Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Konefał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Konefał. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

​Wiwisekcja upadku – Andrzej Konefał i jego bezlitosne „Pod ciężarem win” / Recenzja przedpremierowa

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak wiele jesteś w stanie poświęcić, by ukryć prawdę, która mogłaby zburzyć całe Twoje życie?

Największą tragedią człowieka nie jest jedynie zło doznawane od świata. To mrok, który pod wpływem fatalnego splotu okoliczności decyduje się ukryć pod podszewką codzienności. Choć doświadczenia płynące od otoczenia i najbliższych mają ogromne znaczenie, rzucając cień na życiowe wybory, w każdej egzystencji może nadejść moment zwrotny. Moment ważący na wszystkim, co nastąpi później. Wierzymy naiwnie, że czas ma moc wymazywania, a rutyna przykryje czyny, o których wolelibyśmy zapomnieć. Jednak prawda ma naturę wody – zawsze znajdzie najmniejszą szczelinę, by wypłynąć na powierzchnię w chwili pozornego bezpieczeństwa. Milczenie, początkowo będące drogą ratunku, z czasem staje się powolną trucizną wpuszczaną w krwiobieg każdego kolejnego dnia. Wina nie potrzebuje sędziego ani krat. Ona karmi się desperacką próbą bycia kimś, kim przestaliśmy być.

​Ten ciężar staje się fundamentem, na którym Andrzej Konefał wznosi powieść „Pod ciężarem win”. Autor stawia bolesną tezę o nieuchronnym „efekcie motyla”. Pokazuje, jak błąd popełniony pod wpływem impulsu potrafi zrujnować całą trajektorię dorosłego życia. Wszystko bierze swój początek nad brzegiem zalewu, gdzie pewnej nocy beztroska czworga przyjaciół zderzyła się z brutalnym końcem niewinności. Podjęta wówczas decyzja związała ich silniej niż krew, a rachunek za milczenie zostaje wystawiony z podwójną siłą dopiero po piętnastu latach. Pisarz z chirurgiczną precyzją zdziera z bohaterów maski, udowadniając, że w tym świecie nikt nie może czuć się bezpieczny.

​Duszny, niemal klaustrofobiczny klimat znajduje swoje odbicie w samym języku. Jest on surowy, momentami wręcz brudny i ocieka brutalnością, która staje się przedłużeniem stanu psychicznego postaci. Autor po mistrzowsku kreśli wielowymiarowe portrety psychologiczne, wnikając głęboko w traumy, które ukształtowały jego bohaterów. Nie tworzy on postaci czarno-białych. Zamiast tego ukazuje ludzi złamanych, których wewnętrzne pęknięcia determinują każdy kolejny ruch. Konefał nie tylko opowiada o mroku, on buduje go strukturą zdań, sprawiając, że czytelnik fizycznie odczuwa narastający niepokój. W tej opowieści przeszłość, teraźniejszość i przyszłość nie są elementami stałymi. To płynna masa, w której dawne błędy i wpływ otoczenia deformują dzisiejsze charaktery. To one zamieniają dawnych przyjaciół w obcych sobie ludzi, uwięzionych w pułapce własnej pamięci.

Budowanie życia na kłamstwie prowadzi do rozpadu tożsamości. Tutaj poczucie winy ukazuje swoją najbardziej niszczącą siłę. Nie jest ono tylko wyrzutem sumienia, ale bezlitosnym mechanizmem, który powoli, kawałek po kawałku, trawi wnętrze człowieka. Proces ten trwa, aż zostaje z niego jedynie pusta skorupa. Z tej erozji moralności wyłania się paraliżujący wstyd, zacierający granicę między ofiarą a oprawcą. To bezkompromisowa wiwisekcja ludzkiej psychiki, która podważa nasze kojące przekonanie o własnej dobroci. Książka ta dla wielu z nas będzie konfrontacją z własnymi lękami i pytaniami, których baliśmy się zadać. Zmusi nas do spojrzenia na siebie z zupełnie innej perspektywy oraz uświadomi, że w każdym drzemie ciemna strona czekająca na odpowiednio silny wstrząs.

