piątek, 11 września 2026

Tam, gdzie miłość sięga poza granicę życia. „Między nami niebo” – Małgorzata Mikos

Są w życiu chwile, kiedy prozaiczna codzienność nagle pęka, a świat, który dotąd uważaliśmy za pewny i trwały, bezpowrotnie zmienia swój bieg. W takich momentach czas zaczyna mierzyć się zupełnie inną miarą. Nie liczą się już godziny czy minuty, ale ciężar słów, które zdążymy wypowiedzieć, oraz czułość gestów, jakie zdołamy po sobie zostawić. Najtrudniejszym sprawdzianem miłości staje się wtedy oswojenie własnej bezradności i podjęcie cichej próby zbudowania bezpiecznego świata dla tych, których przyjdzie nam pożegnać. To głęboko poruszająca sztuka obecności, sięgająca daleko poza granicę ludzkiego bytu.

W tę najczulszą i zarazem najtrudniejszą przestrzeń wprowadza nas Małgorzata Mikos w powieści „Między nami niebo”. Bolesna diagnoza sprawia, że młoda matka, Marta, musi zmierzyć się z okrutną perspektywą odejścia i świadomością, że nie zobaczy dorastania swojej kilkuletniej córki Hani. Pragnąc dać dziecku schronienie przed ostateczną pustką, postanawia pozostawić po sobie wyjątkową spuściznę – przepełnione miłością wiadomości, które mają stać się cichym świadectwem matczynej obecności na kolejne lata życia dziewczynki.

​W tym trudnym czasie Marta nie pozostaje jednak sama. Życiowe doświadczenia sprawiły, że wraz z bratem Damianem mieli w życiu tylko siebie, a jego postawa w obliczu tragedii staje się poruszającym świadectwem głębokiej, oddanej miłości. Gdy kobieta powoli gaśnie, brat po prostu przy niej trwa – bez zbędnych pytań, bez oceniania czy podważania jej decyzji. Służy solidnym wsparciem i daje jej otuchę, że nie zostanie osamotniona w swoim cierpieniu. Obserwowanie tak bliskiej relacji rodzeństwa mocno chwyta za serce i buduje świadomość, jak wielkim darem jest obecność kogoś, kto stoi przy nas bez względu na wszystko.

Kiedy walka Marty dobiega końca, na Damiana spada ciężar żałoby, a opieka nad dziewczynką staje się wypełnieniem obietnicy danej siostrze. Mężczyzna z dnia na dzień musi odnaleźć się w roli jedynego opiekuna, starając się na nowo zbudować poczucie bezpieczeństwa małej siostrzenicy. Ta konkretna sytuacja staje się dla autorki punktem wyjścia do ukazania trudnego procesu oswajania straty i głębokiej przemiany samego bohatera. Pęknięty od środka przez własny ból, uczy się odkładać na bok lęk, by dać dziecku bezpieczną ostoję.

Ta historia nie byłaby jednak pełna bez subtelnego ukazania dziecięcego przeżywania odejścia bliskiej osoby. Twórczyni z wielką wrażliwością oddaje świat malutkiej Hani, pokazując, jak dziecięca emocjonalność próbuje oswoić wielką pustkę poprzez codzienne gesty i pytania pozbawione dorosłego cynizmu.

​Powieść spowija gęsta, intymna atmosfera, w której każdy akapit oddycha autentycznym bólem, ale i cichym pięknem. To lektura wymagająca skupienia, nasycona emocjami rezonującymi w czytelniku od pierwszej do ostatniej strony. Autorka nie szuka taniego sentymentalizmu, lecz tworzy przestrzeń do zatrzymania się nad własną wrażliwością. Ogromna w tym zasługa jej dojrzałego warsztatu – posługuje się językiem plastycznym, a przy tym pozbawionym patosu. Niespieszne tempo pozwala z bliska przyglądać się zmaganiom bohaterów, zatracając granicę między fikcją a rzeczywistością.

​Należą jej się słowa uznania. Pisanie o tak delikatnych, bolesnych sprawach, od których na co dzień wolimy uciekać, wymagało ogromnej odwagi i niewątpliwie stanowiło dla niej duży ciężar emocjonalny podczas całego procesu twórczego. Autorka stworzyła historię bardzo potrzebną i ważną, dając czytelnikowi przestrzeń do konfrontacji z własnymi lękami.

Sama odebrałam tę historię głęboko. Ze względu na własne doświadczenia życiowe bardzo mocno postawiłam się w sytuacji Marty. Pierwsza część książki – do momentu jej odejścia – stała się dla mnie najtrudniejszym sprawdzianem. Wywołała bolesny odruch wewnętrznej wdzięczności za to, że sama nie mam dzieci, gdyż ciężar takiej perspektywy wydaje się nie do udźwignięcia. Jednocześnie czułam ogromną dumę z bohaterki i potrzebę szepnięcia jej, że jest cudowną matką.

