poniedziałek, 21 października 2019

„Gałęziste” Artura Urbanowicza (Wydanie II poprawione)./Przedpremierowo.

*

Związek dwojga ludzi to bardzo krucha materia. Nawet kiedy nie brakuje w nim uczucia, z czasem może pojawić się kryzys. Mówi się, że to właśnie miłość jest fundamentem związku i ja się oczywiście z tym zgadzam, jednak nie należy zapominać, że na jego kształt wpływa wiele różnych czynników, które najczęściej weryfikuje czas i samo życie. Przekonali się o tym główni bohaterowie debiutanckiej książki Artura Urbanowicza „Gałęziste”. (Wydanie II poprawione).

Niektórzy z Was na pewno mieli już okazję poznać tę pozycję, gdyż jej pierwsze jej wydanie otrzymało Nagrodę Czytelników Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Ja nie czytałam pierwotnej wersji wykreowanej przez autora historii, dlatego dla mnie jej poznawanie było zupełnie nową i bez wątpienia niezwykłą podróżą w świat mroku, śmierci i strachu. Już na wstępie przyznaję, że Pan Urbanowicz jest moim ulubionym twórcą literatury grozy i mając na uwadze fenomenalnego „Grzesznika” i równie genialnego „Inkuba” poprzeczka względem moich oczekiwań odnośnie do tego tytułu została przeze mnie bardzo wysoko podniesiona. O tym, czy autorowi udało się wyjść naprzeciw moim oczekiwaniom, dowiecie się już za chwilę, a tymczasem wróćmy do bohaterów powieści „Gałęziste” - Karoliny i Tomka.

Obydwoje tworzą kochającą się parę, ale od jakiegoś czasu Karolinę niepokoi to, że zaczynają się od siebie oddalać. Jako  kobieta, której na sercu mocno leży dobro ich związku postanawia zorganizować dla nich w okresie świąt wielkanocnych wycieczkę tylko we dwoje w piękne rejony Suwalszczyzny, mając nadzieję, że w przyjaznych i pięknych okolicznościach przyrody zbliżą się do siebie na nowo, a płomień miłości, która ich połączyła, odrodzi się ze zdwojoną siłą. Musicie jednak wiedzieć, że ten związek bez wątpienia do łatwych nie należy, bo Karolina i Tomek są zupełnie różni. Są jak niebo i ziemia, jak ogień i woda.
Co, prawda mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają, ale niestety życie codzienne pokazuje, że różnice, które u siebie dostrzegają, zaczynają ich coraz częściej dzielić. Tym bardziej że dotyczą one nie tylko ich charakteru, czy usposobienia, ale również tak bardzo delikatnych i istotnych kwestii, jak wiara.
Karolina jest osobą głęboko wierzącą, natomiast Tomek to ateista. Czy w takiej sytuacji możliwe jest osiągnięcie porozumienia i zbudowanie szczęśliwego związku?
Nasi bohaterowie wierzą, że tak dlatego decydują się na wspólny wyjazd, ale możecie mi wierzyć, gdyby wiedzieli, co ich czeka, nigdy by się na tę wycieczkę nie zdecydowali.

Choć na początku, nic nie zapowiadało tego, że ta wyprawa okaże się wizją z najgorszych koszmarów sennych, to jednak od samego początku pech ich nie opuszcza.
Docierając do celu swojej podróży, dowiadują się, że zakwaterowanie, które dla siebie zarezerwowali, jest nieaktualne i tak oto trafiają do domu, który już od momentu przekroczenia jego progów, budzi lęk. Co więcej, za drzwiami jednego z pokoi leży trup. Przyznajcie sami, że nie jest to sceneria sprzyjająca romantycznemu pobytowi we dwoje, a to dopiero początek tego, co skrywa ten dom. Dom, do którego nigdy nie chcielibyście trafić.
Już wkrótce przekonują się, że na pewno nie będzie to sielska wyprawa. Zwiedzają urokliwe zakątki Suwałk, lecz ciągle czują, że coś kroczy ich śladem, obserwuje każdy ich krok. Początkowo Karolina i Tomasz ukrywają przed sobą fakt, że wiedzą dziwne rzeczy i czują niewytłumaczalny strach, ponieważ sami nie wiedzą, czy mogą ufać temu, co się wokół nich dzieje, bo być może tak podziałała na nich wiadomość o nieboszczyku, która mocno podziałała na ich emocje. Wszelkich wątpliwości co do tego, że nie są bezpieczni, w z pozoru spokojnej miejscowości Białodęby pozbawia ich las, który otacza wioskę. Las ten zaprasza swoich gości tylko raz, a potem nigdy już nikogo nie wypuszcza. Od tej pory dla Karoliny i Tomka zaczyna się walka o przetrwanie. Walka z ciemnymi siłami mocy. Nadprzyrodzone zjawiska, których są świadkami, mieszają ich zmysły, pozbawiają wiary w to, że przeżyją to starcie z demonicznymi zjawami, które mają wobec nich przerażający plan.
Od początku do końca zarówno ta dwójka, jak i sam czytelnik nie wie, w co i komu może wierzyć. Co jest jawą, a co tylko koszmarnym snem. Co jest faktem, a co tylko wytworem ich wyobraźni zdominowanej przez przerażenie i pragnienie ocalenia.
Koniecznie przeczytajcie i przekonajcie się, czy naszym bohaterom uda się wyrwać z piekła na ziemi.