​Podczas lektury targały mną emocje, których trudno się pozbyć jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę. Czułam narastający ucisk w klatce piersiowej oraz rodzaj wewnętrznego drżenia wywołanego bezsilnością bohaterów i ich rozpaczliwą walką z cieniem przeszłości. Towarzyszył mi nieustanny niepokój. To ten rodzaj dreszczu, który pojawia się, gdy uświadamiamy sobie, jak krucha jest granica między porządnym życiem a katastrofą. To nie była tylko lektura, to bolesna przeprawa, która zostawiła mnie z poczuciem oszołomienia i smutku nad kondycją ludzkiego sumienia.

​Tę pozycję polecam przede wszystkim czytelnikom o mocnych nerwach, którzy szukają autentyzmu, a nie ukojenia. To lektura obowiązkowa dla miłośników thrillerów psychologicznych najwyższej próby, w których akcja toczy się nie tylko na zewnątrz, ale przede wszystkim w głowach postaci. Siła tej powieści tkwi w jej bezwzględnej szczerości oraz odwadze w dotykaniu tematów, od których zazwyczaj odwracamy wzrok. To sprawia, że trudno o niej zapomnieć. Warto ją przeczytać, by zrozumieć, że największą bitwę zawsze toczymy sami ze sobą, a twórca jest świetnym przewodnikiem po tym najtrudniejszym z pól walki.

​Andrzejowi Konefałowi należą się wielkie słowa uznania. Pisanie o tak skomplikowanej tematyce było gigantycznym wyzwaniem, z którym poradził sobie doskonale. Tak jak proces tworzenia był sprawdzianem dla niego, tak czytanie będzie trudnym doświadczeniem dla odbiorcy. Można poczuć się osaczonym i zmęczonym ogromem cierpienia wylewającego się z kart, ale jednocześnie ta historia jest tak prawdziwa w swojej wymowie, że nie sposób się od niej oderwać.

Aby jednak w pełni zrozumieć tę wizję, trzeba stać się przenikliwym psychologiem i czujnym obserwatorem. Tutaj nie należy oceniać, lecz analizować, włączając zmysł, który pozwoli wyciągnąć z tej opowieści to, co najcenniejsze. W moim przypadku „Pod ciężarem win” pozostawiło głęboki ślad. To dowód na to, że literatura nie musi dawać prostych odpowiedzi, by zmusić do zadawania pytań, których baliśmy się przez całe życie. Ostatecznie autor odbiera nam komfort bycia jedynie sędziami cudzych błędów. Zostawia nas z dręczącą niepewnością, czy sami potrafilibyśmy udźwignąć ciężar, który zgniótł jego bohaterów.

PREMIERA 14 kwietnia 2026.




[Zakup własny].

poniedziałek, 24 listopada 2025

Recenzja: Klucz do grudnia Andrzeja Konefała – Milczenie, które boli. Opowieść o uwięzionej pamięci

​

*Zdjęcie pochodzi z prywatnych zbiorów autora. Zostało użyte do publikacji za Jego wiedzą i zgodą.

*Są historie, które nie pozwalają o sobie zapomnieć; które wpełzają pod skórę, by tam, w mrocznym zakamarku świadomości, czekać na chwilę obudzenia. "Klucz do grudnia" Andrzeja Konefała jest właśnie taką opowieścią – gęstą, niepokojącą prozą, która stawia czytelnika przed lustrem pękniętej pamięci. Wkraczamy w świat Leona Nowaka, człowieka, którego dorosłe życie jest zaledwie cieniem jego tragicznej przeszłości. To historia o powrocie, ale nie do domu, lecz do przerażającej pustki, jaką pozostawiło dwuletnie zniknięcie i nieuchwytna trauma z mroźnej grudniowej nocy. Konefał z chirurgiczną precyzją rozbiera mechanizmy wypierania i milczenia, zapraszając nas do klaustrofobicznego świata, i to właśnie mistrzowskie połączenie thrillera psychologicznego z głęboką analizą posttraumatycznego stresu czyni tę książkę jednym z najbardziej wstrząsających i godnych uwagi tytułów ostatnich lat.