​O ile pierwsza część wywołała trudne emocje i lęk, czy zdołam dotrwać do końca, o tyle druga przyniosła ciche ukojenie. Obserwowanie relacji, jaka krok po kroku budowała się między wujkiem a siostrzenicą, rozlało w moim sercu ciepło. Ta więź wlała we mnie spokój, pokazując, jak istotne dla osamotnionego dziecka jest poczucie, że mimo potężnej straty ma obok kogoś, dla kogo zawsze będzie najważniejsze.

Mimo że nie jest to łatwa lektura, jej siła tkwi w walorze terapeutycznym. Małgorzata Mikos daje czytelnikowi narzędzia do oswojenia tematów tabu, jakimi pozostają odchodzenie i żałoba. Niewiele jest pozycji, które potrafią w tak dojrzały sposób przełożyć ludzką bezradność na lekcję empatii i uważności.

Warto również zatrzymać się nad dopracowaną oprawą wizualną tego wydania. Błękitne niebo z bukietem barwnych balonów unoszących się ku górze oraz malowane brzegi stron w motyw niezapominajek tworzą kompozycję, która od pierwszego spojrzenia przyciąga wzrok i porusza najczulsze struny. To nie tylko piękna oprawa, ale i głęboka symbolika – niezapominajki są cichym znakiem pamięci, która nie gaśnie, a ulatujące balony przywodzą na myśl znany z ceremonii pożegnań gest wypuszczania ich ku niebu. To symbol oswojenia straty, uwalniania od bólu i wysyłania do bliskich wiadomości przesyconych miłością oraz dziecięcą nadzieją. Sama metafora tytułowego nieba zyskuje tu bardzo osobisty wymiar – staje się płaszczyzną łączącą dwa światy i subtelną granicą, dzięki której pamięć nie dzieli, a osłania tych, którzy zostali na ziemi.

To jedna z tych rzadkich powieści, które po odłożeniu na półkę nie odchodzą w zapomnienie, lecz powoli dojrzewają w czytelniku, cicho zmieniając jego spojrzenie na drugiego człowieka.

[Materiał reklamowy].

poniedziałek, 7 września 2026

Lekcja wrażliwości w Carmel-by-the-Sea — Monika Hakowska i jej „Ekspertka od miłości”

Człowiek od wieków próbuje ująć miłość w ramy definicji, zamknąć ją w gotowych formułach i podręcznikowych regułach, tworząc iluzję, że nad emocjami można panować niczym nad logicznym równaniem. W świecie pełnym powierzchownych porad często mylimy teoretyczną wiedzę o relacjach z ich dojrzałym przeżywaniem, zapominając, że bliskość wymaga odsłonięcia wrażliwości. Tę uwalniającą prawdę o zderzeniu wyidealizowanych schematów z nieprzewidywalną codziennością ukazuje Monika Hakowska w powieści „Ekspertka od miłości”, udowadniając, że najcenniejsze lekcje uczuciowe odbieramy dopiero po odrzuceniu gotowych recept na szczęście.

Główna bohaterka powieści, Ruby Walker, zawodowo zajmuje się pouczaniem innych, jak kochać mądrze i świadomie. Jej poczytne poradniki dają czytelnikom wskazówki, a pisarka uchodzi za niekwestionowany autorytet. Cały ten misternie skonstruowany świat rozpada się jednak w jednej chwili, na oczach tysięcy widzów, podczas programu telewizyjnego na żywo. To właśnie wtedy na jaw wychodzi bolesna prawda o zdradzie narzeczonego. Publiczna kompromitacja staje się dla znanej doradczyni drastycznym zderzeniem z rzeczywistością. Z dnia na dzień dotychczasowa wiedza okazuje się bezużyteczna, a kobieta musi stawić czoła własnej bezradności i bolesnemu poczuciu osamotnienia.

Ucieczką przed medialną nagonką staje się podróż do kameralnego, nadmorskiego Carmel-by-the-Sea. Zmiana scenerii to symboliczny gest poszukiwania azylu. Szum fal, surowość morskiego krajobrazu i niespieszny rytm prowincjonalnego życia stają się tłem dla wewnętrznego wyciszenia. W tej nowej przestrzeni Ruby próbuje połączyć na nowo fragmenty swojego rozbitego świata, odkrywając konieczność zrzucenia dotychczasowej roli i odzyskania zwyczajnej, ludzkiej swobody.

