Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Maciejewska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Maciejewska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 września 2025

"Słodko - gorzki smak miłości" Marta Maciejewska / Recenzja przedpremierowa

Zapomnijcie o bajkach z happy endem, w których księżniczka spotyka księcia, a ich życie zamienia się w sielankę. Prawdziwe życie, a co za tym idzie, prawdziwa miłość, są znacznie bardziej skomplikowane i fascynujące. "Słodko-gorzki smak miłości" to powieść, która bezkompromisowo obnaża tę prawdę, serwując czytelnikom historię pełną zwrotów akcji, humoru i wzruszeń. Marta Maciejewska z werwą i lekkością prowadzi nas przez życie trzech kobiet, zmagających się z wyzwaniami współczesnego świata – od szalonych randek online, przez rozczarowania, aż po poszukiwanie stabilizacji. To dynamiczna i wciągająca lektura, która pokazuje, że życie jest jak czekolada – raz słodkie, raz gorzkie, ale zawsze warte spróbowania. To książka, która bawi, wzrusza i skłania do refleksji, udowadniając, że miłość to nie cel, a ciągła podróż.

Literatura, będąca odzwierciedleniem ludzkiego ducha i skomplikowanej sieci emocji, od wieków służy jako lustro, w którym przeglądamy się my sami. W każdym zdaniu, w każdej starannie dobranej metaforze, odnajdujemy cząstkę prawdy o świecie, relacjach międzyludzkich i, co najważniejsze, o sobie. Powieści, zwłaszcza te, które odważnie poruszają temat miłości, nie są tylko opowieściami; są laboratoriami ludzkiego serca, gdzie testuje się granice namiętności, ból rozstania i złożoność uczuć. Analiza takiej literatury wymaga od nas nie tylko zrozumienia fabuły, ale także empatii i gotowości do zanurzenia się w głębiny ludzkiej psychiki. Taka właśnie jest ta powieść.

Pisarka oddała w ręce swoich czytelników opowieść o trzech przyjaciółkach, które, mimo różnic charakteru i życiowych ścieżek, łączy niezwykła więź i jedno pragnienie – odnalezienie prawdziwej miłości. Autorka zabiera czytelnika w podróż, w której niejednokrotnie rozum prowadzi nierówną walkę z niespodziewanie odżywającymi w naszych bohaterkach  pragnieniami, pokazując, że życie pisze własne, często zaskakujące scenariusze.

W centrum narracji znajduje się Agata, kobieta ułożona i pewna swoich planów na przyszłość. Tuż przed ślubem jej idealnie zaplanowany świat rozpada się na kawałki, pozostawiając ją ze złamanym sercem i koniecznością ponownego zdefiniowania, kim tak naprawdę jest i czego chce od życia. Jej historia to symbol bolesnego, ale też oczyszczającego końca, który otwiera drzwi do nowych, nieoczekiwanych możliwości. Obok niej poznajemy Elizę, która tkwi w rutynie małżeńskiej, czując narastającą pustkę i brak bliskości. Jej życie jest dowodem na to, że nawet w pozornie idealnych związkach może brakować prawdziwego ciepła i namiętności. Eliza staje przed dylematem: poddać się apatii, czy podjąć ryzyko i walczyć o odzyskanie szczęścia, które gdzieś po drodze zaginęło. Trzecią z bohaterek jest Dorota, pozornie twardo stąpająca po ziemi i spełniona. Jednak jej historia pokazuje, że nawet najbardziej poukładane życie może skrywać tęsknotę za czymś, co nigdy się nie wydarzyło. Dorota uczy się, że prawdziwe spełnienie nie leży w materialnych dobrach, ale w odwadze do podążania za głosem serca i odkrywania nowych pasji, które dają radość.

Powieść Maciejewskiej to misternie tkana mozaika ludzkich przeżyć. Przeplatając wątki każdej z przyjaciółek, autorka tworzy spójny obraz kobiecej siły i solidarności. Pokazuje, że miłość może przybierać różne formy: bywa słodka jak pierwszy pocałunek, ale też gorzka jak rozczarowanie. Jednak to właśnie te przeciwności czynią ją wartościową i uczą, że prawdziwe szczęście to nie cel, a droga pełna wzlotów i upadków.

"Słodko-gorzki Smak Miłości" to wciągająca lektura, która zmusza do refleksji nad własnym życiem. To opowieść o tym, jak w obliczu trudności można odnaleźć w sobie siłę, by zacząć od nowa, a także o tym, że przyjaźń jest najcenniejszym skarbem, który pomaga przetrwać nawet najgorsze burze. Sięgając po ten tytuł, poznacie wielowarstwową opowieść o nadziei, przyjaźni i poszukiwaniu szczęścia. To nie jest typowy romans, lecz mądra, życiowa historia, która trafia w sedno uniwersalnych ludzkich dylematów.

Powieść jest nasycona emocjonalną głębią. Autorka nie boi się poruszać trudnych tematów: zdrady, samotności, braku pewności siebie. Jednocześnie robi to z wyczuciem, nie popadając w sentymentalizm. Uczucia bohaterek są wyrażane w sposób subtelny i wiarygodny, dzięki czemu czytelnik bez trudu wczuwa się w ich sytuacje. "Słodko-gorzki smak miłości" to nie tylko opowieść o szukaniu miłości romantycznej, ale przede wszystkim o odkrywaniu miłości do samego siebie i o sile przyjaźni. Relacja między Agatą, Elizą i Dorotą jest fundamentem książki. Wspierają się nawzajem, dają sobie siłę i motywację do zmian. Ich przyjaźń jest dowodem na to, że nawet w największym kryzysie nie jest się samemu. Ta historia niesie silne, pozytywne przesłanie: po każdym upadku można się podnieść, a prawdziwe szczęście czeka tuż za rogiem, często tam, gdzie najmniej się go spodziewamy. Jest to książka, która uczy, że błędy są częścią życia i że najważniejsze to wyciągnąć z nich wnioski i iść dalej z podniesioną głową. To lekcja mądrości życiowej opakowana w fascynującą lekturę.

A wszystko, o czym czytamy, zostało opisane lekkim, ale jednocześnie bardzo plastycznym językiem, którym posługuje się Marta Maciejewska. Jej styl jest pozbawiony patosu, co sprawia, że historie bohaterek są bliskie czytelnikowi. Autorka płynnie przechodzi od narracji każdej z kobiet, dając pełniejszy obraz ich wewnętrznego świata i wzajemnych relacji. Dialogi są naturalne, często przesiąknięte humorem i ironią, co rozładowuje napięcie i czyni lekturę przyjemną i angażującą.

Opowiadając wam o tej książce, warto również zaznaczyć, że jest ona trafnym komentarzem do współczesnego świata randek. Autorka zarysowuje w niej schematy, które rządzą relacjami, pokazując, jak często oczekiwania kobiet i mężczyzn rozmijają się. Kobiety w książce poszukują autentyczności i emocjonalnej głębi, natomiast mężczyźni zdają się uciekać od zobowiązań i koncentrować na powierzchownych aspektach relacji. ​Maciejewska wplata w fabułę temat aplikacji randkowych, które stają się głównym polem poszukiwań. Ukazuje, jak wpływają one na sposób, w jaki ludzie się poznają, i jak promują kulturę "jednorazowych spotkań". "Słodko-gorzki smak miłości" to swoiste echo, w którym odbijają się problemy dzisiejszego społeczeństwa — samotność w tłumie, strach przed zaangażowaniem i pogoń za iluzorycznym szczęściem. Książka nie daje gotowych rozwiązań, ale zachęca do refleksji nad tym, czy pogoń za idealnym partnerem nie odbiera nam szansy na prawdziwe, aczkolwiek niedoskonałe, szczęście.

