Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jolanta Kosowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jolanta Kosowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 listopada 2025

Łzy i Adwent: Czy można znaleźć Dom, gdy gaśnie Ostatnia Pamięć? ​Powieść Jolanty Kosowskiej i Marty Jednachowskiej "Kalendarz adwentowy 2. Dwanaście dróg do domu"

Powieść Jolanty Kosowskiej i Marty Jednachowskiej "Kalendarz adwentowy 2. Dwanaście dróg do domu", będąca kontynuacją wydanej przez autorki w 2024 roku powieści "Kalendarz adwentowy", to coś więcej niż ciepła opowieść na Boże Narodzenie. To głęboka, literacka ekspedycja do źródeł tożsamości, znaczenia wspólnoty i refleksja nad kruchą definicją "domu". Czy jest to fizyczna przestrzeń, czy też miejsce, które nosimy w sercu? Zestawiając dwanaście różnych ścieżek życiowych, prowadzących z jednego, tymczasowego schronienia, autorki zmuszają do zadania sobie kluczowego pytania: czy istnieje droga powrotna do utraconego korzenia? W tej opowieści Adwent staje się potężną metaforą oczekiwania: na cud pojednania, na szansę zadośćuczynienia i na odkrycie, że nawet najbardziej pogubione dusze mogą odnaleźć kierunek, gdy wspierają się nawzajem.

Fabuła chwyta za serce, dotykając uniwersalnego lęku przed stratą. Dwanaścioro dorosłych wychowanków dawnego domu dziecka, rozsianych od lat po świecie, musi się spotkać. Powód jest bolesny: ukochana opiekunka, pani Grażyna – jedyna osoba, która stworzyła dla nich namiastkę rodziny – trafia do domu opieki, a jej pamięć nieubłaganie gaśnie. To już nie prośba, lecz ostatni dzwonek wdzięczności. Przyjaciółki, Maria i Jagoda, organizują bożonarodzeniowe spotkanie, by podarować Grażynie radość i zjednoczyć jej "dzieci" po dwudziestu latach rozłąki. Sceneria, dom opieki, gdzie chyli się ku zapomnieniu ich jedyna matczyna figura, szybko przeradza się w emocjonalną terapię dusz. Dawne urazy mieszają się ze wspomnieniami, prowadząc do gorzkich rozliczeń, ale ostatecznie – do odnalezienia prawdziwego poczucia rodzinnej wspólnoty. To poruszająca lekcja, jak trudny jest powrót, gdy jedynym celem jest odwdzięczenie się za ciepło dane w najzimniejszym okresie życia. Siłą powieści jest portret psychologiczny dwunastu protagonistów, stanowiących niemal encyklopedię ludzkich reakcji na traumę i odrzucenie. Autorki mistrzowsko unikają schematów: wychowankowie nie są jedynie ofiarami losu. Wręcz przeciwnie – przedstawiają ich jako skomplikowane jednostki, które, mimo wspólnego początku, obrały skrajnie różne drogi. Każda z postaci symbolizuje inną formę radzenia sobie z przeszłością: od ucieczki i samotności pod fasadą sukcesu, przez lojalność i pocieszenie w pamięci o wspólnocie, aż po bunt i żal, który wciąż zatruwa dorosłe życie. Postacie nie są idealizowane, mają wady, popełniają błędy, ale właśnie ta autentyczność i wielowymiarowość wciągają czytelnika w ich los bez reszty.

Ponad warstwą obyczajową i skomplikowaną siecią relacji, "Kalendarz adwentowy 2" oferuje głębokie, życiowe przesłanie, które wykracza poza świąteczny kontekst. Powieść stawia fundamentalne pytania, które są jej największą literacką wartością:

❄️​Odkupienie i Przebaczenie: Proces leczenia ran jest możliwy tylko we wspólnocie. Odkupienie nie następuje dzięki magicznemu wydarzeniu, lecz poprzez żmudne, trudne przebaczenie, które bohaterowie muszą wypracować.

❄️ ​Prawdziwy Dom: Mądrość powieści tkwi w stwierdzeniu, że domem nie są mury. Domem są ludzie, którzy widzieli nas w najsłabszym momencie i mimo wszystko postanowili zostać.

❄️ ​Znaczenie Korzeni: Pełna akceptacja własnych, nawet bolesnych, korzeni – miejsca i okoliczności, z których się wywodzimy – jest kluczem do pełnej i dojrzałej tożsamości. Nie da się odciąć od swojego początku.

Konstrukcja powieści jest równie przemyślana, co jej przesłanie. Autorki posługują się językiem prostym, a jednocześnie głęboko refleksyjnym, który pozwala z łatwością wejść w świat emocji bohaterów. Struktura książki, podzielona na krótkie, intensywne rozdziały, sprzyja utrzymaniu tempa, mimo dużej liczby postaci. Co najważniejsze, tytuł sugeruje wyjątkowy sposób lektury. Choć książkę można pochłonąć jednym tchem, intrygującą propozycją jest potraktowanie jej jako literackiego kalendarza adwentowego. Czytanie jednego rozdziału od 1 grudnia do Wigilii staje się rytuałem – codziennym "otwieraniem okienka", które odsłania kolejną warstwę historii, nową emocję i refleksję. Ta konstrukcja wzmacnia świąteczny nastrój oczekiwania i pozwala na głębszą, medytacyjną analizę przemian, jakie zachodzą w bohaterach.

Podczas lektury czytelnik zostanie wciągnięty w wir emocjonalnych skrajności. Obok ciepła i poczucia świątecznej bliskości, towarzyszy nam smutek i poczucie niesprawiedliwości losu. Jednocześnie jednak ta refleksyjna proza budzi silną empatię i niegasnącą nadzieję – wiarę w drugą szansę, na pojednanie i odnalezienie zagubionego sensu.

Warto sięgnąć po tę powieść, ponieważ stanowi ona mądry i dojrzały komentarz do współczesnej kondycji emocjonalnej. Autorki oferują przestrzeń do refleksji nad tym, co w sobie nosimy z dzieciństwa i jak te dawne doświadczenia rzutują na dorosłe relacje. To idealna lektura dla każdego, kto szuka literatury obyczajowej z duszą – która wzrusza, ale jednocześnie skłania do przemyśleń o cenie sukcesu i koszcie samotności. "Kalendarz adwentowy 2. Dwanaście dróg do domu" to literacki triumf nad osamotnieniem. Udowadnia, że nawet jeśli nasza droga do domu była długa i kręta, w grupie odnalezionych serc zawsze jest szansa na nową, wspólną przyszłość. Gorąco polecam tę mądrą i głęboko ludzką opowieść.

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Novae Res

sobota, 30 sierpnia 2025

"Szalone Porto" Jolanta Kosowska

W gęstwinie literatury obyczajowej, gdzie każdy zaułek wydaje się już wydeptany, nagle rozbłyska światło, a to światło rzuca na czytelnika "Szalone Porto" Jolanty Kosowskiej. Autorka, znana z barwnych opowieści, które są niczym podróże do odległych krain, tym razem zabiera nas w hipnotyzującą podróż do serca Portugalii, do miasta o dwoistym obliczu – pięknego i niepokojącego zarazem.

Powieść rozpoczyna się od sceny, która jest niczym cios prosto w serce: Martyna, młoda kobieta stojąca na progu szczęśliwego małżeństwa, odkrywa zdradę narzeczonego. Jej misternie tkany świat rozpada się na kawałki, a planowana podróż poślubna do Porto staje się symbolem utraconych marzeń. Jednak, za namową lektorki języka portugalskiego, Martyna decyduje się na heroiczny krok – wyrusza w tę podróż sama. To nie jest jednak ucieczka, lecz próba ocalenia samej siebie.

Jolanta Kosowska z mistrzowskim zacięciem maluje przed czytelnikiem Porto. To nie są suche, przewodnikowe opisy, lecz obrazy nasiąknięte emocjami, zapachami i dźwiękami. Czuć tu poranną mgłę nad rzeką Douro, słychać gwar wąskich uliczek i szum fal Atlantyku. Autorka sprawia, że Porto staje się równorzędnym bohaterem, a jego piękno, ukryte w malowniczych kamienicach i kolorowych azulejos, przeplata się z jego drugą, ciemniejszą stroną – z biedą i bezdomnością. To właśnie ten kontrast jest motorem napędowym całej fabuły.

Podczas jednej z wędrówek, Martyna poznaje Gaspara, młodego bezdomnego, którego życie toczy się na marginesie społeczeństwa. Początkowo nieufna, stopniowo uświadamia sobie, że za fasadą ubóstwa i codziennej walki o przetrwanie kryje się bogactwo duchowe, siła i godność. To spotkanie staje się dla Martyny lustrem, w którym może ujrzeć własne życie z nowej perspektywy. Autorka porusza tutaj niezwykle ważny i często pomijany temat, dając głos tym, których na co dzień nikt nie słucha, przypominając, że każdy człowiek, niezależnie od statusu, ma swoją historię i zasługuje na szacunek.

Jolanta Kosowska niezwykle plastycznie rysuje portret psychologiczny Martyny. Na początku poznajemy ją jako osobę zranioną, naiwną, uwięzioną we własnym cierpieniu. Jednak jej interakcje z mieszkańcami Porto, a w szczególności z Gasparem, który staje się jej przewodnikiem po „drugiej stronie” miasta – prowadzą do fascynującej ewolucji. Relacja Martyny i Gaspara to jeden z najmocniejszych punktów powieści. Autorka zrywa z uprzedzeniami i pokazuje, że prawdziwa mądrość i człowieczeństwo często kryją się tam, gdzie najmniej się ich spodziewamy. To dzięki niemu Martyna zaczyna patrzeć na świat z nowej perspektywy, a jej osobista tragedia schodzi na dalszy plan w obliczu znacznie większego zła, które dzieje się na ulicach.

"Szalone Porto" to jednak nie tylko powieść obyczajowa, to także intrygujący kryminał. W idylliczny krajobraz Porto wkrada się mrok, a na bezdomnych zaczyna polować nieuchwytny morderca. Martyna, mimowolnie wplątana w sieć intryg, angażuje się w poszukiwania, a jej relacja z Gasparem staje się jeszcze silniejsza. To połączenie gatunków – obyczajowego ciepła z kryminalną dreszczem – nadaje powieści niebywałej dynamiki i sprawia, że nie sposób się od niej oderwać.

​Jolanta Kosowska udowadnia, że jest mistrzynią psychologicznej głębi. Jej bohaterowie nie są płaskimi figurami, lecz skomplikowanymi, wielowymiarowymi postaciami. W "Szalonym Porto" autorka zmusza nas do refleksji nad tym, co tak naprawdę jest ważne w życiu. Czy szczęście definiuje status społeczny i posiadanie, czy może tkwi ono w autentyczności, w relacji z drugim człowiekiem, w odwadze do odnalezienia siebie na nowo?

