superbohaterów. Jednak każdy znajdzie tu coś dla siebie, ponieważ mamy także wspaniale poprowadzoną warstwę obyczajową, w której bohaterowie, jak każdy z nas nie są bez skazy. Mają swoje problemy i tajemnice. Nikt z nas nie jest nieskazitelny. Kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamieniem. A także warstwę psychologiczną skłaniającą nas do wielu przemyśleń i refleksji, ale o tym przekonacie się, spędzając czas z książką, do czego serdecznie was zachęcam. Mimo że książka jest niezłą cegiełką, to czyta się ją bardzo szybko z rosnącą ciekawością tego, co wydarzy się za chwilę, a to dzięki świetnym plot twistom występującym na końcu każdego rozdziału, które sprawiają, że od książki nie można się oderwać. To wszystko w połączeniu z rewelacyjnie wykreowanymi postaciami bohaterów oraz ogólnym dopracowaniem książki w każdym aspekcie sprawia, że jej lektura jest wspaniałą ucztą literacką.

[Materiał reklamowy] Agencja Media&Work.

 

niedziela, 11 października 2020

Czy w istocie lepsze jest wrogiem dobrego?

Z
astanówmy się przez chwilę, co wpływa na nasz sposób postrzegania świata. Jak to się dzieje, że kilka osób rozmawiających na ten sam temat będzie postrzegało go zupełnie inaczej. Oczywiście na pewno wielu z Was powie, że istotnym czynnikiem mającym duży wpływ na to, jak odbieramy świat, ma nasze doświadczenie życiowe i to, co przez całe swoje życie przeżyliśmy. Owszem jest to niezaprzeczalną prawdą. Jednak, o czym przekonacie się podczas lektury książki Artura Urbanowicza „Paradoks”, z której recenzją dziś do Was przychodzę, proces kształtowania naszego postrzegania otaczającej nas rzeczywistości rozpoczyna się już w momencie studiów. Młody człowiek już wówczas wybierając kierunek swojego kształcenia, decyduje jaką drogą chce podążać i co jest naturalną koleją rzeczy, bardzo szybko jego umysł zaczyna coraz bardziej odbierać wszystko wokół z punktu widzenia dziedziny, w której się kształci. Choć my jako ludzie jesteśmy do siebie bardzo podobni, to ten sam problem zupełnie inaczej postrzegał, będzie psycholog, inaczej, chemik, a jeszcze inaczej filozof.

Na kartach książki poznajemy Maksa Okrągłego studenta matematyki, którego całe życie zdominowane jest poprzez potrzebę dążenia do perfekcjonizmu. Chłopak robi wszystko, aby stać się najlepszą wersją siebie. Jego analityczny, przesiąknięty matematyką umysł analizuje każdy najdrobniejszy nawet aspekt jego życia i codzienności po to, by osiągnąć najwyższą efektywność swoich działań i czerpać z tego, jak największe korzyści. Nasz bohater jest najlepszym studentem uczelni. Kiedy patrzymy na jego życie z boku, moglibyśmy mu pozazdrościć tego, jak mimo młodego wieku dobrze sobie radzi. Ma własne mieszkanie, sam się utrzymuje i cieszy uznaniem kadry na uczelni. On widzi same profity z tego, aby zawsze być numerem jeden. Jednak choć sam się do tego nie przyznaje, czuje się bardzo samotny. Wynika to z faktu, iż traktuje ludzi za gorszych od siebie. Gardzi nimi. Choć wszyscy przecież mówimy jednym językiem to, często nie czuje się rozumiany przez swoich kolegów i koleżanki z roku. Oni traktują go, jak dziwaka, którego perfekcjonizm przybierając nader skrajne formy, staje się niebezpieczny. Maks nie dopuszcza do siebie możliwości popełnienia nawet drobnego błędu, a kiedy tak się dzieje, czuje do na siebie złość i nienawiść, chcąc jak najdotkliwiej się ukarać poprzez zadawanie sobie fizycznego bólu. Niestety im bardziej zdeterminowany jest do tego, aby być idealnym i nie omylnym, paradoksalnie coraz więcej błędów popełnia. Co więcej, coraz częściej prześladują go paranoiczne myśli, że jego życiu zagraża niebezpieczeństwo ze strony swojego sobowtóra, który pragnie jego śmierci. Nie może być ich dwóch. Czas stanąć do konfrontacji i przekonać się, czy lepsze zawsze jest wrogiem dobrego.

Znam wszystkie książki Artura Urbanowicza i śmiało mogę powiedzieć, że ta choć równie genialna, jak pozostałe, jest zupełnie inna. Tutaj autor perfekcyjnie lawiruje pomiędzy kilkoma gatunkami literackimi. W fabule znajdziemy bowiem wspaniale splecione ze sobą wątki horroru, science – fiction oraz thrillera psychologicznego. I to właśnie na ten ostatni gatunek tym razem autor położył największy nacisk. Na kartach powieści poznajemy bowiem doskonale wykreowaną postać bohatera, który swoim poczuciem wyższości nad innymi nie zyskuje sympatii czytelnika. Maks wręcz budzi niechęć. Warto zwrócić uwagę na to, że on sam nie dostrzega, jak bardzo złe są jego relacje z ludźmi. Porzucony przez matkę nie wykazuje żadnego szacunku ani respektu dla ojca, który go wychowywał. Nie ma przyjaciół ani dziewczyny. Nie zdradzę niczego więcej, ponadto, że jego postępowanie będzie miało znaczący wpływ na przebieg całej jego historii, którą poznaje czytelnik.

Jeśli jednak sięgacie po książki autora ze względu na jego fenomenalny talent do budowania nastroju grozy, to nie martwcie się, tutaj również jej nie zabraknie. Udręczony umysł matematyka pracujący zawsze na najwyższych obrotach może w pewnym momencie stać się bowiem największym jego prześladowcą. My sami jednak od początku do końca lektury nie możemy być pewni, co z w całej historii jest prawdą, a co tylko wytworem wyobraźni, czy sennym koszmarem. Artur Urbanowicz wodzi nas za nos i steruje naszymi emocjami, utrzymując nas w ciągłej niepewności nie tylko tego, w co powinniśmy wierzyć, a w co nie, ale przede wszystkim tego, co wydarzy się za chwilę.

To wszystko i o wiele więcej, co czeka na Was podczas lektury, a o czym nie chcę pisać po to, aby nie tylko nie zdradzić Wam zbyt wiele i nie popsuć przyjemności odkrywania złożonych i mrocznych labiryntów tej opowieści, ale przede wszystkim dlatego, że nie chcę narzucać Wam swoich refleksji i przemyśleń, które na pewno Wam również się nasuną, sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem, niemalże czując klimat niepokoju, który w nas wzbudza. Nich każdy ułoży sobie tę historię po swojemu i wyciągnie z niej własne wnioski.

Z uwagi na to, że fabuła dotyka naprawdę życiowych tematów takich jak poczucie niezrozumienia, dążenie do perfekcji, trudne relacje z innymi. Problemy w relacjach rodzinnych, samotność wynikającą z niezrozumienia przez otoczenie jestem pewna, że niemalże każdy znajdzie w tej historii cząstkę siebie.

Z pewnością nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że jestem pod wielkim wrażeniem tej książki. Jest świetna i choć inna niż te, z których do tej pory znaliśmy twórczość autora równie wciągająca, świetnie dopracowana i przemyślana. Tu wszystko dzieje się po coś. Fabuła nie posiada żadnych zbędnych elementów. Nawet jeżeli w pierwszej chwili mamy wrażenie, że nasza uwaga została skupiona zbyt mocno, na błahym wydawałoby się jej elemencie, to za chwilę okazuje się, że był to cel zamierzony i przemyślany mający czemuś służyć.

Musicie wiedzieć, że jestem czytelnikiem, który boi się sięgać po książki o dużej objętości. Nie przeraża mnie liczba stron, a towarzyszy mi obawa, że książka w pewnym momencie stanie się dla mnie nużąca i będę się zwyczajnie męczyć jej czytaniem. W przypadku książek Pana Artura obawa zupełnie znika. Już od pierwszych stron bowiem widać, że stara się On, aby jego książki, czytało się lekko, przyjemnie z coraz większą ciekawością i zaangażowaniem. I udaje się to rewelacyjnie. Nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że każda Jego książka jest lepsza od poprzedniej, przez co stawia sobie coraz wyższą poprzeczkę, aby następnym razem być jeszcze lepszą wersją siebie jako pisarza. Już nie mogę doczekać się, co przygotuje dla nas w swojej kolejnej książce, a Was nie zatrzymuję już dłużej, abyście mogli niezwłocznie sami przeczytać „Paradoks”, do czego gorąco Was namawiam i zachęcam. Możecie, mi wierzyć, że od momentu, kiedy poznacie tę książkę, szerokim łukiem będziecie omijać poradniki i programy z rodzaju tych „Jak efektywniej zarządzać swoim czasem”, „Jak być bardziej efektywnym w swoich działaniach”.

Na zakończenie mam  ciekawostkę dla tych z Was, którzy czytaliście poprzednie książki autora. Tutaj znajdziecie pewne elementy pochodzące właśnie z tamtych powieści. Jeśli ktoś zna tamte książki, z pewnością łatwo je odnajdzie. Dla mnie była to miła niespodzianka, a więc i Wy czytajcie uważnie.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Vesper, za co bardzo dziękuję.

Inne książki autora, które recenzowałam:


środa, 13 listopada 2019

Artur Urbanowicz "Gałęziste" ( Wydanie II poprawione) Fragment powieści/ Premierowo.


Kochani, nie wiem, czy też tak macie, ale jeśli o mnie chodzi, to jesienią bardzo lubię sięgać po mroczne w swoim klimacie książki, których lekturze sprzyja ponura pogoda za oknem, krótkie dni i bardzo szybko zapadający zmrok. Jeszcze jakiś czas temu nie lubiłam bać się podczas czytania, ale od kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po twórczość Pana Artura Urbanowicza, przepadłam bez reszty i od tej pory jest on moim ulubionym twórcą literatury grozy, dlatego dziś jest dla mnie wyjątkowy dzień, ponieważ właśnie dziś swoją premierę ma wydane nakładem wydawnictwa Vesper drugie poprawione wydanie książki „Gałęziste tego autora. 