Jeśli szukacie lektury, która Was poruszy, rozbawi, a czasem zasmuci, ale przede wszystkim da nadzieję, ta książka jest dla Was. To historia o tym, że nawet po największych rozczarowaniach miłość jest możliwa – ale tylko wtedy, gdy zaczniemy kochać samych siebie. Jako że jest to książka inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, pomyślcie o niej jak o szczerej rozmowie z przyjaciółkami przy kawie. Marta Maciejewska opowiada o miłości w sposób autentyczny, bez tabu, pokazując jej jasne i ciemne strony. Jej bohaterki szukają miłości, popełniają błędy i podnoszą się po upadkach. Uczą się, że klucz do szczęścia leży w odnalezieniu siebie i zbudowaniu życia na własnych zasadach. Najmłodsze literackie dziecko autorki jest idealną lekturą na chwile zwątpienia, inspirując do odważnego stawiania czoła wyzwaniom. To literacki balsam dla duszy, który przypomina, że prawdziwe szczęście to często wynik pracy nad sobą i docenienia tego, co już mamy.

PREMIERA 19.09.2025.

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Świat Kobiet.

piątek, 24 stycznia 2025

"Rok i trzy dni" Marta Maciejewska

Jestem osobą, której bardzo trudno jest wychodzić poza strefę swojego komfortu. Problem ten odnosi się praktycznie do każdej dziedziny życia, także do literatury. Kocham czytać książki i sprawia mi to ogromną przyjemność, ale zazwyczaj wybierając, te, po które chcę sięgnąć, kieruję się tym, co jest już dla mnie znane i wiem, że z dużym prawdopodobieństwem zagwarantuje mi satysfakcję czytelniczą tj. ulubiony gatunek, ceniona przeze mnie twórczość autora, czy też interesująca tematyka. A piszę o tym, ponieważ wszystko to sprawia, że bywają książki, które biorę do ręki z pewnymi obawami i niepewnością. Tak też było w przypadku najnowszej powieści Marty Maciejewskiej „Rok i trzy dni”, o której chcę wam nieco więcej opowiedzieć. Tytuł ten został sklasyfikowany, jako romans, w którym to gatunku ja nie bardzo się odnajduję. Mając ten fakt na uwadze, odczułam pewnego rodzaju dysonans, gdyż z drugiej strony czytałam wcześniejsze książki autorki i wiem, że Marta świetnie pisze. Ponadto intrygująca okazała się dla mnie niecodzienna i jak się za chwilę przekonacie innowacyjna tematyka. Jak się zapewne domyślacie, ciekawość zwyciężyła i już teraz mogę wam zdradzić, że moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne. Książka jest rewelacyjna, co mam nadzieję uda mi się ukazać w dalszej części recenzji.

Na pewno wszyscy chcielibyśmy pozostawić po sobie ślad, kiedy nasze ziemskie życie dobiegnie końca. Chcemy, by o nas pamiętano i mówiono. A jak powszechnie wiadomo, tylko to, co zostawimy po sobie dla przyszłych pokoleń, zapewnia nam wieczność. Ze słuszności tej życiowej prawdy doskonale zdawała sobie sprawę kobieta, która mając na uwadze dobro ludzkości wraz z zespołem wybitnych specjalistów i naukowców dokonała niemożliwego. Wieloletnia praca nad ściśle tajnym i chronionym projektem zaowocowała skonstruowaniem czipa, który ma zapewnić ludziom, życie bez chorób i cierpienia poprzez zatrzymanie procesów starzenia się organizmu w momencie jego największego rozkwitu. Tym samym, ci, którym taki czip zostanie wszczepiony, będą mogli cieszyć się długim życiem w doskonałym zdrowiu i w pełni sił. Jednak, aby stać się częścią grona wybrańców, muszą poznać dokładną datę swojej śmierci. To nie jedyny warunek, jaki musi zostać spełniony, są też takie, jakim, część społeczeństwa nie jest w stanie sprostać. Dlatego teraz dzieli się ono na wybrańców i tych, którzy starzeją się w zgodzie z naturalną koleją życia i niejako nie pasują do obecnej wizji świata. Już na początku książki, wiemy, że Kathrine, bo to o niej mowa, zapłaciła za swój dar, który ofiarowała ludziom najwyższą cenę.

W świecie przyszłości roku 2034, do którego przenosimy się na kartach książki, poznajemy Ninę Anderson, córkę Kathrine. Nasza bohaterka podobnie, jak jej matka poświęca swoje życie pracy. Choć dzięki wszechobecnej sztucznej inteligencji, która stała się integralną częścią życia każdego człowieka, mogłaby odnosić sukcesy bez najmniejszego wysiłku, chce zawdzięczać to, co osiąga wyłącznie sobie. Przekazane jej geny, a także potrzeba refleksji oraz motywacji, by się nie poddawać, nie pozwalają jej pozbawić się poczucia samozadowolenia i satysfakcji. Patrząc na jej życie, bez wątpienia moglibyśmy jej go pozazdrościć. Ma wszystko, a osiągnięcie matki, które okazało się sukcesem, uwolniło jej pokolenie od wszelkich trosk i zmartwień. Jednak jak sama przyznaje, w sercu czuje ogromną pustkę.

Wszystko zmienia się w momencie, kiedy tę pustkę wypełnia Mateusz. Mężczyzna, który wzbudza w Ninie porywy serca, których zawsze tak bardzo pragnęła. Jak się możecie domyślać, między tą dwójką rodzi się uczucie. Jednak nie jest to romans, jakiego się obawiałam, a chwytająca za serce historia pięknej miłości. Miłości mądrej i dojrzałej. Takiej, która pozwala spojrzeć na życie oczami drugiego człowieka i odkryć jego prawdziwą wartość i głębię. Matt dostrzegł w Ninie dawnego siebie. Ona podobnie, jak on kiedyś żyje zamknięta w swojej bezpiecznej bańce, podczas gdy życie to przecieka jej przez palce. To przy nim Nina zaczyna rozumieć, że żyć nie znaczy przeżywać. To on pozwala jej odkryć samą siebie na nowo. Uczy otwartości na własne pragnienia, potrzeby i marzenia. Przy mężczyźnie, który wywrócił jej nudne, ale spokojne i ułożone życie do góry nogami jej sercem duszą i ciałem zawładnęły uczucia, których nigdy wcześniej nie poznała.

Znacie to powiedzenie - uważaj, czego pragniesz, bo się spełni. Bardzo dobitnie jego sens i znaczenie odczują nasi bohaterowie, a to wszystko za sprawą kolejnego ważnego aspektu, na który w swojej książce zwraca naszą uwagę autorka. Nina wreszcie cieszy się życiem i jest szczęśliwa. Odkrywa jego piękno i doświadcza całą sobą. Nie wie jednak jeszcze, że wypowiedziane w złą godzinę pragnienie wrażeń może zamienić codzienność jej i jej ukochanego w pełną niebezpieczeństw walkę o przetrwanie i ucieczkę przed ludźmi z półświatka, którzy nie cofną się przed niczym, aby odkryć klucz sukcesu projektu „Salamandra”. Musimy bowiem mieć świadomość tego, że każde tak mocno innowacyjne odkrycie niesie za sobą niebezpieczeństwo niezdrowego zainteresowania, a jeśli trafi w niepowołane ręce, stanie się śmiertelnym zagrożeniem. Czytelnik drży o ich bezpieczeństwo, a tajemnice, które wychodzą na światło dzienne, sprawiają, że sama Nina nie jest już do końca pewna, czy może ufać temu, którego pokochała.