W centrum tej mrocznej opowieści stoi Leon Nowak, którego psychika jest poligonem doświadczalnym dla nierozwiązanej traumy. Pisarz z niezwykłą wrażliwością, a jednocześnie bezwzględnością, przedstawia milczenie Leona nie jako brak słów, ale jako najgłębszą formę mechanizmu obronnego. Dorosły Leon to człowiek, który funkcjonuje na marginesie własnego życia, odcięty emocjonalnie od świata. Autor zmusza nas do obserwowania, jak nieprzepracowana przeszłość rzutuje cień na każdą relację i każdy wybór bohatera. Wewnętrzne pęknięcia Nowaka – drżące dłonie, puste spojrzenie i nocne koszmary – są dla czytelnika bardziej wstrząsające niż niejeden krwawy element thrillera. Konefał unika pułapki melodramatu, stawiając na realizm bólu, a fragmentaryczne, subiektywne wspomnienia zaginionej siostry i owej "grudniowej nocy" służą jako idealne narzędzie do pogłębiania jego psychologicznej wiarygodności.

​​Konstrukcja powieści jest celowo niejednorodna i fragmentaryczna, stanowiąc doskonałe odzwierciedlenie uszkodzonej pamięci głównego bohatera. Konefał zrezygnował z liniowej chronologii na rzecz stopniowego odsłaniania strzępów wspomnień, które pojawiają się w umyśle Leona w sposób chaotyczny i nieuporządkowany, zupełnie jak flashbacki wywołane traumą. Częste przeskoki między teraźniejszością a mroczną przeszłością, płynne przejścia od monologu wewnętrznego do dialogu, tworzą u czytelnika poczucie dezorientacji i ciągłego napięcia, wymuszając aktywne "składanie" historii. Taka nielinearna narracja nie tylko pogłębia zagadkę, ale przede wszystkim pozwala wczuć się w stan psychiczny Leona, uwięzionego w labiryncie własnego umysłu.

Książka jest majstersztykiem w zakresie dozowania napięcia. Zamiast szybkich zwrotów akcji i pogoni, autor stosuje wolne, psychologiczne duszenie. Akcja nie gna, lecz sączy się, budując poczucie niepokoju oparte na tym, co niedopowiedziane i ukryte. Pisarz celowo utrzymuje klaustrofobiczny klimat poprzez ograniczoną przestrzeń i ciągłą obecność wewnętrznych monologów Leona, które stają się labiryntem, z którego ani bohater, ani czytelnik nie mogą się wydostać. Ten mrok jest wszechobecny: od szaroburych opisów otoczenia, po nieufność, jaką Leon budzi w innych. To napięcie nie pochodzi od strachu przed nieznanym zabójcą, ale od lęku przed poznaniem prawdy o samym sobie, co jest dla thrillera psychologicznego rozwiązaniem o wiele bardziej satysfakcjonującym.

​Proza Konefała jest gęsta, pełna metafor i ciężkiego, atmosferycznego języka, co idealnie współgra z mroczną tematyką. Autor nie bawi się w upiększenia; jego styl jest ostry i precyzyjny, ale jednocześnie hipnotyczny. Zdania często są długie i złożone, odzwierciedlając skomplikowane i chaotyczne procesy myślowe targanego traumą Leona. Wykorzystanie języka do budowania poczucia zagrożenia, gdzie każdy szczegół może być kluczem, jest godne podziwu. Ta "proza niepokoju" sprawia, że czytelnik czuje się obciążony emocjonalnie w ten sam sposób, co główny bohater, w efekcie czego lektura jest wymagająca, ale niezwykle satysfakcjonująca.

​Największym wyzwaniem w tego typu powieściach jest zawsze zakończenie. W przypadku "Klucza do grudnia" rozwiązanie zagadki jest spójne z psychologicznym wymiarem historii. Konefał nie serwuje prostego i szybkiego zwrotu akcji, a raczej domknięcie wątku traumy. Prawda okazuje się bolesna i skomplikowana, rezonując z cierpieniem Leona przez całą powieść. Choć finał nie każdemu może dać poczucie tradycyjnego katharsis, to jego emocjonalna i logiczna wiarygodność z punktu widzenia psychologii postaci jest bezdyskusyjna, co świadczy o wysokim poziomie kunsztu pisarza.