​Powieść jest niczym magiczne wino Porto – słodkie, ale z wyrazistą nutą goryczy. To opowieść o miłości przyjaźni, walce o drugiego człowieka i o poszukiwaniu własnej tożsamości. To literatura, która wzrusza, intryguje i pozostaje w pamięci na długo po tym, jak zamkniemy ostatnią stronę. "Szalone Porto" to dowód na to, że prawdziwa literatura potrafi nie tylko bawić, ale także uczyć i inspirować. To książka, która wnika w najczulsze aspekty ludzkiej kondycji. Porusza uniwersalne tematy, takie jak bezdomność, samotność i wykluczenie społeczne, a jej wartość leży w tym, że burzy stereotypy i zmusza do refleksji nad tym, jak łatwo osądzamy innych, nie znając ich prawdziwych historii. Autorka wplata w swoją opowieść poetyckie metafory i trafne obserwacje, które sprawiają, że lektura staje się prawdziwą ucztą literacką. To powieść, która zostaje z nami na długo, rezonując z najgłębszymi emocjami i przypominając, że prawdziwe bogactwo kryje się nie w luksusach, lecz w relacjach z drugim człowiekiem. Kosowska stworzyła dzieło, które wciąga, porusza i skłania do zastanowienia. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto pragnie literackiej podróży z głębokim przesłaniem.

Książka ta jest również swoistym hołdem dla Portugalii. Autorka wplata w narrację opisy tradycyjnej kuchni, melancholijnej muzyki fado i specyficznego rytmu życia. Język Kosowskiej jest niezwykle zmysłowy i bogaty w metafory. Opisy miasta, smaków i dźwięków są tak plastyczne, że czytelnik ma wrażenie, że sam jest w Porto, czując zapach kawy i słysząc gwar uliczek. To sprawia, że „Szalony Porto” to nie tylko lektura, ale także podróż, która uczy empatii i przypomina, że w każdym zakątku świata, nawet w tym najbardziej szalonym, można odnaleźć siebie i prawdziwe piękno.

Lektura tego tytułu to podróż, która nie kończy się na ostatniej stronie. To opowieść o nadziei, odwadze i odkrywaniu, że dom to nie miejsce, ale stan duszy. Po lekturze czułam się tak, jakbym spacerowała śladami tej historii po ulicach Porto, czując zapach oceanu i słysząc opowieści, które szepcą stare kamienice. „Szalone Porto” to powieść, która zostaje w sercu na długo. Wzrusza, uczy empatii i przypomina, że nawet po największej burzy w życiu, zawsze można odnaleźć nowy port i zacząć wszystko od nowa. To książka dla tych, którzy chcą, aby słowa leczyły i wskazywały drogę. Jeśli szukacie historii, która poruszy Was do głębi, która otworzy oczy na piękno w najciemniejszych zakamarkach, a przede wszystkim – która przypomni Wam, że nawet w chaosie można odnaleźć spokój, to „Szalone Porto” czeka na Was. Otwórzcie książkę, a miasto i jego ludzie na zawsze staną się częścią Was samych.

[Zakup własny].

wtorek, 5 sierpnia 2025

Zapowiedź recenzencka: " Szalone Porto" Jolanta Kosowska / Fragment powieści



Czy jesteście gotowi na literacką podróż, która poruszy wasze serca i umysły? Już jutro 6.08.2025 będzie miała premiera najnowsza powieści Jolanty Kossowskiej „Szalone Porto". Na pewno wkrótce Wam o niej opowiem, a tymczasem mam dla Was wyjątkową okazję! Zanurzcie się w przedpremierowym fragmencie tej porywającej historii i dajcie się porwać wirze emocji. Jolanta Kosowska zaprasza nas do świata pełnego niezapomnianych wrażeń. Nie przegapcie tej szansy na literacką ucztę.

OPIS WYDAWNICTW ZACZYTANI:

Miasto pełne kolorów może skrywać mrok…

Życiowe plany Martyny runęły jak domek z kart. Gdy na kilka tygodni przed ślubem odkryła, że ukochany ją zdradza, odwołała uroczystość. Zamierza zrezygnować także z długo wyczekiwanej podróży poślubnej do Portugalii.

Odwodzi ją od tego Clara. Znajoma lektorka proponuje jej gościnę w mieszkaniu w Porto, a Martyna przystaje na jej propozycję. Po dotarciu na miejsce, zachwyca się pięknem miasta, jednak dostrzega też jego drugie oblicze – ubóstwo. Wkrótce poznaje jednego z bezdomnych, młodego Gaspara, a on stopniowo wciąga ją do swojego nietypowego świata.

Z czasem Martyna odkrywa, że ci, którzy nie mają nic, znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie. Ktoś na nich poluje. Morderca pozostaje nieuchwytny, a na jego celownik trafia także Gaspar. Martyna mimowolnie angażuje się w sprawę. Wkrótce – wśród ludzi, których nikt nie zauważa – odkryje, po co tak naprawdę tu przyjechała…


FRAGMENT POWIEŚCI


Zrobiło się już zimno. Wiał wiatr od rzeki. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła dwudziesta trzecia. Nigdy jeszcze nie zasiedziałam się tak długo na nabrzeżu. Uregulowałam rachunek, przeszłam około stu metrów wzdłuż Douro, a potem zaczęłam piąć się krętą, wąską uliczką w kierunku przystanku autobusowego. Ostatni autobus odjechał pół godziny temu. Nie znałam innego środka komunikacji, którym mogłabym się dostać w pobliże mojego domu. Wyjęłam telefon. Zaczęłam szukać połączenia. Nie było źle. Musiałam przejść około pięćset metrów do stacji metra. Ruszyłam szybkim krokiem i minęłam ostatnią restaurację z tych znajdujących się na przedłużeniu Praca da Ribeira. Kiedy zaczęłam wchodzić po schodach, zauważyłam, że nie ma już obok mnie ludzi. Na nabrzeżu kręcili się jeszcze turyści, sporo osób siedziało w barach i restauracjach, ale tutaj było pusto. Przyspieszyłam kroku, serce biło mi szybko, droga pięła się ostro w górę. Musiałam na chwilę zwolnić, bo wydawało mi się, że serce wyskoczy mi przez gardło. W uszach słyszałam szum połączony z biciem mojego serca. Zatrzymałam się na chwilę i rozejrzałam dookoła. Nikogo. Oddech zaczął się uspokajać, serce zwolniło. Szum w uszach zniknął. Ruszyłam dalej i wtedy nagle zaniepokoił mnie jakiś dźwięk. Nawet nie potrafiłam go nazwać. Jak spod ziemi ktoś wyrósł za moimi plecami. Obróciłam się i tuż za sobą zobaczyłam mężczyznę. Miał na sobie kurtkę narzuconą na koszulę, do tego ciemne spodnie, a na szyi szalik. Ten szalik zakrywał mu pół twarzy i właśnie on mnie w tym wszystkim najbardziej przeraził. – Przepraszam, jeżeli panią przestraszyłem – odezwał się po angielsku. – Szukam Rue de Dom Hugo. – Nie potrafię panu pomóc, nie jestem stąd – powiedziałam pospiesznie. – Nie musi pani być stąd, żeby znać tę ulicę – palnął. – Nie znam nazw ulic w Porto – stwierdziłam głośno. Czułam się coraz mniej pewnie. Coś niepokoiło mnie w tym mężczyźnie. W jego zachowaniu dostrzegłam coś dziwnego. Zbliżył się do mnie. Jego kurtka dotknęła mojej sukienki. Jak na złość ulica pozostawała pusta. – Nie znam Porto – powtórzyłam głośno. – Przyjechałam tutaj niedawno. Chciałam się od niego odsunąć, ale zastąpił mi drogę. – Poczekaj! Chcesz po prostu odejść? To takie idiotyczne. Wieczór się dopiero zaczął. Jesteś samotna i ja również. Dwoje samotnych ludzi i magiczne Porto. Chciałam uciec, ale chwycił mnie za rękę. Miał mocny uścisk. Z przerażenia nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Szarpnęłam dłoń. Uścisk stał się jeszcze mocniejszy. I nagle tuż obok nas stanął Gaspar. – Spadaj! – rzucił do obcego. Mężczyzna spojrzał na niego z obrzydzeniem. – To ty spadaj, gnojku! – warknął. – Wynoś się! Twój smród jest nie do zniesienia! Być może rzuciłby się na Gaspara, gdyby nie to, że za nim pojawiło się jeszcze dwóch innych bezdomnych. – Spadaj, człowieku! – powiedział Gaspar wyraźnie po angielsku. – To nie jest miejsce na przemoc. Idź stąd! – Zrobił krok w kierunku mężczyzny. Ten się cofnął i zmierzył Gaspara wrogim spojrzeniem. Gaspar stał spokojnie tuż obok mnie, nie spuszczał wzroku z typa. – Ja tylko chciałem zapytać o ulicę! – burknął nieznajomy. – Spadaj, człowieku, zanim wezwiemy policję! Facet się odwrócił. Początkowo szedł wolno, potem, obawiając się, że Gaspar zacznie go gonić, przyspieszył i już po chwili zaczął biec w kierunku nabrzeża. Zniknął za zakrętem. Zniknęli też bezdomni, którzy stali za Gasparem. Pewnie poszli za tamtym. – Nie chodź sama nocą po takich zadupiach!– burknął Gaspar. – To bywa niebezpieczne. Ten koleś to pikuś, nie wyglądał groźnie, ale kiedyś może ci się trafić ktoś zupełnie inny. Ładna dziewczyna, noc, puste ulice… Trzeba nie mieć instynktu samozachowawczego, żeby plątać się tu samotnie nocą. Porto jest piękne, ale niebezpieczne. Przyciąga szumowiny z całego świata. O tej porze jest bezpiecznie tylko na nabrzeżu, tam kręci się policja. Tutaj się nie zapuszcza. Odwrócił się i chciał odejść, a mnie ogarnęło przerażenie. – Czy mógłbyś odprowadzić mnie w kierunku metra? – zapytałam niepewnie. – Nie powinnaś się ze mną pokazywać. To zły pomysł – powiedział. – To nie przysporzy ci przyjaciół, raczej wrogów. Turystki nie zadają się z bezdomnymi. Należymy do innych światów. – Ja się z tobą nie zadaję, ja po prostu cię proszę, żebyś odprowadził mnie do stacji metra. Coś na kształt uśmiechu przemknęło przez jego twarz. – Nie zadajesz się ze mną? A jakoś co chwilę nasze drogi się krzyżują. Stacja jest dwieście metrów stąd – dodał po chwili. – Pójdę dziesięć kroków za tobą. Poczekam, aż wsiądziesz do metra. Jeszcze jedno: o tej porze wsiadaj do pierwszego wagonu. – Do pierwszego wagonu? – zapytałam. – – Dlaczego? – Pozostałe nie mają połączenia z pierwszym. Są monitorowane, ale jeżeli prowadzący nawet zobaczy coś niebezpiecznego, to nie ma szansy interweniować. Powiadamia tylko policję. A policja może być dopiero na kolejnej stacji. Czasami może być już za późno na działanie. – Straszysz mnie? Bawi cię to, że się boję? 