„Rok i trzy dni” to powieść, jakiej jeszcze na naszym rynku wydawniczym nie było. Jeśli zdecydujecie się po nią sięgnąć, do czego serdecznie każdego z was zachęcam, przekonacie się, że pisarce wspaniale udało się połączyć innowacyjność poruszanego w niej tematu z mocno życiowymi skłaniającymi do przemyśleń i głębokich refleksji aspektami. A wykreowany przez nią świat przedstawiony w książce wcale nie jest tak nierealny, jakby mogło się nam wydawać i szybciej niż myślimy, może stać się naszą rzeczywistością. Przecież sztuczna inteligencja już dziś próbuje wyręczyć człowieka. Marta pokazała nam, że choć człowiek nie jest nieomylny, to nic nie jest w stanie go zastąpić. Lektura tej książki nikogo wobec siebie nie pozostawi obojętnym. Opisana w niej historia stawia przed nami pytania, które mogą stać się przyczynkiem do szeroko zakrojonej dyskusji na temat życia i śmierci. Czy mamy prawo stawiać siebie w roli Boga i decydować o długości życia człowieka? Co w tym życiu jest naprawdę ważne? Jego długość, czy też jakość i to z kim je spędzimy? Można bowiem mieć przed sobą tylko rok i trzy dni życia, ale przeżyć je w pełni, każdą ofiarowaną nam chwilę z kochaną osobą wyciskając do ostatniej kropli, jak cytrynę. Albo nie potrafić korzystać z życia. Nawet jeśli zostały nam ofiarowane dodatkowe jego lata.

To jedna z tych książek, od której nie możemy się oderwać, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, jak potoczy się dalszy bieg wydarzeń, a jednocześnie nie chcemy dotrzeć do jej ostatniej strony i odłożyć jej na półkę. A samo zakończenie ogromnie wzrusza i wyciska łzy. I nawet kiedy wiemy już, jakie ono będzie to, nie przestajemy mieć nadziei, że wydarzy się coś, co je odmieni. Przeczytacie tu o przemijaniu, stracie, prawie do godnej śmierci i pięknego życia, a także o miłości, która jest w stanie wyciszyć największe obawy i ukoić strach wlewając w nasze serce upragniony spokój. A Wy chcielibyście znać dzień i godzinę swojej śmierci, a co najważniejsze, czy ta wiedza skłoniłaby was, do tego, aby zmienić coś w życiu, jakie wiedziecie?

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Świat Kobiet.

piątek, 10 stycznia 2025

"Rok i trzy dni" Marta Maciejewska / Cytaty/ Fragment/ Przedsprzedaż


Jak zapewne niektórzy z was wiedzą, na moim profilu Facebookowym trwa odliczanie do premiery książki "Rok i trzy dni" Marty Maciejewskiej, do której już naprawdę blisko. W ramach owego odliczania, każdego dnia prezentuję wam po jednym cytacie z kart tej powieści. Tym razem  postanowiłam podzielić się z wami takim cytatem również na blogu. A to z dwóch powodów. Po pierwsze, ten, który dziś przygotowałam mocno trafił do mojego serca i dał mi do myślenia. Jest mądry, życiowy i przypomina nam, co w życiu tak naprawdę jest najważniejsze. A po drugie, dziś mam dla moich obserwatorów mały bonus, którym jest nieco dłuższy fragment książki. Mam nadzieję, że was zaciekawi i zechcecie poznać całość.


ROK i trzy dni

Rozdział 6

Z rozmyślań wyrwały mnie słowa Matta:

– Jak zamierzasz spędzić swoje ostatnie urodziny?

Gdy nie odpowiadałam, zrobił krok w moją stronę. Stał tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Pochylił twarz ku mojej, aż poczułam jego oddech na szyi. Gdy szeptał do mego

ucha, z wrażenia wstrzymałam na moment powietrze. W całym moim ciele poczułam przeszywające ciepło.

I w tej jednej chwili zrozumiałam to, co Matt miał na myśli, mówiąc o silnych uczuciach. W ten jeden wieczór odczuwałam więcej emocji niż przez całe dotychczasowe życie.

– Czego tak naprawdę pragniesz, Nino?

Owładnięta wszystkimi zmysłami, przymknęłam na moment oczy i zdobyłam się na wyznanie:

– Chciałabym być wolna jak ptak… – Pod wpływem jego ciepła moje serce ponownie tej nocy przyspieszyło.

Przygryzłam wargę i puściłam wodze fantazji. – Chciałabym zobaczyć niebo… chcę je poczuć… chcę dotknąć chmur.

– Dobrze. Załatwione. – Matt w mgnieniu oka oddalił się ode mnie i przybrał zupełnie inny ton. Cała magia prysła jak bańka mydlana.


Musiałam przywołać się do porządku i zapanować nad swoim ciałem.

Chryste! Czy ja też tak na niego działałam? A może ja to

wszystko sobie tylko wyobraziłam? – pytałam samą siebie w myślach.

Już chciałam go o coś zapytać, ale pojawienie się na horyzoncie kelnera przerwało naszą jakże fascynującą wymianę zdań.

– Przepraszam, że przeszkadzam. Czy możemy już podawać gorące dania? Nie chcieliśmy zaczynać bez solenizanta, ale goście już się niecierpliwią.

– Oczywiście, proszę podawać. I nie czekajcie na mnie.

Dzisiaj już tu nie wrócę. Proszę zadbać o moich gości i zapewnić atrakcje zgodnie z ustaleniami.

– Dobrze, jak pan sobie życzy. – Kelner na odchodne skinął głową i wrócił do swoich obowiązków.

– Nie zostaniesz do końca przyjęcia? Jak to? – pytałam zdziwiona. – Gdzieś się wybierasz?

– Coś ci pokażę. – W jego oku pojawił się błysk ekscytacji.

Coraz bardziej ciekawiła mnie jego osoba i ta wisząca w powietrzu tajemnica.

Nim zdążyłam zareagować pociągnął mnie za rękę i bocznymi schodami zbiegliśmy na perfekcyjnie przystrzyżony trawnik.

– Dokąd idziemy? – próbowałam protestować.

Ten facet był nieprzewidywalny. Zaczynało mnie to fascynować.

Trzymaliśmy się za dłonie i biegliśmy przed siebie w nieznanym mi kierunku. Z każdym kolejnym krokiem rosła we mnie adrenalina, ale i strach. Tak naprawdę dopiero co poznałam tego mężczyznę. Oczywiście był znajomym mamy, ale lata temu. Dziś zupełnie nic o nim nie wiedziałam.


A co, jeśli zrobi mi krzywdę? – niepokojąca myśl przemknęła mi przez głowę.

– Chyba powinniśmy wrócić na przyjęcie… ty powinieneś wrócić. W końcu głupio urywać się z własnej imprezy.

– Zaśmiałam się, próbując nieco ukoić moje nerwy.

Matt na moment zatrzymał się, ujął mą twarz w dłonie i posyłając mi promienny uśmiech, odezwał się:

– No właśnie. To są moje urodziny. Mogę robić, co tylko chcę, więc wcale nie muszę na nie wracać.