"Klucz do grudnia" to wybitny i duszny thriller psychologiczny, który zdecydowanie wykracza poza ramy gatunku. To głębokie studium ludzkiej psychiki złamanej traumą, gdzie kluczem do rozwiązania zagadki jest nie śledztwo, lecz proces akceptacji i pamięci. To propozycja dla czytelników ceniących sobie gęstą atmosferę, złożone postacie i literaturę, która zmusza do myślenia długo po odłożeniu książki. Andrzej Konefał stworzył historię, która zostawia trwały ślad. Książkę tę polecam fanom mrocznej prozy psychologicznej, dzieł Freuda i tym, którzy szukają w thrillerach głębi, a nie tylko akcji.*Jednak Jest to zdecydowanie lektura dla czytelnika 18+

[Zakup własny].

wtorek, 23 stycznia 2024

"Nie patrz" Andrzej Konefał

Każdy z nas dźwiga na barkach swój krzyż. Często tworzące naszą przeszłość przeżycia i doświadczenia życiowe są tak bardzo bolesne i traumatyczne, że staramy się zrobić wszystko, aby nigdy do nas nie wracały. W takich sytuacjach naszym największym sprzymierzeńcem może okazać się nasz umysł, który ma niesamowitą zdolność chronienia nas przed doznanymi krzywdami i cierpieniem, z którymi w danym momencie nie jesteśmy w stanie sobie poradzić. Nie znaczy to jednak, że te wszystkie trudne doświadczenia odejdą w zapomnienie. Nadejdzie bowiem moment, kiedy nieprzepracowane traumy zaczną przybierać na sile i upominać się o prawdę. Wystarczy niewielki impuls, który sprawi, że zamknięte dotychczas w szufladkach umysłu trudne wspomnienia zaczną na nowo odżywać w naszej pamięci, budząc demony, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Przekonał się o tym główny bohater najnowszej książki Andrzeja Konefała  „Nie patrz”, z której recenzją dziś do was przychodzę.

Nasz bohater Andrzej Kordel po latach pobytu za granicą, gdzie wiedzie szczęśliwe życie u boku ukochanej kobiety, wraca do domu rodzinnego, aby odpocząć i uporządkować swoje życie. Już w czasie podróży towarzyszy mu stres, gdyż wie, że ta podróż jest jednocześnie powrotem do miejsca tragedii, która dotknęła jego rodzinę, kiedy on sam był jeszcze dzieckiem. Wówczas w niewyjaśnionych okolicznościach został zamordowany jego brat bliźniak. Choć on sam jeszcze tego nie wie, powrót ten otworzy puszkę pandory, która zmusi go do konfrontacji z prawdą o sobie samym i o ludziach, którzy go otaczają. Mężczyzna, stając na granicy rzeczywistości i obłędu trafia w sam środek piekła na ziemi. Nie może jednak się podać, ponieważ dochodzi do kolejnego brutalnego morderstwa. Drogi czytelniku, czy jesteś gotów na to, aby stanąć twarzą w twarz z prawdą, która może wyzwolić, ale może też zniszczyć?

Autor zabiera nas w perfekcyjne wykreowane mroczne meandry ludzkiego umysłu, który przejmuje władzę nad człowiekiem. To sprawia, że nic, o czym czytamy w tej książce, nie jest jednoznaczne i oczywiste. Każdy, kto po nią sięgnie, poczuje się niczym zamknięty w pułapce niewyjaśnionych wizji i równie strasznej rzeczywistości. Przy czym podobnie jak Andrzej my sami również nie możemy być pewni, co jest ową rzeczywistością, a co wyłącznie wytworem udręczonego umysłu, który potrafi grać z mężczyzną w bardzo skomplikowaną grę. Wygra ten, kto zdoła oddzielić prawdę od fikcji i znieść jej ciężar.