Kontrast między wielkomiejskim, pędzącym centrum świata a urokliwym miasteczkiem staje się fundamentem opowieści. Autorka z wyczuciem uchwyciła specyfikę nowej przestrzeni, w której ten nadmorski zakątek jawi się jako stan umysłu. Pod jego pozornie spokojną powierzchnią kryje się barwna, tętniąca życiem mozaika ekscentrycznych postaci. Powieściopisarka wspaniale oddaje ten lokalny koloryt. Dla przyzwyczajonej do chłodnej anonimowości metropolii dziewczyny to zderzenie z bezinteresowną ciekawością drugiego człowieka staje się zaskakującym lekarstwem, udowadniającym, że prawdziwe życie tętni z dala od wielkomiejskiego pędu.

W tym cichym miejscu rozpoczyna się powolny proces przewartościowania całego życia. Wchodząc w nowe relacje z lokalną społecznością, Walker porzuca teorie na rzecz czystej obecności. Zmiana ta nabiera mocy, gdy na jej drodze staje mężczyzna o trudnym, nieprzystępnym charakterze, budzący uczucie wymykające się jakimkolwiek schematom. Ich pełne napięcia i ciętego humoru interakcje powoli kruszą wybudowany przez oboje dystans. Ta szczera relacja staje się dla niej lekcją odwagi, pokazując, że trwałe więzi rodzą się w przestrzeni zrozumienia, szczerości i odsłonięcia własnych słabości.

Warstwa warsztatowa powieści harmonijnie współgra z jej refleksyjną treścią. Twórczyni książki posługuje się językiem lekkim i plastycznym, tkając opowieść z wrażliwością, która pozwala gładko zanurzyć się w świecie przedstawionym. Konstrukcja fabuły opiera się na przemyślanym, wręcz niespiesznym tempie akcji — autorka nie dąży do gwałtownych zwrotów wydarzeń, dając czytelnikowi czas na współodczuwanie emocji. Sposób prowadzenia narracji tworzy otulający klimat, w którym komizm słowny i sytuacyjny przeplata się z momentami zadumy. Przemyślana struktura i językowa dojrzałość sprawiają, że lektura wciąga bez reszty.

Lektura tej powieści stała się dla mnie czymś znacznie więcej niż tylko estetyczną przyjemnością — to poruszające przeżycie, które skłoniło mnie do zatrzymania się i przejrzenia w losach protagonistki jak w lustrze. Obserwowanie jej drogi wywołało we mnie cichy zachwyt nad ludzką gotowością do podnoszenia się z gruzów oraz przyniosło przejmującą refleksję nad własną potrzebą kontroli. Książka pozostawiła mnie z ciepłym poczuciem ukojenia i przekonaniem, że wybór własnej prawdy, choć wymaga odwagi, stanowi jedyną drogę do odnalezienia spokoju oraz autentycznego sensu w relacjach z drugim człowiekiem.

„Ekspertka od miłości” to propozycja dla czytelników poszukujących w literaturze obyczajowej życiowej mądrości i niespiesznego rytmu narracji. Powieść stanie się idealnym wyborem na schyłek wakacji lub pierwsze chłodniejsze wieczory — pozwala na moment przedłużyć lato i zatrzymać w sercu słoneczne ciepło nadmorskiego krajobrazu. Ostatecznie opowieść Moniki Hakowskiej przypomina, że życie rzadko toczy się według z góry ułożonego planu. Dopiero w chwilach, gdy rozsypują się nasze dotychczasowe pewniki, zyskujemy przestrzeń na budowanie relacji wolnych od oczekiwań, w których największą wartością staje się po prostu gotowość na drugiego człowieka.

[Materiał reklamowy].

piątek, 4 września 2026

Zapach prawdy i ciężar dziedzictwa – o książce „Do zobaczenia w Marsylii” Wiktorii Emilii Regin.


Istnieje w nas naturalna potrzeba wierzenia, że każdą życiową drogę zaczynamy z czystą kartą. Chętnie myślimy o sobie jak o niezależnych autorach własnego losu, podejmujących suwerenne decyzje w oderwaniu od tego, co wydarzyło się przed naszymi narodzinami. Jednak rzeczywistość rzadko pozwala nam na tak radykalną autonomię. Pod cienką warstwą codzienności, zupełnie bezgłośnie, płyną rzeki cudzych doświadczeń – przemilczane dramaty, dawno pogrzebane sekrety i niedokończone rozmowy tych, którzy odeszli, zanim zdążyliśmy zadać im najważniejsze pytania. Stajemy się, często bezwiednie, spadkobiercami spraw, których sami nie zawiniliśmy, a pamiątki po bliskich niespodziewanie zamieniają się w jedyny klucz, zdolny otworzyć najtrudniejsze zakamarki własnej tożsamości.