„Gałęziste” to książka, która już od pierwszych stron zaczyna się bardzo mocnym i mrocznym akcentem, który ujawnia nam, że tak naprawdę historia ta ma troje głównych bohaterów. Jednak nic więcej na temat trzeciej postaci Wam nie zdradzę, byście mogli sami odkrywać wszelkie meandry tego, z czym będziecie musieli się zmierzyć, czytając tę powieść.
Pierwsza scena budzi w nas lęk i niepokój, by za chwilę dla zmylenia naszej czujności wprowadzić niemalże obyczajowy element historii. Jednak nie dajcie się zwieść, gdyż jest to tylko zwodnicza cisza przed wkroczeniem we wrota czeluści czarnych mocy. Autor genialnie gra na naszych emocjach i nie pozwala odpocząć nawet na chwile, bo zło czai się wszędzie. Tempo akcji nie rozwija się od razu tak szybko, jak byśmy się tego spodziewali, ale w moim odczuciu jest to celowy zabieg, ponieważ autor chce pokazać, że zło bywa przebiegłe i wyciąga swoje macki bardzo powoli, chcąc zawładnąć swoimi ofiarami niepostrzeżenie. Przyspiesza ono wraz z coraz szybszym biciem serca i rosnącego tętna krwi w żyłach Karoliny i Tomka owładniętych paniką i przerażeniem.

Zatem teraz przyszła pora na moje odczucia po lekturze. Książka oczywiście bardzo mi się podobała i gorąco Wam ją polecam, ale było też coś, a raczej ktoś, kto bardzo mnie irytował. Tomek to postać, która w żaden sposób nie zdobyła mojej przychylności. Człowiek z racji swojego ateizmu wszystko negujący i uważający się za nieomylnego. Jak się przekonacie podczas lektury książki, kwesta wiary i ateizmu jest kluczowym elementem w całej fabule. Ale mnie już nie chodzi nawet o jego przekonania. Związał się z kobietą, która chce dochować, czystości aż do ślubu, a teraz choć mówi, że kocha Karolinę, zdradza ją wielokrotnie, tłumacząc się tym, że każdy mężczyzna ma przecież swoje potrzeby. Normalnie nóż mi się w kieszeni otwiera. Przecież widziały gały, co brały.
A Teraz przejdźmy do atutów i mocnych stron książki. Jak wspominałam wcześniej, nie mam porównania do pierwszej części więc dla mnie emocje, których tu nie brakuje, są świeże i silne. Choć znałam już wcześniej twórczość autora za sprawą „Grzesznika” i „Inkuba”, które wspólnie z „Gałęziste” należą do jednego uniwersum (można je jednak czytać oddzielnie) to jednak wiedziałam, że autor potrafi zaskoczyć i w przypadku jego książek nigdy nie można niczego przewidzieć.
Przede wszystkim niepowtarzalny klimat grozy, napięcia i niepokoju, który osacza nas swoimi mackami i powoli niczym jad węża rozpływa się w nas, wywołując naszą wzmożoną czujność. Ciągle mamy przemożne przeczucie, że za chwile wydarzy się coś złego, a autor gra z nami w ciuciubabkę podsuwając nam mylne tropy. Są momenty, kiedy czujemy się uwięzieni w pułapce bez wyjścia, a na zakończenie, kiedy już jesteśmy przekonani, że wszystko wiemy i nic nas już nie zaskoczy, następuje wielkie bum! A jednak nie wiemy nic, ale jak to możliwe? No właśnie w przypadku książek Artura Urbanowicza, wszystko jest możliwe. Jego książki niwelują wszelkie granice, bo przecież wyobraźnia ich nie zna.
Po drugie bohaterowie każda z postaci występujących w tej mrocznej opowieści jest wyrazista i została wykreowana po coś. Tu nie ma miejsca na przypadkowość.
Całość fabuły to misternie zbudowana i krok po kroku przemyślana powieść wzbogacona o wspaniale promowane piękno Suwalszczyzny jej historię i legendy.
Cóż więcej mogę napisać, jeśli lubisz się bać, a jednocześnie masz świadomość tego, że kiedy weźmiesz tę książkę do ręki, to nie będziesz już w stanie się od niej oderwać, ponieważ wciągnie cię bez reszty i tak pozostanie już do końca, to, to jest książka właśnie dla ciebie. Ta książka Cię zaintryguje i wielokrotnie zaskoczy. Będziesz niecierpliwie, z sercem na ramieniu czytać kolejne strony, do czego mocno przyczynią się wspaniałe ilustracje, w które zostało wzbogacone to wydanie i nawet się nie spostrzeżesz, kiedy zarwiesz noc.
Choć ostrzegam, decydując się na czytanie tej książki nocą, robisz to na własną odpowiedzialność...

Swoją premierę książka będzie miała 31.11.2019 r. Jednak dla tych z Was, którzy wybierają się na tegoroczne Targi Książki w Krakowie i chcieliby tam zaopatrzyć się w swój egzemplarz „Gałęziste”, mam świetną wiadomość, bo właśnie wtedy odbędzie się jej prapremiera.

Recenzja książki powstała we współpracy z wydawnictwem Vesper, za co bardzo dziękuję

*Autorką zdjęcia do recenzji jest właścicielka bloga Kryminał na talerzu. Bardzo dziękuję.


sobota, 19 października 2019

"Zagubieni" Adriana Rak/ Fragment 1/ Przedpremierowo.



Witajcie kochane moliki. Jakiś czas temu mieliście okazję zapoznać się z moją przedpremierową recenzją książki Adriany Rak „Zagubieni”, którą Kocie czytanie postanowiło otulić swoim ciepłym kocim futerkiem i objąć ją patronatem medialnym. Premiera odbędzie się już 6 listopada 2019 roku.
W poście pod recenzją napisałam Wam, że mam dla Was trzy rozdziały książki, którymi się z Wami podzielę.

Dziś spełniam obietnicę i prezentuje Wam pierwszy z nich.

