poniedziałek, 23 lutego 2026

Gorzki osad milczenia – dlaczego „Siedmiu mężczyzn i siedem filiżanek Ludwiki Mayer” pochłania bez reszty?


Pamięć bywa zdradzieckim  sędzią. Szczególnie gdy na dnie każdej przeżytej dekady osadza się gorycz niedopowiedzeń i chłód pożegnań, których nikt nie odważył się wyjaśnić. Prawdziwa tragedia nie rozgrywa się w krzyku, lecz w bezruchu wytwornych pokojów. To tam, za fasadą nienagannych manier, tli się mrok zdolny pochłonąć każdego, kto podejdzie zbyt blisko. Powieść Sylwii Markiewicz  „Siedmiu mężczyzn i siedem filiżanek Ludwiki Mayer” to studium kobiecej natury zawieszone między czułym wspomnieniem a duszno-mrocznym thrillerem o cenie, jaką płaci się za przetrwanie.

Dom Mayerów oddycha cieniem przeszłości, a jego fundamentem jest Ludwika. Ta posągowa ikona nosi swój szyk niczym pancerz dla duszy rozdartej między bezwzględnym, wręcz osaczającym poświęceniem dla niepełnosprawnej córki a wyrachowaniem, pozwalającym przetrwać tajemnicze odejścia kolejnych partnerów. W jej cieniu trwa Emilia – bezbronne serce tej posiadłości, będące dla matki jedynym moralnym azymutem i jednocześnie nieświadomą kartą przetargową w bezwzględnej grze o przyszłość. Pomiędzy nimi krąży Alojzy, prawnik, którego lojalność ma cierpki posmak współwiny. To strażnik sekretów gotowy na każdą manipulację. Gdy progi willi przekraczają krewni, ich drapieżna chciwość zderza się z dusznością tego miejsca. Każda wizyta przypomina tu taniec sępów wokół konającej prawdy.

Wnętrza rezydencji przywołują na myśl scenografię do dramatu, który nigdy się nie kończy. Miejsce jest gęste od zapachu starego drewna i ciężkich, aksamitnych zasłon, tłumiących każde wołanie o pomoc. Półmrok panujący w amfiladzie nie jest dziełem przypadku, lecz sojusznikiem gospodyni. Pisarka po mistrzowsku buduje napięcie poprzez detale – dźwięk odstawianej porcelany czy szelest jedwabiu stają się tu głośniejsze niż krzyk. W głębokich cieniach łatwiej ukryć ślady po tych, których obecność wyparowała z tych ścian, pozostawiając jedynie osad domysłów. Zagadka nie jest tu tylko opowieścią, staje się niemal namacalną materią obecną w każdym nienagannie nakrytym stole i chłodnym spojrzeniu rzuconym znad krawędzi naczynia.

Autorka operuje językiem pełnym precyzji, co sprawia, że narracja płynie niczym gęsty i aromatyczny napar. Powieść charakteryzuje się przemyślaną strukturą, w której retrospekcje płynnie przeplatają się z teraźniejszością. Czytelnik balansuje między tym, co widoczne, a tym, co dawno pogrzebane, co wymaga pełnej koncentracji. Dzięki temu zabiegowi stopniowo zdejmujemy kolejne warstwy pozorów. Tempo akcji nie jest porywiste, lecz miarowe i hipnotyzujące. Ta historia działa na odbiorcę niczym magnetyczna pułapka. Choć twórczyni niespiesznie dawkuje emocje, jej proza angażuje bez reszty, zmuszając do śledzenia losów głównej bohaterki aż do ostatniej strony.

​Lektura pozostawia nas z dusznością w klatce piersiowej i pytaniem: jak wiele win jesteśmy w stanie udźwignąć, by ochronić to, co kochamy? Utwór zmusza do refleksji nad naturą poświęcenia – czy miłość daje prawo do decydowania o cudzym życiu? To opowieść o ciężarze sumienia, które nie pozwala o sobie zapomnieć nawet pod grubą warstwą pudru i społecznych konwenansów. Markiewicz zostawia nas z dręczącą myślą, czy szlachetny cel uświęca mroczne środki i czy prawdziwa wolność jest możliwa tam, gdzie fundamentem życia staje się kłamstwo.