To właśnie w tej melancholijnej przestrzeni, na styku rodzinnej pamięci i nieuchronnego odkrywania prawdy, autorka Wiktoria Emilia Regin  zawiesza losy bohaterów swojej książki „Do zobaczenia w Marsylii”. Ta konieczność powrotu do korzeni materializuje się w momencie, gdy z mapy domowych zależności znika Wanda – sędziwa, olsztyńska tarocistka, która przez całe dziesięciolecia układała karty, próbując porządkować chaos w cudzych życiorysach, podczas gdy własną, bolesną przeszłość szczelnie otoczyła milczeniem. Jej śmierć nie jest tu jedynie biologicznym faktem, ale gwałtownym przerwaniem dotychczasowej narracji, w której żyli jej bliscy. Pozostawiony przez nią testament, daleki od materialnych dóbr i chłodnych, prawniczych formuł, okazuje się emocjonalnym wyzwaniem. To spadek utkany z niedopowiedzeń, starych listów oraz wskazówek, które zamiast dawać natychmiastowe ukojenie, burzą pieczołowicie budowany spokój młodszego pokolenia. W ten sposób pisarka zarysowuje punkt wyjścia, w którym pójście naprzód staje się niemożliwe bez uprzedniego spojrzenia w twarz rodzinnym demonom.

To niechciane, ale i fascynujące wyzwanie trafia w ręce wnuczki oraz bratanicy zmarłej – Joanny i Michaliny. Kobiety te, choć połączone rodzinnymi więzami, są jak dwa skrajnie różne bieguny. Jedna z nich, dla której Wanda była babcią, chroni się za pancerzem rezerwy, chłodnym racjonalizmem próbując kontrolować każdy aspekt swojej codzienności. Druga, dla której zmarła była ciocią, uosabia przeciwny, dynamiczny biegun – energię buntu, impulsywność i odwagę. Zderzenie tak różnych charakterów w obliczu nagłej straty staje się znakomitym studium relacji łączącej siostry cioteczne. Twórczyni z dużą czujnością psychologiczną przygląda się ich wzajemnym animozjom, udowadniając, że wspólne śledztwo wymaga od nich nie tylko przekroczenia fizycznych granic, ale przede wszystkim zmierzenia się z własnymi słabościami.

Prawdziwym pomostem łączącym te dwa kobiece światy staje się pozostawiony przez zmarłą zeszyt. Jego pożółkłe strony kryją słowa nakreślone niespokojną, dotychczas nieznaną ręką. Ten namacalny dowód czyjegoś minionego istnienia natychmiast zmienia perspektywę bohaterek. Rękopis, w którym zapisano dawny lęk, niezagojony ból, ale i potężne emocje, nie pozwala na obojętność. Zapiski stają się osobistym przewodnikiem po historii, która dawno temu przekroczyła granice jednego ludzkiego życia i rozlała się szerokim echem na przyszłość. To właśnie ten niepozorny dokument otwiera w tej pozycji wielowymiarowy wątek historyczny, sprawiając, że poszukiwania sióstr przestają być jedynie suchą rekonstrukcją faktów, a stają się głębokim, emocjonalnym dotknięciem losów ludzi, którzy kiedyś kochali i błądzili dokładnie tak samo, jak one dzisiaj.

Stary dziennik przenosi nas na początek dwudziestego wieku, odsłaniając burzliwą relację, która rozegrała się między tętniącą życiem, słoneczną Francją a surowym, przedwojennym Wołyniem. To tam, na styku odmiennych kultur, splatają się drogi młodej Francuzki Eugenię oraz polskiego malarza. Autorka z wielką plastycznością odtwarza atmosferę tamtej epoki, unikając jednak uproszczeń; zamiast tego pokazuje, jak wielkie uniesienia artystyczne i miłosne mogą niepostrzeżenie osunąć się w niszczycielską zazdrość oraz zdradę. Jądrem tej narracji staje się dawna zbrodnia popełniona pod wpływem afektu – czyn tak dramatyczny, że jego konsekwencje, niczym niewidzialne fatum, kładą się cieniem na losach następców. Nie otrzymujemy tu jedynie suchej lekcji historii, ale przejmujący obraz tego, jak dawne, tragiczne wybory potrafią zastygnąć w milczeniu i przez dekady po cichu kształtować życie ludzi, którzy o ich istnieniu nie mieli pojęcia.

Niezwykłym walorem tej prozy jest sam język, jakim posługuje się autorka – niezwykle plastyczny, malarski i pełen literackiej elegancji. Powieściopisarka nie spieszy się z relacjonowaniem zdarzeń; narzuca opowieści wyważone, wręcz hipnotyzujące tempo, które pozwala nam w pełni celebrować każde słowo. Ta dbałość o detal sprawia, że opisy tętniącej słońcem Marsylii oraz surowych, historycznych pejzaży Wołynia niemal natychmiast materializują się pod naszymi powiekami. Granica między czytelnikiem a tekstem całkowicie się zaciera – dzięki sugestywnemu stylowi artystki przestajemy być jedynie biernymi odbiorcami, a stajemy się naocznymi świadkami i niemalże fizycznymi uczestnikami tej poruszającej, wielopokoleniowej sagi.