FRAGMENT 1


1. TAMARA

– Przykro mi, pani Tamaro, ale nie zmienię swojej decyzji – powiedział beznamiętnym głosem. – Przez ostatnie miesiące zbyt często była pani niedyspozycyjna, zbyt wiele razy zdarzało się pani przynosić zwolnienia lekarskie, już nie wspominając o tych wszystkich spóźnieniach do pracy… Dlatego musi nas pani zrozumieć, nie jesteśmy zainteresowani dalszą współpracą. Umowa kończy się dokładnie za siedemnaście dni, ostatniego dnia miesiąca…
– Jasne, rozumiem – odpowiedziałam temu bezdusznemu robotowi, za jakiego w tamtej chwili miałam swojego kierownika. – Dziękuję – dodałam, wychodząc z jego biura, po czym wróciłam do magazynu, w którym od rana rozpakowywałam towar.
Od prawie dwóch lat pracowałam tutaj. Best Food był jednym z tych nowoczesnych marketów, które w swojej ofercie posiadały ekologiczne i nieprzetworzone towary. Kiedy zaczęłam pracę w tym miejscu, sieć akurat wchodziła na polski rynek, a ja byłam jednym z pierwszych pracowników zatrudnionych w sklepie znajdującym się w samym centrum Gdańska – miasta, w którym żyłam od kilku lat wraz ze swoimi rodzicami i synkiem, którego kocham nad życie. I to właśnie przez wzgląd na nich i na to, że byłam jedyną osobą w naszym domu, która posiadała zatrudnienie, nie mogłam stracić tej pracy. Po prostu nie mogłam…
– A niech to wszystko trafi szlag! – wykrzyknęłam sama do siebie, kiedy znalazłam się na hali, pośród wielkich kartonów czekających na rozpakowanie. Po chwili usiadłam obok jednego z nich i zaczęłam płakać, rozmyślając o tym, co teraz będzie. Przecież nie mogłam stracić tej cholernej pracy. Nie, teraz kiedy zostałam całkiem sama, bez jakiegokolwiek wsparcia finansowego…
Arek, mój były oraz ojciec naszego syna Olka, trzy miesiące temu trafił do więzienia. Kryminalną przeszłość posiadał już w momencie, w którym związałam się z nim kilka lat temu, jednakże wtedy, jak i wiele razy później, zapewniał, że to tylko i wyłącznie przeszłość. Jak czas pokazał, kłamał… W perfidny sposób oszukiwał nie tylko mnie, lecz również ludzi, z którymi współpracował na co dzień. Zajmował się kradzieżami oraz włamaniami do domów. I to właśnie podczas jednego z ostatnich włamań do pewnego gdyńskiego domu wpadł wraz ze swoim kolegą i jeszcze tej samej nocy trafił za kratki. Obecnie oczekuje na wyrok sądu. Grozi mu od roku do dziesięciu lat więzienia i sądząc po tym, że nie była to jedyna jego akcja, spodziewam się niemałego wyroku…
Od naszego rozstania minęło już pół roku, jednakże wcześniej mogłam liczyć na jakąkolwiek pomoc z jego strony. Nie zawsze był w stanie pomóc mi finansowo, ale często zabierał do siebie Olka i spędzał z nim czas wtedy, kiedy ja byłam w pracy, a moja matka siedziała w domu z pijanym ojcem. Od trzech miesięcy niestety nie mogłam liczyć na cokolwiek, więc byłam skazana tylko na pomoc mojej mamy. Z racji tego, że mój ojciec nie żałował sobie alkoholu i często popadał w kilkudniowe cugi, moja rodzicielka nie zawsze była w stanie zaopiekować się Oleńkiem i właśnie dlatego tak często brałam wolne w pracy… Nie mogłam przecież pozwolić na to, aby siedziała wraz z małym, przerażonym dzieckiem w jednym pokoju z pijanym facetem. Mój ojciec, największy nieudacznik życiowy, jakiego było mi w życiu dane poznać, nie dopuszczał do jakiejkolwiek sytuacji, w której jego „ukochana” żona, którą potrafił zwyzywać wieloma epitetami w jednym zdaniu, mogłaby opuścić go w chwili, gdy wracał pijany do domu i użalał się nad sobą oraz swoim życiem. Była mu potrzebna jak tlen. Potrzebna do tego, aby go słuchać i przytakiwać, wszak odkąd tylko sięgam pamięcią, obwiniał ją o wszelkie zło.
W ostatnim czasie wielokrotnie chciałam wyprowadzić się z tego cholernego mieszkania. Od ponad piętnastu lat, od chwili, w której przeprowadziliśmy się całą rodziną z jednej z pod elbląskich wsi do Gdańska, mieszkamy wciąż w tej samej kamienicy, znajdującej się na ulicy Mickiewicza. Niestety ze względu na brak jakichkolwiek oszczędności na chęciach zawsze się kończyło. Nawet wtedy, kiedy mój młodszy ode mnie i zarazem jedyny brat Tomek udał się do Anglii, proponując mi, abym – tak jak on – rzuciła wszystko i wyjechała. Nie zrobiłam tego, ponieważ nie umiałabym zostawić matki. Gdy myślałam o tym, że zostanie całkiem sama i jako jedyna będzie musiała użerać się z ojcem, nie miałam serca, aby ją zostawić. Tym bardziej że nie była zadowolona z wyjazdu Tomka, więc nawet nie chciałam wiedzieć, jakby się czuła, gdybym i ja ją opuściła…
Mój wspaniały ojciec nie pracował od trzech lat, kiedy to, będąc na jednej z delegacji, spadł z dachu i złamał sobie nogę. Wypadek ten był na tyle poważny, że potrzebne było kilkunastomiesięczne leczenie i późniejsza rehabilitacja. Był to okres, podczas którego przebywał na zasiłkach chorobowych. W tym samym czasie zaczął również pić na umór i to pomimo przyjmowanych leków i zaleceń lekarzy, mówiących o tym, że absolutnie nie powinien był tego robić.
Na domiar tego dwa i pół roku temu zostałam mamą uroczego dzieciątka. Wtedy jeszcze byłam zakochana i pełna nadziei na lepszą przyszłość. I choć wciąż mieszkałam z rodzicami, a z Arkiem spotykałam się tylko kilka razy w tygodniu, czułam się szczęśliwa. Już do końca swoich dni z uśmiechem na ustach będę wspominać pierwsze wspólne chwile spędzone z moim synkiem… Jego pierwszy uśmiech, pierwszy wspólny spacer, pierwsze przypadkowe słowa, pierwsze świadome całusy i przytulenia, którymi zresztą do dziś obdarowuje mnie każdego poranka… W tamtym czasie mogłam liczyć na pomoc zarówno mojej mamy, która pracowała jako sprzątaczka w szkole, jak i Arka, zakochanego w Olku równie mocno, jak ja.
Wszystko jednak zmieniło się tego pechowego dnia, dokładnie trzynastego grudnia… Wtedy moja mama dostała wypowiedzenie z pracy, a ja musiałam wziąć się w garść i zostawić pod jej opieką półroczne dziecko. Początkowo moja rodzicielka poszukiwała pracy, jednakże każdy odsyłał ją z kwitkiem. Miała sześćdziesiąt trzy lata i żaden potencjalny pracodawca nie był zainteresowany zatrudnieniem starszej pani. Nie miałam zatem żadnego wyjścia. Wbrew swoim wewnętrznym obawom zaczęłam szukać jakiegokolwiek zatrudnienia i tak oto znalazłam się w jednej z agencji pracy, która po kilku dniach skierowała mnie na rozmowę kwalifikacyjną do sklepu Best Food, gdzie już po pierwszej rozmowie i zapewnieniom z mojej strony, że będę uczciwym i dyspozycyjnym pracownikiem, zostałam zatrudniona.