Spojrzałam na niego znacząco. Nie znałam nikogo, kto zachowywałby się tak niedorzecznie, tak bardzo spontanicznie. Nie mieściło się to w mojej głowie, a jednak to było tak podniecające. Przez chwilę biłam się z własnymi myślami. Nie byłam pewna co wygra – ciekawość czy rozsądek.

Matt także zauważył moje niezdecydowanie, bo złapał mnie silniej za rękę i zapewnił o swych czystych intencjach.

– Nie bój się, proszę. Obiecuję, że ci się spodoba…

Oczywiście, że w normalnych okolicznościach te słowa nie uspokoiłyby mnie, ale gdy był taki czarujący, przepadłam jak nastolatka.

Serce, a może raczej intuicja podpowiadały mi, że ten facet Serce, a może raczej intuicja podpowiadały mi, że ten facet nie zrobi mi krzywdy. Czułam, że właśnie zaczyna się najbardziej ekscytująca przygoda w moim życiu.

Od tak dawna nie tlił się we mnie żaden ogień. Nic mnie nie poruszało. Odczuwałam w środku jedynie pustkę. Dziś po raz pierwszy od dawna coś we mnie drgnęło i dlatego uczucia zaryzykowałam wszystko.


Wiem, że nie wszyscy, którzy mnie tutaj odwiedzają mają Facebooka, więc pozwolę sobie zostawić cytaty z wcześniejszych dni odliczania.




Książkę można zamówić już teraz w przedsprzedaży z autografem i dedykacją u samej autorki. Klikając w ten link uzyskacie wszelkie informacje o książce oraz szczegółach dotyczących jej sprzedaży.


[Materiał reklamowy] Autorka Marta Maciejewska

piątek, 27 grudnia 2024

"Rok i trzy dni" Marta Maciejewska/ Zapowiedź recenzencka


Stary rok powoli dobiega końca, a ja przyznaję, że z nadzieją i radością oczekuję na rok 2025. Nie tylko ze względów prywatnych, ale również jako czytelniczka wyczekująca wspaniałych premier książkowych. A te pojawią się już w styczniu. Jedną z nich będzie niezwykle ciekawa i rewelacyjnie się zapowiadająca powieść "Rok i trzy dni" Marty Maciejewskiej. Zapamiętajcie datę 14.01.2025., bo właśnie tego dnia wspólnie z autorką oraz wydawnictwem Świat Kobiet będziemy świętować premierę tej książki. Ja opowiem wam o niej już niebawem, a tymczasem zostawiam opis okładkowy.


A co, jeśli ci powiem, że jest sposób na wieczną młodość? Możesz ją mieć… pod jednym warunkiem… Poznasz dokładną datę swojej śmierci, co do minuty. To jak? Wchodzisz w to?

Nina Anderson to ambitna, młoda kobieta, a do tego bardzo majętna. Wydaje się, że niczego jej nie brakuje do szczęścia. Żyje w czasach, gdy medycyna znalazła rozwiązanie na największe bolączki ludzkości – starość i choroby, a sztuczna inteligencja towarzyszy człowiekowi na każdym kroku i wyręcza go niekiedy nawet w myśleniu. Nina wie, że za tym dobrodziejstwem kryje się tajemniczy wynalazek jej matki, która poświęciła życie, by nie dostał się on w niepowołane ręce.

Po latach cienie przeszłości wracają wraz z naszyjnikiem ze złotą salamandrą. Pewien urodzinowy wieczór, a raczej intrygujący solenizant przeorganizuje uporządkowaną i nudną codzienność Niny w pasmo niebezpiecznych przygód w zmieniającej się jak w kalejdoskopie scenerii egzotycznych wysp.

Wątek sensacyjny splata się tu ze wzruszającą historią o miłości i przemijaniu. Marta Maciejewska w najnowszej książce zastanawia się nad tym, co decyduje o szczęściu i sensie naszego życia. Czy liczba przeżytych dni? Czy to, jak i z kim je przeżyliśmy?


Uwierzcie mi "Rok i trzy dni" będzie bardzo głośną premierą, która otworzy wspaniały czytelniczo rok na naszym polskim rynku wydawniczym.


[Materiał reklamowy] Autorka Marta Maciejewska.


sobota, 27 kwietnia 2024

"Proszę, pokochaj mnie, tato!" Marta Maciejewska / recenzja patronacka



Zaledwie dwa dni temu Marta Maciejewska oddała w ręce czytelników swoje najmłodsze literackie dziecko „Proszę, pokochaj mnie, tato!” Jest to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. A to dlatego, iż powieść ta jest kontynuacją wspaniałej historii opisanej na kartach książki „Proszę, pokochaj mnie, mamo!”, która wówczas przez wielu z nas, w tym także przeze mnie została uznana za jedną z najlepszych książek, jakie mieliśmy okazję przeczytać w minionym roku. Zapewne zgodzicie się ze mną, że tak wysoka poprzeczka w momencie pisania kontynuacji jest dla autora dużym wyzwaniem. Mając to na uwadze, nie mogłam doczekać się chwili, kiedy przystąpię do lektury i przekonam się, co tym razem przygotowała dla nas Marta. I już teraz mogę wam powiedzieć, że ta kontynuacja jest jeszcze lepsza od swojej poprzedniczki. Jak to możliwe? Posłuchajcie zatem.

Ci z was, którzy czytaliście już pierwszą część tej dylogii, doskonale wiecie, że jej główna bohaterka, wtedy niespełna osiemnastoletnia dziewczyna Anka Zwolenkiewicz doświadczyła niewyobrażalnej krzywdy. Ktoś zniszczył ją i jej świat. Brutalnie odebrał nadzieję na spełnienie marzeń. Dziś, kiedy po raz kolejny wkraczamy w życie Anki, jest już dorosłą kobietą i wszystko wskazuje na to, iż życie wynagrodziło jej cierpienia, przez które przeszła. Teraz ma wszystko, a nawet o wiele więcej, niż kiedykolwiek mogłaby sobie wyobrazić. Wspólnie z kochającym i oddanym mężem wychowują dwójkę wspaniałych dzieci. Życie, jakie wiodą, jest spełnionym jej marzeniem, za które kobieta czuje ogromną wdzięczność. Szybko jednak przekonujemy się, że Anka robi wszystko, by właśnie w taki obraz jej życia uwierzyli wszyscy wokół. Tylko ona wie, że swoje szczęście zbudowała na kłamstwie. Wszak o człowieku wiemy tyle, ile sam zechce nam pokazać. W swoim sercu i pamięci skrywa sekrety, które postanowiła zabrać ze sobą do grobu. Teraz chce skupić się na rodzinie i wykorzystaniu szansy na spełnienie pragnień i ambicji zawodowych. Tylko czy, tak niestabilny fundament, który tworzą kłamstwa i tajemnice, może zapewnić podstawę dla trwałości szczęścia rodzinnego? To musicie sprawdzić już sami, czytając książkę, do czego  każdego, kto teraz czyta moją recenzję, gorąco zachęcam.

Możecie mi wierzyć, że autorka nawet przez moment nie oszczędza swojej bohaterki. Jeszcze do niedawna, Anka była przekonana o tym, że udało jej się zamknąć bolesną i druzgocącą przeszłość. Teraz za wszelką cenę stara się by, prawda o niej nigdy nie ujrzała światłą dziennego, a ona sama nie chce do niej wracać. Nie wie jeszcze, że za chwilę bardzo dotkliwie przekona się, jak okrutna bywa ironia losu. Uświadomi jej, że demony przeszłości ciągle tkwią uśpione w jej wnętrzu, a ona będzie musiała stanąć z nimi oko w oko, walcząc o dobro najwyższe. Dobro własnego dziecka. A my czytelnicy będziemy przeżywać ten koszmar razem z nią.