Już teraz muszę was ostrzec, że jest to książka dla osób odważnych i silnych psychicznie. Autor zupełnie nas nie oszczędza. Wystawia na próbę nasze emocje, każąc nam zanurzyć się w krwawej brutalności, gdzie człowiek nie cofnie się przed niczym, aby skrywane przez lata tajemnice nigdy nie ujrzały światła dziennego. A ludzkie życie nie ma większego znaczenia, ponadto, że staje się środkiem do osiągnięcia wyznaczonych sobie chorych celów. Granica między obłędem a światem realnym jest bardzo cienka i autorowi udało się ją perfekcyjnie zatrzeć. Możecie mi wierzyć, że od pierwszych stron powieści będziecie próbowali rozwikłać zagadkę tego, kto tu jest tym złym i do czego dąży. Co więcej, wielokrotnie podobnie, jak sam bohater ulegniecie wrażeniu, że właśnie dotknęliście istotnego problemu, który przybliża was do odpowiedzi na te i wiele innych pytań. Jednak tak samo szybko przekonacie się, że to tylko złudzenie, któremu daliście się zwieść. W jednej chwili bowiem wszystko zmienia się o 360 stopni i totalnie rozsypuje ułożone do tej pory elementy układanki. Andrzej Konefał chce, żebyśmy przestali ufać samym sobie i w genialny sposób osiąga swój cel. Ja czytając tę książkę, czułam się wyczerpana emocjonalnie, ale jednocześnie nie mogłam się od niej oderwać. Pochłonęła mnie bez reszty, a samo zakończenie wprawiło w osłupienie i niedowierzanie.

To jedna z tych książek, która przez cały czas trzyma nas w napięciu, zaskakuje, wstrząsa i szokuje. A kiedy już prawda ujrzy światło dzienne, w czytelniku rodzą się trudne refleksje, które poddają w wątpliwość wartość więzi łączących rodzinę. Po zakończonej lekturze nie sposób uniknąć odpowiedzi na rodzące się w nas pytania: czy możemy być pewni, że znamy bliskie naszemu sercu osoby, a co najważniejsze, czy na pewno możemy im ufać i być pewnymi, że zależy im na naszym dobru?

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak fantastycznie autorowi udało się z tych pozornie niespójnych kawałków puzzli stworzyć oryginalną i zajmującą powieść psychologiczną, która zostanie z czytelnikiem na bardzo długo, a emocje towarzyszące jej lekturze nawet po odłożeniu książki na półce pozostaną w nas ciągle żywe. Mówiąc szczerze, nie ma odpowiednich słów, aby ukazać genialność i złożoność tej historii. Tę książkę po prostu trzeba przeczytać, aby wręcz namacalnie poczuć się więźniem obłędu i ulec wrażeniu, że my sami zostaliśmy wciągnięci w tę grę, z której nie uwolnimy się do momentu, aż  dobiegnie końca. Nie wierzcie mi jednak na słowo, tylko sami niezwłocznie sprawdźcie, czy się ze mną zgadzacie.

[Materiał reklamowy] Autor Andrzej Konefał

sobota, 2 września 2023

"Kruchość serca" Andrzej Konefał

 
Zdjęcie pochodzi z prywatnych zbiorów autora.
 
Bez wątpienia rodzina jest najważniejszą wartością w życiu większości z nas. I to właśnie o rodzinie sobie dziś porozmawiamy. Jednak spojrzymy na nią z perspektywy mężczyzny. W naszym społeczeństwie, a także w przeświadczeniu wielu mężów i tatusiów ich rolą jest to, aby zrobić wszystko, by osobom, które kochają najbardziej na świecie, niczego w życiu nie brakowało. Poświęcają się pracy, aby zapewnić swoim najbliższym jak najlepsze warunki bytowe. Jednak, czy rzeczywiście to jest najważniejsze? Otóż nie, bowiem wystarczy zatrzymać się w pędzie codzienności, aby zrozumieć, że starając się zadbać o ten materialny aspekt życia rodzinnego, tracimy coś bardzo ważnego, a mianowicie możliwość bycia z bliskimi i dla bliskich. Nie znajdujemy chwili na to, aby dopuścić do siebie myśl, że nawet jeśli teraz jesteśmy szczęśliwi i mamy obok siebie wszystkich, którzy są całym naszym życie, i stanowią jego sens, to nic w życiu nie jest nam dane na zawsze. Wystarczy chwila, aby los odebrał nam wszystko, a nasze serce rozpadło się na miliony maleńkich kawałków. Z tą bolesną prawdą konfrontuje nas Andrzej Konefał w swojej najnowszej powieści „Kruchość serca”, o której postaram się wam opowiedzieć kilka słów.