Jako że moją recenzję mieliście już okazję przeczytać przedpremierowo, to w dniu premiery wspólnie z autorem chcemy zaprezentować Wam fragment powieści.


Po piętnastu minutach dotarli do czerwonej tabliczki z napisem Rezerwat przyrody. Cmentarzysko Jaćwingów. Karolinę zaciekawiło to miejsce już wtedy, kiedy pod raz pierwszy wspomniała o nim Janikowa. Wiedziała, że ten pradawny bałtyjski lud zamieszkiwał w średniowieczu obszary dzisiejszej północno-wschodniej Polski, ale nic poza tym.
– O kurde… – wyrwało się Tomkowi.
Miejsce było magiczne.
Weszli na niedużą polanę, na której tu i ówdzie rosły samotne drzewa, bez podszytu i krzewów. Całą jej powierzchnię pokrywał gęsty, biały dywan zawilców. Przy wejściu na cmentarzysko znajdował się spory, okrągły, kamienny kurhan – zapewne najważniejszy z grobów, ponieważ jedyny taki na całym obszarze. Rozglądając się wokół, Karolina i Tomek dostrzegali jednak coraz więcej płaskich, okrągłych, zarośniętych trawą kopców, których na pewno nie stworzyła natura. Magii miejscu dodawał zapadający zmrok, delikatna mgiełka unosząca się tuż nad ziemią oraz fakt, że cmentarzysko znajdowało się na gęsto zalesionym płaskowyżu.
I ta cisza. Zupełnie jakby ktoś wyłączył dźwięk. Żadnego śpiewu ptaków ani szumu wiatru, który poruszałby drzewami.
– Jak z Władcy Pierścieni! – zapiała z zachwytem Karolina. Wyciągnęła smartfona i póki pozwalało na to światło, zrobiła kilka zdjęć. Tomek podszedł do tablicy informacyjnej, na której można było przeczytać o wykopaliskach prowadzonych tutaj w przeszłości. Dowiedział się między innymi, że najbliższa osada Jaćwingów znajdowała się – o ironio – tam, gdzie obecnie leżą Osinki. Okolicę między nią a cmentarzyskiem oblewało wówczas spore jezioro, co tłumaczyło ukształtowanie terenu.
– Słucham recenzji szanownego pana! – powiedziała Karolina, kiedy wracali do Białodębów. Wycisnęli z końcówki dnia tyle, ile się dało, i opuścili cmentarzysko, dopiero gdy zapadł zmierzch i nie mogli już w pełni podziwiać jego piękna.
– Z niechęcią, bo z niechęcią, ale muszę przyznać ci rację. Warto było tam się wybrać – odpowiedział z żartobliwym przekąsem.
– A widzisz! To jeszcze mi powiedz, jak bardzo się cieszysz, że tu przyjechaliśmy, a będę wniebowzięta. – Wtuliła się w jego ramię.
– O nie, Karuś, na to musisz bardziej zasłu… – urwał, kiedy po ich lewej stronie, daleko w leśnej gęstwinie, głośno trzasnęła gałązka. Zatrzymali się i spojrzeli w tamtym kierunku. Po chwili ciszy usłyszeli, jak runo szeleści od czyichś kroków. Szybkich kroków.
Karolina ścisnęła mocniej dłoń Tomka, drugą ręką zaś objęła jego potężne ramię. Po kilku sekundach kroki ucichły.
– Jest tu kto?! – rzucił Tomek. Nie otrzymał odpowiedzi, ale usłyszeli kolejne szelesty. Nie odrywając ręki od Tomkowego ramienia, Karolina przesunęła się za bezpieczną barierę oddzielającą ją od źródła hałasów, którą tworzyło masywne ciało jej chłopaka. Wyciągnęła telefon. Pochłonięta utrwalaniem na zdjęciach cmentarzyska Jaćwingów nie zwróciła wcześniej uwagi na to, że w tym lesie nie było zasięgu.
Odgłosy kroków rozległy się ponownie. Zbliżały się. Tomek przełknął ślinę i wytężył wzrok, próbując dostrzec cokolwiek w leśnej gęstwinie.
Kiedy osobnik zbliżył się do nich mniej więcej na dziesięć metrów, znowu się zatrzymał.
– Kto tu jest?! – zawołał Tomek. Czuł na sobie dotyk drżących dłoni Karoliny, który w połączeniu z wieczornym chłodem i jego delikatnym niepokojem poskutkował gęsią skórką.
Cisza.
– Dobra, gościu, pokaż się! To wcale nie jest zabawne! Jak tam zaraz do ciebie wejdę… – Nie zdołał dokończyć zdania, kiedy po lesie powtórnie rozniósł się szelest. Tajemniczy ktoś już nie szedł, a biegł, i to szybko. Zamarli, kiedy spomiędzy drzew nagle wyskoczyła wielka, czarna, włochata i warcząca kula. Tomek nie zastanawiał się długo, instynktownie zarzucił drobne ciało Karoliny na ramię i co sił w nogach puścił się biegiem po ścieżce. Rytmicznie wciągał powietrze nosem i wypuszczał ustami, podczas gdy ona spoglądała z lękiem za jego plecy.
Ogromny odyniec za nimi nie dawał za wygraną i z przeraźliwym kwiczeniem gonił ich na swoich krótkich nóżkach. Tomek nie zwolnił, nawet gdy znalazł się w Białodębach. Pogłos jego ciężkich kroków odbijał się echem od drzew. Z gracją rączego rumaka śmignął pomiędzy kolejnymi gospodarstwami i dotarłszy na znajome, oświetlone jedynie lampą nad gankiem podwórko, energicznie postawił Karolinę na ziemi i zamknął za sobą bramkę. Jak się okazało – niepotrzebnie, gdyż dzika już za nimi nie było.
– Ja pierdzielę! – Tomek pochylił się i oparł dłonie na udach, głęboko oddychając. Karolina podeszła do niego i zaczęła masować po plecach okrytych mokrą od potu koszulką. Jej serce też biło o wiele szybciej niż normalnie, tyle że z emocji.
– W porządku?
– Tak. Ale, holender, uch, takiej przygody na zakończenie roman… tycznej przechadzki po lesie to ja się nie spodziewał… em. – Parsknął śmiechem.
– Mój ty bohaterze! – zapiała teatralnie wzniosłym tonem. Czy jednak na pewno musiała udawać? W swoich wyjściowych bucikach nie miałaby szans biec tak szybko. Gdyby nie Tomek, byłaby skazana na pastwę dzikiej świni.
„Być skazaną na pastwę dzikiej świni…”
Kiedy dodała do tej myśli obrazek rozpaczliwej ucieczki Tomka z nią na rękach, nie wytrzymała. Zaśmiała się głośno i dopiero gdy trochę się uspokoiła, dodała:
– Nie spodziewałam się, że umiesz tak szybko zasu… wać! – Zakrztusiła się.
– Ba, sam do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z tej supermocy! – odparł i także się roześmiał.
– Usain Bolt może ci buty czyścić, Tomaszu „Turbodymomenie” Wawrentowiczu! Gazowałeś jak mały samochodzik. – Karolina już prawie płakała ze śmiechu.
Nagle spoważniała.
– Zgubiłam plecak.
Wyprostował się.
– Jak to zgubiłaś?
– Miałam go przy sobie, jak wracaliśmy. Musiał mi się zsunąć z ramienia, jak brałeś mnie na ręce.
– Pięknie. Co w nim było?
– Jakieś resztki jedzenia, chusteczki, chyba twój scyzoryk i… kurczę, twoja bluza.
– A komórka?
– Mam ją w kieszeni. Na szczęście.
W odpowiedzi Tomek spojrzał w mrok, w kierunku, z którego przybiegli. Księżyc w trzeciej kwadrze oświetlał polanę srebrzystym blaskiem. Za dnia zielona, a teraz czarna ściana lasu wypełniała horyzont.
– Nie wiem jak ty, ale ja nie mam zamiaru tam wracać. Przynajmniej w nocy.
Karolina spojrzała w niebo.
– Na deszcz się nie zanosi. Chyba nic się nie stanie, jak poszukamy go jutro rano.
– No, chyba nie. Ale nie myśl sobie, że się czegoś boję!
– Oczywiście, że tak nie myślę! – odparła z udawaną egzaltacją.
– Jeżeli już, to tego, że okoliczni ludzie też olewają ten śmieszny zakaz wjazdu i ktoś zostawi odcisk opony na moim biednym plecaczku. – Tomek udał rozpacz.
– Ja to bym się martwiła, czy dzik, którego panicznie się przestraszyłeś, nie wyczuje tych wyśmienitych kabanosków, które zostały w środku.
– Ja panicznie przestraszyłem się dzika?! – Tym razem nad Białodębami rozbrzmiało sztuczne oburzenie.
– A nie? Miałeś gęsią skórkę nawet na dłoni. Mnie nie oszukasz. Myślisz, że nie czułam?!
– Oczywiście, że nie! – odpowiedział na pierwsze pytanie. – W razie potrzeby rozłożyłbym go jednym palcem. Ja po prostu się spieszyłem, bo… muszę pilnie do toalety!
– Tak, ja wiem, że musisz! Nawet znam powód. – Zachichotała.
Tomek zaraził się jej nastrojem i obydwoje, roześmiani jak nigdy, weszli do domu. Tam, w korytarzu na parterze, spotkali Natalię.
– Co wam tak wesoło?
Pytanie wywołało u nich kolejny niekontrolowany wybuch śmiechu. Karolina odpowiedziała dopiero po chwili, wcześniej zwyczajnie nie była w stanie:
– Taka mała przygoda z dzikiem spotkanym w lesie. Żebyś widziała, jak Tomek galopował!
– Nie słuchaj jej, wcale nie uciekałem, tylko narażałem życie, walcząc jak…
Zamilkł, gdyż za Natalią otworzyły się drzwi i stanęła w nich starsza kobieta. Wszyscy troje na nią spojrzeli. Tomek widział ją pierwszy raz w życiu, lecz domyślił się, że to najprawdopodobniej ta sama, która zmyła Karolinie głowę za jego niefortunny rzut butelką.
– Dobry wieczór miłej gospodyni! – zagaił.
Nie odpowiedziała. Nawet nie podniosła głowy. Jakby ich tam nie było. Ruszyła powolnym krokiem naprzód. Natalia zeszła jej z drogi. Tomek nie był pewien, czy babuleńka go nie dosłyszała, czy zwyczajnie zignorowała, i zastanawiał się, czy powtórzyć powitanie. Staruszka przeszła obok nich i skierowała się do pokoju na końcu szerokiego holu.
– Wybaczcie babci, że tak się zachowuje. Dziś umarł jej mąż, czyli mój dziadek Jurek. Sami rozumiecie… – powiedziała szeptem Natalia.
Sens jej słów dotarł do nich z opóźnieniem, dopiero po kilku sekundach.
Synchronicznie zwrócili głowy za kobietą, która akurat wchodziła do pokoju. Kiedy przeszła przez próg i zeszła z widoku, na ułamek sekundy ukazała się im biała jak ściana i pomarszczona twarz spoczywającego w łóżku zmarłego.
Drzwi z trzaskiem zamknęły się za babcią Natalii. Hałas rozniósł się po domu z pogłosem jak gdyby wzmacnianym przez wszechobecną ciemność. Po nim zapadła cisza.
– No cóż, bywa. Przynajmniej nie cierpiał, umarł ze starości – powiedziała Natalia.
Karolinę nagle coś tknęło, lecz nadmiar myśli nie pozwolił jej skupić się na tej konkretnej przez dłuższy czas i natychmiast wyleciała jej z głowy. Co to było?
– OK, kochani, nie wiem jak wy, ale ja powoli zbieram się do spania. Światło na korytarzu niech na razie zostanie, może babcia będzie chciała wrócić do drugiej sypialni. Dobrej nocy. – Natalia pomachała im i zniknęła za najbliższymi drzwiami.
Zostali sami w mrocznym korytarzu (w obliczu słabej żaróweczki w holu, „światło” z ust Natalii stanowiło spore nadużycie) i przez moment patrzyli sobie w oczy. W końcu Tomek ruszył w kierunku schodów, a Karolina pospiesznie podążyła za nim. Tak się złożyło, że nie chciała zostać tam sama, nawet przez chwilę. Odezwali się dopiero za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju.
– No fajnie, czyli mieszkamy w jednym domu z trupem – odezwał się Tomek. Chodził w tę i z powrotem z rękami na biodrach.