Znalazłam się w tym miejscu, z którym za niespełna trzy tygodnie będę musiała się pożegnać. Raz na zawsze… Zostało mi jedynie siedemnaście dni, a licząc od następnego ranka, to nawet szesnaście… A potem? No właśnie, co będzie potem…? Nawet nie chciałam o tym myśleć.
Widząc, jak jedna z pracownic, niejaka Amelia Krauze, wchodzi do magazynu, pospiesznie wstałam, ocierając dłonią wciąż płynące z mych oczu łzy. Nie chciałam, aby ktokolwiek znalazł mnie w takim stanie, a już szczególnie ona, kobieta wszechwiedząca i plotkująca na każdy możliwy temat. Zacisnęłam więc zęby i zabrałam się do dalszej pracy.
Po dwóch godzinach nadszedł wyczekiwany koniec i po kilkunastu minutach od wyjścia z marketu znalazłam się na klatce schodowej prowadzącej do mojego mieszkania. Usłyszałam tam dobrze znany mi krzyk.
– Ty stara szmato! Nawet normalnej zupy nie potrafisz ugotować!
Zajebiście. Czeka nas wspaniały wieczór… – pomyślałam w tym samym czasie.
– No proszę, córeczka wróciła do domu. – Ojciec zaśmiał się, widząc, jak wchodzę do kuchni, w której siedział przy stole. Matka wraz z Olim krzątała się przy lodówce. – Poskarż się jej na wstrętnego męża…
– Zamknij się – powiedziałam, rzucając w jego stronę wrogie spojrzenie. – Chociaż przy dziecku mógłbyś się powstrzymać…
– To dziecko ma ojca kryminalistę, więc niech wie zawczasu, jak wygląda życie… – odrzekł, oblizując się przy tym. – Paskudna ta zupa. Człowiek nawet zjeść nie może normalnie, bo trafiła mu się taka wywłoka, która nie potrafi ugotować normalnego obiadu.
– I kto to mówi… Największa niedojda w okolicy. – Moje zdenerwowanie wzrastało z każdą kolejną sekundą. Po tylu latach słuchania wciąż tych samych i jakże bezsensownych oskarżeń miałam już serdecznie dość. Temu człowiekowi nie należał się żaden szacunek. Przecież on i tak wiedział swoje…
– Widzisz, Wanda, jak sobie dzieci wychowałaś? Jedno uciekło od ciebie, a drugie tylko pyskuje. Dobrze, że chociaż tyle umie zrobić, bo szanować to nawet siebie nie potrafi…
– Chodź, córeczko, pójdziemy do waszego pokoju, bo Oluś jest już bardzo zmęczony – odezwała się moja mama, która wciąż stała przy lodówce ze spuszczoną głową.
– Nigdzie stąd nie wychodź! Wanda! Nie pozwalam – wydarł się ojciec, kiedy skierowaliśmy się wraz z moim synem do naszej sypialni.
– Porozmawiamy jutro, córciu. – Matka zatrzymała się przed drzwiami pokoju. – Widzisz, że on i tak nie da mi posiedzieć. Zresztą na pewno jesteś zmęczona, więc uśpij Oleńka, a później weź szybką kąpiel i idź spać. Dobranoc, kochanie – dodała, całując w czoło wnuczka i udała się do kuchni.
Pół godziny później Olek smacznie spał, a ja wzięłam szybki prysznic. Ojciec nadal debatował z matką, a raczej jak zwykle prowadził monolog o tym, jak bezsensowne ma życie i jak głupia jest jego żona.
Kilka lat temu mój brat za pierwsze zarobione pieniądze kupił radio do pokoju, który kiedyś dzieliliśmy. Odbiornik miał za zadanie zagłuszać pijacki bełkot ojca i nawet teraz, po upływie tak wielu lat, idealnie spełniał się w tej roli.
Po skończonej kąpieli wróciłam do pokoju. Usiadłam na fotelu i włączyłam radio, z którego już po kilku sekundach wydobyły się pierwsze dźwięki doskonale znanej mi piosenki.
– Do you need some time… on your own. Do you need some time... all alone… 1– śpiewał Axl Rose, a ja nie mogłam się z nim nie zgodzić. Potrzebowałam chwili dla siebie. Tak bardzo chciałam oderwać się, choć na moment od swojego życia i spróbować czegoś nowego… Niestety, zarówno o nowym życiu, jak i jakiejkolwiek przygodzie mogłam jedynie pomarzyć, co zresztą robiłam każdej nocy, nim zasnęłam. Ileż to razy w swoich myślach czy snach byłam szczęśliwą żoną i matką kilkorga dzieci… Ile razy prowadziłam życie zupełnie inne niż to, które miałam teraz… Ilekroć nie zasypiałam, myślałam wciąż o tym samym. Byłam jak dziecko pragnące tylko tych kilku najważniejszych rzeczy: bliskości, uwagi i… miłości. Tylko tyle, a zarazem aż tyle…
– Z badań przeprowadzonych przez IMI-MEDIA, firmę zajmującą się badaniem takich zjawisk, coraz więcej osób decyduje się na szukanie swojej miłości w sieci. – Z moich rozmyślań wydobył mnie głos spikera radiowego. – Jak zaznacza Anna Kowalska, szefowa działu badań, problem samotności wciąż się pogłębia, przez co szukamy nowych i prostych rozwiązań, a jednym z nich jest szukanie partnera przez internet. Obecnie w sieci istnieje niezliczona ilość miejsc umożliwiająca szybki kontakt z drugą osobą, a jednym z takich portali jest MeAndYou, platforma, na której w zaledwie kilka sekund możemy założyć konto i rozpocząć łowy. Co zaskakujące, w ostatnich tygodniach niezwykle popularnym trendem jest poszukiwanie tak zwanego sponsora, czyli partnera, który za odpowiednią, umówioną wcześniej kwotę pieniężną lub inne gratyfikacje spotyka się z kobietą, zazwyczaj młodą…
Po wysłuchaniu tych kilku zdań miałam w głowie tylko jedną myśl, dlatego czym prędzej wstałam, wyciągnęłam z szafki mój wysłużony laptop i włączyłam go. Po chwili znalazłam się na stronie wspomnianej przez spikera w audycji i nie zastanawiając się, założyłam na niej własne konto.
Jakie to proste – myślałam, wklepując kolejne zdania w rubryczkę O mnie. Że też wcześniej nie wpadłam na taki pomysł…
Jak każda kobieta żyjąca na tym świecie pragnęłam posiadać mężczyznę. Byłam jedną z tych, które nie miały w głowie żadnego wcześniej wymyślonego ideału. Ot, liczyło się to, aby nigdy mnie nie zawiódł i aby był, po prostu był i trwał przy mnie, bez względu na wszystko… Czas pokazał, że moje wymagania to zbyt wiele na współczesne realia, o czym gorzko przekonałam się na własnej skórze, wiążąc się z Arkiem. Niestety, czasu nie cofnę, a zresztą nawet nie chciałabym tego zrobić, bo dzięki temu mam największy skarb na świecie – cudowne, wspaniałe dziecko, dla którego jestem w stanie zrobić wszystko. Naprawdę wszystko…
Moja obecna sytuacja i brak pewności siebie sprawiały, że już dawno przestałam wierzyć w prawdziwą miłość, w uczucie, które w bezinteresowny sposób potrafi połączyć kobietę i mężczyznę. Zresztą, w obecnej chwili sama już nie wiedziałam, czy jestem gotowa na jakikolwiek poważny związek.
Nie mogłam zatem postąpić inaczej. Musiałam to zrobić… Musiałam napisać to cholerne ogłoszenie, od którego w jednej chwili (przez jeden niepozorny e-mail) zmieniło się moje życie.