Sensorycznym sercem tej historii, spajającym przeszłość z teraźniejszością, staje się jednak coś znacznie bardziej nieuchwytnego i namacalnego – unosząca się na kartach książki nietuzinkowa, zmysłowa aura zapachów mydła. Pisarka nie sięga po oczywiste, tradycyjne nuty; zamiast tego buduje klimat wokół aromatów rzadkich, zaskakujących i niezwykle charakterystycznych, które natychmiast budzą w bohaterkach uśpione emocje. Te wyjątkowe kompozycje zapachowe nie są jedynie tłem dla opisywanych wydarzeń – stają się one subtelnymi wyzwalaczami wspomnień, które potrafią dotrzeć do najgłębszych warstw pamięci tam, gdzie słowa i dokumenty zawodzą. Każda z tych osobliwych nut zapachowych działa jak niewidzialna nić Ariadny, która krok po kroku prowadzi siostry przez labirynt rodzinnych sekretów. W ten sposób te nieoczywiste aromaty stają się dla bohaterek symbolem odkrywania własnej, autentycznej tożsamości, a czytelnika uwodzą swoją zmysłowością i nie pozwalają mu pozostać jedynie obojętnym obserwatorem.

Odbiór tej powieści szybko przestaje być jedynie śledzeniem cudzych losów, stając się głębokim, osobistym doświadczeniem. Choć decyzje obu kobiet – a także dramatyczne wybory ich przodków, podyktowane lękiem przed bliskością, pragnieniem prawdziwego uczucia czy paraliżującym strachem przed wykonaniem kolejnego kroku – niejednokrotnie budzą w nas sprzeciw, to właśnie te niewykorzystane szanse i ludzkie słabości czynią te postaci niezwykle bliskimi. Najbardziej poruszający okazuje się jednak niemal metafizyczny klimat dzieła. Nieustanna, subtelna obecność zmarłej Wandy, której duch zdaje się czuwać nad każdym oddechem wnuczek, sprawia, że podczas czytania sami zaczynamy odczuwać dziwny niepokój i bliskość minionego świata. To obcowanie z tajemnicą zmusza do refleksji nad własnymi lękami przed bliskością oraz nad tym, jak wiele cudzych, niezagojonych ran niesiemy we własnym bagażu doświadczeń.

Siła tego tytułu tkwi w jego niezwykłej mądrości – prozaiczka nie próbuje nas oceniać ani dawać gotowych recept na życie, lecz z wielką czułością pokazuje, że największą odwagą jest konfrontacja z własnym dziedzictwem. Przesłanie tej opowieści niesie głębokie ukojenie: uczy nas, że każdy popełniony błąd i każda niewykorzystana szansa mogą stać się fundamentem do zbudowania nowej, w pełni świadomej tożsamości. To właśnie w tym tkwi ostateczna wartość tej opowieści – staje się ona dla nas subtelnym i niezwykle potrzebnym impulsem do tego, by z czułością oraz odwagą przyjrzeć się własnym korzeniom i otworzyć na bliskość drugiego człowieka.

„Do zobaczenia w Marsylii” to pozycja literacka, którą z całego serca polecam miłośnikom wielowątkowych sag rodzinnych, literatury z głębokim tłem psychologicznym oraz czytelnikom poszukującym w książkach prawdziwych, nieprzemilczanych emocji. Warto po nią sięgnąć przede wszystkim dla jej rzadko spotykanej odwagi w ukazywaniu ludzkich pragnień – autorka opisuje cielesność oraz potrzebę bliskości w sposób niezwykle obrazowy, bezkompromisowy i zmysłowy, co sprawia, że po tę pozycję powinni sięgać przede wszystkim starsi nastolatkowie oraz dorośli czytelnicy. Ze względu na swoją wielowymiarowość, skomplikowaną strukturę czasową i bogactwo wątków, lektura wymaga od nas pełnego skupienia oraz uważności. Mimo że liczy ona ponad pięćset stron, to jej przyswajanie nie nuży ani przez chwilę; przez kolejne rozdziały wręcz się płynie, nerwowo przewracając kolejne karty w niecierpliwym oczekiwaniu na finał. Ta niezwykle angażująca treść trzyma w napięciu do samego końca, budząc w nas ogromne pragnienie odkrycia, czy wszystkie elementy skomplikowanej, rodzinnej układanki wreszcie trafią na swoje miejsce, przynosząc bohaterkom upragnioną prawdę oraz tak bardzo potrzebny, wewnętrzny spokój.