- Nie straszę cię. Już trochę żyję w tym mieście. O tej porze wsiada się do pierwszego wagonu. Rozumiesz? – zapytał. – Myślę, że to nie jest trudne do zrozumienia. Wsiadasz tam, gdzie jest człowiek prowadzący pojazd, i wysiadasz na szóstym przystanku. Potem idź w górę obok banku… Przestraszona ruszyłam szybkim krokiem, raz po raz oglądając się za siebie. Szedł za mną. Zatrzymał się przy bramie jednej z kamienic, później stanął na chwilę przy wystawie sklepu z sardynkami, przeszedł jeszcze parę kroków i wtoczył się ze mną na stację metra. To mnie zastanowiło. Przecież przed chwilą rozmawiał ze mną normalnie, nie był pijany i na pewno nie ćpał. Po chwili zrozumiałam – wtoczył się i nikt go nie zaczepiał, nawet policjanci popatrzyli na niego wyrozumiale. – Hej, koleś! – rzucił w jego kierunku jeden z funkcjonariuszy. – Tutaj nie ma miejsc do spania! – Ja tylko na chwilę – usłyszałam pijacki bełkot. – Zrobiło się zimno! – Ogrzej się trochę i potem spadaj! Niedługo odjedzie ostatnie metro. Za godzinę zamykamy. – Wiem, wiem – bełkotał Gaspar, chwiejąc się na nogach. – Ja tylko na chwilę. Ja pierniczę! Kim on był? Ten człowiek zmieniał się jak kameleon, w każdej minucie grał inną rolę. Wsiadłam, zgodnie z tym, co Gaspar mówił, do pierwszego wagonu. Widziałam go z daleka. Zatrzymał się przed bramkami, na których trzeba było kasować bilety. Stał oparty o jeden z automatów. Uniosłam rękę. Też mi pomachał. Jeszcze czekał, aż zamkną się drzwi metra. Wagony ruszyły. Gaspar odwrócił się i odszedł. Próbowałam sobie przypomnieć, co do mnie mówił. Że mam usiąść w pierwszym wagonie i wysiąść na szóstym przystanku? Skąd wiedział, że powinnam wysiąść na szóstym? Ja sama jeszcze tego nie wiedziałam. Opuściłam wagon i wszystko się zgadzało. Mówił, że mam pójść w górę ulicą obok banku, bo tam w nocy są strażnicy, którzy obserwują teren, i nic mi tam już nie grozi. Szybkim krokiem ruszyłam w kierunku domu, wpisałam kod, otworzyłam bramę i pospiesznie weszłam do środka. Dopiero w mieszkaniu poczułam się bezpieczna.

    ***   

Przekonajcie się sami, jak bardzo wciągająca jest  proza autorki. Otwórzcie drzwi do świata pełnego emocji, intryg i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego fragmentu nie będziecie chcieli przestać.
Zatem, po zapoznaniu się z tekstem, odpowiedzcie szczerze: Czy macie ochotę przeczytać całą książkę?





niedziela, 2 lutego 2025

"Wyspa Luzu" Jolanta Kosowska/ Recenzja przedpremierowa


*Zapewne wszyscy słyszeliśmy o mostach miłości, na które przychodzą zakochane pary, aby wierząc w nierozerwalną siłę swojej miłości na ich balustradzie zawiesić kłódkę ze swoimi imionami i wyrzucić kluczyk do wody. Tym symbolicznym aktem uczuć chcą powiedzieć sobie wzajemnie: „Nic nas nie rozłączy, na zawsze razem”. Musicie przyznać, że jest to piękny i romantyczny gest, ale czy zastanawialiście się kiedyś jak wiele z tych miłości zweryfikowało życie i ile z tych osób chciałoby teraz tę zawieszoną kiedyś kłódkę zdjąć? Bo to „na zawsze” bardzo często ma jednak swoją datę ważności. Bardzo krótką datę ważności. Boleśnie przekonali się o tym bohaterowie najnowszej powieści Jolanty Kosowskiej „Wyspa Luzu”, której oficjalną premierę wydawnictwo Zaczytani wyznaczyło na dzień 5.02.2025., a o której ja opowiem wam już dziś.

Natalię i Michała połączyło studenckie gorące uczucie. Pełne pierwszych uniesień i namiętności. Oni również mieli swoją kłódkę. Chcieli spędzić ze sobą życie i połączyć je w jedno przed ołtarzem. Niestety nie przetrwali próby przejścia wspólnie przez pierwszą życiową burzę, która pięć lat temu wstrząsnęła ich życiem. Odwołany ślub oraz siła spekulacji i niszczącej mocy plotek na temat tego, co się wówczas stało dla Natalii była ciosem, który powalił ją na kolana. Nie było przy niej Michała. On okazał się podatną na wpływ kogoś, dla kogo nie liczą się ludzkie uczucia, a jedynie bilans własnych zysków i strat marionetką. Na szczęście nie została w swoim świecie, który wówczas jej się zawalił sama. Bezcenne wsparcie i pomoc ofiarował Natalii Rafał. Chłopak doskonale wiedział, że ludzie karmią się sensacją i emocjami innych osób, gdyż boją się własnych. Dlatego, by zakończyć szepty za plecami dziewczyny i zamknąć usta tym, którzy, choć nie znają prawdy, wiedzą lepiej, zaproponował naszej bohaterce niecodzienny układ. Oboje mieli postarać się, by wszyscy uwierzyli w pięknie opakowane kłamstwo. Bo jak możemy przeczytać w książce pięknie opakowane kłamstwo staje się bardziej wiarygodne, niż prawda. Czy plan zadziałał? O tym musicie przekonać się już sami, czytając książkę, do czego serdecznie każdego z was zachęcam. W tej relacji, która mogła być piękna zabrakło wyjścia poza swoje rozżalenie i złość, po to, by zdobyć się na szczerą rozmowę.

Wszyscy wiemy, że kiedy los, a raczej ktoś doświadczy nas zbyt mocno, najlepszym sposobem na to, aby poczuć upragnioną ulgę, jest odcięcie się od tego, co nas rani i podjęcie starań o zbudowanie swojego życia na nowo. Tego właśnie wtedy chciała dla siebie Natalia. Odcięcie przeszłości grubą kreską wymagało od niej trudnych decyzji. A jedną z nich był wyjazd do Grecji, który jednocześnie stał się spełnieniem jednego z marzeń wówczas młodej kobiety.

Świat się nie zatrzymał, a życie pognało dalej. Mijający czas zmienia ludzi. Michał nie jest już chłopakiem, który zatracając się w poczuciu krzywdy stał się beznadziejnym dupkiem. Nie chce wracać do wspomnień i rozpamiętywać przeszłości. Tym bardziej jego samego zaskakuje własny udział w zjeździe absolwentów, na którym spotykamy go po pięciu latach od skończenia studiów. Nie wie jeszcze, że dawne emocje i uczucia odrodzą się w nim na nowo, a prawda, którą pozna po rozmowie z Rafałem uświadomi mu, że to nie on ma prawo czuć się skrzywdzony, bo to on skrzywdził. Wyrzuty sumienia nie dają mu spokoju, więc postanawia udać się do Grecji, by odnaleźć dawną dziewczynę, dla której ten kraj stał się nowym miejscem na ziemi.

Jolanta Kosowska pozwalając nam towarzyszyć Michałowi zabiera nas na wyspę Kos i sprawia, że chłoniemy ją wszystkimi zmysłami. Niemalże na naszych oczach tworzy słowem piękne krajobrazy niezwykłych miejsc, ale również mocno sugestywnie opisuje smaki i zapachy wyspy. Przede wszystkim jednak na kartach swojego najnowszego dziecka autorka w ciekawy i dający do myślenia każdemu z nas sposób zapoznaje nas z kulturą i mentalnością Greków, która niejako opiera się na dwóch głównych filarach greckiej filozofii. Czerpiąc z niej my Europejczycy moglibyśmy uczynić swoje życie lepszym, doceniając w nim przede wszystkim siebie, bo to my jesteśmy w nim najważniejsi.

Michał jest przykładem postawy, myślenia i zachowania typowego Europejczyka. Naszej codzienności towarzyszy ciągły pośpiech, co generuje nieustanny stres, czemu nasz bohater daje wyraz już pierwszego dnia swojego pobytu na wyspie, kiedy ewidentnie pech go nie opuszcza. Mamy także skłonności do życia przeszłością i zadręczania się nią. To sprawia, że szarpiąc się z życiem nie potrafimy dostrzec tego, co w nim najważniejsze: miłość, przyjaźń, drugi człowiek. Tymczasem to właśnie mądrość Greków pokazuje nam, co jest kluczem do zbudowania siebie na nowo. Tylko spokój i dystans do świata, ludzi, a głównie do samych siebie pozwoli nam we właściwy sposób uporządkować przeszłość. Uporządkować tak, by nie rozpamiętywać jej, a umieć podzielić tworzące ją wydarzenia na te, które są nieodwracalne, przez co nie możemy ich zmienić i należy je tylko zaakceptować oraz te, które można zmienić, przy czym tym z kolei należy im się dobrze przyjrzeć, by właściwie ocenić, czy są one warte tego, aby je naprawiać. Musicie przyznać, że w tej filozofii kryje się wielka mądrość. Tylko jeśli uda nam się wcielić ją w życie, będziemy mogli żyć pełnią szczęścia, ciesząc się tym, co piękne tu i teraz. Jak się możecie domyślać, Natalia i Michał spotkają się, a w nas, którzy zagłębimy się w lekturze tej pięknej, mądrej i autentycznej w swojej wymowie powieści zrodzi się ciekawość i pytanie, czy dwójka naszych bohaterów uzna, że ich wspólna przeszłość jest warta naprawienia? Ja już znam odpowiedz na to pytanie, ale oczywiście nic nie zdradzę, więc musicie sami się o tym przekonać.

„Wyspa luzu” to piękna książka, która pokazuje samo życie z różnych jego perspektyw. Czytając ją doświadczycie miłości w różnych jej wymiarach. Zarówno tej młodzieńczej pełnej ufności, jak i nadziei, która będąc zbyt małą i niedojrzałą potrafi dotkliwie zranić i zawieść. Jak również tej dojrzałej, która umie już rozróżnić głębię uczucia, od wyłącznie pożądania i potrzeb ciała. Przekonacie się także jak druzgocące w skutkach są toksyczne relacje, pod których wpływem, ktoś próbuje napisać za nas scenariusz naszego życia. Ta historia uświadomi nam także, jak duży wpływ na nas i nasze życie mają osoby, które w nim spotykamy. Jedni potrafią nas zniszczyć, inni natomiast stają się naszym ratunkiem, pomocą i największym wsparciem. Jeśli spędzicie czas na lekturze tego tytułu, bez wątpienia przyczyni się on do istotnych zmian w życiu każdego z nas, gdyż zrozumiecie, że wszystko, co nas spotyka i jest dla nas trudne ujrzymy w zupełnie innym świetle, jeśli nie będziemy ulegać silnym emocjom, a zamiast tego weźmiemy trzy głębokie wdechy, policzymy do dziesięciu i wyluzujemy. Bo czasem trzeba zwolnić, by życie nabrało tempa. Niby takie proste i oczywiste, a niestety nie wielu z nas to potrafi.

* Z uwagi na sceny erotyczne występujące w książce, jest ona adresowana dla czytelnika 16+

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Zaczytani

środa, 29 stycznia 2025

"Wyspa Luzu" Jolanta Kosowska/ "Toskański ślub" Marta Jednachowska - Zapowiedzi recenzenckie


Kochani zbliżają się premiery dwóch wspaniałych powieści, które trafią do nas otoczone opieką wydawniczą. Pierwszą z nich „Wyspa Luzu” Jolanty Kosowskiej będziemy mogli cieszyć się już 05.02.2025. Grupa Zaczytani. Natomiast dwa dni później 7.02.2025., zagłębimy się w lekturze pierwszej samodzielnej  książki Marty Jednachowskiej „Teksański ślub” wspólnie z wydawnictwem Nova Res. Oba te tytuły będę dla was recenzowała i z wielką przyjemnością opowiem o nich już niebawem. Tymczasem zapoznajcie się, proszę z bardzo obiecującymi ich opisami przygotowanymi przez wydawcę.