​Sięgnijcie po tę historię, jeśli szukacie literatury, która pod maską ogłady skrywa niemal gotycki lęk. Autorka prowadzi nas ku finałowi, który zamiast ukojenia przynosi jeszcze trudniejsze pytania. Polecam tę pozycję szczególnie osobom ceniącym klaustrofobiczne opowieści oraz tym, którzy w prozie gatunkowej szukają ciężaru najlepszych thrillerów psychologicznych. Bądźcie gotowi zmierzyć się z faktem, że niektóre sekrety smakują najlepiej, gdy zostają wypite do samego dna.

​Ostatecznie proza Sylwii Markiewicz przypomina, że dom nie zawsze jest schronieniem, a miłość bywa zbrodnią doskonałą. Zamykając ten tom, powracamy do milczenia, które przeraża bardziej niż jawne oskarżenie. Pozostaje świadomość, że niektóre naczynia powinny na zawsze pozostać puste. Tylko tak nie obudzą demonów śpiących pod warstwą manier i pozornego spokoju.

Pytania do dyskusji:

​Czy wierzycie, że szlachetny cel może uświęcać mroczne środki?

​Czy miłość do dziecka może stać się dla rodzica niebezpiecznym więzieniem?

​Co jest trudniejsze do zniesienia: bolesna prawda czy eleganckie, pełne pozorów milczenie?

[Materiał reklamowy]

piątek, 20 lutego 2026

Czy po utracie całego świata można odnaleźć błękit? – „Utracone niebo” Ewy Olbryś

Życie często przypomina kruchą konstrukcję. Rozpada się w najmniej oczekiwanym momencie i zmusza nas do redefinicji wszystkiego, co dotychczas uznawaliśmy za pewnik. Prawdziwy hart ducha objawia się nie w braku cierpienia, lecz w żmudnym procesie zbierania odłamków codzienności. Dzieje się to wtedy, gdy nasze osobiste „niebo” nagle gaśnie, pozostawiając nas w całkowitej ciemności.

​O tej dotkliwej konfrontacji z losem opowiada przejmująca powieść Ewy Olbryś pt. „Utracone niebo”. To historia o tym, że miłość nie kończy się wraz z odejściem drugiego człowieka, lecz ewoluuje w determinację niezbędną do przetrwania kolejnego dnia.

Książka chwyta za serce już od pierwszych stron, przenosząc nas w głąb retrospekcji z czasów narzeczeństwa bohaterów. Już wtedy zostajemy silnie dotknięci osobistymi przeżyciami Karoliny oraz postawą Rafała, który stara się być dla niej jak najlepszym oparciem w trudnych chwilach. Ta potężna dawka autentycznych uczuć sprawia, że czytelnik błyskawicznie zżywa się z parą, co nadaje późniejszej tragedii jeszcze głębszy, niemal intymny wymiar.

Świat Rafała, pełen radosnych planów, zmienia się w dramatyczne zmagania o jutro. Zamiast wspólnego celebrowania narodzin, bohater musi zmierzyć się z przeszywającą ciszą po odejściu żony. Towarzyszy mu przy tym kruchy oddech nowonarodzonej dziewczynki, która przyszła na świat zbyt wcześnie. Ta sytuacja staje się fundamentem opowieści, gdzie motyw żałoby nierozerwalnie przeplata się z surowym realizmem samotnego ojcostwa.

Siła tej historii tkwi w jej przejmującej wiarygodności. Choć czytelnik bierze do ręki powieść, szybko odkrywa, że nie jest ona jedynie literacką fikcją. Ewa Olbryś już w słowie wstępu przyznaje, że w losy bohaterów wplotła elementy własnych doświadczeń, a samo pisanie stało się dla niej formą terapii. Ta szczerość sprawia, że Rafał przestaje być tylko postacią z papieru. Staje się nam bliski i zmusza do postawienia sobie pytania: jak my odnaleźlibyśmy się na jego miejscu?

Refleksja ta uderza z podwójną mocą. Każe nam mierzyć się nie tylko z wizją utraty ukochanej osoby, ale i z ogromem odpowiedzialności za bezbronne niemowlę, które wymaga bicia się o każdy oddech. Abyśmy mogli w pełni zrozumieć ten ciężar, bolesna teraźniejszość została umiejętnie spleciona z pełnymi blasku wspomnieniami. Te powroty do przeszłości nie tylko ożywiają postać zmarłej Karoliny, ale budują potężny kontrast.