Ostatecznie ten tytuł pozostawia nas z poruszającym pytaniem o to, jak wiele z nas samych należy naprawdę do nas, a jak wiele jest tylko echem dawno zapomnianych głosów. To olśniewająca, pełna zapachów i cieni opowieść, która udowadnia, że dopóki nie odważymy się wejść do ciemnego pokoju naszych rodzinnych tajemnic, na zawsze pozostaniemy jedynie więźniami cudzych niedopowiedzeń. „Do zobaczenia w Marsylii” to nie tylko podróż przez czas i przestrzeń – to czułe, głębokie i niezwykle potrzebne spotkanie z samym sobą, po którym już nigdy nie spojrzymy na własną przeszłość w ten sam sposób.

[Materiał reklamowy].


poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Gdy wyobraźnia rodzi się z miłości i empatii. Recenzja książki „Mała wiedźma” Jolanty Bartoś

Niejednokrotnie to, co najbardziej wartościowe w literaturze, rodzi się na styku dziecięcej wrażliwości i trudnych do nazwania dorosłych doświadczeń. Świat widziany oczami dziecka ma wyjątkową zdolność dostrzegania tego, co dla dojrzałego czytelnika bywa już niewidoczne – bezwarunkowego dobra, wrażliwości wobec najmniejszych stworzeń oraz unikalnych nici łączących nasze codzienne wybory z czymś znacznie większym od nas samych. Baśniowa konwencja bywa często najlepszą formą realizmu, ponieważ pozwala nazwać lęki, próbę sił i siłę miłości bez zbędnego cynizmu. W ten właśnie nurt głębokiego, refleksyjnego pisania wpisuje się powieść „Mała wiedźma” Jolanty Bartoś, tworząc subtelny fundament pod rozważania o odwadze oraz niezłomnej sile miłości między rodzeństwem.

W centrum tej opowieści stoi zwyczajna z pozoru codzienność, w którą niespodziewanie wkracza element bajkowy. Autorka z wielkim wyczuciem kreśli portret rodzeństwa – Oli i Kuby – połączonych czymś więcej niż tylko więzami rodzinnymi: głęboką, podskórną intuicją. Światem dzieci jest bezpieczny azyl domowego ogrodu babci, przepełniony zapachami roślin i obecnością wiernych zwierzęcych towarzyszy – kota Felka i psa Dyzia. To właśnie w tej oswojonej przestrzeni, za sprawą tajemniczych drzwiczek witrażowych i odłamka magicznego szkła, pojawia się pęknięcie w dotychczasowej rutynie. Gdy mała Ola bez wahania staje w obronie słabszych stworzeń, uwięzionych w mrocznej pajęczynie, linia podziału między rzeczywistością a tym, co niewidzialne dla oczu, przestaje istnieć.

Świat zaprezentowany w powieści wspiera się na przejrzystym, choć pełnym napięcia dualizmie. Z jednej strony mamy jasną, przepełnioną harmonijnym życiem krainę Luminary, z drugiej zaś spowitą cieniem i mrocznym dążeniem Noxarę, władaną przez podstępne siły. Ta dwudzielność nie służy jedynie prostemu ukazaniu walki dobra ze złem. Kreacja przestrzeni staje się tu metaforą wewnętrznych stanów i wyzwań, z jakimi musimy się zmierzyć, gdy bezpieczeństwo najbliższych zostaje zagrożone, a fizyczna obecność ustępuje miejsca duchowej walce o ich powrót. Autorka, unikając dosłowności, pozwala czytelnikowi odczuć powagę sytuacji i groźbę utraty wewnętrznego spokoju bez burzenia poczucia baśniowego ładu.

Bohaterowie nie są jedynie pionkami na planszy fantastycznej przygody. Postać Oli, odnajdującej swoją tożsamość jako elfka Olanira, ucieleśnia czystą, bezkompromisową empatię, która nie kalkuluje ryzyka, gdy trzeba ponieść konsekwencje własnego odruchu serca. Z kolei Kuba dojrzewa na naszych oczach do roli opiekuna – kogoś, kto w realnym świecie musi zachować czujność, rozszyfrować sygnały płynące z drugiego brzegu rzeczywistości i odnaleźć w sobie wiarę w to, że więź z siostrą sięga znacznie dalej niż granice wzroku.

To właśnie w warstwie psychologicznej i emocjonalnej kryje się największy ciężar gatunkowy utworu. Jolanta Bartoś nie unika tematów trudnych: niepokoju o zdrowie bliskich, poczucia odpowiedzialności czy konieczności zmierzenia się z własną bezsilnością. Powieść uświadamia, że dojrzałość nie mierzy się wiekiem, lecz gotowością do trwania przy kimś w najtrudniejszych momentach. Braterska i siostrzana miłość staje się tu pancerzem chroniącym przed mrokiem, a domowy ogród – miejscem, w którym odnajduje się siłę do walki o to, co najcenniejsze.