Podobnie jak, miało to miejsce we wcześniejszej odsłonie tej historii, tak i tym razem ciężar wszelkich decyzji oraz dokonanych wyborów spada wyłącznie na barki Anki. Z tą różnicą, że dziś stawka jest o wiele wyższa, gdyż  nie chodzi już wyłącznie  o nią. Od tego, co zdecyduje, zależy przyszłość, a nawet życie najważniejszej dla niej istoty. Autorka stawia swoją bohaterkę w obliczu trudnego dylematu moralnego, który tak naprawdę dla matki, która dla swojego dziecka jest w stanie zrobić wszystko, tym dylematem przestaje być. I o tym właśnie w głównej mierze jest ta książka. Czytając ją, doświadczycie ogromnej siły miłości matki do dziecka, która bez wahania zdolna jest do największych poświęceń i ofiar, dla dziecka, które nosiła pod sercem. A jak się przekonacie podczas czytania książki, Anka będzie musiała znaleźć w sobie nadludzką siłę, aby zrobić to, co zrobić musi.

Na pewno jej decyzje i wybory podzielą czytelników, na tych którzy powiedzą, że będąc na jej miejscu, postąpiliby dokładnie tak samo i tych, którzy będą uważali, że mogła szukać innego wyjścia z sytuacji, w której się znalazła. Jednak uwierzcie mi, nie zrozumie jej wyłącznie ten, kto nie wie, co znaczy być matką. W życiu są bowiem sytuacje, kiedy tego wyboru niestety nie mamy i zmuszeni jesteśmy grać takimi kartami, jakie w danym momencie rozdał nam los. A ten niestety bywa bezlitosny.

Tak jak lektura „Proszę, pokochaj mnie, mamo!” rozłożyła mnie emocjonalnie na łopatki, tak ta część dosłownie wgniotła mnie w ziemię. Płakałam jak dziecko, czytając tę książkę. Ciężar i ból Anki stał się niemalże moim cierpieniem, ale jednocześnie nie mogłam oderwać się od czytania nawet na chwilę. Ja w pełni rozumiem decyzję bohaterki i przyznaję, że postąpiłabym dokładnie tak, jak ona, dlatego było mi strasznie ciężko ze świadomością bolesnych konsekwencji, jakie musiała ponosić za to, na co się zdecydowała. Piętrzące się kłamstwa wciągają ją niczym ruchome piaski, a ona z każdym dniem traci tych, którzy byli filarami jej szczęśliwego i bezpiecznego życia. Matczyne serce jednak wie, że nie mogła postąpić inaczej, a każde wypowiadane kłamstwo padło z jej ust, nie z myślą o sobie samej, ale po to, by chronić rodzinę. Koniecznie przeczytajcie tę niezwykle poruszającą, wstrząsającą i trafiającą wprost do serca każdego, kto zechce spędzić z nią swój wolny czas książkę, by przekonać się, czy zdruzgotane życie rodzinne Anki da się jeszcze poukładać. A przede wszystkim, zanim zaczniecie oceniać i ferować wyroki przemyślcie to wszystko, o czym przeczytacie w książce i zastanówcie się, czy ktokolwiek ma do tego prawo.

Przeżycia głównej bohaterki i jej najbliższych to jeszcze nie wszystko, o czym przeczytamy w książce. Jej wartością nadrzędną bez wątpienia jest moc tkwiąca w matczynej miłości. Marta przypomina nam jednak, że matka to nie tylko ta kobieta, która dziecko urodziła, ale także ta, która otworzyła swoje serce na dziecko, które z dużym prawdopodobieństwem nigdy wcześniej ciepła tej matczynej miłości nie zaznało. Ta, która je pokochała, otoczyła opieką, wychowała i stworzyła dla niego szczęśliwy dom. Autorka daje nam możliwość spojrzenia oczami kobiety, która matką być nie może na te, którym dar macierzyństwa został dany. Jednocześnie przywraca tym kobietom nadzieję, jaką niesie ze sobą adopcja.

„Proszę, pokochaj mnie tato!” to książka, o której mogłabym pisać wam bez końca, ale jednocześnie wiem, że nie mogę napisać zbyt wiele, nie tylko dlatego, że nie chcę zdradzić wam za dużo, ale przede wszystkim dlatego, że ciągle mam wrażenie, iż niezależnie od tego, co wam o niej napiszę, będzie to niczym w porównaniu do tego, czego doświadczycie i co przeżyjecie, sami zagłębiając się w tę historię. Bo tej książki się nie czyta, ją się przeżywa. I choć wzbudza w nas ogrom silnych, trudnych, a chwilami wręcz miażdżących nas emocji, to chcę, aby wybrzmiało to, iż jest to powieść bardzo wartościowa i potrzebna społecznie. Życiowość i autentyzm wszystkiego, o czym napisała Marta, sprawi, że wiele kobiet odnajdzie w niej cząstkę swoich przeżyć, kiedy to nic poza dobrem ich dziecka nie miało znaczenia. Kiedy właśnie dla niego poświęciły wszystko, by stoczyć najtrudniejszą walkę w swoim życiu.

PATRONAT MEDIALNY BLOGA KOCIE CZYTANIE.

[Materiał reklamowy] Autorka Marta Maciejewska

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

Zapowiedź patronacka: "Proszę, pokochaj mnie, tato!" Marta Maciejewska.




Moi drodzy już 25 kwietnia 2024 roku nakładem wydawnictwa Świat Kobiet ukaże się najnowsza książka Marty Maciejewskiej "Proszę, pokochaj mnie tato!" Jest to bardzo wyczekiwana przez nas czytelników kontynuacja wspaniałej powieści "Proszę, pokochaj mnie, mamo!", która skradła nasze serca i wycisnęła mnóstwo łez. Jestem przekonana, że tym razem również tak będzie, gdyż mogę wam zdradzić, że tu nadal jest bardzo życiowo, poruszająco i refleksyjnie, a poziom emocji podnosi się znaczne wyżej. To będzie wyjątkowa premiera, a blog Kocie czytanie ma ogromny zaszczyt i przyjemność objąć ją swoim patronatem medialnym.

Już wkrótce opowiem wam o niej nieco więcej, a tymczasem rąbka tajemnicy uchyla wydawca.

Wydawać by się mogło, że Ance Zwolenkiewicz niczego nie brakuje do szczęścia. Wraz z rodziną wiedzie spokojne życie na jednym z wrocławskich osiedli nowoczesnych domków. Swoje zawodowe ambicje spełnia w pracy, o której zawsze marzyła, i ta sielanka mogłaby trwać wiecznie, gdyby nie to, że Anka buduje ją na kłamstwie.

Do czego jest się w stanie posunąć matka, by chronić swoje dziecko?

Proszę, pokochaj mnie, tato! To bardzo emocjonalna, dotykająca serca historia. Książka porusza tematy tabu i balansuje między granicami, by pokazać szerszą perspektywę.


Nie musicie jednak czekać do dnia premiery, aby mieć swój egzemplarz najnowszego literackiego dziecka pisarki. Już teraz możecie zamówić go w przedsprzedaży.