Czasem, by życie nabrało tempa, trzeba... zwolnić

Michał, absolwent prawa, który nigdy nie podjął pracy w zawodzie, prowadzi audycje radiowe poświęcone podróżom. Od ukończenia przez niego studiów minęło pięć lat – dziś już nic go nie łączy z dawnymi przyjaciółmi ani z byłą dziewczyną, Natalią, która kiedyś go zraniła. Mimo to decyduje się wziąć udział w zjeździe absolwentów. Tam odkrywa, że wszystko, co słyszał o Natalii... było kłamstwem. Uświadamia sobie, że to on skrzywdził swoją dziewczynę.

Wyrzuty sumienia nie dają mu spokoju, dlatego postanawia wyruszyć na Kos, gdzie teraz mieszka Natalia, aby przeprosić ją za błędy przeszłości. Jednocześnie planuje stworzyć cykl reportaży o tej wyspie. Nie spodziewa się jednak, że Grecja, mimo swoich zapachów, widoków i słodkiego rytmu życia siga, siga, tak mocno nadepnie mu na odcisk – ani że popchnie go z powrotem w ramiona dawnej miłości.

Natalia i Michał są dziś zupełnie innymi ludźmi niż pięć lat temu. Ale na słonecznej wyspie, gdzie czas płynie wolniej, a mieszkańcom nie brakuje luzu, może wydarzyć się wszystko...







Wesele po włosku, czyli miłość, sekrety i… intrygi

Najpiękniejszy dzień w życiu czy koszmar, który wydaje się nie mieć końca? A co, jeśli jedno nagle przeradza się w drugie?
Monika oraz Lukas planują kameralny ślub w Toskanii. Niczego nie pragną bardziej niż ucieczki od toksycznych krewnych i zawarcia małżeństwa podczas romantycznej ceremonii w gronie najbliższych przyjaciół. Jednak po dotarciu na miejsce staje się jasne, że nic nie pójdzie tak, jak to sobie wymarzyli.
Organizator ślubu znika bez śladu wraz z zainkasowanym wynagrodzeniem, za to niespodziewanie pojawiają się matka i siostra Moniki – osoby, z którymi łączą ją dość chłodne relacje. Komuś ewidentnie zależy na tym, by zaprzepaścić plany zakochanych. Pytanie tylko, jak daleko się posunie, aby osiągnąć swój cel?


Zachęcam was moi drodzy, abyście również poznali historie, które skrywają karty obu książek. Ja jestem ich bardzo ciekawa.









środa, 27 listopada 2024

"Kalendarz adwentowy" Jolanta Kosowska / Marta Jednachowska

Już wkrótce rozpoczniemy przygotowania do nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Jest to czas, kiedy dokładamy wszelkich starań, aby nasze domy wyglądały pięknie, a nasi bliscy, którzy zgromadzą się przy wigilijnym stole, mogli cieszyć się smakiem potraw, na które czekamy przez cały rok. Ja jednak dziś chciałabym prosić nas wszystkich o to, abyśmy w ferworze towarzyszącego nam wówczas zabiegania nie zapomnieli przygotować na te wspaniałe święta naszych serc. Bo to przecież one powinny stać się najpiękniejszym domem dla narodzonego Jezusa. A w tym, abyśmy zrobili to, jak należy, ma pomóc nam adwent, który rozpocznie się już za kilka dni. Dla mnie te cztery tygodnie są wyjątkowym czasem radosnego oczekiwania, ale także refleksji nad tym, co w życiu jest najważniejsze. Niezmiennie, jak każdego roku, również teraz chcę, aby ten wspaniały okres był także  procesem mojej wewnętrznej przemiany oraz duchowego wzrastania. Jako miłośniczka książek ten jakże ważny proces wewnętrznych przygotowań zawsze wzbogacam literaturą, po którą wówczas sięgam. A piszę o tym moi drodzy, gdyż przychodzę do was z recenzją książki, która wspaniale ubogaci okres adwentu, każdemu, kto zechce po nią sięgnąć. A mam na myśli oczywiście najnowszą powieść duetu Jolanty Kosowskiej oraz Marty Jednachowskiej „Kalendarz adwentowy”.

Przystępując do lektury książki, przenosimy się na ulicę Zimową, by trafić do Domu Dziecka i wspólnie z jego wychowankami oraz ich opiekunkami przygotowywać się do świąt Bożego Narodzenia. Dla dwunastki podopiecznych, którzy, mimo że są jeszcze dziećmi, mają już za sobą trudną przeszłość, ta placówka jest jedynym domem. Dyrekcja oraz wychowawcy bardzo się starają, aby czuli się tu jak najlepiej. Chcą właśnie teraz dać dzieciom, chociażby namiastkę prawdziwego domu i rodzinnego ciepła. Zdają sobie jednak sprawę z tego, że niestety muszą liczyć siły na zamiary, gdyż borykają się z problemami finansowymi. Pani Klaudia, mając w pamięci pragnienie jednego z chłopców, chce wywołać uśmiech na twarzach dzieci i wyłożyć własne środki na zakup czekoladowych kalendarzy. Nikt jednak nie przypuszcza, że poza słodkimi pysznymi czekoladkami znajdą one wyjątkowe personalizowanie liściki, które uświadomią im, jak wielkim dobrem może zaowocować otwarcie się na drugiego człowieka.

Czytając te, listy ich mali adresaci przekonują się, że anonimowy dobry duch domu bardzo dobrze ich zna, a wręcz zdołał zajrzeć w głąb ich serc. Dzięki temu, ku ich ogromnemu zaskoczeniu i niedowierzaniu spełnia ich największe marzenia w postaci upragnionych prezentów. To nie same prezenty są jednak tutaj najważniejsze, a fakt, że stały się one niejako pierwszym krokiem na drodze w pogoni za marzeniami, które gonić zdecydowanie warto. Autorki zrodziły w nas przekonanie, że trudna przeszłość i to, że los nie był dla nas łaskawy, nie przekreśla naszych możliwości i szans na to, by osiągnąć wszystko, czego pragniemy. Liczy się tylko to, by nie stracić wiary w marzenia i włożyć, jak najwięcej starań i zaangażowania w ich spełnienie.

Na kartach powieści poznajemy bohaterów o bardzo odmiennej osobowości i charakterach. Nie każdy z nich budzi naszą sympatię, a są i tacy, którzy mogą wzbudzać wręcz antypatię. A wszystko po to, abyśmy zagłębiając się w lekturze, odebrali kolejną cenną lekcję. My ludzie bowiem często mamy tendencję do zbyt pochopnego oceniania innych, kierując się tylko powierzchownością i tym, co łatwo dostrzegalne. Tymczasem, jeśli tylko zechcemy poznać kogoś bliżej i wysłuchać jego historii, może okazać się, że byliśmy bardzo niesprawiedliwi w swoich osądach. Nie wolno nam bowiem zapominać, że każda postawa i zachowanie człowieka ma swoje przyczyny i z czegoś wynika.

Kiedy myślimy o ludziach, których los nigdy nie rozpieszczał, jakoś tak naturalnie wzbudzają oni nasze współczucie. Szczególnie kiedy są to dzieci. Żałujemy ich, bo są biedne. Przebywając w domu dziecka, nie mają tak wielu rzeczy, które mają ich koledzy, czy koleżanki, choć przecież tak samo, jak one zasługują na wszystko, co najlepsze. Jolanta Kosowska i Marta Jednachowska pisząc swoją książkę, w jej wnętrzu zostawiły dla nas piękne i mocno chwytające za serce przesłanie. Bogactwo człowieka nie kryje się w rzeczach materialnych, a jedynie w ludziach, których mamy obok siebie oraz w tym, za co możemy dziękować każdego dnia. Jeśli są ludzie, dla których jesteśmy ważni i którzy w nas wierzą możemy czuć się bogaczami.

Adwent staje się tu okazją do odkrywania nowych dróg i możliwości. W bohaterach na nowo odradza się wiara w spełnienie dotychczas nieosiągalnych marzeń i pragnień. To czas przemyśleń i refleksji, który może pomóc w zrozumieniu siebie i zdefiniowaniu swojego życia na nowo. Takiego, w którym z wiarą i nadzieją patrzymy w przyszłość. Wtedy również bardzo ważne jest, abyśmy pamiętali o istocie wzmacniania relacji międzyludzkich. Przygotowania do świąt to nie tylko to, co zewnętrzne, ale także to, co wewnętrzne.

Jak zapewne już wiecie „Kalendarz adwentowy” to piękna i niezwykle życiowa powieść świąteczna, w której tkwi ogromna mądrość, dobro i życzliwość, które rodzą się w ludzkich sercach pod wpływem otulającej nas swoim ciepłem magii świąt, kiedy wszystko jest możliwe. Całość czyta się w poczuciu ogromnej bliskości z bohaterami, a wzruszenie ściska nas za gardło i wyciska łzy. Od książki nie można się oderwać, ale jednocześnie nie chcemy kończyć jej czytania. Myślę, że obie pisarki doskonale wiedziały, że ich czytelnikom po skończonej lekturze może być trudno odłożyć książkę na półkę, dlatego też mamy dwie możliwości poznania opowieści, którą dla nas przygotowały. To od nas zależy, czy damy się pochłonąć bez reszty i całość przeczytamy jednym tchem, czy też będziemy odkrywać ją fragmentarycznie niczym tak, jak otwiera się okienka kalendarza adwentowego. Ja, kiedy już zaczęłam czytać, nie potrafiłam powiedzieć sobie „na dziś wystarczy” i przeczytałam całość za jednym posiedzeniem. Na pewno między innymi sprawiła to ciekawość tego, kto przyczynił się do tego, że magia świąt mogła ukazać swoją wielką moc. I uwierzcie mi, że będziecie zaskoczeni, kiedy już zagadka tajemniczego darczyńcy zostanie rozwiązana. Napiszcie koniecznie w komentarzach, który ze sposobów wy wybierzecie.

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Nove Res.

Inne świąteczne powieści Jolanty Kosowskiej, którą czytałam i serdecznie polecam:

„Cicha noc”.

„Bożonarodzeniowa Księga szczęścia”.

wtorek, 21 maja 2024

"Deja Vu" Jolanta Kosowska - recenzja przedpremierowa

Choć w myśl znanej piosenki lubimy wracać tam, gdzie już byliśmy, to jednak zdarza się, że takie powroty bywają bardzo trudne. Wynika to z faktu, iż powrót po latach może w bardzo dojmujący, a zarazem bolesny sposób uświadomić nam, że życia, które pamiętamy z czasów przed opuszczeniem danego miejsca, za którym tęskniliśmy już nie ma. Czas podczas naszej nieobecności się nie zatrzymał i tak wiele się zmieniło. Kiedy zdamy sobie z tego wszystkiego sprawę, może zrodzić się w nas poczucie rozczarowania, zawodu i, co najbardziej odczuwalne poczucie osamotnienia. Mało tego odnalezienie się w nowych realiach życia w tylko pozornie starym miejscu może okazać się nie lada wyzwaniem. Już wkrótce, choć jeszcze o tym nie wie, o prawdzie płynącej z tego, co dotychczas wam napisałam, przekona się główny bohater książki Jolanty Kosowskiej „Deja Vu” - Rafał Wroński, której premierę wznowienia już wkrótce będziemy świętować.