Narracja pulsuje w rytm drżącego serca ojca, co znajduje odzwierciedlenie w wyważonym tempie akcji. Bieg wydarzeń zwalnia w momentach rozpaczy, by po chwili przyspieszyć w scenach heroicznych starań o zdrowie małej Lidii. Warto również zwrócić uwagę na postacie drugoplanowe – personel medyczny i rodzinę – którzy tworzą niezbędną siatkę bezpieczeństwa wokół Rafała. Pokazuje to, że w obliczu traumy nikt nie powinien być samotną wyspą.

W powieści nie zabrakło również trudnych dylematów etycznych. Pojawiają się pytania o granice ratowania skrajnych wcześniaków i cenę, jaką płaci się za każdą sekundę oporu stawianego przeznaczeniu. Skłania to do zatrzymania się nad kwestiami, które zazwyczaj pozostają za zamkniętymi drzwiami oddziałów neonatologicznych. Dzięki tej dynamice psychologiczna przemiana Rafała – od buntu do gorzkiej akceptacji – staje się niezwykle przekonująca.

​„Utracone niebo” to wielowymiarowa metafora. To nie tylko obraz pożegnania z ukochaną, która stanowiła centrum wszechświata bohatera, ale także symbol zburzonego spokoju. Tytułowe niebo to ten idealny świat, który Rafał musi zbudować od nowa w surowych warunkach szpitalnych korytarzy. To horyzont, który został mu odebrany, ale który paradoksalnie próbuje odnaleźć w błękicie oczu swojej córeczki.

Całość dopełnia wyjątkowy styl, pełen literackiej wrażliwości. Zamiast epatować surowym tragizmem, autorka ubiera bolesne doświadczenia w poetyckie porównania, co pozwala łatwiej udźwignąć ciężar opisywanych przeżyć. Sposób prowadzenia nas do finału nie pozostawia z poczuciem pustki. Zamiast tego zmusza do głębokiego oddechu i sprawia, że po odłożeniu lektury jeszcze długo pozostajemy pod jej wpływem.

Tę książkę polecam każdemu, kto szuka w literaturze katharsis. Będzie to wartościowa pozycja dla osób pragnących zrozumieć potęgę rodzicielskiej więzi oraz dla tych, którzy mierzą się z własnym bólem i potrzebują dowodu, że ze zgliszcz może wykiełkować nowa siła. Lektura pozostawia trwały ślad w postaci większej ważności na ulotne i cenne chwile codzienności.

​Ewa Olbryś przypomina, że prawdziwe ocalenie nie polega na wymazaniu cierpienia, lecz na odnalezieniu w sobie odwagi, by mimo drżących dłoni, zacząć malować swój horyzont zupełnie nowymi barwami. To książka, która szepcze, że dopóki trwa życie, dopóty istnieje szansa na odnalezienie własnego kawałka nieba – nawet jeśli jest ono inne niż to, które odeszło w niebyt.

[Zakup własny].

poniedziałek, 16 lutego 2026

​Monika Michalik, „Bądź moim marzeniem” – Nadzieja w kruchym opakowaniu.


Często wydaje nam się, że życie to niekończący się horyzont możliwości, a czas jest walutą, którą możemy rozrzutnie szafować. Odkładamy najważniejsze słowa i plany na mityczne „później”. Żyjemy w bezpiecznym złudzeniu stałości, dopóki los jednym niespodziewanym cięciem nie zerwie zasłony naszej codzienności. Stajemy wtedy twarzą w twarz z własną kruchością. Dopiero w cieniu nieuchronności zaczynamy dostrzegać, że najprawdziwszy sens nie kryje się w dalekosiężnych zamierzeniach. On drży w dłoni bliskiej osoby i w odwadze, by kochać mimo lęku przed stratą. To właśnie w tych najciemniejszych momentach, gdy świat każe nam się poddać, rodzi się najczystsza forma nadziei. Nie obiecuje ona łatwych zwycięstw, ale daje siłę, by iść naprzód, gdy każdy krok wydaje się ostatnim.