Poznajcie Mateusza i jego żonę Elżbietę. Kochające się małżeństwo wspólnie wychowujące dwójkę wspaniałych dzieci - Anię i Karola. Kiedy zaczynamy czytać książkę, niemalże od razu możemy poczuć ciepło miłości, którą darzą się wzajemnie członkowie rodziny Szafirskich. Stajemy się częścią ich życia w momencie, kiedy trwają święta Bożego Narodzenia, a więc najbardziej rodzinne polskie święta. Patrząc na ich radość, moglibyśmy pozazdrościć im tej sielanki. Jednak te piękne chwile, w ułamku sekundy zamieniają się w koszmar. Ela umiera i teraz to Mateusz musi pomóc dzieciom zrozumieć, co się stało, a także być wsparciem i pocieszeniem w tych traumatycznych przeżyciach.

W tym momencie dochodzimy do kolejnej bardzo ważnej kwestii poruszanej na kartach powieści. Mianowicie, kiedy kogoś bardzo mocno kochamy, chcemy chronić go przed wszelkimi zmartwieniami i troskami. Robimy wszystko, aby w sercu tej osoby nigdy nie zagościły strach, obawy i niepewność. Często robimy to nawet kosztem samych siebie. Staramy się wiele ukryć pod maską pozorów. Tylko czy na pewno jest to odpowiednie i słuszne rozwiązanie. A może przyniesie ono więcej złego niż dobrego? O tym musicie przekonać się już sami, czytając książkę.

Serce naszego bohatera rozrywa smutek i żal, ale wie, że teraz nie może skupiać się na swoim cierpieniu, gdyż to dzieci i ich dobro jest najważniejsze. Chce być przy nich i stara się przywrócić ich tak nagle odebrane poczucie bezpieczeństwa. Nie jest mu to jednak dane, gdyż dochodzi do kilku zdarzeń, które zakłócają tak bardzo potrzebny mu teraz spokój w procesie przeżywania żałoby. Nie to jest jednak najgorsze. Najbardziej szokujące, a zarazem bolesne jest to, że wszystko, co się teraz dzieje sprawia, iż na nieskazitelnym dotąd wizerunku zmarłej żony pojawia się głęboka rysa. Okazuje się, że Ela miała swoje tajemnice i nie do końca była z mężem szczera. I teraz to on musi je odkryć i znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego, był okłamywany przez kogoś, kto był głównym filarem jego życia i stanowił jego fundament. Wiele pytań bez odpowiedzi kłębi się w głowie mężczyzny. Nie wie jednak jeszcze, że to nie jest ostatni cios, od losu, jaki otrzyma.

Spełnia się najgorszy koszmar każdego rodzica, który w życiu Mateusza niestety staje się okrutną rzeczywistością. Jego mała córeczka dosłownie na moment znika z jego oczu, co jest początkiem końca jego kruchego świata. Maleńka księżniczka, jedyny promyk nadziei i siły, który do tej pory trzymał go przy życiu i nie pozwolił utonąć w morzu rozpaczy i beznadziei został mu odebrany. Ania została porwana, a Mateusz, chce zrobić wszystko, aby córka wróciła, jak najszybciej do domu. Nie jest w stanie pozostawić poszukiwań dziecka policji i postanawia sam odzyskać swoją Anię. Rozpoczyna się walka z czasem, własnymi słabościami i lękami, którą my czytelnicy śledzimy z duszą na ramieniu i zapartym tchem.

Przez to, że wszystko, o czym czytamy w książce, jest bardzo autentyczne, my czytelnicy bardzo mocno zżywamy się z jej bohaterami. Stają się nam oni bardzo bliscy, a co za tym idzie, całą sobą przeżywamy to wszystko, co ich spotyka i czego doświadczają. Ponadto realizm tej historii sprawia, że często stawiamy się na miejscu naszego bohatera i zadajemy sobie pytanie, czy ja potrafił/abym dalej żyć i nie poddać się widząc, że ktoś powoli, ale konsekwentnie odbiera mi wszystko, co kocham i co jest mi drogie? Bo musicie wiedzieć, że, to co do tej pory napisałam wam o przeżyciach Mateusza, jest zaledwie niewielkim ułamkiem cierpienia i rozmiaru krzywd, jakich doświadczy i druzgocących sytuacji, z którymi będzie musiał się zmierzyć. Ja oczywiście niczego więcej nie zdradzę, dlatego już teraz gorąco zachęcam was do lektury książki.