Mężczyzna jest lekarzem powracającym po kilku latach z emigracji do Polski. Zbudowanie życia na nowo dla naszego bohatera nie będzie łatwe. Po tym, co zostawił, opuszczając ojczyznę, nie ma już śladu. Jedyną osobą, która łączy go z minionymi czasami, jest przyjaciel Konrad. To właśnie on postarał się, aby Rafał miał do czego wracać. Teraz poza pracą w szpitalu obejmie również posadę wykładowcy etyki zawodowej, którą do niedawna sprawował uwielbiany przez swoich studentów Marco Brzeziński. Poprzednik Rafała niestety zmarł, ale w sercach i pamięci swoich uczniów jest ciągle żywy i obecny. Dla nich wszystkich nie był tylko nauczycielem, ale także przyjacielem oraz wzorcem człowieka niezwykłego i wyjątkowego. Rafał bardzo szybko przekonuje się, że teraz już zawsze będzie porównywany do niedoścignionego ideału i trudno będzie nie pozostawać w jego cieniu. Mało tego, to nie koniec przejawów obecności Marco w jego życiu, a wręcz przeciwnie początek. A wszystko za sprawą mieszkanie, które wynajmuje. Choć nie był tego świadomy, jego poprzednimi lokatorami byli Marco i jego ukochana Ania. To miejsce przesiąkło ich obecnością. Nadal mieszka tu kot Murano, a także są tu ich rzeczy osobiste. Największą ciekawość nowego lokatora wzbudza pamiętnik Ani, który jak się przekonacie podczas lektury książki stanie się początkiem koszmaru, w jaki zamieni się jego codzienność.

To właśnie zapiski z tego pamiętnika są świadectwem pięknej miłości Marco i Ani, która przenosi nas do tak wspaniałej, że aż wręcz nierzeczywistej Wenecji, którą w sposób niezwykle magiczny w wyobraźni swoich czytelników maluje słowem autorka. To właśnie Wenecja staje się niejako pierwszoplanową bohaterką wszystkiego, o czym przeczytamy na kartach powieści. Dzięki klimatycznym opisom miasta, w którym, jak twierdzi pisarka, może zdarzyć się wszystko, każdy, kto będzie czytał tę książkę, ma możliwość wręcz chłonąć je wszystkimi zmysłami. W tej książce można się zatracić, podobnie jak czytając pamiętnik Ani zatraca się Rafał. Jesteśmy świadkami tego, jak życie Marco staje się dla niego obsesją. Coraz częściej ulega wrażeniu, że  bardzo mocno utożsamia się z życiem Marco, choć nigdy go nie znał i do niedawna nic o nim nie wiedział. Co więcej, żywi przeświadczenie, że wszystko, czego się dowiaduje, było także jego udziałem. Zna miejsca i ludzi, których znał Marco, uczestniczył w wydarzeniach, w których brał udział również on. A nawet kocha jego kobietę. Tylko jak to możliwe, skoro nigdy nie był w Wenecji, a Ani nigdy nie poznał? Żywi przekonanie, że to mieszkanie i ci ludzie, których nie zna, choć czuje, że zna tak samo dobrze, jak samego siebie go opętali.

To przeklęte uczucie deja vu nie przestaje mu towarzyszyć. Czy to możliwe, że Rafał zatracił granicę pomiędzy prawdą i wyobraźnią? Zatarł tę cienką linię dzielącą jawę od snu? Jak sam niejednokrotnie powtarza, zaczyna żyć życiem zmarłego wykładowcy, a nawet ich życie staje się jednością. Czyżby Rafał zwariował? Kim jest naprawdę i czy zdoła odnaleźć siebie? Na te pytania musicie poszukać odpowiedzi już sami, do czego oczywiście każdego zachęcam.

Zapewniam was moi drodzy, że decydując się na lekturę tego tytułu, dostaniecie bardzo wartościową, aczkolwiek wymagającą historię. Taką, której nie czyta się dla relaksu po pracy, ale tę, która wymaga od nas skupienia, przemyślenia, zagłębienia się w czytaną treść i refleksji. Poza charakterystycznym dla twórczości Joli motywem podróży, w którym rozwija się miłość mamy jeszcze jeden równie charakterystyczny dla pisarstwa autorki aspekt medyczny. Tym razem nie dotyczy on konkretnej choroby, a odnosi się do etyki zawodu lekarza i porusza bardzo ważne zagadnienia z zakresu relacji lekarz-pacjent, czy też wzajemnych relacji między lekarzami. Uwierzcie mi kochani, że ta płaszczyzna książki może i na pewno w przypadku wielu z was będzie powodem wielu cennych rozmów i dyskusji. Całość tej historii podobnie, jak tak bliska sercu Jolanty Kosowskiej Wenecja osnuta jest aurą tajemniczości, której w wymowie opisanych w niej wydarzeń również nie zabraknie, a wszystko przez pewną legendę i okrutną klątwę.

W ręce każdego, kto zechce przeczytać „Deja vu”, bezsprzecznie trafi książka niezwykła. Taka, o której nie da się szybko zapomnieć. Jednak dzięki otwartemu zakończeniu, to jak ją odbierzecie, zależy w dużej mierze od tego, czy w życiu wierzycie temu, co widoczne dla oczu i namacalne, czy też  ufacie sercu i podążacie za swoimi uczuciami. Bo tylko wówczas miłość wbrew wszystkim i wszelkiej logice może być wieczna. Autorka daje nam możliwość zdecydowania, czy odkładając książkę na półkę, uwierzymy w szkiełko i oko, czy też w siłę uczuć.

Premiera 12.06.2024.

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Zaczytani.


czwartek, 21 grudnia 2023

"Cicha noc" Jolanta Kosowska

Okres Adwentu winien być czasem wyciszenia, spokoju i radosnego oczekiwania na nadchodzące Boże Narodzenie. Tymczasem niestety bardzo rzadko tak właśnie jest w naszych domach. Dla większości z nas jest to czas bardzo zabiegany, w którym zatracamy to, co najważniejsze na rzecz materialnych aspektów świętowania. Żyjemy bardzo szybko, a w te przedświąteczne tygodnie nadrzędnym problemem jest narastająca w nas z każdym mijającym dniem obawa, czy na pewno ze wszystkim zdążę? Czy zdążę wysprzątać mieszkanie? Czy zdążę kupić prezenty? Czy zdążę przygotować potrawy świąteczne? 

Brakuje nam chwili wytchnienia na refleksje i zrozumienie, że przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie to jest istotą przeżywania adwentu. Przyznaję, że ja również nie przeżywam go, jak należy. Wiem jednak, że od teraz będę starała się to zmienić. A to wszystko dzięki najnowszej powieści Jolanty Kosowskiej „Cicha noc”, w której autorka w piękny i przejmujący sposób pokazuje swoim czytelnikom zupełnie inne oblicze adwentu.

Na kartach książki przenosimy się do Drezna. Choć nigdy tam nie byłam, to czytając „Cichą noc”, wręcz chłonęłam całą sobą magiczny czar tamtejszych jarmarków bożonarodzeniowych, blask łuków adwentowych, dźwięki kolęd. A także zapach cynamonu, wanilii, smak pieczonych kasztanów. Ci z was, którzy znają twórczość Joli wiedzą, że nie ma w tym, co napisałam ani krzty przesady. Pisarka, jak w każdej swojej powieści, również i tym razem maluje słowem piękne tło dla ciepłej, mądrej i otulającej nas historii, która uczula czytelnika na to, co jest najważniejszą wartością w życiu, a także otwiera nas na drugiego człowieka.

Jola jest osobą, dla której człowiek i jego dobro jest bardzo ważne. Jako lekarz przebywa blisko ludzi, ich problemów, ale również potrzeb i pragnień. To z kolei przekłada się często na jej twórczość, za co ja sama jestem bardzo wdzięczna. Wierzę bowiem, że książki mają wielką moc sprawczą i mogą wpłynąć na każdego, kto zechce po nie sięgnąć. Tym razem zostajemy skonfrontowani z trudnym tematem, jakim jest starość. Mimo że prędzej, czy później dosięgnie ona nas wszystkich, to wielu z nas unika o niej rozmów, a tym samym przebywania wśród osób starszych. Problem ten jest ciągle tematem tabu zamiatanym pod dywan.

Poznajcie Ewę, młodą studentkę architektury wnętrz, która nie mogąc liczyć na niczyje wsparcie, robi wszystko, aby samodzielnie utrzymać się na studiach, a w przyszłości spełnić marzenie o założeniu własnej firmy. Kobieta zatrudnia się w domu opieki i choć nie sprawdza się dobrze w roli opiekunki medycznej, to daje jego podopiecznym od siebie coś o wiele ważniejszego. Sprawia, że w domu dotychczas będącego domem tylko z nazwy zaczyna budzić się życie. Nowa pracownica zaskarbia sobie sympatię nie tylko mieszkańców domu, ale również pracowników. A to dlatego, że jej pojawienie się jest dla wszystkich, niczym powiew świeżego powietrza. To Ewa dostrzegła w tych ludziach kogoś więcej, niż pacjentów, którym trzeba zapewnić opiekę i zaspokojenie ich potrzeby fizycznych. Dzięki swojej empatii i otwartości troszczy się także o potrzeby duszy. Wzbudza dawno uśpione ich marzenia i pragnienia, do których przecież każdy z nas bez względu na wiek ma prawo. Nasza bohaterka nie wie jeszcze, że już niebawem przekona się, iż dobro powraca.

Wszyscy wiemy, że Boże Narodzenie to czas dawania prezentów i to właśnie Ewa poczuje, że bywają prezenty, które mogą odmienić czyjeś życie. Święta to czas cudów, które pomagają odnaleźć to, za czym tak bardzo tęskni serce. Nasza Ewa dostanie taką szansę. Jednak, aby mogło się to wydarzyć, będzie musiała zdobyć się na odwagę, której zabrakło jej pięć lat temu. To, co się wówczas wydarzyło, odcisnęło piętno na reszcie jej i nie tylko jej życia, o czym przekona się już wkrótce. Wtedy pokochała szczerą, gorącą i odwzajemnioną miłością. Te kilka cudownych dni spędzonych u boku ukochanego miało być początkiem pięknego wspólnego życia na zawsze. Stało się jednak inaczej. Dziś są to już tylko bolesne wspomnienia, do których kobieta nie chce wracać. Jednak los, a może przeznaczenie zadecydowało za nią. Rodzi się jedno pytanie, czy teraz nie jest już na wszystko za późno? Wszak musicie wiedzieć, że te kilka lat temu wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby nie zabrakło szczerej rozmowy. Jolanta Kosowska daje nam kolejną bardzo ważną życiową lekcję. My ludzie mamy skłonność do ucieczki przed tym, co dla nas trudne i bolesne. W obawie przed zranieniem i cierpieniem często nie mamy odwagi po prostu usiąść i szczerze ze sobą porozmawiać. A ta historia jest dowodem na to, że brak rozmowy może zniszczyć każde, nawet najpiękniejsze uczucie.

„Cicha noc” to nad wyraz autentyczna opowieść spleciona z ważnych i trudnych życiowych wątków, które otulone ciepłą, i klimatyczną atmosferą adwentu stają się łatwiejsze do przemyślenia i zaakceptowania. Z pewnością wielu z nas odnajdzie w niej cząstkę swojego życia. Będą też i tacy, jak ja, którzy po przeczytaniu powieści pójdą do swojej babci, dziadka i będą chcieli wysłuchać opowieści o ich życiu. Nie zapominajmy bowiem o tym, że starsi ludzie niosą ze sobą skarbiec życiowych doświadczeń, przeżyć, a co za tym idzie życiowej mądrości, z której my młodzi mamy niepowtarzalną okazję czerpać.