​Prawdziwym świadectwem tej bolesnej prawdy o ludzkiej wytrwałości jest opowieść nakreślona przez Monikę Michalik na kartach powieści "Bądź moim marzeniem".  Autorka stawia w niej odważną tezę, że nawet w obliczu walki o każdy oddech miłość przestaje być jedynie romantycznym uniesieniem. Staje się ona fundamentem, na którym można odbudować wiarę w jutro.

Wszystko zaczyna się od błękitu nieba nad Korfu i obietnicy nowego początku, który ma uleczyć serce rozbite na kawałki. Natalia szuka ukojenia w greckim słońcu i nie przypuszcza, że los przygotował dla niej trudny scenariusz. Gdy powrót do rzeczywistości przynosi diagnozę brzmiącą jak wyrok, zmagania o marzenia przenoszą się ze słonecznych plaż na sterylne korytarze. Tam czas mierzy się kroplówkami, a ufność trzeba wyrywać przeznaczeniu każdego dnia. To intymna relacja o spotkaniu dwóch dusz. Muszą one zdecydować, czy uczucie wystarczy, by rzucić wyzwanie ciemności i czy w świecie pełnym bólu wciąż można odważyć się śnić.

Twórczyni z niesamowitą plastycznością oddaje klimat greckiej wyspy. Dzięki temu lektura staje się niemalże autentyczną wycieczką. Chłoniemy Korfu wszystkimi zmysłami – czujemy żar słońca na skórze, zapach cytrusów i słoną bryzę znad morza. Ten rajski krajobraz nie jest tu jednak tylko tłem. To przestrzeń, która pozwala bohaterom budować fundamenty pod to, co ma nadejść. Sugestywne opisy sprawiają, że możemy na chwilę zapomnieć o problemach, co czyni późniejszy powrót do brutalnej codzienności jeszcze bardziej przejmującym.

Powieściopisarka z niezwykłą subtelnością tka opowieść, w której motyw starcia z chorobą staje się tłem dla rozważań nad kruchością losu. Przez karty powieści przenikają się wątki bolesnego pożegnania z dotychczasowym życiem oraz trudnej sztuki przyjmowania pomocy. Kluczowa jest tu siła bezwarunkowej bliskości. Staje się ona jedynym stałym lądem na wzburzonym morzu niepewności. To literackie studium wiary wbrew wszystkiemu. Każde zapewnienie o uczuciu odzyskuje tu swoją pierwotną wagę i przypomina, że najcenniejsze dary otrzymujemy często w najbardziej delikatnych opakowaniach.

W centrum tej fabuły pulsują dwa serca, które odnalazły się po to, by wspólnie rzucić wyzwanie przeznaczeniu. Relacja Natalii i Michała to nie tylko romans, lecz przede wszystkim głęboka więź dwojga ludzi, którzy w swoich ranach odnajdują drogę do siebie nawzajem. On staje się dla niej bezpieczną przystanią w chwili, gdy jej świat obraca się w gruzy. Ona zaś swoją niezłomnością nadaje jego istnieniu nowy kierunek. Ich miłość udowadnia, że najtrwalsze mosty buduje się nie na braku problemów, lecz na wspólnym trwaniu w milczeniu.

​Ważnym aspektem dzieła jest ukazanie sieci wsparcia, która oplata główną bohaterkę. Cierpienie w ujęciu pisarki nie jest dramatem jednostki, lecz próbą ognia dla całej rodziny i przyjaciół. Tekst pokazuje, jak diagnoza redefiniuje relacje i jak bliscy uczą się bezsilności. Podkreśla przy tym, że sama obecność bywa ważniejsza niż tysiąc słów pocieszenia.

Fundamentem tej pozycji są trzy filary: wartość czasu, niezłomność ludzkiego ducha oraz bolesna autentyczność bólu. To zakorzenienie w prawdzie sprawia, że losy Natalii nie są tylko literacką fikcją. To żywe świadectwo tego, jak diagnoza weryfikuje priorytety i oczyszcza definicję szczęścia ze zbędnych ozdobników.