Karolina nie odpowiedziała. Usiadła na łóżku i spoglądała na niego. Cała wesołość uleciała z niej jak ręką odjął i wydawała się tak odległym wspomnieniem, jakby przygoda z dzikiem wydarzyła się wczoraj.
– I przygarnęli nas do siebie na kilka dni, kiedy właśnie umarł im dziadek? – zapytał Tomek. Jego głos docierał do niej z zakłóceniami, jakby nie do końca przebijał się przez gęste powietrze.
– Nie wiem. Może Janikowa nalegała i nie mieli innego wyboru? – odpowiedziała.
– Zwróciłaś uwagę na Natalię? Czy tak rozmawiałaby z nami osoba, która przeżywa śmierć bliskiego? Ty jesteś przyszłą psycholożką. To tak działa u kobiet? Jakieś wyparcie złych emocji i odłożenie ich na potem?
Karolina przypomniała sobie myśl, która przed chwilą od razu jej uleciała, gdyż zastanowiło ją dokładnie to samo. Jak ta dziewczyna mogła rozmawiać z nimi z taką swobodą, beztroską i wesołością?
– Nie wiem. Może go nie lubiła. Może nie jest za bardzo uczuciowa i nie przywiązuje się do bliskich. A może po prostu tacy są ludzie na Suwalszczyźnie?
– Dobra, olać to teraz. Podstawowe pytanie: co robimy?
Karolina miała ogromną ochotę znowu zacząć od „nie wiem”, lecz w porę ugryzła się w język. Nie uśmiechało jej się spędzenie nocy w tym domu. Nie chodziło nawet o to, że się bała. Jako głęboko wierząca osoba uważała, że duchy – swego rodzaju projekcje, echa dusz po zmarłych – istnieją. Nie, nie chodziło o strach. Bardziej o tę atmosferę. W miejscach dotkniętych śmiercią wręcz odczuwało się ją w powietrzu. Zapewne przy sporym udziale wyobraźni, ale jednak. To, co kodowało się w umyśle, zmieniało postrzeganie rzeczywistości.
– Nic już nie znajdziemy o tej porze, chyba że hotel w Suwałkach – odpowiedziała wreszcie.
Tomek zaklął pod nosem. U niego także nie chodziło o strach czy coś w tym stylu. W odróżnieniu od Karoliny nie wierzył w duchy. Za to zgadzał się z nią w innej kwestii – zwyczajnie nie miał ochoty nocować pod jednym dachem z trupem. Wraz ze słowami Natalii, widokiem nieboszczyka oraz świadomością, że w linii prostej dzieliło ich od niego zaledwie kilkanaście metrów, atmosfera w Białodębach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniła się z sielskiej w… grobową.
Tak, to było dobre słowo.
– Dobra. Nie wiem, jak zapatrujesz się na to, co powiem, ale ja mimo wszystko bym został. I tak pewnie jutro wywiozą go do jakiegoś domu pogrzebowego. A nawet jeśli wpierw ściągnie tu cała wioska, by wspólnie się modlić, czuwać czy co tam jeszcze, to i tak przez cały dzień będziemy poza domem. Ale jeżeli wrócimy i on dalej tu będzie, wyjedziemy. Lepszego rozwiązania na ten moment nie widzę. Co ty na to?
Karolina spodziewała się takiej propozycji. Średnio jej się podobała, lecz sama nie potrafiła zaproponować nic lepszego.
– Spoko. Zostajemy w takim razie. Po prostu udawajmy, że tego nie widzieliśmy ani nie słyszeliśmy, i cieszmy się wyjazdem.
„Ha, łatwo powiedzieć!”
– Idź pierwsza pod prysznic. Gorąca kąpiel dobrze ci zrobi.
Choć Karolina po stokroć bardziej wolałaby teraz wannę, i tak powiedziała:
– Jesteś kochany.
Uśmiechnął się lekko.
– Do usług.
Wyjęła z walizki ręcznik, kosmetyczkę oraz piżamę i wyszła z pokoju. W tym czasie, aby zająć czymś skołatane myśli, Tomek wyciągnął z walizki tablet. Karolina nie kłamała. Urządzenie nie wykrywało żadnej sieci, o dostępie do internetu mogli jedynie pomarzyć.
Z braku laku odpalił grę w bąbelki i oddał się jej bez reszty.
* * *
Karolina spędziła pod gorącym strumieniem wody dobre dwadzieścia minut. Przyjemne uczucie ciepła wypełniało jej drobne ciało i powoli zmywało z duszy niepokój. Umyła także włosy. Po kąpieli starannie wyszczotkowała zęby i wysmarowała ciało balsamem. Na koniec włożyła piżamę, przejrzała się w lustrze i wyszła z łazienki. Słabe oświetlenie korytarza w postaci pojedynczej lampy na ścianie drażniło oczy.
Starała się o tym nie myśleć, lecz odniosła wrażenie, że panuje tam dziwny, duszący, przenikliwy chłód.
Kiedy mijała żarówkę, ta zamrugała.
Przyspieszyła kroku. Wpadła do pokoju i zamknęła drzwi z trochę większą siłą, niż to było konieczne.
– A tobie co? – Tomek uniósł oczy znad ekranu tabletu.
– Nic, a co miałoby być? – odpowiedziała, siląc się na obojętny ton. Nawet nieźle jej wyszedł.
– Skończyłaś już?
– Co sko…? A! Tak.
– Dobra, to teraz ja. – Wziął z bagaży ten sam zestaw co ona, wyszedł z pokoju i zostawił za sobą otwarte drzwi. Karolina czym prędzej je zamknęła, znowu wykonując to o wiele gwałtowniej, niż musiała.
„Czego się boisz?”
Co najgorsze, nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, lecz nieprzyjemny ucisk w żołądku narastał z każdą sekundą. Wzięła głęboki oddech. Uczono ją, że dotlenienie komórek skutecznie pomaga się uspokoić, ale nie odczuła żadnej różnicy.
Wyjęła z walizki suszarkę, podłączyła ją do kontaktu przy lustrze, włączyła na cały regulator i zaczęła suszyć włosy.
* * *
Przed wejściem pod prysznic Tomek zdjął z szyi swój nieodłączny wisiorek – anch, czyli krzyż, którego górne ramię ma kształt pętli. Wiązała się z nim zabawna historia, z której powodu nosił go właściwie przez cały czas.
Otóż mało kto zdaje sobie sprawę, że ten symbol ma z chrześcijaństwem tyle wspólnego, ile babcia Natalii z tytułem miss uprzejmości. Karolina też tego nie wiedziała i to ona mu go kiedyś kupiła.
Do dziś pamiętał jej wzrok, kiedy wręczyła prezent, prosząc, by go nosił. Myślała bowiem, że daje mu jakiś rodzaj krzyża chrześcijańskiego. Pamiętał również swoje spojrzenie w tamtym momencie, zgoła inne – patrzył na nią jak na wariatkę. Nie wiedział, na co liczyła. Jak mogła naiwnie wierzyć, że jakiś kawałek metalu nagle magicznie wpłynie na jego postrzeganie świata? Na samą myśl chciało mu się kpiąco prychać.
Co za żałosny zabobon.
Czasami jedynie ostatnimi resztkami silnej woli powstrzymywał się, by agresywnie nie wypunktować Karolinie jej ciemnoty. On bowiem w przeciwieństwie do niej nie praktykował katolicyzmu z największą celebrą wyniesioną z domu rodzinnego.
Nie praktykował niczego.
Z oczywistego powodu: najzwyczajniej w świecie nie wierzył w Boga.
Dopiero kiedy przeszukał internet i przeczytał o znaczeniach tego symbolu, uznał, że niechcący wszedł w posiadanie przedmiotu, który pasował do niego jak ulał. No bo co może lepiej podsumowywać jego osobowość niż ikonka oznaczająca w pewnym sensie pochwałę rozwiązłości? W każdej jej interpretacji pojawiał się wspólny wykładnik w postaci seksu i już w czasach faraonów anch był ściśle związany z kultem płodności. Tomek o mało nie umarł ze śmiechu, kiedy przekazywał odkrycie Karolinie i z kąśliwą ironią dziękował jej za trafiony prezencik. Kiedy jej wpadka wyszła na jaw, zrobiło jej się niesamowicie wstyd. Tomek znowu nie rozumiał takiej postawy, gdyż traktował całą sytuację w kategoriach żartu i zaskakującego zbiegu okoliczności.
Chrześcijanie mają trudne życie, skoro przejmują się takimi głupotami.
Dowcipkował, że musiał to być znak od losu. Między innymi z tego powodu (choć tak naprawdę chciał zrobić Karolinie na złość) postanowił, że od tamtej pory nie będzie rozstawał się z tym wisiorem. Naturalnie poza momentami takimi jak teraz, kiedy wchodził pod prysznic, szedł na basen albo do sauny.
Położył wisiorek pod lustrem, zniknął za zasłoną i odkręcił wodę.
* * *
Kiedy Tomek się kąpał, Karolina bardzo nie chciała siedzieć w ciszy. Tylko że nie mogła już dłużej używać suszarki, ponieważ jej włosy były zupełnie suche i istniało zagrożenie, że je zniszczy. Kusiło ją, by zostawić włączone urządzenie i po prostu odłożyć, ale nawet brzmiało to idiotycznie. Rozejrzała się po pokoju i pożałowała, że nie ma tam radia.
– Kurczę… – mruknęła.
Zdarzały jej się wcześniej podobne napady niepohamowanego lęku, lecz ostatni przypadek nastąpił chyba jeszcze w gimnazjum i od tamtej pory nie powtórzył się ani razu. Nie rozumiała, o co chodzi. Wsadziła dłonie pod pachy i krążyła po pokoju, głęboko oddychając. Jakby jeszcze tego brakowało, uderzyła małym palcem u stopy o szafkę, dzięki czemu zwróciła uwagę na leżący przy niej duży metalowy klucz, którego wcześniej nie zauważyła. Okazał się kopią tego, który tkwił w drzwiach. Bez zastanowienia podniosła go i położyła na komodzie.
Cisza w pomieszczeniu była nieznośna.
Musiała zająć czymś myśli. Przypomniała sobie o zdjęciach z cmentarzyska Jaćwingów i postanowiła je przejrzeć. To był dobry moment.
Odnalazła w smartfonie odpowiedni folder, położyła się na łóżku i raz jeszcze oddała magii tajemniczego miejsca nieopodal Białodębów. Obejrzała dokładnie każde zdjęcie, niemalże piksel po pikselu. Lubiła skupiać się na szczegółach. Dzięki temu na fotografiach zawsze można było odkryć coś nowego, coś, na co początkowo nie zwróciło się uwagi.
Pewnie dlatego dopiero teraz zobaczyła coś dziwnego. Z początku trudno to było dostrzec, lecz po dokładniejszym zbadaniu…
Zrobiła siedem zdjęć. Na każdym z nich na tle lasu majaczył niewyraźnie ten sam kształt. Przez zapadający wówczas zmierzch trudno było ustalić, co to jest. Obiekt pojawiał się na wszystkich fotografiach, choć Karolina nie skupiała się wtedy na jednym fragmencie polany. Czy kierowała obiektyw na północ, czy na południe, czy na pozostałe strony świata, zawsze chwytała ten sam motyw, i to w różnych punktach kadru, zatem mikroskopijną plamkę na szybce można było wykluczyć.
Zmrużyła oczy.
Drzewo?
Być może, lecz gdyby się uparła, mogłaby powiedzieć, że na zdjęciu widać sylwetkę człowieka. Nie do końca, gdyż ten miałby w takim razie nienaturalnie długie ręce, niemal do ziemi. Do tego, aby załapać się na wszystkie ujęcia, musiałby niesamowicie szybko się przemieszczać. W praktyce niewykonalne.
Może zatem jakiś osobliwy gatunek drzewa, którego pojedyncze sztuki przypadkowo utrwaliła na każdym ze zdjęć? Brzmiało najrozsądniej.
Podskoczyła, gdy nagle otworzyły się drzwi.
– Jezu! – Złapała się za serce.
– Co? – zapytał zaczepnie Tomek, choć dobrze wiedział, o co chodzi.
– Przestraszyłeś mnie!