POLECAM TYLKO BARDZO DOBRE KSIĄŻKI, WIĘC NIE WAHAJCIE SIĘ I KUPCIE JUŻ TERAZ.

https://www.empik.com/prosze-pokochaj-mnie-tato-maciejewska-marta,p1464669079,ksiazka-p?fromSearchQuery=prosz%C4%99+pokochaj+mnie+tato#DetailedData


[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Świat Kobiet oraz autorka Marta Maciejewska.




poniedziałek, 23 października 2023

"Proszę, pokochaj mnie, mamo!" Marta Maciejewska/ Patronat medialny

Los ma to do siebie, że doświadcza nas bardzo mocno, kiedy najmniej się tego spodziewamy, a najczęściej nie spodziewamy się tego w ogóle. Nasze trudne przeżycia i emocje nie pozostają bez wpływu na nas samych, ale mogą też ukierunkować ważne aspekty naszego życia, a z biegiem czasu zaowocować, czymś wyjątkowym, co może pomóc wielu osobom. Dokładnie tak stało się w przypadku twórczości Marty Maciejewskiej w momencie, kiedy autorka została mamą. Marta i jej maleńka córeczka przeszły cieżką drogę w walce o życie i zdrowie. Pisarka podzieliła się z nami swoją trudną i poruszającą historią na kartach powieści „1200 gramów szczęścia”, którą już dla was recenzowałam. Dziś, chociażby na spotkaniach autorskich Marta mówi o tym, że po tym, co przeszła, w swoich książkach chce być bliżej kobiet, ich problemów i emocji, które przeżywają w trudnych chwilach, często musząc zmagać się z nimi w osamotnieniu. Piszę wam o tym, gdyż teraz chciałabym opowiedzieć wam o najnowszej książce Marty „Proszę, pokochaj mnie, mamo!”, która, choć jest zupełnie odrębną historią, to w pewien sposób jest niejako konsekwencją tego, co wydarzyło się w tym trudnym dla Marty czasie. Przy czym, już na wstępie chcę zaznaczyć, że tak, jak wszystko, o czym przeczytamy w „1200 gramów szczęścia”, napisało samo życie, tak najnowsze literackie dziecko autorki jest fikcją literacką.

Książkę rozpoczyna bardzo trudny i emocjonalny prolog, w którym młoda niespełna osiemnastoletnia dziewczyna będąca główną bohaterką powieści mówi matce, że jest w ciąży. Anka Zwolenkiewicz, bo to o niej mowa jest wzorową uczennicą. Wspólnie z matką wiele w życiu przeszły, co sprawiło, że nasza bohaterka musiała bardzo szybko wydorośleć. Teraz mają tylko siebie, a życie ich nie rozpieszcza. Obie wiedzą, czym jest skromna egzystencja i ciężka praca. Dla nich obu to właśnie matura Anki i jej studia miały być nadzieją na lepszą przyszłość. No właśnie miały być, bo teraz te wszystkie plany i marzenia legły w gruzach. Jedna nieprzemyślana decyzja podjęta pod wpływem młodzieńczego uczucia sprawia, że dziewczyna jest przekonana, iż jej życie się skończyło. Targana strachem, niepewnością, obawami i poczuciem winy zagubiona pozostaje ze swoim problemem zupełnie sama. Koniecznie sięgnijcie po książkę i przekonajcie się, jak sobie w tej sytuacji poradzi i czy znajdzie się ktoś, kto będzie chciał jej pomóc. Ja nic więcej nie zdradzę ponadto, że łatwo nie będzie, gdyż czarę goryczy przelewa tajemnica, którą ta młoda kobieta w sobie nosi.

Mogę natomiast zapewnić was, że lektura tej powieści dostarczy wam wielu silnych i często skrajnie różnych emocji, a to dlatego, że autorka pozwoliła czytelnikowi spojrzeć na problem nastoletniej ciąży z kilku różnych perspektyw. Poznamy tu bowiem wpływ tej szokującej wiadomości na relacje matki z córką, reakcje społeczne w małej zamkniętej społeczności niewielkiego miasteczka, którego częścią jest Anka, ale także przekonamy się, jak wielką pożywką dla okrucieństwa niedojrzałych rówieśników Anki okazała się sensacja o ciąży koleżanki. Dowiemy się także, czy szkoła stanie na wysokości zadania względem swojej uczennicy.

Jestem pewna, że większości czytelnikom nie uda się ustrzec oceniania reakcji na ciążę Ani wielu osób z jej otoczenia. Chociażby jej matki. Ulegamy przekonaniu, że doskonale wiemy, jak ta matka powinna postąpić, jak się zachować i jak zareagować, na to, co usłyszała od córki. Naszej oceny nie uniknie również sama Anka. Pamiętajcie jednak, że życie nie jest tylko czarne albo białe i tak naprawdę, nie możemy wiedzieć na pewno, jak my sami byśmy się zachowali w tożsamej sytuacji, dopóki nie stanie się ona częścią naszego życia. Właśnie to, że autorce udało się przedstawić cała historię Anki w sposób niezwykle autentyczny oraz daleki od oceniania decyzji i wyborów kogokolwiek sprawia, że osoby, które zechcą po tę książkę sięgnąć, bardzo mocno uwierzą w tę opowieść i będą czytać ją z zapartym tchem i duszą na ramieniu. Co najważniejsze wiele kobiet odnajdzie w perypetiach Anki cząstkę siebie, ponieważ to przez co ta dziewczyna przechodzi, zdarza się bardzo często, gdzieś obok nas. Ja bardzo mocno trzymałam kciuki za to, aby Ania odzyskała utracony spokój, poczucie własnej wartości, jak również za to, aby w jej sercu zrodziła się ta bezwarunkowa miłość matki do dziecka. Niewinnego dziecka, które swoim spojrzeniem chce powiedzieć „Proszę, pokochaj mnie, mamo!”

Pomimo że jest to książka trudna i na pewno tak, jak było to w moim przypadku, u was również wywoła łzy, to chcę, aby wybrzmiał także jej pozytywny przekaz. Tak, jak pisałam na początku recenzji, ta książka niesie ze sobą dobro. Przywraca nam kobietom siłę i nadzieję na to, że nawet jeśli teraz myślimy, że już nic dobrego nas w życiu nie czeka, to jednak mamy w sobie to światło, które jest w stanie rozproszyć każdy mrok. Bardzo ważne jest jednak, abyśmy mieli obok siebie kogoś, kto nas wesprze i spojrzy na nasz problem z boku. Wówczas bowiem może się okazać, że już nie jest on taki straszny i bez wyjścia, jak myśleliśmy. Wiem jednak, że nie każdy ma to szczęście mieć taką osobę w swoim życiu, dlatego właśnie powstała ta książka. Aby stać się takowym wsparciem i przywrócić wiarę w lepszą przyszłość i to, że damy radę zbudować nasz zdruzgotany świat na nowo.

W książce jednak nasza uwaga nie jest skupiona tylko na kwestii niechcianej nastoletniej ciąży, ale również macierzyństwa w ogólnym ujęciu. Mamy mają to do siebie, że często porównują się do innych mam i niestety najczęściej w swoim mniemaniu uważają, że inne mamy są lepsze od nich. Bo ich dzieci są zawsze czyste, one same zadbane, a ich domy lśnią czystością. Tymczasem Marta jako mama za sprawą bohaterki swojej książki uświadamia nam, że każdy z nas ma dwa oblicza. To piękne, wręcz perfekcyjne, które pokazujemy na zewnątrz i to ukazujące nasze słabości, naszą niedoskonałość, ale także marzenia i pragnienia, którym dzielimy się tylko z najbliższymi nam osobami. I prawda jest taka, że te dwa oblicza są od siebie zupełnie różne. Marta zostawia nam w książce cenną lekcję. O byciu dobrą matką nie przesądzają popełnione błędy, czy gorszy czas w życiu, a nasza obecność przy naszym kochanym skarbie. Miłość i oddanie, które mu ofiarujemy.