Gorąco zachęcam was kochani do spędzenia czasu z tą wspaniałą powieścią. Teraz kiedy jesteśmy u progu świąt Bożego Narodzenia, jej lektura sprawi, że będziemy przeżywać ten czas pełniej i jeszcze bardziej docenimy, to, co mamy. A być może dla kogoś z was ta książka stanie się impulsem do odbycia zaniechanych rozmów, które rozpoczną nowy rozdział w waszym życiu. W święta wszystko jest możliwe.

 [Materiał reklamowy] Autorka Jolanta Kosowska

czwartek, 30 listopada 2023

"Spotkamy się we śnie" Jolanta Kosowska, Marta Jednachowska

Jestem osobą twardo stąpającą po ziemi, co przekłada się na wiele aspektów w moim życiu. Również na dobór książek, które czytam, dlatego na przykład nie sięgam po fantastykę. W żaden sposób nie umniejszam temu gatunkowi literackiemu, ale dla mnie po prostu nie znajduje się on w obrębie mojego komfortu czytelniczego. Jednak, jak w każdej dziedzinie życia, tak również w literaturze, zdarzają się powieści fantastyczne, dla których robię wyjątek, ponieważ zwyczajnie ciekawość bierze górę. Właśnie tym razem nadszedł moment, aby opowiedzieć wam o jednej z takich książek. Przyznam szczerze, że tak jak od momentu zapowiedzi tej książki byłam jej bardzo ciekawa, tak samo mocno obawiałam się jej lektury. A mowa oczywiście o powieści duetu Jolanty Kosowskiej i Marty Jednachowskiej „Spotkamy się we śnie”.

Zanim jednak opowiem wam o samej książce, pozwólcie, że w kilku słowach wyjaśnię, dlaczego w momencie, kiedy zaczynałam ją czytać, moja jej ciekawość mieszała się z pewnymi obawami. Otóż autorki na jej kartach podejmują między innymi bardzo intrygujący mnie temat świadomego śnienia, o którym chciałam dowiedzieć się czegoś więcej, ale jednocześnie niepokoiło mnie, czy moja wyobraźnia jest na tyle bujna, aby nadążyć za, jak się przekonacie, sięgając po książkę, bardzo rozbudowaną wyobraźnią Marty, która jak obie Panie przyznają, była inicjatorką powstania tej książki. Przecież mogło się okazać, że jestem zbyt „przyziemna”, aby dobrze ją zrozumieć i docenić tak jak na to zasługuje. No dobrze, nie będę dłużej trzymała was w niepewności. Bardzo szybko okazało się, że moje obiekcje były zupełnie niepotrzebne, gdyż książka jest wspaniała. Co więcej, choć powieść w pierwszej chwili wydaje się magiczna, to tak naprawdę jest bardzo życiowa. Nie wybiegajmy jednak przed szereg i zacznijmy od początku.

Poznajcie Oliwię, młodą pisarkę, która nie czuje się spełniona w swoim życiu. Jej praca, nie znajduje uznania w oczach najbliższych. Dla matki jest córką, która nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, a związek, który tworzy ze swoim chłopakiem Czarkiem, przypomina stare małżeństwo idealne już tylko dla osób z zewnątrz, a tak naprawdę naznaczone rutyną. Codziennością spędzaną razem, a jednak osobno. Namiętność, która kiedyś wypełniała ten związek jest już tylko wspomnieniem. Kobieta coraz dotkliwiej odczuwa, że teraz jej miejsce w życiu Cezarego zajęła praca, której poświęca on coraz więcej czasu. To ona stała się dla niego najważniejsza. Oli próbuje uciec od swojej samotności, trosk i codziennych problemów w sny, które zawsze miały dla niej duże znaczenie. Od kiedy pamięta, zapisywała je w swoim notatniku i starała się je interpretować. W momencie, kiedy my czytelnicy zaczynamy towarzyszyć kobiecie na kartach powieści, ani ona, ani tym bardziej my sami nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo mocno już wkrótce właśnie sny wpłyną na życie Oliwi, wywracając je niemalże do góry nogami.

A wszystko ma swój początek, w momencie, kiedy dziewczyna wspólnie ze swoim przyjacielem Tomkiem decydują się zgłębić metody osiągnięcia stanu świadomego snu, a także idąc o krok dalej nauczyć się panować nad swoimi snami, po to, by mieć wpływ na to, co się w nich dzieje. Jak się możecie domyślać, Oliwi się to udaje i od tej pory każdej nocy w jej snach dzieją się rzeczy, których nawet nie potrafimy sobie wyobrazić. Tylko tu może czuć się prawdziwie wolna, może być sobą, realizować swoje marzenia. Sny są magiczne, fantastyczne i różnorodne, ale każdy z nich łączy postać mężczyzny, który, choć na początku nie jest do Oliwi przyjaźnie nastawiony, to z biegiem czasu staje się jej przewodnikiem sennym, a w sercach obojga rodzi się uczucie. To przy Mironie każdej nocy Oliwia czuje emocje, które w realnym świecie, w życiu z Czarkiem dawno już wygasły. Tylko gdzie jest granica między jawą i snem i co stanie się w momencie, kiedy sen zacznie mieszać się z jawą i stanie się niepokojąco realny? Na te pytana oczywiście znajdziecie odpowiedzi czytając książkę, do czego już teraz każdego gorąco zachęcam.

Autorki oddały w nasze ręce wyjątkową książkę, w której nieuchwytny świat snu nieosiągalny dla wszystkich przeplata się z bardzo realnymi życiowymi problemami, z którymi z kolei na pewno wielu z nas może się utożsamić. Zacznijmy od relacji na płaszczyźnie matka – córka. Relacja Oliwi z rodzicielką jest pełna dystansu. Niemalże każde spotkanie w domu rodzinnym kończy się dla młodej kobiety przykrościami ze strony matki, która nie potrafi zrozumieć, że jej córka ma prawo do ułożenia sobie życia na własnych zasadach. Tylko ona może decydować jak ma ono wyglądać. Jednak aby to zrozumieć, potrzebna jest szczera rozmowa. Kiedy jej zabraknie między ludźmi tworzy się przepaść, którą coraz trudniej jest pokonać. Pisarki uświadamiają nam jak wielką ma ona moc sprawczą w życiu każdego z nas. I jeśli tylko się na nią zdobędziemy, jej skutki mogą nas bardzo zaskoczyć.

Kolejna bardzo ważna lekcja, którą odbieramy dzięki tej niezwykle wartościowej książce, to fakt, że należy dbać o to, co jest naprawdę ważne w naszym życiu i pielęgnować to każdego dnia na nowo, gdyż nic co dostajemy od życia nie jest nam dane na zawsze. Dlatego, tak bardzo ważna jest dbałość o związek, miłość i każdą relację międzyludzką, na której nam zależy. W przeciwnym razie bowiem źle zbudowana hierarchia naszych życiowych wartości może przyczynić się do utraty, wszystkiego, co udało nam się zbudować. Niestety poświęcając całe zaangażowanie w rzeczy mniej ważne, często o tym zapominamy.

„Spotkamy się we śnie” to bardzo mądra, angażująca czytelnika książka, o miłości i poszukiwaniu szczęścia, którego czasami szukamy bardzo daleko nawet w snach, podczas gdy może ono czekać gdzieś blisko nas, chciałoby się powiedzieć na wyciągnięcie ręki. Kiedy wreszcie to do nas dotrze zdajemy sobie sprawę, że nie potrafiliśmy docenić tego, co mamy. To także zajmująca historia o skomplikowanych wyborach i trudnych decyzjach przyjaźni i chorobie, a więc o wszystkim tym, z czego składa się, życie, któremu każdego dnia próbujemy nadać sens.

Myślę, że pisanie o tej książce czegokolwiek więcej jest zbędne, gdyż  na pewno już wiecie, że warto ją przeczytać. Czas spędzony na jej lekturze dostarczy wam wiele dojmujących emocji, które będziecie mogli wręcz poczuć. Od samotności, chłodu, zwątpienia, zagubienia, lęku, aż do miłości, namiętności i szczęścia. Warto wspomnieć, że w opisywanej historii nie zabraknie zaskoczeń i ciekawych zwrotów akcji. To wszystko sprawia, że całość czyta się naprawdę świetnie i niepostrzeżenie dociera do końca z poczuciem, że chciałoby się więcej. Na szczęście książka ma otwarte zakończenie, co pozwala nam czytelnikom mieć nadzieję, że kiedyś powstanie kontynuacja. Ja bardzo na to liczę, gdyż debiut tego wspaniałego duetu twórczego okazał niezwykle udany, czego serdecznie gratuluję. Mama i córka doskonale sprostały temu, jak przypuszczam niełatwemu zadaniu. Nie ukrywam też, że czekam na samodzielną książkę Marty. 

Teraz już was zostawiam, abyście mogli niezwłocznie zabrać się za czytanie „Spotkamy się we śnie”, a sama będę przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji dotyczących świadomego śnienia, gdyż ta powieść stała się dla mnie impulsem do tego, aby spróbować wyćwiczyć u siebie tę umiejętność.

[Materiał reklamowy]
Autorki Jolanta Kosowska, Marta Jednachowska

piątek, 16 czerwca 2023

"Madeira" Jolanta Kosowska

Dziś poruszymy bardzo ważny temat jakim jest dom, rodzina i relacje rodzinne. Dla mnie samej jest to największa wartość w życiu. Jestem już dorosła, ale do dziś pamiętam słowa mojej kochanej babci. Już kiedy byłam dzieckiem powtarzała mi, że właśnie dom rodzinny, moi bliscy i wszystko, co czuję myśląc o miejscu,w którym się urodziłam jest największym skarbem jaki posiadam i powinnam pielęgnować go w sercu. Oczywiście życie pisze różne scenariusze i nie wiemy, jak się ono ułoży, ale niezależnie od tego, gdzie się znajdziemy, to miejsce zawsze będzie tym, do którego możemy wracać, by poczuć się bezpiecznie.

Wspomnienie tej rozmowy przywiodła mi na myśl lektura najnowszej powieści Jolanty Kosowskiej „Madeira”, o której teraz opowiem wam kilka słów.

Zanim jednak skupię się na samej fabule książki, pozwólcie, że opowiem wam troszkę o samej autorce, gdyż to, jaka jest i co kocha Jola bezpośrednio odzwierciedlają jej książki, czyniąc każdą z nich wyjątkową. To pisarka o wielkim sercu,  której życie wypełnia wiele pasji, a jedną z nich jest podróżowanie. Jest to kobieta o wielkiej wrażliwości dla ludzi, ale także na piękno miejsc do których podróżuje. To wszystko w połączeniu z niezwykłym talentem pisarskim sprawia, że biorąc do ręki książkę tej autorki czytelnik wspólnie z jej bohaterami wyrusza w niezapomnianą podróż do miejsc, które oczarowują go od pierwszej chwili. Zazwyczaj są one tłem dla bardzo życiowych i przejmujących, pełnych emocji ludzkich historii. Takich o których nie tylko bardzo długo nie zapomnimy, ale także z którymi będziemy się utożsamiać.