Kiedy to powiedziała, przypomniała sobie o lęku. Nie pozostał po nim nawet ślad. Ludzki organizm i jego anomalie – również psychiczne – to wciąż jedna wielka zagadka medyczna.
Chciała powiedzieć Tomkowi o zastanawiającym odkryciu, lecz w ostatniej chwili zrezygnowała. Nagle uderzyła ją potężna fala zmęczenia i nie miała siły na żadne dyskusje. Zwłaszcza na temat: „Czy to nie dziwne, że na fotografii lasu w tle majaczy drzewo?”.
Tomek położył się przy niej i na nowo zajął się swoim tabletem. Objęła go w pasie i oparła głowę na jego klatce piersiowej. Było jej z tym średnio wygodnie, ale trudno. Słyszała rytmiczną pracę jego serca, która w połączeniu z przyjemnym ciepłem ciała, świeżym zapachem żelu pod prysznic i równomiernym falowaniem klatki piersiowej sprawiała, że Karolina powoli odpływała. Pomyślała, że mama wzięła sobie do serca jej ostatnie słowa, gdyż od ich rozmowy w restauracji za Augustowem nie zadzwoniła ani razu. Cztery godziny! Niby nic, ale Karolina miała jej tyle do opowiedzenia! Chociaż w sumie… Może dzwoniła, ale tu i tak… nie było… zasięgu.
Zasnęła.
* * *
Tomek stracił rachubę czasu. Najwidoczniej miło go spędzał, marnując życie na gry, bo ani się obejrzał, jak zegarek na ekranie tabletu pokazał północ. „Przy dobrej zabawie…” i tak dalej.
Wielki Czwartek.
Ziewnął, wyłączył urządzenie, delikatnie zdjął z siebie rękę Karoliny i odłożył tablet do walizki. Wrócił do łóżka, położył się i wyłączył małą lampkę. W pokoju zapanowała ciemność, na której tle błyszczała żółta linia spod drzwi.
No tak. Kiedy wracał z łazienki, nie zgasił światła na korytarzu. Cholernie nie chciało mu się podnosić, ale tamten blask był tak irytujący, że Tomek całą siłą woli zmusił się, by ponownie usiąść.
Kiedy postawił nogi na ziemi, usłyszał jakiś dźwięk.
Nie był skupiony, więc za pierwszym razem nie rozpoznał odgłosu. Ten się powtórzył. Skrzypienie podłogi. Wyglądało na to, że ktoś szedł korytarzem na piętrze.
Hmmm… Szedł?
Raczej się skradał. Wszystko na to wskazywało, krok był bardzo ostrożny. Tomek znieruchomiał i nasłuchiwał. W pewnym momencie skrzypienie ucichło, a żółty odcinek spod drzwi podzielił się na trzy krótsze. Przez dobrych kilkanaście sekund nie działo się nic. Bardzo ciekawiło Tomka, cóż to za nocny marek postanowił wybrać się na przechadzkę i zatrzymać się akurat pod ich drzwiami. Zatrzymać się i stać. Coraz dłużej.
Tomek zadziałał instynktownie. Błyskawicznie i najciszej, jak mógł, doskoczył do drzwi i otworzył je.
Nie wiedział, czego oczekiwał, lecz widok, który ujrzał, z pewnością należał do ostatnich, jakie spodziewał się zobaczyć.
– Obudziłam cię? – Jego uszy popieścił słodki, wesoły głosik. W korytarzu stała Natalia. Nie wyglądała na kogoś przyłapanego na podsłuchiwaniu, lecz kiedy Tomek potem wspomniał tę sytuację, podziwiał sam siebie, że w ogóle to dostrzegł. Jego uwagę przykuła bowiem zupełnie inna rzecz.
Dziewczyna była kompletnie naga.
Tak jak teraz nie wyglądała nawet w jego najbardziej śmiałych wyobrażeniach. Perfekcyjna w każdym calu. Od paznokci po końcówki włosów. Miała wygolone włosy łonowe, nad nimi płaski, lecz nieprzesadnie umięśniony brzuch, a piersi…
„Mój Boże!”
„Pardon. Po prostu niesamowite!”
Całości dopełniała aksamitna skóra bez choćby jednego defektu. I ta twarz. Piękniejszej nie widział w życiu. Wliczając w to wszelkie modelki, piosenkarki czy aktorki – zarówno ze zwykłych filmów, jak i „przyrodniczych”.
Jednak nawet wrażenie, jakie na nim wywarła, nie przesłoniło (choć, szczerze mówiąc, niewiele brakowało) absurdu tej sceny. Przypomniał sobie nagle, że Natalia zadała mu pytanie.
– Eee… Nie. Właśnie się kładłem i chciałem wyłączyć światło na korytarzu – skłamał.
– Mogę cię prosić, byś nie gasił? Zawsze zostawiamy zapalone tutaj na noc, by babcia nie potknęła się na schodach. Na klatce schodowej nie mamy światła.
– W porządku.
Zapadła niezręczna cisza. Musiał w końcu poruszyć ten temat, głupio było udawać, że go nie ma. Wyszedł z progu na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Oj, gdyby Karolina zastała go z nią w takiej sytuacji…
– Mogę zapytać, ekhem, czemu…?
– …jestem naga? – Zaśmiała się słodko. Nawet głos miała modelowy. Jakby niepozornej, nieśmiałej dziewczynki, z lekka zachrypnięty. – Idę pod prysznic, rozebrałam się w swojej sypialni. Skąd miałam wiedzieć, że będziesz na tyle czujny, że przyłapiesz mnie we wstydliwej sytuacji? – zapytała z uśmiechem.
„Wstydliwej?!”
Pomyślał, że chyba sama nie wierzy w to, co mówi. Tak nie zachowuje się spłoszona kobieta. Przeciwnie. Na pewno wiedziała, kto w tej sytuacji bardziej się zawstydził. Zresztą najprawdopodobniej nie istniał na tej planecie heteroseksualny facet, który poczułby się inaczej, widząc ją w takim „stroju”.
– W twojej sypialni?
– Moja jest naprzeciwko waszej.
– Myślałem, że śpisz na dole. Jak się z nami pożegnałaś, to przecież… – Wskazał schody.
– Nie. Musiałam jeszcze dokończyć sprzątanie w pokoju dziadka. W końcu „wyprowadził się” od nas.
– Przyznam ci się, że informacja o tym, co wydarzyło się dzisiaj u was w domu, zwaliła nas z nóg. – Sam się zdziwił, że aż tak się przed nią otworzył. Na oścież. W ogóle nie myślał i wypluł te słowa bez kontroli.
– Domyślam się i przepraszam, że nie powiedzieliśmy wam wcześniej, ale pani Basia Janik tak bardzo prosiła, że nie miałam serca jej odmówić. O nic się nie martwcie. Dziadek zostanie pochowany już jutro, więc co najwyżej tylko tej nocy będzie was straszyć.
– Będzie nas co? – wyrwało mu się.
– Żartowałam! – Roześmiała się.
– No jasne. W końcu duchy nie istnieją. Załapałem – skłamał po raz drugi.
– W kwestii istnienia duchów mam trochę inne zdanie – odparła uprzejmie.
– Szybko działacie, skoro już jutro odbędzie się pogrzeb – zmienił temat. Z jakiegoś powodu ostatnie, czego chciał, to jakiejkolwiek polemiki z tą dziewczyną.
– Mała wioska, to i procedura szybsza. Nie będziemy go chować w Suwałkach. Tam dopiero by się to ciągnęło.
– Racja.
Znowu cisza. Zdecydowanie za długa, choć trwała tylko chwilę. Nie wiedzieć czemu Tomek za wszelką cenę chciał podtrzymać tę rozmowę. Niestety, Natalia chyba wreszcie przypomniała sobie, dlaczego sterczy nago na korytarzu, bo powiedziała:
– Dobra, Tomuś (poczuł przyjemne łaskotanie w brzuchu), miło się rozmawia, ale muszę w końcu wymyć to i owo. – Mrugnęła do niego.
– W takim razie życzę dobrej nocy, Natalio – wysilił się na szarmancki ton. Chyba nieźle mu poszło, bo zachichotała.
– Dobranoc, Tomaszu. Jak będę wracać, postaram się iść trochę ciszej.
– Pa.
Pomaszerowała w stronę łazienki, kręcąc jędrnymi pośladkami niczym modelka na wybiegu. Tomek za wszelką cenę starał się na nią nie patrzeć. Ostrożnie wrócił do pokoju. Zamknął drzwi, oparł się o nie i przez kilka sekund patrzył w ciemność. Jego oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się do niej, lecz wiedział, że spogląda w miejsce, gdzie leżała Karolina.
„Masz mnie za takiego?” – w jego głowie rozległo się echo słów, które sam dzisiaj wypowiedział. Nie mógł uporządkować myśli. Nie wierzył, po prostu nie wierzył, żeby Natalia – i to bez żadnej oznaki skrępowania – ot tak zaprezentowała mu swoją kobiecość, nie chcąc zasugerować mu czegoś więcej. Nie wierzył, że ich spotkanie w takich okolicznościach było przypadkiem. Nie wierzył też w ani jedno słowo o przyczynie jej nagości. Po prostu nie.
Nie wierzył, ale nie pasowała mu w tym wszystkim jedna rzecz. Po prostu brzmiało to zbyt pięknie, by było prawdziwe. Poznali się ledwie kilka godzin wcześniej. I co – już chciała „dyskretnie” dać mu do zrozumienia, że chętnie wylądowałaby z nim w łóżku? Taka panienka?! Choć nie miał żadnych kompleksów, nie dawało się ukryć, że Natalia grała w zupełnie innej lidze. W ekstraklasie. Zawodniczki stamtąd nawet nie patrzą na takich jak on, chyba że po naprawdę bliskim poznaniu. Mogła okręcić sobie wokół palca każdego faceta na świecie. Dowolnie przystojnego, dowolnie bogatego, dowolnie wartościowego w każdym innym aspekcie. Mimo to z jakiegoś powodu przystawiała się do niego. Coś tu się nie zgadzało.
A może jednak?
Tfu!
Jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i w końcu dojrzał tę ognistowłosą istotkę leżącą po lewej stronie łóżka. Wyglądała tak niewinnie, tak rozczulająco.
Czuł się podle.
Kochał ją. Jak nikogo innego. Nie miał wątpliwości, że to ta jedyna, planował po studiach poprosić ją o rękę. Jasne – nie podobało mu się, że nie współżyją, ale przecież związek to nie tylko seks. Od jego ostatniego skoku w bok minęło sporo czasu i – choć tak naprawdę nigdy sobie tego nie obiecywał – miał cichą nadzieję, że kolejny już nigdy więcej nie nastąpi. I tak sporo się działo. Wystarczająco. Czasem dziwki, czasem łatwe kobiety. Jednorazowe wyskoki, takie chwile słabości, i z największą ostrożnością pilnował, by Karolina nigdy o nich się nie dowiedziała. Szło dobrze, dalej żyła w błogiej nieświadomości.
Niemniej liczył, że to koniec. Że weźmie się w garść, dojrzeje i przestanie przegrywać z prąciem, a zacznie używać głowy. Że zacznie w końcu traktować Karolinę z partnerską uczciwością i szacunkiem, na jaki zasługiwała jak mało kto. W końcu to wspaniała, mądra dziewczyna o złotym serduszku. Co prawda irytująco zabobonna i staroświecka, jeżeli chodzi o sprawy łóżkowe, ale Tomek był pewien, że ich pierwszy raz, który nastąpi w noc poślubną, będzie najpiękniejszą chwilą w jego życiu.
Demony niewierności wróciły tej nocy.
Ukrył twarz w dłoniach i wymiętosił policzki.
„To może być twoja jedyna okazja w życiu, by zaliczyć taką piękność!” – odezwał się obrzydliwy głosik w jego głowie, teoretycznie niezależnie od niego. Stop! Jak możesz tak w ogóle…
Z myśli wyrwało go ciche pukanie do drzwi. Otworzył je i jęknął w duchu. Natalia znowu nie zadała sobie trudu, by przepasać się choćby ręcznikiem.
– Liczyłam na to, że jeszcze nie śpisz. – Uśmiechnęła się.
– Nie zasypiam tak szybko.