Obcowanie z tą lekturą to doświadczenie niemal fizyczne. Odbiorca przechodzi przez kalejdoskop emocji – od zachwytu, przez paraliżujący lęk, aż po oczyszczające wzruszenie. Świadomość, że literatka dzieli się okruchami własnej biografii, nadaje każdemu zdaniu ogromny ciężar. Ta prawda sprawia, że czytelnik przestaje być jedynie obserwatorem, a staje się powiernikiem wspomnień.

Muszę przyznać, że moja droga z tą książką nie była prosta. Wielokrotnie brałam ją do ręki i odkładałam, czując, że nie jestem gotowa na to spotkanie. Wiedza o autentyczności tych przeżyć budowała we mnie barierę, ponieważ sama mocno utożsamiam się z opisaną sytuacją. Powieść ożywiła obrazy i emocje, które noszę głęboko w sobie. Potrzeba było czasu, bym poczuła siłę do zmierzenia się z tym ładunkiem. Dziś wiem, że ten lęk był dowodem na wagę tych słów. One nie proszą o uwagę, one jej wymagają.

Dla wielu osób ta historia stanie się doświadczeniem konfrontacyjnym. Śledząc zmagania Natalii, trudno nie odnieść ich do własnego życia. Przekaz uświadamia nam, że linia dzieląca zdrowie od choroby jest niezwykle cienka. Ta perspektywa buduje wspólnotę doświadczeń, w której lęk zostaje oswojony przez świadomość, że w swoim trudzie nigdy nie jesteśmy całkowicie sami.

Nie sposób pominąć roli personelu medycznego. To cisi bohaterowie codzienności, którzy budują most między beznadzieją a szansą na ratunek. Jednak najgłośniej wybrzmiewa prawda o tym, że diagnoza nigdy nie definiuje człowieka. Pod maską pacjenta wciąż kryje się ta sama osoba pełna pasji i marzeń. Powieść staje się więc manifestem godności. Pokazuje, że choroba jest jedynie trudnym etapem drogi, a nie końcem naszej opowieści.

Warstwa warsztatowa zachwyca precyzją i liryzmem, który nie popada w patos. Język jest plastyczny, ale zachowuje powściągliwość tam, gdzie cisza mówi więcej. Tempo akcji początkowo jest niespieszne, lecz wraz z przełomowym momentem drastycznie przyspiesza. Zamyka to bohaterów w klaustrofobicznym wyścigu z czasem. Taka zmiana rytmu doskonale oddaje realia leczenia i sprawia, że od stron trudno się oderwać. ​Jest to tekst, który porusza do głębi i wyciska łzy, których nie trzeba się wstydzić. Pozostawia w człowieku trwały ślad. Po lekturze jeszcze długo analizujemy wybory postaci oraz nasze własne życie, przewartościowując to, co oczywiste.

Największa siła tej prozy tkwi w jej bezkompromisowej szczerości. Monika Michalik pozostawia nas z bezcenną lekcją: prawdziwa odwaga nie polega na braku strachu, lecz na celebrowaniu każdej wspólnej sekundy. To przesłanie staje się manifestem uważności. Przypomina, że najważniejsze pragnienia nie czekają na przyszłość, lecz dzieją się tu i teraz.

Polecam tę książkę każdemu, kto w codziennym biegu zatracił radość z małych rzeczy. To propozycja dla osób potrzebujących emocjonalnego oczyszczenia oraz tych, którzy szukają w słowie prawdy przynoszącej ostatecznie ukojenie. To lektura, która udowadnia, że nadzieja nie jest naiwnością, lecz świadomym wyborem.

​Fakt, że czytałam tę książkę 4 lutego, w Światowy Dzień Walki z Rakiem, nadał całości sakralnego znaczenia. To głośny apel o to, byśmy dbali o siebie i nie bali się profilaktyki. Autorka przypomina, że badanie to często bilet do dalszego życia.

Na koniec dziękuję twórczyni. Dziękuję Ci, Moniko, za siłę i odwagę, by podzielić się tą bolesną historią. Podarowałaś wiarę wszystkim tym, którzy będą się z Twoją pracą utożsamiać.