Pięknym dopełnieniem tej emocjonalnej warstwy jest oprawa wizualna książki. Dopracowana okładka natychmiast budzi ciekawość i rozpala wyobraźnię młodego odbiorcy, stanowiąc obietnicę pasjonującej przygody. Wartościowym elementem publikacji są również autorskie, czarno-białe ilustracje stworzone przez autorkę, które dla małego czytelnika stają się zarazem urokliwą kolorowanką. Ten zabieg nadaje książce unikalny wymiar – pozwala młodemu odbiorcy stać się współtwórcą przedstawionego świata. Czytelnik nie tylko śledzi losy bohaterów, ale zyskuje przestrzeń do nadania baśniowej krainie własnych barw, odcieni i emocji, dokładnie tak, jak podpowiada mu wyobraźnia. Graficzny koncept staje się dzięki temu pomostem między tekstem a twórczą ekspresją dziecka.

Dla małego odbiorcy lektura tej książki staje się poruszającym doświadczeniem emocjonalnym – od lekkiego dreszczyku niepokoju w momentach zagrożenia, przez ciekawość i zachwyt nad cudowną krainą, aż po głębokie poczucie ulgi i bezpieczeństwa, jakie niesie siła rodzinnej miłości. To opowieść, która nie tylko bawi, ale i delikatnie oswaja trudne uczucia, ucząc wrażliwości na los innych.

„Mała wiedźma” wydana nakładem Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro okazuje się historią nastrojową, balansującą na granicy przygody i metafizycznego zamyślenia. Z pełnym przekonaniem warto polecić tę pozycję do wspólnego, rodzinnego czytania – to cenny pretekst do ważnych rozmów z dziećmi o empatii i wzajemnym wsparciu. Książka zostawia czytelnika z cichym, ale wyraźnym przesłaniem: blask, który nosimy w sobie i przekazujemy innym, ma moc pokonania każdego cienia.

*Z racji, że książka jest wydaniem kolekcjonerskim, w niewielkim nakładzie, nie zwlekajcie z jej zakupem. Do nabycia wyłączne bezpośrednio od samej autorki bądź wydawcy.

[ Materiał reklamowy].


piątek, 28 sierpnia 2026

W matni wyparcia i rodzinnych tajemnic. Dlaczego „Nasza” Małgorzaty Węglarz to thriller, który zostaje w głowie na zawsze?

Ludzka pamięć ma niezwykłą zdolność do grzebania najtrudniejszych wspomnień, wznosząc mury wyparcia w imię codziennego spokoju. Przeszłość jednak rzadko daje o sobie zapomnieć. Powrót do miejsc odepchniętych na margines świadomości staje się bolesną konfrontacją z milczeniem, pod którym wciąż tętni dawny lęk. W tę gęstą od napięć przestrzeń wprowadza nas Małgorzata Węglarz w powieści „Nasza”. Ta wyczekiwana kontynuacja poruszającego tomu „Moja” nie jest jedynie klasycznym thrillerem, lecz przede wszystkim niespiesznym studium mechanizmów traumy oraz ceny, jaką płaci się za odzyskanie prawdy o sobie.

​Tym symbolicznym punktem na mapie, w którym zepchnięta w cień przeszłość zaczyna stawiać opór, stają się zrujnowane zabudowania dawnego ośrodka kolonijnego „Słoneczna Przystań”. To właśnie w tej surowej scenerii Nina Kierowicz podejmuje próbę dotarcia do prawdy o niewyjaśnionym zniknięciu swoich braci, które przed dwudziestu laty naznaczyło całą jej rodzinę. Jej prywatne dochodzenie zyskuje nowy wymiar, gdy na drodze kobiety staje Sandra. Obecność tej bohaterki otwiera zamknięte dotąd drzwi ludzkiej świadomości, będąc żywym dowodem na to, jak głębokie potrafią być ślady dawnych przeżyć. Pisarka rezygnuje z tradycyjnych schematów kryminalnych. Skupia się na cichym dramacie jednostek zderzonych z murem lokalnej zmowy milczenia, gdzie każdy świadek boi się naruszenia ustalonego porządku. W tym małomiasteczkowym, zawieszonym w bezruchu świecie, zniknięcie dzieci sprzed lat staje się punktem wyjścia do ukazania, jak dawne krzywdy nieustannie rezonują w teraźniejszości.