– Szybko? Wydawało mi się, że siedziałam w łazience strasznie długo. Wiesz, trochę czasu zajmuje, by wysmarować balsamem wszystkie moje zakamarki. – Spojrzała mu głęboko w oczy. Zacisnął zęby. Czuł, że zaraz oszaleje. Chciał ją błagać, by wreszcie się ubrała i dała mu spokój, lecz jednocześnie niczego teraz tak nie pragnął, jak móc dalej podziwiać jej doskonałe ciało. W nieskończoność.
Co najmniej podziwiać, choć można to było porównać do lizania cukierka przez papierek. Wiedział, że znajduje się zaledwie o krok od ziszczenia perspektyw znacznie ciekawszych z męskiego punktu widzenia. Działało to jak grawitacja – wystarczyło tylko pchnąć.
„Nie”.
– Chciałaś czegoś? – Czuł, że prawdopodobnie będzie tego żałował do końca życia, lecz starał się o tym nie myśleć. O dziwo, Natalia nie zareagowała tak, jakby się zawiodła. Albo wszystko było w porządku, albo miała sztukę aktorską opanowaną do perfekcji. Jej twarz nie zmieniła się ani przez moment.
– Tak, znalazłam to w łazience. To chyba wasze. – W dłoni trzymała jego wisiorek. Tomek przypomniał sobie, że rzeczywiście po kąpieli zapomniał zabrać anch spod lustra. Wziął go od niej, starając się nie dotknąć jej dłoni.
– Dziękuję. Tak, to moje.
– Wiesz, co ten symbol oznacza? – zapytała, uśmiechając się i świdrując go wzrokiem.
„Kurde”.
Część jego umysłu, która myślała jeszcze w miarę trzeźwo, doszła do wniosku, że nadszedł najwyższy czas, by zakończyć tę rozmowę. Nie, nie zakończyć. Brutalnie uciąć.
– Tak, prezentuje mój światopogląd na pewne sprawy – oświadczył uprzejmie i dodał: – Przepraszam cię, ale jestem już śpiący i lepiej położę się spać. Dobranoc, Natalio. – Skłonił się lekko, cofnął do pokoju i zamknął drzwi. Jeszcze zanim te na dobre oddzieliły go od dziewczyny, usłyszał, że także życzy mu dobrej nocy. Zdążył zobaczyć, że w dalszym ciągu nie wygląda na rozczarowaną.
Tylko ten rozbrajający, uroczy, życzliwy uśmiech.
Znowu oparł się plecami o drzwi. Odchylił głowę i stuknął o nie potylicą. Usłyszał oddalające się kroki Natalii, potem skrzypienie zawiasów i w końcu szczęknięcie zamka po przekręceniu klucza.
No i spokój.
W myśl niepisanej reguły po takim zachowaniu faceta kobiety takie jak ona nieodwołalnie go skreślają. Taka cecha ich natury. Oznaczało to, że nawet gdyby teraz chciał (a nie chciał…?), to i tak by mu się nie oddała. Nie po takim upokorzeniu. Nie po tym, jak okazało się, że jest gościem, który potrafi oprzeć się jej wdziękom albo, co gorsza, że mu się nie podoba (ha, ha!). Czuł dumę, że udało mu się nie ulec pokusie. Wracał do normalnego trybu myślenia. Demony odeszły.
Przynajmniej na jakiś czas.
Zdziwił go jednak brak reakcji Natalii na jego dictum. To nie powinno tak wyglądać. Nie bez choćby jednej, najdrobniejszej oznaki zawodu. A może… Brzmiało niedorzecznie, ale w sumie czemu nie? Może go sprawdzała? Kokietowała, by w razie gdyby się złamał, oświadczyć, że niczym nie różni się od dziesiątek napalonych facetów, których do tej pory spotykała? Takim pięknościom nie można ufać.
Z każdą sekundą Tomek coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że scenariusz ze swoistą próbą jego silnej woli brzmiał najbardziej prawdopodobnie. Jeżeli naprawdę miał zagrać według niego, to tym bardziej zdał egzamin celująco.
Kiedy oderwał się od drzwi, sklejona z nimi wilgotna piżama oderwała się od nich z oporem. Położył się obok Karoliny. Ta poruszyła się przez sen i ponownie go objęła. Pocałował ją delikatnie w głowę.
„Twoja jedyna nadzieja w tym, że to rzeczywiście była próba, bo jeżeli się pomyliłeś, właśnie popełniłeś największy błąd w swoim życiu” – wkurzający głosik odezwał się w nim po raz kolejny. Energicznie pokręcił głową i spróbował skierować myśli na cokolwiek innego. I udało mu się.
Czy to nie dziwne, że Natalia zachowuje się tak w dniu, w którym umarł jej dziadek? Naprawdę nie zajmuje głowy jego śmiercią? Chyba powinna? Zrozpaczone kobiety wpadają czasem na różne głupie pomysły, ale przerażające było to, że ona na zrozpaczoną nie wyglądała, wręcz przeciwnie – na taką, która myśli w stu procentach jasno i logicznie.
„Użyłem słowa »przerażające«? Nie, bez przesady. »Nie do końca normalne« brzmi lepiej”.
Uśmiechnął się. „Cóż, może po prostu takie uroki i klimat Suwalszczyzny”.
Zamknął oczy i kiedy zasypiał, uśmiech pozostał mu na twarzy.
* * *
Coś sprawiło, że Tomek się obudził. Nie wiedział co. Czy nieokreślony hałas, nieostrożny ruch śpiącej obok Karoliny, czy może sen, którego nie pamiętał? Sięgnął po leżący na komodzie telefon. Druga w nocy. Nie pospał zbyt długo.
Przez moment leżał, patrząc na sufit, nie myśląc o niczym i słysząc jedynie miarowy oddech swojej dziewczyny. W pokoju było całkiem jasno – raz, że na korytarzu w dalszym ciągu paliła się lampa, dwa – do pomieszczenia sączyło się również srebrne światło księżyca. Tomek wstał i podszedł do okna bez wyraźnego celu, przeciągając się. Na zewnątrz widział jedynie mur masywnych świerków – strażników granicy między Białodębami a królestwem natury. Zielonym królestwem.
Zastanawiał się, co dzieje się z ich porzuconym na ścieżce plecakiem. Czy dzik go dopadł i dobrał się do zawartości, czy bluza posłużyła zwierzęciu za fragment legowiska, czy może – podobnie jak resztę „rezydentów” plecaka – zabił ją jakiś nieostrożny nocny kierowca, który bez wyrzutów sumienia pomyślał, że najechał na samotną, leżącą na drodze gałąź?
Ruch na podwórku wyrwał go z zamyślenia. Widoczność była kiepska, toteż zmrużył oczy.
Ktoś szedł od strony domu w kierunku lasu. Dotarłszy do ogrodzenia, otworzył metalową bramkę i wyszedł poza posesję. Księżyc nie oświetlał fragmentu podwórka między drzewami a budynkiem, trudno było o tej osobie cokolwiek więcej powiedzieć. Tylko tyle, że to człowiek, gdyż szedł na dwóch nogach. Dało się to dostrzec na tle czerni trawy, ponieważ był ubrany w strój w jasnym, jednolitym kolorze.
Gdy nocny spacerowicz dotarł do połowy odległości między domem a linią drzew, zatrzymał się, po czym niespiesznie, jak na zwolnionym filmie, odwrócił.
Tomka zaś momentalnie olśniło.
– O nie… – Odruchowo odskoczył od okna. Gwałtowność reakcji zdziwiła nawet jego samego. Nie widział wyraźnie twarzy Natalii, lecz był pewien, że ta spogląda prosto w jego okno. Mało tego! Dałby sobie rękę uciąć, że dziewczyna znowu wykrzywia swoją śliczną buźkę w promiennym, słodkim uśmiechu. „Jasny strój” ponownie okazał się jej nagością. Tomek nie mógł również oprzeć się wrażeniu, że pomimo firanek, za którymi stał, Natalia dobrze wiedziała, że na nią patrzy.
Jego ciało przeszył dreszcz.
Jak na polski biegun zimna, wiosenna temperatura powietrza po zmierzchu zapewne rozpieszczała miejscowych, ale to i tak nie tłumaczyło beztroskiego hasania Natalii po podwórku na golasa. Nic tego nie tłumaczyło. Kto normalny łazi nago po lesie o drugiej w nocy?
Gwoli ścisłości: teraz akurat nie szła, tylko stała. Jak kołek, nieruchomo, wpatrując się w ten szklany prostokąt na piętrze, za którym ukrywał się Tomek.
A może nie o okno chodziło, tylko o niego? Drgnął na tę myśl. Dziewczyna wyglądała jak widmo albo duch.
„Chyba nie dasz mi tej nocy spokoju, co?” – pomyślał.
„Może tej nocy, może nigdy”.
Wzdrygnął się, gdy obok niego rozległ się jej cienki głosik. Jakby stała tuż przy nim i szeptała mu czule do ucha. Rozejrzał się nerwowo po pokoju.
Nic. Nadal towarzyszyła mu jedynie Karolina. Spała, przez cały ten czas nawet się nie poruszyła. Myślał gorączkowo. Nie był pewien, czy rzeczywiście usłyszał tamte słowa, czy wydobyły się gdzieś z czeluści jego umysłu.
Przełknął ślinę i znowu wyjrzał na podwórko. Natalia dalej tkwiła na samym środku trawnika, niczym doskonała rzeźba.
Wtem odwróciła się twarzą do lasu i puściła biegiem przed siebie. Nie minęła nawet sekunda, jak zniknęła między drzewami.
„Co…? Co to miało być?”
Sytuacja wydawała się Tomkowi na tyle nierealna i idiotyczna, że poważnie rozważał scenariusz, w którym śni albo doświadcza jakichś halucynacji. A może to majaki hipoglikemiczne? Właśnie! Po powrocie z cmentarzyska Jaćwingów zapomniał sprawdzić cukier. Był pewien, że przed spacerem przyjął zaledwie cztery jednostki insuliny, czyli praktycznie tyle co nic, idealną dawkę na kanapkę. Może jego pen się zepsuł? Postanowił, że sprawdzi to rano.
Wyglądając czegokolwiek dziwnego na zewnątrz, postał przy oknie jeszcze kilka minut, ale niczego nie zauważył. Wrócił do łóżka. Kiedy się położył, wpadła mu do głowy szalona myśl, żeby zerknąć do pokoju naprzeciwko, czy Natalia aby na pewno z niego wyszła. Pomysł wydawał się rozsądny, ale ostatecznie go zaniechał. Wyobrażał sobie, jak otwiera drzwi, czym niechcący ją budzi, i próbuje pokrętnie wytłumaczyć powód swojej obecności („Aaa… Jednak tu jesteś! Bo wydawało mi się, że widziałem, jak biegasz nago po podwórku, więc przyszedłem sprawdzić, czy coś mi się nie pozajączkowało”). Swoisty paradoks – nie umiał kłamać, lecz w tym wypadku nie umiałby nawet powiedzieć jej prawdy. I tak robiłby to na próżno. Doszłaby do wniosku, że przyszedł pogapić się na nią albo, co gorsza, że przemyślał swoje zachowanie i jednak byłby chętny na zabawę dla dorosłych z domieszką erotyki.
Przypomniał sobie, że przecież poprzednio zamknęła swój pokój na klucz, więc nawet jeżeli wyszła, pewnie i tak nie można było do niego się dostać. Koniec tematu.
Wzięcie z niej przykładu brzmiało rozsądnie. Tomek wstał po raz kolejny i przekręcił tkwiący w dziurce klucz. Położywszy się, przytulił od tyłu leżącą na boku Karolinę. Przywarł do niej całym ciałem, chłonąc jej przyjemne ciepło.
Jedyne, co mu przeszkadzało, to jego twardy jak kamień penis, który drażnił się z jej pośladkami i wyraźnie nie mógł znaleźć tam sobie miejsca. Co gorsza, to nie z powodu jej bliskości sterczał w gotowości.
Tomek przeklął pod nosem i położył się z powrotem na plecy. Choć ciało Karoliny go wygrzało, drżał. Nie, nie z zimna.
Ze strachu też nie.
Odwlekał moment „wypowiedzenia tego w myślach” tak długo, jak mógł, lecz nie widział sensu, by dłużej oszukiwać samego siebie.
Perwersyjna tajemniczość Natalii ekscytowała go NIE-SA-MO-WI-CIE.
Minęło sporo czasu, zanim zasnął.