​„Bądź moim marzeniem” zostawia nas z pokorą wobec losu, ale i z przekonaniem, że żadna ciemność nie zgasi światła niesionego przez drugiego człowieka. Choć nie mamy władzy nad czasem, wciąż mamy wybór, czym go wypełnimy. Zamykając ten tom, witamy się z nową ważnością na każdy błękit nieba i każde szczere wyznanie. Najpiękniejsze marzenia rozkwitają w jedynej pewnej chwili, jaką posiadamy: w tej, która dzieje się właśnie teraz.

[Zakup własny].

piątek, 13 lutego 2026

Wanda Siubiela i „Łączka. Zimny oddech” – mroczna gra o tożsamość.

Nie wybieramy rodziny, w której przychodzimy na świat. Nie mamy też wpływu na dziedzictwo kładącego się cieniem na naszej przyszłości. Czasem los stawia nas przed wyborem niemożliwym: możemy zaakceptować cienie ukryte w nazwisku albo ryzykować całkowitą zgubę. Wanda Siubiela w swojej najnowszej powieści pt. „Łączka. Zimny oddech” udowadnia, że ucieczka przed rodzinnym fatum to jedynie iluzja. Ta wyczekiwana kontynuacja losów bohaterów z tomu „Łączka. Czarna kostka” pokazuje, że każda próba odcięcia się od korzeni znika w zderzeniu z lodowatą prawdą. Szybko przekonujemy się, że ten thriller to brutalne przypomnienie o niebezpieczeństwach czyhających w ukryciu.

Najgorsze pułapki buduje się z sekretów i pozornego luksusu. Siedemnastoletnia Wercia znajduje się w oku cyklonu. Bolesna sytuacja rodzinna zburzyła jej świat, a nagłe milczenie bliskiej osoby pozostawiło w jej sercu wyrwę. To właśnie skomplikowany wątek miłosny stanowi emocjonalne jądro tej historii. Relacja, która miała być opoką, zamienia się w bolesną grę niedopowiedzeń. Pisarka genialnie pokazuje mechanizm kłamstwa – w tym świecie miłość przestaje być schronieniem, a staje się kolejnym polem minowym. Zaufanie okazuje się tutaj najbardziej deficytowym towarem.

W momencie największej izolacji bohaterka musi zmierzyć się z przeszłością, która upomina się o swoje prawa. Nowa rzeczywistość obiecuje niezależność, ale ma ona bardzo wysoką cenę. Weronika zostaje wciągnięta w świat, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego. Autorka mistrzowsko operuje kontrastem, zderzając surowość natury ze sterylnym luksusem, który szybko okazuje się dla bohaterki „złotą klatką”. Twórczyni czyni z umysłu Werci pole bitwy, gdzie każda postać nosi maskę, a ich motywacje są niejednoznaczne. Do samego końca towarzyszy nam niepewność poznawcza – znak rozpoznawczy najlepszego thrillera psychologicznego.

Konstrukcja powieści zachwyca precyzją i wspiera tę duszną atmosferę. Wanda Siubiela operuje językiem sensorycznym, a tempo akcji z każdym rozdziałem przyspiesza. Istotne jest, że opisywana historia nie epatuje grozą, ale za to wyjątkowo daje do myślenia i skłania do głębokich refleksji. Na osobną uwagę zasługuje przepiękne wydanie tej książki. Dowodzi ono, że twórczyni oraz Wydawnictwo włożyli w nią całe swoje serce i zaangażowanie. Dzięki temu możemy cieszyć się tą historią na wielu poziomach – to prawdziwa uczta nie tylko dla duszy, ale także dla oka. Pod warstwą dusznej intrygi kryje się jednak coś znacznie cenniejszego: surowa lekcja o etycznym kompasie. Pisarka słynie z przemycania ważnych wartości w literaturze młodzieżowej, stawiając tym razem na refleksję o odwadze definiowania siebie na przekór narzuconym oczekiwaniom.

Prawdziwa wolność nie ma twarzy bogactwa. Jest nią czyste sumienie zachowane w obliczu moralnej ciemności. Powieść rezonuje z nami na najgłębszym poziomie i uderza w struny lęku o utratę autonomii. Czytając tę historię, wielokrotnie łapałam się na wstrzymywaniu oddechu, czując na własnej skórze dylematy Weroniki. To lektura, która zostaje w człowieku na długo po odłożeniu na półkę, zmuszając do analizy ceny własnej niezależności. Dla mnie była to niezwykle osobista podróż przez najciemniejsze zakamarki duszy i konfrontacja z własnym systemem wartości. Autorka nie oferuje taniej rozrywki, lecz rzuca wyzwanie naszej empatii.