Drodzy Podglądacze,

nazywam się Tamara (imię prawdziwe) i od kilku minut rozmyślam o tym, co też mogłabym napisać tutaj, aby kogokolwiek zachęcić do przeczytania mojego ogłoszenia.
Myślę jednak, że najprościej będzie napisać prawdę, więc tak uczynię.
Jestem dwudziestoczteroletnią kobietą, która poszukuje… sponsora… Mężczyzny, który w zamian za określone wcześniej gratyfikacje pieniężne będzie mógł spędzać ze mną czas.
Warunki możliwe będą do omówienia w wiadomościach prywatnych, jednakże przed wysłaniem jakiejkolwiek wiadomości do mnie, bardzo proszę, abyś odpowiedział sobie na jedno ważne pytanie: czy jesteś na to gotowy? Czy jesteś zdolny do tego, aby związać się z kobietą, tworząc z nią luźną, przyjacielską relację? Jeśli tak, pisz śmiało ;-) Odpowiem na wszystkie poważne oferty.

PS. Załączone zdjęcie także jest prawdziwe i aktualne.
PS2. Proszę tylko o dojrzałe decyzje. Nie szukam seksu ani innych, jednorazowych przygód.

Napisałam pospiesznie, bez jakiejkolwiek większej nadziei. Tyle się przecież słyszało o naciągaczach z internetu, czyhających tylko na naiwne osoby…
Dodałam zatem swoje ogłoszenie i odłożyłam laptopa na półkę. W tym samym czasie głosy za ścianą ucichły, więc wyłączyłam radio i położyłam się obok Olka. Zamykając oczy, myślałam o tym, jak wspaniałe mogłabym mieć życie, gdybym tylko trafiła na odpowiedniego faceta. Gdzieś przecież na pewno taki istniał… Pytanie tylko, dlaczego wciąż nie udało mi się na niego trafić…?

cdn.


Zdradźcie mi, proszę, czy fragment zachęcił Was do lektury książki, a także czy chcecie poznać pozostałe przedpremierowe fragmenty, które już czekają u mnie na swój czas?

środa, 16 października 2019

Wakacje, które zmieniły ich życie.

Dziś będzie odrobinę sentymentalnie. Wspólnie z Wami kochani, wrócę do wspomnień pięknej opowieści o miłości moich dziadków. To jest miłość, która zrodziła się z dziecięcej przyjaźni i choć, jak sami dziadkowie wielokrotnie powtarzali, nie zawsze było lekko i nie raz musieli stawić czoła wielu przeciwnościom losu, to nigdy nie przestali się kochać. Mimo, że dziadka już dziś z nami nie ma, to zawsze, kiedy babcia opowiada historię ich uczucia, widzę ten charakterystyczny błysk w jej oczach, który świadczy o tym, że jej młodzieńcza miłość wypełnia jej serce po dziś dzień.