Tym razem zostajemy zabrani do Portugalii na wyspę Madera. Tam spotykamy Julię. Młodą dziewczynę, która jest Polką ale wybrała się tutaj, by zakończyć swoje życie, które straciło sens, w chwili, kiedy bez śladu zaginął mężczyzna z którym pragnęła napisać historię ich wspólnego życia. To miejsce dla nich obojga jest wyjątkowe. Filip jest Portugalczykiem i właśnie na tej wspaniałej wyspie oświadczył się swojej ukochanej. Dziś  Juli zostały już tylko wspomnienia tych pięknych dni i gorących nocy, gdyż na kilka dni przed datą ślubu po zakończonym wieczorze kawalerskim z przyjaciółmi, chłopak wysłał narzeczonej wiadomość, a potem wszelki ślad po nim zaginął. Nasza bohaterka jest przekonana, że Filip nie żyje i kończąc swoje ziemskie życie, chce połączyć się z nim na nowo tam, gdzie on teraz jest.

Na szczęście los ma na jej życie inny scenariusz. Pojawia się ktoś, kto odwodzi ją od tego desperackiego kroku. Tak też trafia do jednej z portugalskich rodzin, której członkowie naprawdę wiele w życiu przeszli, a historia ich rodziny jest wręcz dramatyczna. Co więcej niespodziewanie dla samej Julii, może ona stać się rozwiązaniem dla zagadki niewyjaśnionego zaginięcia Filipa. Jak to możliwe?  Tego już musicie dowiedzieć się sami, sięgając po książkę. Już teraz z całego serca was do tego zachęcam.

Powieść została podzielona na dwie płaszczyzny czasowe. Teraźniejszość oraz wydarzenia mające miejsce przed sześcioma laty. To właśnie z przeszłości poznajemy trzypokoleniową rodzinę dla której wartość rodziny, rodzinnych relacji i więzi zawsze była najważniejsza. Kiedy czytamy o tym jak mogli na siebie liczyć, jak wielkim wsparciem dla siebie byli, a także jak wyjątkowa była miłość ich łącząca, to uwierzcie mi, że na sercu robi się ciepło. Oczywiście nie mogę zbyt wiele napisać, abyście sami mogli przeżywać tę pełną silnych emocji opowieść ale zdradzę wam coś, o czym również mówi sama autorka na spotkaniach ze swoimi czytelnikami. Dla niej samej jest to bardzo ważna powieść, gdyż dwa z występujących w książce wątków są inspirowane przez prawdziwe ludzkie historie. Oczywiście na potrzeby powieści zarówno one, jak i okoliczności ich zaistnienia zostały w pewnej mierze zmienione, ale miały miejsce.

W tej książce nasza uwaga zostaje zwrócona na bardzo ważne aspekty. Mnie mocno poruszył wątek pewnego lekarza, którego przeżycia, a przede wszystkim podejmowane decyzje i dokonywane wybory w obliczu trudnych i dla jego najbliższych ogromnie bolesnych wydarzeń  uświadamiają nam, że każdy człowiek ma prawo żyć tak, jak chce, bo każdy z nas jest inny. Ma prawo od początku do końca przeżyć to życie na własnych zasadach, i to właśnie w rodzinie powinniśmy znajdować wsparcie, zrozumienie i akceptację.

„Gdybym nie mógł być sobą, to umarłbym za życia”.


Rodzina jest siłą to właśnie w  rodzinnej miłości, przyjaźni i wzajemnym szacunku kryje się jej największa moc. To nasza bezpieczna przystań i nadzieja na lepsze jutro. Dzięki rodzinie mamy świadomość własnych korzeni, tego co nas ukształtowało i dodało wiary w budowanie własnego życia.

Jak widzicie na kartach książki odnajdziemy wielowymiarową, życiową i refleksyjną historię, której lekturze towarzyszyć będą silne emocje z którymi przyznam szczerze było mi chwilami bardzo ciężko sobie poradzić. Wszystko, o czym przeczytamy trafiło wprost do mojego serca i wywołało łzy wzruszenia. Uwierzcie mi, że dojmujący autentyzm dziejących się w książce wydarzeń sprawi, że sami bohaterowie staną wam się bardzo bliscy, a wszystko, przez co przeszli przeniesiecie na płaszczyznę własnego życia, co w rezultacie skłoni każdego do głębokich refleksji i przemyśleń.

Myślę, że autorka miała tego świadomość, dlatego, aby wyciszyć nasze emocje, a także ułagodzić całą historię zabrała nas w literacką podróż po zaczarowanym miejscu, jakim jest Madera. Tym razem wyspa wiecznej wiosny nie jest tylko tłem dla dziejącej się fabuły. Można śmiało powiedzieć, że jest postacią pierwszoplanową. A nawet czyjąś kobietą życia. Jola ma niezwykłą umiejętność bardzo plastycznego opisywania słowem wszystkiego, co możemy zobaczyć i co możemy przeżyć trafiając do miejsc, w których osadza fabułę swoich książek. Nigdy nie byłam na Maderze, a podczas czytania książki miałam wrażenie, że te wszystkie piękne widoki roztaczają się pod moimi powiekami. Co więcej, dzięki tej książce mamy możliwość doświadczyć Madery wszystkimi zmysłami, co musicie koniecznie poczuć sami. Tej książki się nie czyta, ją się przeżywa i chłonie całym sobą. Kończycie czytać książkę i macie wrażenie, jak byście wrócili z podróży życia, która choć dobiegła końca, w was jeszcze bardzo długo, o ile nie na zawsze zostanie żywa.

Nie będę pisała nic więcej, gdyż choćbym bardzo chciała, nie jestem w stanie w słowach oddać piękna tej książki. Na nią trzeba po prostu otworzyć serce  i samemu je poczuć. Także nie zwlekajcie, ani chwili dłużej z jej przeczytaniem. Pozwoli wam ona spojrzeć na siebie i swoją rodzinę w zupełnie innym świetle. Docenić ją, a także zatrzymać się w biegu życia, wyciszyć i dostrzec wiele pięknych chwil, które tak bardzo często mijają bezpowrotnie przez nas niezauważone. Ja na pewno, jaszcze nie raz do tej książki wrócę i będę czerpać dla siebie z jej ogromnej wrażliwości i mądrości, która się w niej kryje.

[ Materiał reklamowy ] Grupa Zaczytani

 

wtorek, 31 stycznia 2023

"Sobie pisani" Jolanta Kosowska./ Recenzja przedpremierowa.

Myślę, że zgodzicie się ze mną, iż najtrudniejszym przeżyciem, jakiego doświadczamy w życiu, jest patrzenie na cierpienie osób nam bliskich. Wiedząc o tym, że nasz krewny bądź przyjaciel przeżywa trudne chwile w swoim życiu, większość z nas w naturalny sposób odczuwa potrzebę tego, aby tej osobie pomóc. Chcemy chronić ją przed bólem i cierpieniem, a najlepiej sprawić, aby, jak najszybciej zapomniała o tym, co ją spotkało. Przyznacie, że wydaje się to być bardzo piękny i szlachetny odruch serca i rzeczywiście taki jest, bowiem w istocie warto pomagać. Jednak nie wolno nam w takiej sytuacji zapomnieć  o jednej najważniejszej kwestii. Mianowicie o tym, że są pewne granice, których nie wolno nam przekraczać nawet mimo tego, że kierują nami dobre intencje. Dziś za sprawą książki Jolanty Kosowskiej „Sobie pisani”, z której przedpremierową recenzją do was przychodzę, przekonacie się, że w życiu niestety bywają sytuacje, kiedy źle pojęta chęć niesienia pomocy może zniszczyć komuś życie.

Tym razem autorka zabiera nas w podróż do Pragi, gdzie poznajemy główną bohaterkę powieści Martę Dobrzyńską. Młoda kobieta jest właścicielką bardzo dobrze prosperującego biura podróży i przewodniczką wycieczek po tym niezwykle urokliwym i malowniczym czeskim miasteczku. Niestety  prywatnie  nie układa się jej już tak dobrze. Co prawda w jej życiu jest mężczyzna, któremu oddała swoje serce, ale Hubert, prowadzi swoje bliźniacze z biurem Marty biuro w Polsce. Odległość i natłok obowiązków nie sprzyjają związkowi tej pary. Wkrótce jednak okazuje się, że to nie praca i dzielące ich kilometry są przyczyną problemów naszej dwójki. Świat dziewczyny drży w posadach, kiedy jej ukochany jawnie romansuje z inną kobietą. Burzliwa kłótnia kończy wszystko. Plany i marzenia Marty legły w gruzach.

Marta nie jest sama ze wszystkim, co ją spotkało. Może liczyć na wsparcie i pomoc swojej przyjaciółki Aleny  i jej nieco despotycznej babci Sofii. Jak możemy przeczytać już na okładce książki, starsza pani zajmuje się „prostowaniem ludzkich dróg i korygowaniem niesprawiedliwości losu”. I już układa swój własny plan pomocy przyjaciółce wnuczki. Nie wiem, czy macie podobne odczucia, ale ja czytając tylko to jedno zdanie, czułam, że zwiastuje ono poważne problemy. Bo przecież nikt nie ma prawa decydować o tym, jak mamy żyć.

„Każdy człowiek ma prawo żyć po swojemu. Ma prawo przeżywać własne porażki, niepowodzenia, katastrofy i nieszczęścia. To jest jego życie. On ma je przeżyć. Nikt nie powinien robić tego za niego. Nie możesz układać życia innym”.

Na pewno jesteście ciekawi, jakie następstwa i konsekwencje będą miały działania podjęte przez Sofii i jej sprzymierzeńców, ale ja oczywiście nic nie zdradzę, więc musicie przeczytać tę wspaniałą książkę, do czego już teraz serdecznie was zachęcam.

Tymczasem przejdźmy płynnie do kolejnego bardzo ważnego aspektu rozważań, których na kartach swojej powieści podjęła się Jolanta Kosowska. Otóż kiedy cierpimy, tracimy jasność postrzegania tego, co się w naszym życiu dzieje oraz umiejętność dostrzeżenia prawdy w świecie iluzji, który ktoś dla nas stworzył, aby odizolować nas od tego, co trudne i bolesne. Osoba, która cierpi, bardzo szybko jest w stanie uwierzyć niemalże we wszystko, byle tylko sobie w pewien sposób ulżyć. Poznając tę niezwykle wciągającą i piękną historię, niemalże na własnej skórze poczujecie, jak niewiele trzeba, aby nasze drobne manipulacje i z pozoru mało znaczące działania sprawiły, że osoba, w stosunku do której są one podejmowane, nie będzie potrafiła zorientować się, że jej życie stało się fikcją.

Pisarka zostawiła dla nas cenną lekcję. Otóż zanim zdecydujecie się komuś pomóc, pamiętajcie, że prawda o życiu tej osoby, którą my dostrzegamy, może być tylko pozorna. Choć powinna być wartością samą w sobie, to niestety najczęściej ma drugie, a może trzecie i kolejne dno. Często to, co przyjmujemy za jasne i oczywiste nie oddaje rzeczywistości. Jednak nam wydaje się, że wiemy lepiej. Brniemy w stworzoną w naszej głowie nieprawdę i podejmujemy działania, które mogą kogoś bardzo skrzywdzić.

Co jednak należy zaznaczyć to wnioski, do których doszedł Hubert, gdyż są one bardzo trafne i warto, abyśmy wszyscy wzięli je sobie do serca, gdyż dotyczą każdego z nas. Winę za to, że coś złego dzieje się w naszym związku przede wszystkim ponosimy my sami. Niestety w dzisiejszych czasach życie prywatne i miłość stawiamy na drugim miejscu w konfrontacji z pracą i obowiązkami służbowymi. Nie potrafimy cieszyć się i docenić tego, co mamy, ciągle chcąc coraz więcej, ale na co również uczula nas Jola, w momencie, kiedy zrozumiemy, że zawaliliśmy sprawę i straciliśmy wszystko, pamiętajcie, że alkohol, po który wówczas najczęściej sięgamy, nie jest żadnym wyjściem. To tylko metoda na chwilowe pozorne zapomnienie, a nie na rozwiązanie naszych problemów. Na pewno nie pomoże, a może nas tylko pogrążyć.