„Zimny oddech” to kontynuacja, która podbija stawkę, oferując jeszcze gęstszą atmosferę i dojrzalsze portrety psychologiczne. Polecam tę książkę każdemu, kto szuka w literaturze dreszczu emocji podszytego ważnymi pytaniami o to, ile jesteśmy winni samym sobie, a ile innym. W moim odczuciu jest to książka idealna dla czytelników 15+, którzy nie boją się spojrzeć w nieznane, by odnaleźć w nim własny głos. Twórczyni stworzyła historię o najtrudniejszej walce: o to, by pozostać sobą w świecie, który ma na nas zupełnie inny plan.

Pytania do dyskusji:

Zanim jednak sięgniecie po lekturę (lub jeśli macie ją już za sobą), zostawiam Was z pytaniami, które towarzyszyły mi podczas czytania:

Czy wierzycie w rodzinne przeznaczenie, czy raczej w to, że każdy jest kowalem własnego losu?

Gdzie leży granica między lojalnością wobec bliskich a wiernością własnemu sumieniu?

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Gaja oraz samej autorce za zaufanie i wyjątkową możliwość objęcia książki patronatem medialnym przez mój blog Kocie Czytanie. To dla mnie ogromna radość móc towarzyszyć tej historii i polecać ją Wam z czystym sumieniem.

[Materiał reklamowy].

poniedziałek, 9 lutego 2026

Uzdrowić przeszłość: „Wiosna w chacie pod starym świerkiem” Wioletty Piaseckiej

Prawdziwa dojrzałość nie polega na ucieczce przed przeszłością. To odwaga, by stanąć z nią twarzą w twarz i wybaczyć to, co wydawało się niewybaczalne. Często spędzamy lata, budując mury z milczenia i żalu, wierząc, że dystans ochroni nas przed cierpieniem. Tymczasem jedyna droga do wolności prowadzi przez konfrontację z własnymi ranami. Każdy z nas nosi w sobie takie niedomknięte rozdziały – relacje, które utknęły w martwym punkcie oraz słowa, które nigdy nie padły, a mają moc odmieniania losu. Dopiero gdy zrzucimy ciężar dawnych urazów, robimy miejsce na nowe życie. Ono zawsze znajduje sposób, by na powrót rozkwitnąć.

Tę uniwersalną prawdę mistrzowsko rozwija Wioletta Piasecka w powieści „Wiosna w chacie pod starym świerkiem”. Jest to dojrzała kontynuacja historii zapoczątkowanej w tomie „Chata pod starym świerkiem”. Pisarka stawia w niej tezę, że prawdziwe odrodzenie możliwe jest tylko poprzez zmierzenie się z demonami przeszłości. Udowadnia tym samym, że więzy krwi niosą największy potencjał do uzdrowienia naszych pękniętych życiorysów. To właśnie w cieniu tytułowego świerka Jagoda próbuje posklejać odłamki codzienności, tworząc bezpieczny azyl dla dziecka, którym się zaopiekowała. W tym samym czasie sielska atmosfera Zalewu Wiślanego staje się niemym świadkiem dramatu dwóch sióstr.

Relacja Jagody i Maliny to fascynujący, choć trudny taniec przyciągania i odpychania. Jagoda uosabia cichą siłę i chęć odkupienia. Musi ona jednak zmierzyć się z Maliną, która tkwi w toksycznym cieniu rodzeństwa. Powieściopisarka z przejmującą szczerością kreśli obraz kobiety uwięzionej w poczuciu bycia tą „gorszą”. Jej sytuację pogłębiają skomplikowane relacje osobiste, które zamiast dawać oparcie, stają się źródłem emocjonalnej pustki. To głębokie studium postaci, która musi zrozumieć, że jej wartość nie zależy od aprobaty otoczenia. Taka dynamika sprawia, że dylematy bohaterek zaczynamy odczuwać niemal osobiście. Są to postacie z krwi i kości, z których obawami i troskami mocno się utożsamiamy. Dzięki tej niezwykłej wiarygodności mamy wrażenie, że sami stajemy się częścią tej historii, a bohaterowie żyją gdzieś tuż obok nas. To sprawia, że od książki po prostu nie można się oderwać.