Ci z Was, którzy już od dłuższego czasu odwiedzają mnie na moim blogu, zapewne zauważyli, że wielokrotnie dzielę się z Wami przeżyciami bądź refleksjami z życia swojego, czy też z życia moich bliskich, które wplatam w recenzje książek, o których chcę Wam opowiedzieć. Bo to właśnie książki sprawiają, że podczas ich lektury znajduję część wspólną między tym, o czym czytam, a tym, co miało miejsce w realnym życiu naszej rodziny.
Tak też jest i tym razem. Do tego, aby podzielić się z Wami bardzo osobistym pierwiastkiem początków uczuć babci i dziadka, skłoniła mnie książka Agaty Czykierdy – Grabowskiej „Słońce, wiatr i księżyc”, z której recenzją dziś do Was przychodzę. Za chwilę dowiecie się, dlaczego tak się stało.

Kiedy poznajemy Kaję i Pawła, głównych bohaterów powieści są oni jeszcze dziećmi. Kaja wraz z rodzeństwem mieszka w mieście, ale rodzice przywożą dzieci na wakacje do dziadków na wieś. Początkowo dziewczynka nie jest zadowolona perspektywą spędzenia całych wakacji z dziadkami, będąc przekonaną, że nie znajdzie tam niczego ciekawego dla siebie i zwyczajnie będzie się nudziła. Jednak już wkrótce, przekona się o tym, jak bardzo się myliła.
A wszystko zaczęło się od bardzo niebezpiecznego zdarzenia, które mogłoby skończyć się tragicznie dla młodszego brata Kai - Antka, gdyby nie natychmiastowa pomoc tutejszego chłopca Pawła. Od tej pory między tą dwójką rodzi się niezwykła przyjaźń. Więź, która sprawia, że chcą spędzać ze sobą, jak najwięcej czasu. Tylko przy Kai Paweł czuje się swobodnie i spokojnie. Jest mu to bardzo potrzebne, bo w domu rodzinnym przechodzi przez prawdziwe piekło. Kiedy dziewczyna jest świadkiem jednego ze zdarzeń, którego ofiarą jest jej przyjaciel, postanawia zrobić wszystko, aby mu pomóc. Nie może zrozumieć, jak to możliwe, że na wsi, w której przecież wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą chłopak jest pozostawiony samemu sobie. To, czego dowiedziała się o życiu Pawła, jest dla niej ogromną próbą dojrzałości.
Od tej pory dziewczyna z ochotą spędza każde kolejne wakacje z dziadkami.  Z biegiem lat jesteśmy świadkami tego, jak oboje z Pawłem dorastają i wkraczają w okres nastoletni, wraz z którym przychodzi świadomość, że nie postrzegają siebie już tylko jako przyjaciół, a w ich sercach rodzi się pierwsze nieśmiałe pełne lęku i obaw uczucie. Oboje czują się zagubieni i nie wiedzą, co zrobić z tym, co się między nimi dzieje.


„Miłość rodząca się z przyjaźni, zakrada się bardzo powoli. Nie widzisz jej, aż któregoś dnia budzisz się i nie potrafisz myśleć o niczym innym niż o tej jednej, jedynej osobie. Każdy twój krok prowadzi cię do niej. To jednocześnie cudowne i przerażające".

Koniec końców młodzieńcza impulsywność i zazdrość rodzi wiele nieporozumień i niedopowiedzeń, które rozdzielają tę dwójkę na kolejne siedem lat.
Bardzo przykra wiadomość, którą otrzymuje Kaja, sprowadza ją po siedmiu latach na wieś, do miejsca, gdzie przeżyła najpiękniejsze chwile swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Wracają wspomnienia, ale wraca również i On – Paweł.

Dziś jednak wszystko wydaje się wyglądać inaczej. Są już dorosłymi ludźmi, a każde z nich ma swoje, zupełnie odmienne życie. Kaja wróciła ze Stanów, gdzie przez te wszystkie lata rozłąki przebywała tylko na chwilę, a potem znowu zniknie, a Paweł zostanie tu gdzie jego miejsce. Ale czy na pewno serce nie weźmie góry nad rozsądkiem? Czy miłość z dzieciństwa ma szansę na nowo się odrodzić, a nawet jeśli, to czy warto, jest dla niej rezygnować z ustabilizowanego życia i tak po prostu rzucić wszystko, co do tej pory udało się osiągnąć?

Odpowiedzi na te pytania poszukajcie oczywiście na kartach książki, bo ode mnie nie dowiecie się niczego więcej.

„Słońce, wiatr i księżyc” to bardzo ciepła, utrzymana w klimacie życia toczącego się na wsi opowieść o przyjaźni i miłości rodzącej się bardzo nieśmiało i subtelnie już od czasów dzieciństwa. Miłości ponad podziałami osób z zupełnie dwóch różnych światów, która została poddana bardzo wcześnie poważnej próbie, której nie jeden dorosły mógłby nie mieć siły i odwagi podołać, a teraz po latach wszystko ma szansę odrodzić się na nowo, tylko, być może na wszystko jest już za późno.
Oczywiście serdecznie Wam tę książkę polecam. Gwarantuję, że dzięki jej autentyzmowi i wspaniałej kreacji nie tylko bohaterów, którzy stają się nam bliscy niemalże od pierwszych stron historii, ale także niezwykle ciepłemu i sielskiemu klimatowi, w jakim została ona osadzona, książkę przeczytacie z niezwykłą lekkością i swobodą w mgnieniu oka.
Sama mieszkam na wsi, a to sprawiło, że wiele z opisanych w książce zdarzeń z życia w gospodarstwie pokrywa się z moimi wspomnieniami z dzieciństwa: żniwa, czy zbory truskawek, spacery po łąkach, ogniska i kiełbaski pieczone w gronie dzieci sąsiadów. Ach to były piękne czasy.
Pani Agato, serdecznie dziękuję za cudowne przeżycia i wszelkie emocje towarzyszące mi podczas czytania książki.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka, za co bardzo dziękuję.

Zachęcam Was również do zapoznania się z całą ofertą literatury kobiecej polecanej przez księgarnię.


wtorek, 15 października 2019

Gdy powrócił spokój Aneta Krasińska / Fragment.