Mam nadzieję, że fragment zachęcił Was do lektury. A może, podobnie jak ja jesteście już po lekturze książki? Jeśli tak, koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami w komentarzach.

poniedziałek, 21 października 2019

„Gałęziste” Artura Urbanowicza (Wydanie II poprawione) / Przedpremierowo.

*

Związek dwojga ludzi to bardzo krucha materia. Nawet kiedy nie brakuje w nim uczucia, z czasem może pojawić się kryzys. Mówi się, że to właśnie miłość jest fundamentem związku i ja się oczywiście z tym zgadzam, jednak nie należy zapominać, że na jego kształt wpływa wiele różnych czynników, które najczęściej weryfikuje czas i samo życie. Przekonali się o tym główni bohaterowie debiutanckiej książki Artura Urbanowicza „Gałęziste”. (Wydanie II poprawione).

Niektórzy z Was na pewno mieli już okazję poznać tę pozycję, gdyż jej pierwsze jej wydanie otrzymało Nagrodę Czytelników Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Ja nie czytałam pierwotnej wersji wykreowanej przez autora historii, dlatego dla mnie jej poznawanie było zupełnie nową i bez wątpienia niezwykłą podróżą w świat mroku, śmierci i strachu. Już na wstępie przyznaję, że Pan Urbanowicz jest moim ulubionym twórcą literatury grozy i mając na uwadze fenomenalnego „Grzesznika” i równie genialnego „Inkuba” poprzeczka względem moich oczekiwań odnośnie do tego tytułu została przeze mnie bardzo wysoko podniesiona. O tym, czy autorowi udało się wyjść naprzeciw moim oczekiwaniom, dowiecie się już za chwilę, a tymczasem wróćmy do bohaterów powieści „Gałęziste” - Karoliny i Tomka.