Nie jest to jednak książka, której grupą docelową są wyłącznie kobiety, które wiedzą, czym jest i z czym wiąże się zbyt wczesna ciąża zmuszająca nas do przewartościowania swojego życia. To książka dla każdego, gdyż poczucie końca naszego życia jest bardzo uniwersalne i każdy może przeżywać swój osobisty koniec świata na wiele sposobów. Jednak niezależnie od tego, co jest jego powodem, zawsze niezmiennie potrzebujemy wsparcia, akceptacji i zrozumienia.

Myślę, że nikogo nie muszę już zachęcać i przekonywać do tego, że warto spędzić czas z tą wspaniałą i niezwykle potrzebną społecznie książką. Zdecydowanie jest to jeden z tych tytułów, obok którego nie da się przejść obojętnie i który zostanie z czytelnikiem już na zawsze. Z pewnością trafi wprost do waszych serc i nie pozwoli o sobie zapomnieć już nigdy. Nawet jeśli po skończonej lekturze odłożycie książkę na półkę, to wszystko, co w niej przeczytacie, ciągle pozostanie w was żywe. Ja sama chciałabym, aby ta powieść trafiła do jak najszerszego grona odbiorców  bo jestem pewna, że ma w sobie ogromną siłę sprawczą i naprawdę może pomóc wielu kobietom. Muszę przyznać, że jest to historia o wiele mocniejsza, niż myślałam, jednak mimo to, a może właśnie dlatego uważam, że powinna trafić do szkół średnich, jako lektura na zajęciach Wychowania Do Życia W Rodzinie, a także gabinetów terapeutycznych. Pamiętajcie, nikt nie ma prawa nas gnębić, upokarzać i niszczyć, Nie bójmy się prosić o pomoc.

Z pełnym przekonaniem mogę napisać, że jest to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w tym roku.

PATRONAT MEDIALNY BLOGA KOCIE CZYTANIE.


[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Świat Kobiet, Autorka Marta Maciejewska.

poniedziałek, 25 września 2023

Zapowiedź patronacka: "Proszę, pokochaj mnie, mamo!" Marta Maciejewska.


Nadszedł wreszcie ten długo wyczekiwany przeze mnie moment, kiedy mogę podzielić się z wami wspaniałą wiadomością. Otóż blog Kocie czytanie ma przyjemność i zaszczyt należeć do zacnego grona patronów medialnych najnowszej powieści Marty Maciejewskiej „Proszę, pokochaj mnie, mamo!”, która swoją premierę będzie miała już 19.10.2023 pod opieką wydawnictwa Świat Kobiet.

Znacie mnie już trochę i wiecie, że każda książka, której patronuję, trafia do mojego serca i zajmuje w nim szczególne miejsce, ale musicie wiedzieć, że ten patronat jest dla mnie wyjątkowy. A to dlatego, że właśnie spełnia się moje blogowe marzenie. Zawsze chciałam, aby logo bloga Kocie czytanie znalazło się na okładce książki Marty i właśnie teraz tak będzie. To wspaniałe uczucie, tym bardziej że jak doskonale wiecie, ja cenię sobie powieści, które trafiają do serc czytelników. Wzbudzają ich emocje i skłaniają do ważnych życiowych refleksji, a nawet dyskusji. A uwierzcie, że karty „Proszę, pokochaj mnie, mamo!” taką właśnie historię skrywają.

Zresztą przeczytajcie opis wydawcy, a jestem pewna, że się ze mną zgodzicie.

Któż z nas nie pamięta, jak to jest, kiedy ma się osiemnaście lat i ogromny apetyt na życie, świat leży u stóp, a przyszłość jest na wyciągnięcie ręki? Na horyzoncie matura i wymarzone studia, dziesiątki wyborów i setki możliwości. Pierwsze miłości i ostatnie przyjaźnie, a może na odwrót…

I nagle w jednej chwili wszystko to się kończy, a właściwie zostaje ci brutalnie odebrane, najpierw twoje poczucie wartości, wola i moc sprawcza; twoje ciało, uczucia i myśli przejmuje ktoś, kto nie ma do tego prawa i stoi ponad nim. W zamian pozostawia strach. Czujesz, że nie jesteś już sobą. A potem jest tylko gorzej, bo pojawia się jeszcze ktoś, kto też rości sobie prawo do twojego ciała, korzysta z niego, żąda uwagi i miłości, a ty nie możesz się do tego zmusić.

Co musi się wydarzyć, by móc odzyskać swoje ciało i przejąć kontrolę nad życiem, a tym samym ujrzeć dla siebie nową przyszłość? Na to pytanie stara się odpowiedzieć Marta Maciejewska w swojej najnowszej książce. To opowieść z perspektywy młodej kobiety, która już na progu dorosłości musi się zmierzyć z największymi wyzwaniami i dramatami, jakie ta dorosłość ze sobą niesie.


Przyznajcie, że wobec tej książki nie da się przejść obojętnie i od razu chce się ją czytać.




[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Świat Kobiet oraz  autorka Marta Maciejewska

niedziela, 21 sierpnia 2022

"1200 gramów szczęścia" Marta Maciejewska

U
rodziłam się jako wcześniak z wagą urodzeniową 900 gramów i zaledwie czterema punktami w skali Apgar. Lekarze nie dawali mi zbyt wielu szans na przeżycie, a w zasadzie były one bardzo nikłe. Na szczęście mi się udało. Już jako kilkuletnie dziecko nieraz prosiłam mamę, aby opowiedziała mi jak to, było, kiedy nosiła mnie w brzuszku i potem kiedy się urodziłam. Zawsze wtedy odpowiadała, że był to najpiękniejszy czas w jej życiu. Opowiadała mi, że leżałam długo w inkubatorze, który zapewniał mi ciepło i bezpieczeństwo i wiele innych rzeczy, które co zrozumiałe, jako dziecko nie do końca rozumiałam. Jednak już wtedy wiedziałam jedno, moi rodzice kochali mnie najbardziej na świecie już od momentu, kiedy dowiedzieli się, że mama nosi mnie pod sercem. Jako nastolatka przestałam pytać, ale będąc już dorosłą kobietą, zrozumiałam, jak wiele trudu, strachu i obaw musiała znieść moja mama już podczas ciąży i potem przez bardzo długi czas po moich narodzinach. Jestem jej za wszystko ogromnie wdzięczna i kocham ją całym sercem.

Zapewne zastanawiacie się teraz, dlaczego zdecydowałam się na tak osobiste zwierzenia. Otóż dwa dni temu te wszystkie wspomnienia i emocje, którymi już nie raz dzieliła się ze mną mama, do mnie wróciły i uderzyły we mnie z ogromną siłą. Tak naprawdę dopiero teraz mogę powiedzieć, że mam pełen obraz niezwykle trudnej drogi, jaką musiała przejść moja mama w walce o moje życie i zdrowie. A wszystko to stało się za sprawą książki Marty Maciejewskiej „1200 gramów szczęścia”, której karty skrywają niezwykle emocjonalną i poruszającą historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami, o której ja dziś chcę wam opowiedzieć. Oczywiście, przypadek każdej ciąży i każdego wcześniaka jest inny, ale emocje zawsze są takie same. I już teraz mogę wam zdradzić, że dla mnie ta powieść na zawsze będzie szczególna i ma swoje miejsce w moim sercu. Nie wybiegajmy jednak zbyt mocno przed szereg i zacznijmy od początku.