Kochani chyba już dłużej nie muszę przekonywać was, że warto sięgnąć po tę bardzo wartościową i mądrą książkę. Jednak to nie koniec jej atutów, gdyż wszystkie te życiowe i poważne tematy zostały otulone płaszczykiem ciepłej i bardzo romantycznej historii. Takiej, która roznieci ciepło w waszych sercach. Wszyscy wiemy, że Jolanta Kosowska ma cudowny dar malowania słowami obrazów pięknych zakątków miejsc, w których osadza fabułę swoich powieści. Tak też jest i tym razem. Nigdy nie byłam w Pradze, ale w książce została ona ukazana tak pięknie i malowniczo, że dosłownie zamykałam oczy i mogłam zobaczyć urokliwe zakątki tego magicznego miasteczka. To miejsce z piękną historią, wieloma tajemnicami i niezwykłym klimatem miłości unoszącej się w powietrzu. Praga to miasto zakochanych, które chciałabym kiedyś odwiedzić.

Wiem, że się rozpisałam, ale jest to jedna z tych książek, o której mogłabym pisać bez końca. Z całego serca zachęcam was do poznania tej niezwykle poruszającej, wzruszającej i refleksyjnej książki. Zapewniam was, że każdy znajdzie w postaciach jej bohaterów i ich perypetiach cząstkę siebie. Będziecie mocno trzymać kciuki za to, aby wszystko, o czym przeczytacie, dobrze się skończyło, czytając z zapartym tchem, a jednocześnie chcąc pozostać z tą historią, jak najdłużej. A przemyślenia towarzyszące jej lekturze z pewnością przeniesiecie na płaszczyznę własnego życia, myśląc o niej jeszcze długo po odłożeniu na półkę biblioteczki.

Na zakończenie chciałabym serdecznie podziękować Autorce oraz wydawnictwu Zaczytani za możliwość przedpremierowej lektury książki, a was moi drodzy zostawić z bardzo ważnym przesłaniem, które również skrywa powieść „Sobie pisani”.

Nie pozwólcie, aby ktoś inny pisał za was scenariusz waszego życia. Tylko wy jesteście jego autorami i nikt nie ma prawa go korygować według własnego uznania.

PREMIERA KSIĄŻKI JUŻ 10.02. 2023


[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Zaczytani.

 

 

niedziela, 31 października 2021

"Bożonarodzeniowa księga szczęścia" Jolanta Kosowska/ Recenzja przedpremierowa

\


Ż
ycie jest kwestią wyboru. Czas pędzi i niestety nie da się mieć wszystkiego, dlatego tak bardzo ważne jest, abyśmy zastanowili się, co jest dla nas istotne. Jakie są nasze priorytety. Oczywiście dla każdego z nas odpowiedź na to pytanie będzie inna i uwarunkowana tym, w jakim momencie życia się obecnie znajdujemy. Nie wolno nam jednak zapomnieć, że to jak je sobie ułożymy, jest ciągiem przyczynowo skutkowym, składającym się z podejmowanych przez nas decyzji. Wszystko, na co się zdecydujemy, ma swoje konsekwencje nie tylko w danym momencie, ale najczęściej także w przyszłości. Taką mądrość życiową nabieramy jednak zazwyczaj, dopiero kiedy los mocno nas doświadczy i niestety często już po szkodzie, kiedy jest za późno, by coś zmienić i naprawić. Kiedy jesteśmy młodzi, żyjemy w przeświadczeniu, że wszystko, co mamy, jest nam dane na zawsze i możemy traktować nasze życie wybiórczo. Skupiając się tylko na tym, co w danej chwili wydaje nam się najistotniejsze, bo inne kwestie przecież mogą poczekać. Nic bardziej mylnego, ale ta gorzka prawda dociera do nas dopiero wówczas, kiedy namacalnie odczujemy, że straciliśmy coś bezpowrotnie. Pewnego dnia budzimy się i zdajemy sobie sprawę, że choć mogliśmy mieć tak wiele, z własnej winy przegraliśmy swoje życie i mało tego, rykoszetem oberwał ktoś, kto był, a może nadal jest nam bliski. Nie chcę, abyście ani Wy, ani ja odbierali tak trudną i bolesną lekcję z autopsji, dlatego dziś przychodzę do Was z recenzją książki Pani Jolanty Kosowskiej Bożonarodzeniowa księga szczęścia”, która mocno w to wierzę, skłoni Was do przemyśleń na temat całokształtu Waszego życia i zbudowania go według właściwej hierarchii wartości.

Bohaterami powieści są Rafał, Tomek, Lena, Aśka i Maria. Piątka przyjaciół z czasów liceum. Teraz kiedy my czytelnicy towarzyszymy im podczas lektury książki, są to już dorośli ludzie, których koleje losów rozrzuciły po różnych częściach świata. Mimo że, od czasów szkolnych tak wiele się u każdego z nich się zmieniło, a życie nie szczędziło trudnych przeżyć, ich przyjaźń pozostaje jedyną niezmienną wartością. Co prawda dzieląca ich odległość i zwykła codzienność nie pozwalają już na tak częste i intensywne utrzymywanie kontaktów, ale i na to znaleźli piękny sposób, który ku mojemu wielkiemu smutkowi, w dobie internetu i komunikatorów społecznościowych odszedł w zapomnienie. Mianowicie każdego roku przed świętami Bożego Narodzenia każde z nich pisze do pozostałych list, w którym opisuje wszystko to, co wydarzyło się w jego życiu przez te kilkanaście miesięcy, a czym chciałby się z przyjaciółmi podzielić. Dzięki temu czytając je w Wigilię, mogą czuć się bliżej siebie. Tym razem dzieje się podobnie. Wkrótce nadejdą kolejne święta, więc tradycyjnie docierają listy. Wszystko byłoby jak zawsze, gdyby nie niepokojący przyjaciół fakt brakującego listu od Leny. To właśnie ona zawsze była tą, która wysyłała listy jako pierwsza, a w tym roku cisza. Obawy całej czwórki przybierają na sile, kiedy okazuje się, że wszelkie próby skontaktowania się z kobietą nie przynoszą rezultatów. Strach najmocniej chwyta w swoje macki Rafała, gdyż dla niego Lenka nigdy nie była i nie będzie tylko przyjaciółką. Tak niewiele brakowało, aby była jego żoną, ale on koncertowo spieprzył wszystko. Dużo czasu potrzebował na to, aby zrozumieć, jak strasznym był dupkiem. Za dużo. Bez wahania wyrusza w podróż do Chorwacji, aby odszukać Lenkę i spróbować odzyskać utraconą szansę na prawdziwą miłość i szczęście. Tylko, czy jest to, jeszcze możliwe? Przecież oboje są już zupełnie innymi ludźmi i musicie wiedzieć, że Lena naprawdę dużo przeszła przez ostatnie lata. Teraz ma tylko córkę, która jest jej jedynym szczęściem. O tym jednak musicie przekonać się sami.

Nie bez powodu piszę, że musicie sięgnąć po tę książkę. Na jej kartach poznajemy bowiem poruszającą i mądrą historię, która poprzez swoją autentyczność odnosi się do każdego z nas. W dzisiejszych czasach, kiedy jesteśmy tak mocno nastawieni na robienie kariery, wspinanie się po jej szczeblach zatracamy siebie w pogoni za zdobyciem kolejnego dyplomu, wyróżnienia, czy kilku słów uznania od przełożonego. Tymczasem pozostajemy ślepi i głusi na to, co powinno być dla nas wartością nadrzędną. Rodzina, miłość, związek. A co najbardziej uderzające z czasem okazuje się, że marzenia o prestiżu, karierze i pozycji zawodowej wcale nie były nasze. Staliśmy się narzędziem do spełnienia pragnień innych osób, podczas gdy te prawdziwe nasze skrywane głęboko w sercu rozpadły się, jak domek z kart.

Bardzo dotkliwie słuszności tej bolesnej prawdy doświadczyli właśnie Rafał i Lena. Ich miłość była piękna. Chcieli być razem na zawsze, ale okazało się to trudniejsze, niż myśleli, kiedy w sferę pragnień serca wkroczyło prawdziwe życie. Kiedy trzeba było wykazać się odpowiedzialnością, oddaniem, wsparciem. Poznając historię tej dwójki, widzimy, że trzeba było naprawdę niewiele, aby wszystko mogło być dziś inaczej. Zabrakło rozmowy i uwagi skierowanej na potrzeby drugiej osoby. Rafał ewidentnie się pogubił, a kiedy zrozumiał, że niczym są wszelkie osiągnięcia w porównaniu z czasem spędzonym z bliską naszemu sercu osobą, przeżywanymi z nią emocjami, przeżyciami, które bywają niepowtarzalne, dla tej miłości było już za późno. Przeczytaj „Bożonarodzeniową księgę szczęścia” i ucz się na jego błędach, abyś niczego w życiu nie musiał/a żałować.

Pani Jolanta Kosowska oddała w nasze ręce, książkę o ludziach takich, jak my. Nikt z nas nie jest idealny. Wszyscy popełniamy błędy. W momencie narodzin każdy z nas otrzymuje swoją księgę z białymi stronami i tylko od nas zależy, jak je zapiszemy. Nawet jeśli nie zawsze możemy powiedzieć, że to, co się na nich do tej pory znajduje, można nazwać księgą szczęścia, to dopóki żyjemy, mamy szansę pozostałe w niej białe kartki wypełnić pięknymi chwilami. Sprawdźcie koniecznie, czy w życiu Leny i Rafała los chce jeszcze coś naprawić.

Całym sercem polecam Wam spędzić niezapomniane chwile z tą książką. W fotelu z kubkiem gorącej herbaty otuleni kocykiem pozwólcie, aby klimat tej powieści otoczył Was swoim ciepłem. Macie moje słowo, że książka wciągnie Was od pierwszej chwili i zapomnicie o wszystkim, co dzieje się wokół. Mocno zaangażowani we wszystko, co przeczytacie, niepostrzeżenie dotrzecie do ostatniej strony, żałując, że to już koniec. Autorka zapewniła nam całą gamę emocji. Doświadczamy bowiem godnej podziwu przyjaźni, pięknej miłości, ale także bólu, poczucia straty, cierpienia, a nawet złości, ale nie bądźcie zbyt surowi. Jak mówi sam Rafał, kochankiem okazał się kiepskim, ale przyjacielem jest całkiem dobrym.

I wiecie co, książkę przeczytałam już kilka dni temu, ale nie mogłam od razu Wam o niej opowiedzieć. Bieg myśli i natężenie emocji po skończonej lekturze było tak silne, że potrzebowałam chwili, żeby wszystko przemyśleć. Odnieść jej treść na płaszczyznę własnego życia i już na spokojnie podzielić się z Wami swoimi odczuciami. Dla mnie taka reakcja czytelnika na książkę jest idealnym dowodem na to, że warto ją przeczytać, a dla Was? Mam nadzieję, że się skusicie. Premierę książki świętować będziemy już 10.11.2021.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Novae Res, za co bardzo dziękuję.