Obydwoje tworzą kochającą się parę, ale od jakiegoś czasu Karolinę niepokoi to, że zaczynają się od siebie oddalać. Jako  kobieta, której na sercu mocno leży dobro ich związku postanawia zorganizować dla nich w okresie świąt wielkanocnych wycieczkę tylko we dwoje w piękne rejony Suwalszczyzny, mając nadzieję, że w przyjaznych i pięknych okolicznościach przyrody zbliżą się do siebie na nowo, a płomień miłości, która ich połączyła, odrodzi się ze zdwojoną siłą. Musicie jednak wiedzieć, że ten związek bez wątpienia do łatwych nie należy, bo Karolina i Tomek są zupełnie różni. Są jak niebo i ziemia, jak ogień i woda.
Co, prawda mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają, ale niestety życie codzienne pokazuje, że różnice, które u siebie dostrzegają, zaczynają ich coraz częściej dzielić. Tym bardziej że dotyczą one nie tylko ich charakteru, czy usposobienia, ale również tak bardzo delikatnych i istotnych kwestii, jak wiara.
Karolina jest osobą głęboko wierzącą, natomiast Tomek to ateista. Czy w takiej sytuacji możliwe jest osiągnięcie porozumienia i zbudowanie szczęśliwego związku?
Nasi bohaterowie wierzą, że tak dlatego decydują się na wspólny wyjazd, ale możecie mi wierzyć, gdyby wiedzieli, co ich czeka, nigdy by się na tę wycieczkę nie zdecydowali.

Choć na początku, nic nie zapowiadało tego, że ta wyprawa okaże się wizją z najgorszych koszmarów sennych, to jednak od samego początku pech ich nie opuszcza.
Docierając do celu swojej podróży, dowiadują się, że zakwaterowanie, które dla siebie zarezerwowali, jest nieaktualne i tak oto trafiają do domu, który już od momentu przekroczenia jego progów, budzi lęk. Co więcej, za drzwiami jednego z pokoi leży trup. Przyznajcie sami, że nie jest to sceneria sprzyjająca romantycznemu pobytowi we dwoje, a to dopiero początek tego, co skrywa ten dom. Dom, do którego nigdy nie chcielibyście trafić.
Już wkrótce przekonują się, że na pewno nie będzie to sielska wyprawa. Zwiedzają urokliwe zakątki Suwałk, lecz ciągle czują, że coś kroczy ich śladem, obserwuje każdy ich krok. Początkowo Karolina i Tomasz ukrywają przed sobą fakt, że wiedzą dziwne rzeczy i czują niewytłumaczalny strach, ponieważ sami nie wiedzą, czy mogą ufać temu, co się wokół nich dzieje, bo być może tak podziałała na nich wiadomość o nieboszczyku, która mocno podziałała na ich emocje. Wszelkich wątpliwości co do tego, że nie są bezpieczni, w z pozoru spokojnej miejscowości Białodęby pozbawia ich las, który otacza wioskę. Las ten zaprasza swoich gości tylko raz, a potem nigdy już nikogo nie wypuszcza. Od tej pory dla Karoliny i Tomka zaczyna się walka o przetrwanie. Walka z ciemnymi siłami mocy. Nadprzyrodzone zjawiska, których są świadkami, mieszają ich zmysły, pozbawiają wiary w to, że przeżyją to starcie z demonicznymi zjawami, które mają wobec nich przerażający plan.
Od początku do końca zarówno ta dwójka, jak i sam czytelnik nie wie, w co i komu może wierzyć. Co jest jawą, a co tylko koszmarnym snem. Co jest faktem, a co tylko wytworem ich wyobraźni zdominowanej przez przerażenie i pragnienie ocalenia.
Koniecznie przeczytajcie i przekonajcie się, czy naszym bohaterom uda się wyrwać z piekła na ziemi.

„Gałęziste” to książka, która już od pierwszych stron zaczyna się bardzo mocnym i mrocznym akcentem, który ujawnia nam, że tak naprawdę historia ta ma troje głównych bohaterów. Jednak nic więcej na temat trzeciej postaci Wam nie zdradzę, byście mogli sami odkrywać wszelkie meandry tego, z czym będziecie musieli się zmierzyć, czytając tę powieść.
Pierwsza scena budzi w nas lęk i niepokój, by za chwilę dla zmylenia naszej czujności wprowadzić niemalże obyczajowy element historii. Jednak nie dajcie się zwieść, gdyż jest to tylko zwodnicza cisza przed wkroczeniem we wrota czeluści czarnych mocy. Autor genialnie gra na naszych emocjach i nie pozwala odpocząć nawet na chwile, bo zło czai się wszędzie. Tempo akcji nie rozwija się od razu tak szybko, jak byśmy się tego spodziewali, ale w moim odczuciu jest to celowy zabieg, ponieważ autor chce pokazać, że zło bywa przebiegłe i wyciąga swoje macki bardzo powoli, chcąc zawładnąć swoimi ofiarami niepostrzeżenie. Przyspiesza ono wraz z coraz szybszym biciem serca i rosnącego tętna krwi w żyłach Karoliny i Tomka owładniętych paniką i przerażeniem.

Zatem teraz przyszła pora na moje odczucia po lekturze. Książka oczywiście bardzo mi się podobała i gorąco Wam ją polecam, ale było też coś, a raczej ktoś, kto bardzo mnie irytował. Tomek to postać, która w żaden sposób nie zdobyła mojej przychylności. Człowiek z racji swojego ateizmu wszystko negujący i uważający się za nieomylnego. Jak się przekonacie podczas lektury książki, kwesta wiary i ateizmu jest kluczowym elementem w całej fabule. Ale mnie już nie chodzi nawet o jego przekonania. Związał się z kobietą, która chce dochować, czystości aż do ślubu, a teraz choć mówi, że kocha Karolinę, zdradza ją wielokrotnie, tłumacząc się tym, że każdy mężczyzna ma przecież swoje potrzeby. Normalnie nóż mi się w kieszeni otwiera. Przecież widziały gały, co brały.
A Teraz przejdźmy do atutów i mocnych stron książki. Jak wspominałam wcześniej, nie mam porównania do pierwszej części więc dla mnie emocje, których tu nie brakuje, są świeże i silne. Choć znałam już wcześniej twórczość autora za sprawą „Grzesznika” i „Inkuba”, które wspólnie z „Gałęziste” należą do jednego uniwersum (można je jednak czytać oddzielnie) to jednak wiedziałam, że autor potrafi zaskoczyć i w przypadku jego książek nigdy nie można niczego przewidzieć.
Przede wszystkim niepowtarzalny klimat grozy, napięcia i niepokoju, który osacza nas swoimi mackami i powoli niczym jad węża rozpływa się w nas, wywołując naszą wzmożoną czujność. Ciągle mamy przemożne przeczucie, że za chwile wydarzy się coś złego, a autor gra z nami w ciuciubabkę podsuwając nam mylne tropy. Są momenty, kiedy czujemy się uwięzieni w pułapce bez wyjścia, a na zakończenie, kiedy już jesteśmy przekonani, że wszystko wiemy i nic nas już nie zaskoczy, następuje wielkie bum! A jednak nie wiemy nic, ale jak to możliwe? No właśnie w przypadku książek Artura Urbanowicza, wszystko jest możliwe. Jego książki niwelują wszelkie granice, bo przecież wyobraźnia ich nie zna.
Po drugie bohaterowie każda z postaci występujących w tej mrocznej opowieści jest wyrazista i została wykreowana po coś. Tu nie ma miejsca na przypadkowość.
Całość fabuły to misternie zbudowana i krok po kroku przemyślana powieść wzbogacona o wspaniale promowane piękno Suwalszczyzny jej historię i legendy.
Cóż więcej mogę napisać, jeśli lubisz się bać, a jednocześnie masz świadomość tego, że kiedy weźmiesz tę książkę do ręki, to nie będziesz już w stanie się od niej oderwać, ponieważ wciągnie cię bez reszty i tak pozostanie już do końca, to, to jest książka właśnie dla ciebie. Ta książka Cię zaintryguje i wielokrotnie zaskoczy. Będziesz niecierpliwie, z sercem na ramieniu czytać kolejne strony, do czego mocno przyczynią się wspaniałe ilustracje, w które zostało wzbogacone to wydanie i nawet się nie spostrzeżesz, kiedy zarwiesz noc.
Choć ostrzegam, decydując się na czytanie tej książki nocą, robisz to na własną odpowiedzialność...

Swoją premierę książka będzie miała 13.11.2019 r. Jednak dla tych z Was, którzy wybierają się na tegoroczne Targi Książki w Krakowie i chcieliby tam zaopatrzyć się w swój egzemplarz „Gałęziste”, mam świetną wiadomość, bo właśnie wtedy odbędzie się jej prapremiera.

Recenzja książki powstała we współpracy z wydawnictwem Vesper, za co bardzo dziękuję

*Autorką zdjęcia do recenzji jest właścicielka bloga Kryminał na talerzu. Bardzo dziękuję.


wtorek, 21 maja 2019

Bądźcie czujni, zło czai się wszędzie.

Kochani, polski mistrz grozy Artur Urbanowicz powraca, z długo wyczekiwaną przez wielu z nas książką. „Inkub”, bo właśnie o tej książce będziemy dziś mówić, to pokaźnych rozmiarów tomiszcze, które jeszcze zanim przystąpimy do jego lektury, już przykuwa naszą uwagę złowieszczym, a jednocześnie intrygującym tytułem oraz niezwykle tajemniczą i mroczną okładką. Można śmiało powiedzieć, że kiedy poznamy historię, którą skrywają karty powieści, przekonujemy się, jak bardzo już sama okładka oddaje klimat tego, co autor dla nas przygotował.

Jeśli o mnie chodzi, jest to już moje drugie spotkanie z twórczością autora i przyznaję, że mając w pamięci lekturę „Grzesznika”, wydawało mi się, że miej więcej wiem, czego mogę się po autorze spodziewać i wiecie co? Miałam rację, tylko mi się wydawało.