Wchodząc głębiej w tę rzeczywistość, dostrzegamy, że twórczyni nie tyle buduje klasyczne napięcie oparte na pogoni za sprawcą, ile precyzyjnie rozwarstwia koszty wieloletniego milczenia. Dynamika fabuły opiera się na bolesnym kontraście między dwoma sposobami radzenia sobie z katastrofą – determinacją, która każe rozgrzebywać przeszłość w imię sprawiedliwości, oraz kruchą, pełną potknięć próbą rekonstrukcji własnego życia. Autorka z dużą intuicją pokazuje, że wyjście z cienia dawnego dramatu nie polega na spektakularnym triumfie, lecz na powolnym odzyskiwaniu niezależności wbrew ciężarowi, jaki na barki bohaterki zrzuciło otoczenie. Przeplatające się w tekście motywy ucieczki przed prawdą i strachu przed odpowiedzialnością ujawniają się w postawach sąsiadów oraz świadków, którzy dla własnego spokoju woleli udawać niepamięć. Najbardziej intrygującym punktem tej analizy staje się jednak dekonstrukcja samego motywu niesienia pomocy, stawiająca przed nami niewygodne pytanie o granice poświęcenia. Ta historia dotyka gorzkiej prawdy o tym, jak dobre intencje i chęć ochrony bliskich potrafią uwikłać człowieka w sieć toksycznych zależności. Czyni to z drugiego tomu thriller, który trzyma w napięciu nie dzięki makabrze, lecz poprzez nieuchronne zbliżanie się do momentu, w którym prawda musi zastąpić dotychczasowe kłamstwo.

​Ten duszny klimat nie wybrzmiałby jednak z taką siłą, gdyby nie konstrukcja całości oraz język, jakim posługuje się powieściopisarka. Pisze ona w sposób plastyczny, a zarazem surowy, unikając zbędnych ozdobników na rzecz budowania emocjonalnego napięcia. Tempo akcji, z pozoru niespieszne i uważne, idealnie współgra z procesem odkrywania tajemnicy. Pozwala czytelnikowi chłonąć atmosferę i analizować każdy szczegół, by nagle, w odpowiednich momentach, przyspieszyć bieg wydarzeń. Taka struktura sprawia, że warstwa stylistyczna staje się bezpośrednim przedłużeniem stanu psychicznego bohaterek, a książka zyskuje magnetyczną siłę od pierwszej do ostatniej strony.

​Lektura natychmiast wrzuca w stan czujności, z którego trudno się oswobodzić. Współodczuwanie z postaciami okazuje się jednak procesem złożonym. Nie ma tu miejsca na prostą sympatię. Zostajemy wrzuceni w sam środek wewnętrznej szamotaniny Niny i Sandry, przez co ich ból, bezsilność oraz determinacja stają się niemal fizycznie odczuwalne. Ta bliskość bywa wyczerpująca, ponieważ decyzje kobiet – często dyktowane przez lęk – potrafią budzić w nas opór, a nawet gniew. Jako czytelnik zostałam postawiona nie tyle w roli obserwatora cudzego dramatu, ile uczestnika trudnego dialogu z własnym sumieniem. Ten podskórny niepokój nie wynika z tanich chwytów, lecz z pytań, jakie bezwiednie zaczynamy zadawać samemu sobie – o granice własnej wytrzymałości w obliczu straty i o to, jak głęboko można schować prawdę, by móc dalej żyć.

​Kontynuacja nie tylko dorównuje swojej poprzedniczce, ale pod wieloma względami ją przewyższa. O ile pierwszy tom budował fundamenty pod tę historię, o tyle ten jest znacznie dojrzalszy warsztatowo, głębszy psychologicznie i bardziej zwarty. Największa siła tej powieści tkwi jednak w finale. Prawda, którą ostatecznie odkrywamy, uderza z ogromną mocą i całkowicie zaskakuje, zmuszając do natychmiastowego przewartościowania wszystkiego, co do tej pory wiedzieliśmy o bohaterach. Książkę polecam przede wszystkim miłośnikom thrillerów psychologicznych, którzy nad krwawe opisy przedkładają duszny klimat i skomplikowane relacje. To obowiązkowa lektura dla każdego, kto w literaturze szuka nieoczywistych pytań i nie boi się historii, które zostają w głowie na bardzo długo.

​„Nasza” nie pozwala na szybki powrót do rzeczywistości, pozostawiając w człowieku trudny do zatarcia ślad. Powieściopisarka stworzyła opowieść, która bezlitośnie obnaża iluzję kontrolowanego milczenia i przypomina, że przed własną przeszłością nie ma dokąd uciec. Zamykając tę książkę, nie żegnamy się z jej duszną atmosferą. Zostajemy w niej na długo, sam na sam z pytaniem o to, ile z nas samych potrafiłaby odebrać nam tajemnica.

[Materiał reklamowy].