Moi drodzy, dziś chciałabym zwrócić Waszą uwagę na książki z cyklu „Gdy opadły emocje” autorstwa Anety Krasińskiej, a ściślej mówiąc na trzecią część owego cyklu „Gdy powrócił spokój”, która swoją premierę miała 4 października 2019 roku.

Tych z Was, którzy nie znają jeszcze poprzednich odsłon historii wykreowanej przez autorkę, zapraszam tutaj.

Wróćmy jednak do „Gdy wrócił spokój". Przygotowałam dla Was opis książki oraz  jej fragment.

Opis:
O spokoju marzy każde z trojga przyjaciół: Marcelina, Magda i Emil. Wszyscy zostali poturbowani przez los. Po wcześniejszych próbach Marceliny i Magdy rozliczenia przeszłości, tym razem to Emil budzi demony. Podejmuje trud rozwikłania zagadki śmierci przyjaciela. Nie cofnie się przed niczym, by wreszcie odkryć prawdę. Kolejne sekrety łączy w logiczną całość. Komuś jednak bardzo zależy na tym, by tajemnice nie ujrzały światła dziennego. Czy Emil zdoła odsłonić wszystkie karty i cieszyć się gorzkim smakiem zwycięstwa? Gdy powrócił spokój to ostatnia część trylogii. Każdy tom poświęcony jest rozterkom innej osoby w związku z wydarzeniami z czasów liceum, gdy tworzyli zgraną grupę z nadzieją patrzącą w przyszłość.


FRAGMENT:

Darek miał zamiar coś jeszcze powiedzieć, ale poczuł wibrujący w kieszeni telefon. Natychmiast po niego sięgnął. Przez ułamek sekundy miał nadzieję, że oddzwania Kalinowski. Kiedy spojrzał na wyświetlacza, jego złudzenia prysły.
- Twoja mama dzwoni.
– Odwrócił się do Marceliny i podał jej telefon.
– Cześć, kochanie.
– W głosie Marii nie było nuty zmęczenia.
– Co słychać?
– Właśnie jedziemy do szpitala.
– To świetnie.
– Kobieta jeszcze bardziej się rozpromieniła.
– Zajedźcie najpierw do nas, to znaczy do twojego mieszkania, bo mam coś dla Emila.
– Mamo, nie mam, kiedy – westchnęła. – Już i tak straciłam czas na komendzie. Od wczoraj powinnam siedzieć przy jego łóżku.
– Dobrze, dobrze – przerwała jej Maria i wróciła do swojego wywodu. – Chory powinien właściwie się odżywiać, dlatego ugotowałam rosół.
– Mamo, ale ja nie wiem, czy Emil… – Przełknęła ślinę, czując ściśnięte gardło. – Ja niczego nie wiem…
– Dlatego powinnaś być przygotowana na każdą ewentualność – przekonywała matka.
– Nie wypada w szpitalu zjawić się z pustymi rękoma, dlatego skoro świt pobiegłam na targ i kupiłam prawdziwą kurę. Nic takiego sinego chuderlaka ze sklepu, tylko wiejską, szczęśliwie dziobiącą robaczki i piasek.
– Mamo… – Marcelina usiłowała przerwać matce, ale ta się nie poddawała.
– Mówię ci, od razu mu się poprawi, gdy zje prawdziwego rosołku – trajkotała jak nakręcona. – Nawet makaron sama zrobiłam. No, prawie sama, bo ojciec zagniótł ciasto, a Amelka rozwałkowała. Wiesz, że ja już nie mam takiej siły w rękach jak dawniej.
– Mamo, proszę… – Marcelina niemal skamlała.
– To, o której będziecie? – Pytanie zawisło w powietrzu. Kobieta opuściła słuchawkę i przez chwilę patrzyła przed siebie. Potrzebowała czasu, by zebrać myśli. Matka miała ten niesamowity dar, którego jej zazdrościła. Sama nie potrafiła manipulować ludźmi i wymuszać, by tańczyli, jak im zagra. Tym razem coś w niej pękło, dlatego zrobiła głęboki wdech i z całych sił zacisnęła drżące palce na telefonie.
– Jadę prosto do szpitala – syknęła, a jej głos zdawał się twardy i nieprzenikliwy.
– To może, chociaż zabierzesz kompot truskawkowy? – Najwidoczniej Marii wcale to nie zniechęciło. – Bożenka dała mi kilka słoików i…
– Nie! – Tym razem Marcelina już krzyknęła, zwracając na siebie uwagę siedzących z nią osób. – Niczego nie chcę i nie zawracaj mi głowy duperelami – warknęła, po czym natychmiast przerwała połączenie.
Lidka wyjęła z jej rąk telefon i schowała go do torebki. Marcelina zaś ukryła twarz w dłoniach. Nawet kierowca nie śmiał się odezwać. W zupełnej ciszy dotarli pod szpital. Darek uregulował rachunek i weszli do szpitala.
Tablica informacyjna zawieszona tuż nad szklanymi drzwiami nie dała odpowiedzi na pytanie, na jakim oddziale leży Emil. Na szczęście była z nimi Lidka, która szybko dowiedziała się od szatniarki, gdzie powinni pytać o pacjenta. Ruszyli na oddział intensywnej opieki medycznej. Marcelina nie zwracała uwagi, dokąd idzie. Zdała się na przyjaciółkę. Myślami była już przy Emilu. Czuła, że jej potrzebuje, ale równie bardzo to ona potrzebowała jego.

Napiszcie mi, proszę w komentarzach, czy znacie już tę serię, czytaliście już poprzednie jej tomy, a może lektura tej części jest już również za Wami? A jeśli nie znacie tej historii, to czy czujecie się zachęceni do tego, by to zmienić?

sobota, 12 października 2019

Desperacki krok.