„Kruchość serca” to niezwykle poruszająca i roztrzaskująca nasze serce powieść, która ukazuje niezwykłą siłę miłości rodzinnej i rodzicielskiej w obliczu najbardziej dramatycznej ludzkiej tragedii. Autor zatarł w niej granice wychowywania dzieci. Jeszcze do niedawna wszelkie trudy wychowawcze, były składane w głównej mierze na barki kobiet. Mateusz Szafirski pokazał, że ojciec również potrafi stanąć na wysokości zadania i doskonale sobie poradzić. Ta siła miłości ojca do dzieci oraz to, jak wiele potrafił on znieść, by chronić je i bliskie mu osoby z jego otoczenia została przedstawiona tak pięknie, a zarazem tak wręcz odczuwalnie przez nas samych, że płakałam, nie mogąc czytać dalej. Przyznaje, że rzadko zdarza mi się odkładać książkę po to, aby uspokoić emocje i przypomnieć sobie, że ja nie jestem częścią opisywanej w niej historii. A tym razem musiałam tak zrobić kilka razy. Nie da się ukryć, że jest to trudna emocjonalnie powieść, do której powinna być dołączona paczka chusteczek higienicznych. Jest to też jedna z tych książek, której nie da się odłożyć na dłużej, niż kilka chwil, gdyż nawet jeśli zdecydujemy się zrobić sobie przerwę w czytaniu, to nie będziemy mogli przestać o niej myśleć. A to wszystko za sprawą napięcia, w którym jesteśmy utrzymywani od początku do końca oraz nieustannej niepewności tego, co wydarzy się za chwilę. A uwierzcie mi, tutaj niczego nie da się przewidzieć, a każde następujące po sobie wydarzenia, to kolejny cios w serce czytelnika i samego Mateusza, którego autor nie oszczędza. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że wsadził go na diabelski młyn nieszczęść, który nie zatrzymuje się ani na chwilę.

Nie trudno się domyślić, że tak niszczące i dramatyczne przeżycia nie pozostaną bez wpływu na żadnego człowieka, na co Andrzej Konefał bardzo wyraźnie zwraca naszą uwagę, nakreślając nam mocno wyrazisty obraz przemian wewnętrznych bohaterów książki, a szczególnie samego Mateusza.

„Okazało się, że pod powłoką spokoju i rozsądku kryła się inna wersja mnie. Słabość, ból strach, rozgoryczenie, niemoc, osamotnienie i trwoga. Teraz to mnie charakteryzowało i wyparło poprzednie cechy. Stałem się inny, ale nie była to zmiana na złe. Dzięki temu mogłem wykrzesać dużo więcej ze swojego wnętrza i zdobyć nieosiągalny cel. Może to ewolucja, a może samoistna transformacja pod wpływem zaistniałych okoliczności.
… Teraz mogłem pozwolić płynąć łzom. Nie były żadną przeszkodą ani powodem do wstydu. Motywowały mnie, dodawały sił oraz nabierały przedziwnego znaczenia. Dzięki nim mogłem pozwolić sobie na tłumienie wściekłości, której nigdy nie pozwalałem wychodzić na zewnątrz. To one sprawiały, że oczyszczałem umysł, patrzyłem inaczej na bezlitosny świat i układałem w głowie obraz tego, co zrobię temu potworowi, kiedy wpadnie w moje ręce”.


Myślę, że nie muszę pisać, iż gorąco polecam sięgnięcie po tę niezwykle wartościową książkę, Nie unikniemy łez, ale nie jesteśmy odosobnieni w odczuwaniu tak silnych emocji. Sam autor płakał razem z Mateuszem podczas pisania niektórych scen w książce, a było ich kilka, o czym mogliśmy dowiedzieć się podczas spotkań autorskich. Od siebie dodam, że jestem pełna podziwu i uznania dla Andrzeja, za to, że znalazł w sobie siłę, aby „Kruchość serca” napisać. Wszak sam jest kochającym ojcem i na pewno nie był to łatwy proces. Poznając koleje losów rodziny Szafirskich, zdacie sobie sprawę, że takie zdarzenia dzieją się każdego dnia i dotykają zwykłych ludzi, którzy mają swoje marzenia, plany i pragnienia tak, jak my wszyscy, a życie potrafi w jednej chwili je zniweczyć, kpiąc sobie z naszego szczęścia. Doceniajmy to, co mamy, cieszmy się z bycia ze sobą i kochajmy całym sercem.

[Zakup własny]