Tym razem zostajemy zabrani na Suwalszczyznę do niewielkiej wioski Jodoziory. Miejsca, do którego, uwierzcie mi, nikt, kto ma, choć odrobinę instynktu samozachowawczego nie powinien się wybierać. Dlaczego? O tyn przekonacie się za chwilę.
Niestety świadomości tego, co czeka na wszystkich, którzy pojawią się w tej wiosce, nie mają policjanci z komendy miejskiej w Suwałkach - Vytautas Cesnauskis i jego partner na służbie Mateusz -  którzy, aby niejako odkupić swoje karygodne postępowanie, które może godzić w dobre imię komendy, postanawiają przyjąć bez szemrania polecenie służbowe dotyczące wsparcia, kolegów z pobliskiej jednostki w akcji ewakuacji mieszkańców Jodozior z przyczyn niewyjaśnionych zjawisk, które tam mają miejsce. Jeszcze nie wiedzą, że z tego miejsca nikt nie wychodzi, takim jakim był, zanim się w nim pojawił.

Nie trzeba długo czekać, aby niemalże na własnej skórze poczuć, że dzieje się tu coś niedobrego. Kiedy czytelnik wspólnie z funkcjonariuszami przekracza granicę wioski, wręcz natychmiast czuje się jakby zupełnie w innym świecie. Ta wioska to dosłownie klaustrofobiczne, duszne i mroczne środowisko, żyjące własnym życiem. Poznając jej mieszkańców i życie, jakie wiodą, ma się nieodparte wrażenie, że każdy ma tu coś do ukrycia, przez co musimy zachować daleko idącą ostrożność i czujność, bo tak naprawdę do końca nie wiadomo, komu można ufać.

Sytuacja zaczyna stawać się jeszcze bardziej przerażająca, kiedy wkrótce w wiosce zostają odnalezione spopielone zwłoki małżeństwa, będącego mieszkańcami wioski. Okoliczności śmierci małżonków są tak niecodzienne, że nie sposób ich racjonalnie wyjaśnić. Wioska od zawsze cieszyła się złą sławą, o czym doskonale wie młody dzielnicowy, który od dawna interesuje się jej historią. Przy okazji prowadzonego śledztwa, dzielnicowy dzieli się, tym, co udało mu się ustalić z kolegami po fachu. Okazuje się, że wśród lokalnej społeczności Jodoziory, to miejsce od dawna zapomniane przez Boga i ludzi, gdzie króluje przemoc i cierpienie. I rzeczywiście my czytelnicy też możemy to dobitnie dostrzec. Gdybym miała określić to, czego doświadczamy, to nieodparte wrażenie, że ktoś w tej wiosce otworzył puszkę pandory. Nasilają się choroby, zaginięcia i samobójstwa. Niestety więcej już się od dzielnicowego nie dowiemy, bo wkrótce chłopak popełnia samobójstwo.

Vytautas, jednak nie zamierza odpuścić. Chce nie tylko wyjaśnić przyczyny samobójstwa kolegi, ale także dalej idąc tropem dzielnicowego odkrywać tajemnice wioski. Miejscowi twierdzą, że w Jodoziorach mamy do czynienia ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, których źródłem jest zamknięty od lat nawiedzony dom. Wierzą, że to właśnie ten dom emanuje negatywną energią, która odziera ludzi z człowieczeństwa i wyzwala w nich najgorsze instynkty. Prywatne śledztwo policjanta ujawnia, że początek wszelkiego zła, które wydarzyło się na tej niewielkiej prowincji, miał miejsce w latach siedemdziesiątych, kiedy to, jedną z jej mieszkanek była kobieta parająca się czarami.

Czyżby historia zatoczyła koło? Czy wszystko to, co teraz dzieje się w tej wiosce, było dowodem na to, że niestety historia lubi się powtarzać? Niezwłocznie zabierajcie się za lekturę „Inkuba” i przekonajcie się o tym sami.

Jako że, jak wspomniałam przed chwilą, korzenie całego zła dziejącego się w Jodoziorach sięgają zupełnie innej epoki, tak też została podzielona akcja powieści. Czytelnikowi zostają przestawione wydarzenia mające miejsce tu i teraz, czyli w roku 2016, jak również mamy możliwość cofnięcia się w czasie, dzięki czemu autor umożliwia nam jeszcze głębsze wchłonięcie we wszystko, z czym przyjdzie nam się zmierzyć.

Zapewne jesteście ciekawi, czy „Inkub” straszy.
Oczywiście były momenty, kiedy czytając, byłam dosłownie przerażona. Jednak gdybym miała porównywać pod tym względem „Inkuba” i „Grzesznika”, którego również czytałam, to tym razem bardziej czułam napięcie i ciekawość tego, co będzie dalej, niż sam czysty strach, który przy czytaniu „Grzesznika” towarzyszył mi nieustannie. Artur Urbanowicz po raz kolejny udowodnił, że nie tylko doskonale potrafi budować napięcie, ale również doskonale potrafi zwieść czytelnika.
Ja sama, od samego początku do końca, czułam na plecach oddech wszechobecnej śmierci.

Już w prologu powieści zostaje zadane pytanie, na które ja starałam się, znaleźć odpowiedz przez cały czas, jaki spędziłam na lekturze książki.

„-Dlaczego tak lubisz się bać? Zastanawiałeś się nad tym?”

Do tej pory się nad tym nie zastanawiałam, ale teraz właśnie dzięki „Inkubowi” udało mi się znaleźć, moją subiektywną odpowiedz na to pytanie.
Otóż, kiedy czytamy tę książkę, bywają chwile, kiedy mamy ochotę przerwać, odłożyć książkę, chociaż na chwilę, jednak nie jesteśmy w stanie, ponieważ strach nas hipnotyzuje, nęci, kusi, oplata swoimi mackami i podnosi adrenalinę, a to uzależnia. Nawet jeśli życie codzienne zmusza nas do przerwania czytania, to wszystko to, o czym czytamy, ciągle w nas żyje. Nie możemy przestać o tej historii myśleć. Autor ma niezwykłą umiejętność malowania słowem obrazów grozy, których projekcja trwa w głowie czytelnika jeszcze na długo po skończonej lekturze.

Niedawno, podczas jednej z rozmów z moją przyjaciółką stwierdziłyśmy, że jako wielbicielki twórczości autora zawsze z niecierpliwością czekamy na każdą Jego książkę, ale doskonale rozumiemy, dlaczego musimy czekać na nie dość długo.
Wszystko, co wychodzi spod pióra Artura Urbanowicza to jedna wielka perfekcja. Wszystkie części składowe jego powieści począwszy od budowania klimatu poprzez fabułę, aż do kreacji postaci bohaterów, z których żadna nie pojawia się bez powodu, wszystkie pojawiają się w konkretnym celu, są dopracowane, tu nie ma miejsc na przypadek. A jak wiadomo, profesjonalizm wymaga czasu, pracy, zaangażowania i pasji. Zapewniam Was, że to wszystko i wiele więcej znajdziecie właśnie w „Inkubie”.

Nie pozostaje mi nic innego, jak z całego serca polecić Wam lekturę „Inkuba”. Na pewno ze względu na swoje gabaryty nie jest to książka, którą da się pochłonąć w jeden wieczór, ale z pewnością czas z nią spędzony będzie bardzo emocjonalny. Jestem pewna, że czytając, będziecie bali się spojrzeć za siebie, ale w ostatecznym rozrachunku ciekawość zwycięży. Na zakończenie mam dla Was ciekawostkę dotyczącą książki, która być może sprawi, że sami będziecie chcieli podążyć tropem opisanej w książce historii.
Otóż inspiracją dla powstania „Inkuba” stała się, jak sam autor podkreśla rzekomo prawdziwa historia, która została mu opowiedziana. Mamy tu również odniesienie do rodzimych legend.
Ja jestem pod wrażeniem „Inkuba” i chętnie obejrzałabym jego ekranizację, ale jednak ciągle to „Grzesznik” pozostaje moim numerem jeden.

Jeśli jesteście ciekawi, co pisałam na temat „Grzesznika”, zapraszam Was tutaj.

Bądźcie czujni, zło czai się wszędzie.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Vesper, za co bardzo dziękuję.

czwartek, 12 października 2017

Moje pierwsze spotkanie z literaturą grozy


Moi drodzy, dziś zapraszam Was na spotkanie z książką, która dla mnie samej jest czymś zupełnie nowym, jeśli chodzi o moją przygodę z czytaniem. Jak wiecie albo i nie zazwyczaj czytam książki, które co prawda poruszają trudne tematy, skłaniając czytelnika do przemyśleń, ale jednocześnie są dość „łagodne” w odbiorze. Stronię od tytułów, podczas  lektury których, towarzyszyłby mi strach, a na całym ciele miałabym gęsią skórkę. Taki ze mnie cykor. W związku z tym możecie sobie wyobrazić, jak wielkie było moje zaskoczenie, kiedy w chwili, gdy na jednym z portali czytelniczych zobaczyłam, zapowiedz książki Pana Artura Urbanowicza „Grzesznik” i pomyślałam „Ja to muszę przeczytać”. No bo gdzie ja do takich książek? Opętanie, gangi, półświatek przestępczy… ale, jako że czytanie jest dla mnie sposobem na poznawanie czegoś nowego, postanowiłam spróbować. I wiecie, co się stało…? To była najlepsza decyzja w moim życiu. „Grzesznik” jest rewelacyjny! Pochłonął mnie bez reszty. Zanim jednak spróbuję przybliżyć Wam nieco samą fabułę utworu, nie byłabym sobą, gdybym nie zostawiła Was moi kochani z pytaniem retoryczny na, które warto, aby każdy z nas spróbował sam sobie odpowiedzieć, zaglądając w głąb własnego sumienia.

A mianowicie Jakim jestem człowiekiem? Czy mam odwagę spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie „Jestem w porządku wobec siebie i innych, a także czy zdaję sobie sprawę z tego, że każdy mój czyn czy to ten dobry, czy to ten zły zbierze plon stokrotny?

Jeśli dotychczas nie zastanawialiście się nad tym, zapewniam Was, że lektura „Grzesznika” niejako Was do tego zmusi, zabierając Was w najczarniejsze zakamarki Waszych sumień.