Zawsze, kiedy dowiadujemy się, że ktoś popełnił samobójstwo, na usta ciśnie nam się jedno pytanie. „Dlaczego”? Co tak bardzo przerosło daną osobę, że nie chciała już dłużej żyć? Nie odnajdowała innego sposobu na to, aby poradzić sobie z problemami, które ją przytłoczyły. Przecież targnięcie się na własne życie to ostateczność, od której nie ma odwrotu.
Dziś wspólnie z autorką Jenny Blackhurst chciałybyśmy zaprosić Was do rozważań na ten temat. Impulsem do zmierzenia się z tak trudną kwestią stała się dla mnie najnowsza książka autorki „Noc, kiedy umarła”. A to dlatego, że jej główna bohaterka popełniła samobójstwo, w dniu, który dla większości z nas z pewnością kojarzy się z najpiękniejszymi chwilami w życiu. Ale zacznijmy od początku.

Kochani, czy pamiętacie dzień swojego ślubu? Nawet jeśli to wydarzenie jest jeszcze przed Wami, to zapewne wiele razy wyobrażaliście sobie ten czas, jako naprawdę wyjątkowy. Wy drogie dziewczęta będziecie błyszczeć, a Wasz mężczyzna będzie dumnie kroczył u waszego boku.
Uwaga wszystkich gości będzie zwrócona tylko na Was.

W dniu zawarcia związku małżeńskiego głównej bohaterki powieści Evie Bradley niestety prawie nic nie wygląda tak, jak byśmy sobie to wymarzyli. Celowo używam tu określenia prawie, ponieważ jeden element owych wizji się zgadza. Panna młoda owszem sprawiła, że z pewnością nikt z zaproszonych gości nie zapomni jej ślubu, a oczy i myśli wszystkich skupione będą tylko na niej, a ściślej mówiąc na klifie, z którego skoczyła. Ta wielka tragedia załamuje jej męża Richarda, który nie wierzy w śmierć żony. Trwają poszukiwania kobiety, lecz niestety nie odnaleziono jej ani martwej, ani żywej, a dopóki nie odnaleziono ciała, w sercu mężczyzny nie gaśnie nadzieja, bo jak wiadomo, ona umiera ostatnia. Co więcej, nie tylko on nie daje wiary samobójstwu Evie. Nawet policjanci zajmujący się tą sprawą nie są przekonani o tym, że  jej rozwiązanie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać.
Jest jednak ktoś, kto wie, o zaginionej o wiele więcej niż wszyscy inni. Nawet jej najbliżsi. Przyjaciółka Rebecca. Tylko ona jest przekonana, że zna całą prawdę o tym, co skłoniło główną bohaterkę do tak drastycznego kroku. Przecież wie o dziewczynie dosłownie wszystko. Zna jej najskrytsze i najbardziej znaczące sekrety. Myśli tak, ale już wkrótce jedna wiadomość, której Rebecca nie powinna otrzymać, uświadamia jej, że ta pewność okazała się nad wyraz wygórowana. Śledztwo odkrywa, coraz bardziej zaskakujące fakty, a prawda zaskoczy, nie tylko czytelnika, ale także bohaterów tej historii.

„Kochamy ludzi niezależnie od tego, do jakiej należą warstwy społecznej, niezależnie od ich statusu,... „

Jak wspomniałam wcześniej, główna bohaterka skrywa wiele tajemnic, które swój początek mają już w jej nastoletnim życiu. Musicie wiedzieć, że już wówczas była to dziewczyna, która na świat patrzyła zupełnie inaczej, niż ludzie, z którymi dzieliła swoje życie. Miała swój własny świat, wartości i przekonania, którymi się kierowała. Nie wszystkim one odpowiadały, a co za tym idzie, nie raz przyszło jej wypić bardzo gorzkie piwo, którego, jak wielokrotnie jej powtarzano, sama sobie nawarzyła. Nie chcę Wam zbyt wiele zdradzać, abyście sami mogli odkrywać naprawdę niełatwą przeszłość dziewczyny, ale jestem przekonana, że aby nie doszło do wielu z naprawdę bolesnych przeżyć, którymi doświadczyło ją życie, wystarczyło tylko szczerze i otwarcie porozmawiać. Posuwając się do wielu kłamstw, knowań i intryg, którym w tej książce nie ma końca, ci, którzy powinni chronić Evie, pozwolili, aby zapłaciła ona bardzo wysoką cenę za nie swoje błędy przeszłości.

Jednak to nie koniec, tej historii. Wręcz przeciwnie, w przypadku tej książki pozorny koniec jest dopiero początkiem wciągającej i zaskakującej opowieści o miłości, intrygach, kłamstwach, tajemnicach, przyjaźni i zdradzie. Tu do końca nie można być niczego pewnym, bo, jak to w życiu często bywa, przyjaciel może okazać się wilkiem, a wilk przyjacielem.
Zapewniam Was moi drodzy, że ta książka nie pozwoli Wam się od siebie oderwać. Barwne i złożone portrety wielu postaci oraz coraz to nowe zaskakujące elementy bardzo ciekawej układanki ludzkiego życia, które w najmniej oczekiwanym momencie trafiają na właściwe miejsce, tworząc niezwykle ciekawą i intrygującą historię, dostarczą Wam naprawdę wielu różnorodnych odczuć. Będziecie, poruszeni, źli, smutni, zaskoczeni, ale na pewno nie będziecie się nudzić.
Ja z ogromną ciekawością i niecierpliwością przekręcałam kolejne strony książki, aby wreszcie uzyskać odpowiedź na to najważniejsze pytanie „Dlaczego”? Przyznaję, że niektóre elementy tej misternie zbudowanej fabuły udało mi się przewidzieć, ale tego, co w jej finale zaserwowała swoim czytelnikom Jenny Bleckhurst, zupełnie się nie spodziewałam. Koniecznie przeczytajcie „Noc, kiedy umarła i przekonajcie się, czy Was zaskoczy ono równie mocno, jak mnie.

Nie było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki i na pewno nie jest ostatnie, ponieważ już teraz z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że jest to jedna z moich ulubionych zagranicznych pisarek.

Jeśli jeszcze nie czytaliście moich recenzji innych jej książek, których lektura jest już za mną, serdecznie zapraszam:


Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Albatros, za co bardzo dziękuję.