Przystępując do lektury powieści, poznajemy Emilię. Młoda kobieta od zawsze marzyła o tym, by zostać modelką. Nie jest jej łatwo, ponieważ ma duży problem z uwierzeniem w siebie. Znajduje jednak w sobie odwagę, aby spróbować swoich sił. Stawia wszystko na jedną kartę w pogoni za marzeniami i ku swojej wielkiej radości odnosi sukcesy w świecie modelingu. Duże zmiany w jej życiu niesie dla niej również miłość. Choć początki znajomości z Jakubem nie były łatwe, a ich relacje można określić jednym krótkim przysłowiem „Kto się czubi, ten się lubi”, to jednak chłopakowi udaje się zdobyć serce dziewczyny.

Para decyduje się zamieszkać razem. Szczęśliwi, są dla siebie wsparciem, kiedy wybucha COVID. Nie jest im łatwo przetrwać ten trudny czas, ale nawet pandemia nie jest w stanie zepsuć im radości, kiedy dowiadują się, że Emilia jest w ciąży. Nałożone restrykcje i ograniczenia spowodowane sytuacją epidemiologiczną w kraju pozbawiają przyszłego tatę możliwości bycia przy partnerce podczas wizyt u lekarza, ale najważniejsze jest to, że dziecko rozwija się prawidłowo, a ciąża przebiega bez komplikacji. Kuba i Emilia nie wiedzą jednak jeszcze, że już wkrótce zawisną nad nimi czarne chmury, które przyniosą ze sobą strach, mnóstwo obaw i niepewność tego, co przyniesie przyszłość. Bo oto niespodziewanie dla kogokolwiek Emilia trafia do szpitala i dowiaduje się, że zarówno jej, jak i dziecku zagraża bardzo duże niebezpieczeństwo i dlatego musi pozostać w szpitalu pod czujnym okiem lekarzy. Oczywiście przyszła mama bardzo się boi, ale ma nadzieję, że za kilka dni wszystko się ustabilizuje i wróci do domu. Niestety tak się nie dzieje. Wyniki badań są coraz gorsze, a ciało kobiety zmienia się tak bardzo, że nie potrafi już na siebie patrzeć w lustrze. To miała być historia o zakochanych, cieszących się z pięknych przeżyć wzorcowej ciąży, a zamieniła w prawdziwy koszmar przepełniony rozpaczą, bólem i samotnością, ale o tym już musicie przeczytać sami.

Rozpoczyna się walka z czasem o życie matki i dziecka. Los niestety zadaje kolejne ciosy i mała Julia przychodzi na świat za wcześnie. Dla młodej matki jest to prawdziwy horror. Jest załamana, a niestety rodzina nie może być przy niej ze względu na zagrożenie, jakie niesie ze sobą rosnący w siłę wirus. Drży o życie swojej córeczki, którą kocha całym sercem. Sytuacji nie ułatwia fakt, że sama czuje się fatalnie, a także poczucie zagubienia i dezinformacji dotyczącej tego, co będzie dalej. Niestety w przypadku wcześniaków niczego nie można powiedzieć na pewno. Ich stan zdrowia może zmieniać się z minuty na minutę i jest swoistą sinusoidą. Emilia jest kłębkiem nerwów i trudno jej poradzić sobie ze swoimi emocjami, ale wie, że musi być silna. 

Koniecznie sięgnijcie po tę książkę i przekonajcie się, czy ten koszmar się kiedyś skończy.

Jestem pełna podziwu, uznania, ale przede wszystkim wdzięczności dla Marty, że zdecydowała się napisać tę książkę. Dla niej, jak sama mówi, była to forma terapii i wyrzucenia z siebie tych wszystkich bolesnych przeżyć i emocji, które w niej tkwią, ale jestem przekonana, że dla kobiet, które przechodziły przez to samo, to właśnie „1200 gramów szczęścia” będzie taką terapią.
Autorka bowiem dzieląc się swoją historią, doda im sił i uświadomi, że nie są same i nie muszą przechodzić przez swoje cierpienie samotnie. Warto przepracować swoją traumę i zadbać o swoje emocje prosząc o pomoc psychologa. Po przeczytaniu tej książki kobiety te zrozumieją, że mają prawo otwarcie i głośno mówić o tym, co czują. Nie muszą tego ukrywać przed otoczeniem i udawać, że wszystko jest w porządku.

Nie jest to jednak książka tylko dla mam, które przeżywają tak trudne chwile tygodniami, a bardzo często miesiącami. Wręcz przeciwnie. Powinien przeczytać ją każdy z nas, w tym także służba zdrowia szpitali oddziałów położniczych oraz neontologii. Wówczas personel medyczny będzie mógł bardziej wczuć się w położenie mamy, która przeżywa katusze i czuje, jakby ktoś wyrwał jej serce, będąc pozbawioną bliskości swojego maleństwa. Zrozumieją, że wtedy jedynym co może uspokoić kobietę to traktowanie jej zwyczajnie po ludzku, a nie tylko, jak kolejny statystyczny przypadek, jakich wiele. Natomiast rodzina i przyjaciele kobiety w tak trudnej sytuacji nauczą się, jak skutecznie ją wesprzeć. Mam nadzieję, że wreszcie dotrze do takich osób, że powiedzenie mamie, której świat usuwa się spod nóg „Zapomnij, skup się na dziecku” wcale nie pomaga, a jeszcze bardziej szkodzi i jest równoznaczne z tym, gdybyśmy powiedzieli osobie chorującej na depresję: „Weź się w garść, ogarnij się, przestań się nad sobą użalać”. Takie słowa przynoszą dokładnie odwrotny skutek od zamierzonego. Bo jak zapomnieć o bólu i strachu, który każdej nocy przeradza się w senne koszmary. Koszmary, które sprawiają, że matka ma wrażenie, że się dusi, a serce za chwilę wyskoczy jej z piersi. Jeśli nie wiesz, co powiedzieć, nie mów nic. Po prostu bądź, wysłuchaj, przytul.

Jeśli sięgniecie po „1200 gramów szczęścia”, do czego całym sercem was zachęcam, poznacie piękną, ale bardzo trudną emocjonalnie, przejmującą i poruszającą opowieść o bezgranicznej miłości matki do dziecka, która jest niezłomna i przetrwa wszystko, dla dobra małej wojowniczki. Na jej kartach mamy także pokazany obraz nierównej walki z losem o życie małej kruszynki, w której na usta matki bezustannie ciśnie się jedno pytanie bez odpowiedzi:  "Dlaczego ja, dlaczego nas to spotkało”? Nie zabraknie tu jednak również radości z najkrótszych nawet chwil szczęścia, a także przyjaźni rodzącej się między matkami dzielącymi te same szpitalne przeżycia, które są dla siebie wzajemnie niezwykłym wsparciem.

Czytając powieść, nie mogłam powstrzymać łez i teraz kiedy opowiadam wam o książce, jest dokładnie tak samo. Na zakończenie mogę powiedzieć tylko jedno. Marta dziękuję Ci za te niezapomniane przeżycia i emocje. Jesteś wspaniałą kobietą i matką, a Julcia jest cudownym aniołkiem.
A Tobie mamusiu dziękuję za to, że przeszłaś przez podobne piekło, bym ja mogła żyć.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Szara Godzina, za co bardzo dziękuję.