Twórczyni dotyka przy tym pułapki porównań, w którą tak często wpadamy. Z boku cudze życie zawsze wydaje się pełniejsze i wolne od trosk, co rodzi w nas destrukcyjną zazdrość. Tymczasem powieść przypomina, że ci, których podziwiamy, nierzadko sami marzą o spokoju, który my bierzemy za oczywistość. Każdy dźwiga niewidzialny ciężar swoich problemów. Brak wdzięczności za to, co posiadamy, wynika jedynie z braku świadomości – dla kogoś innego nasze „zwyczajne” życie mogłoby być przecież szczytem marzeń.

Wszystkie te wątki splatają się w gęstą sieć emocji. Każda odkryta tajemnica zmusza do przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Warstwa psychologiczna utworu pulsuje pod skórą każdego zdania. Pisarka rezygnuje z taniego sentymentalizmu na rzecz surowej prawdy o ludzkich pęknięciach. Analizuje proces wybaczenia nie jako jednorazowy gest, lecz jako długą drogę do odzyskania wewnętrznej harmonii. Udowadnia też, że ten trudny akt nie jest oznaką zapomnienia o krzywdach. To świadoma decyzja, by nie pozwolić dawnej traumie kształtować naszej teraźniejszości.

Literacka konstrukcja powieści odzwierciedla spokój i nieuchronność zmian. Tempo akcji początkowo jest niespieszne niczym powolne roztopy, z czasem nabiera jednak dynamiki wymuszonej przez odkrywane sekrety. Język jest niezwykle plastyczny, z malarską precyzją oddaje urok nadmorskiego krajobrazu. Czyni to z natury równorzędnego bohatera, który koi nerwy i wyostrza zmysły. Symbolika budzącej się przyrody staje się tu metaforą odzyskiwania nadziei. Podobnie jak wiosenne słońce rozpuszcza lód, tak szczerość bohaterek kruszy pancerz ich wzajemnych urazów.

​Lektura pozostawia czytelnika w stanie głębokiej zadumy i prowokuje do spojrzenia na własne rodzinne relacje. Zaszczepia odwagę, by, zamiast budować kolejne mury, podjąć próbę wyciągnięcia ręki do zgody. Choć opisana historia jest fikcją, ma uderzająco realistyczny wymiar. Wszystko to mogłoby dziać się tuż obok nas. To propozycja idealna dla osób poszukujących szczerości przekazu i emocjonalnego kompasu – swoisty literacki plaster na duszę. Książka przypomina, że nasza tożsamość nie musi być definiowana przez dawne krzywdy, a prawo do nowego początku przysługuje każdemu, bez względu na ciężar dźwiganego bagażu.

„Wiosna w chacie pod starym świerkiem” to opowieść o tym, że życie nie kończy się na błędach. Ono na nich buduje nową, bardziej świadomą wersję nas samych. Zamykając tę książkę, zostajemy z kojącym przekonaniem: dopóki mamy odwagę kochać i wybaczać, każda chwila jest idealnym momentem, by zacząć od nowa.

​Z niecierpliwością czekam na trzecią część tej niezwykle mądrej i poruszającej sagi – „Lato w chacie pod starym świerkiem”. Finał obecnego tomu sprawił, że serce na moment się zatrzymało. Świadomość, że w tej historii wszystko może się jeszcze zdarzyć, sprawia, że ciekawość dalszych losów bohaterów jest ogromna. Bo niektóre opowieści nie kończą się wraz z ostatnią kropką, lecz zaczynają żyć w nas na nowo.

​Pytania do Was:

​Czy zdarzyło Wam się kiedyś poczuć, że przeświadczenie o tym, iż życie kogoś bliskiego jest lepsze i łatwiejsze, odebrało Wam radość z własnej codzienności?

Czy wierzycie, że wybaczenie bliskim jest warunkiem koniecznym, by móc ruszyć dalej, czy niektóre błędy na zawsze zamykają drogę do porozumienia?

[Zakup własny].