poniedziałek, 2 lutego 2026

​"Zapomniane życie” – Ewelina Paprotny: Mozaika tożsamości na hiszpańskim bruku

Ludzka tożsamość przypomina misterną mozaikę, w której każdy okruch wspomnienia buduje fundament tego, kim jesteśmy. Co się jednak dzieje, gdy gwałtowny podmuch losu obraca tę konstrukcję w pył? Często błądzimy przez życie, przekonani o trwałości własnego „ja”, nie zdając sobie przy tym sprawy, jak krucha granica oddziela nas od całkowitej pustki. To właśnie w przestrzeni między utraconą przeszłością a niepewnym jutrem zawieszona jest historia opisana przez Ewelinę Paprotny. W swojej przejmującej powieści „Zapomniane życie” autorka stawia odważną tezę: utrata pamięci paradoksalnie otwiera drogę do najgłębszej prawdy o własnych pragnieniach. Zatem ucieczka od dotychczasowej rzeczywistości okazuje się szansą na autentyczne odrodzenie.

Akcja rozpoczyna się od desperackiego kroku – ucieczki Leny z Polski do tętniącej życiem Barcelony. To, co miało stanowić chwilowe wytchnienie, zamienia się jednak w egzystencjalny koszmar, gdy bohaterka budzi się w obcym mieście bez najmniejszego wspomnienia o swojej przeszłości. Przyjmuje imię Mariposa i zaczyna budować życie na czystej karcie. W tym samym czasie pisarka prowadzi równoległy wątek poszukiwań rodziny Leny. Ich czyste intencje oraz autentyczna troska boleśnie kontrastują z nową rzeczywistością kobiety, co tworzy emocjonalny mur, którego żadna ze stron nie potrafi przebić.

Twórczyni kreśli obraz katalońskiej stolicy z ogromną plastycznością, przez co miasto przestaje odgrywać rolę tła, stając się żywym, pulsującym organizmem. Przerzucając kolejne strony utworu, niemal czujemy na skórze lepki żar słońca oraz szorstkość morskiej soli. Nozdrza mami intensywna mieszanka aromatów tapas i nagrzanego bruku uliczek Barrio Gótico. Ewelina Paprotny z wielką czułością oddaje dualizm tego miejsca – najpierw zachwyca feerią barw La Rambla, by po chwili budować duszny, oniryczny klimat. W rezultacie za każdym rogiem czai się cień niepewności.

Ta atmosfera sprzyja ujawnieniu się skomplikowanej sieci ludzkich zależności. Toksyczność w świecie Mariposy przybiera przy tym dwa skrajnie różne oblicza. Z jednej strony widzimy bliskich, których miłość staje się dla bohaterki formą osaczenia i próbą wtłoczenia jej w ramy życia, którego już nie pamięta. Z drugiej strony prawdziwy mrok nadchodzi wraz z ludźmi poznanymi na hiszpańskim bruku. Pisarka ukazuje, jak nowi znajomi traktują bohaterkę niczym tabula rasa, którą mogą dowolnie zapisać kłamstwami, by uformować ją według własnych potrzeb. To zderzenie bezradnej miłości z wyrachowanym fałszem sprawia, że walka Leny o własny los nabiera niezwykłego dramatyzmu.

W warstwie psychologicznej opisywana historia stanowi przejmujące studium rozpadu osobowości. Autorka z niezwykłą empatią oddaje stan psychiczny osoby, dla której każdy fakt oznacza bolesne starcie z pustką. Lena balansuje między euforycznym poczuciem wolności a paraliżującym strachem przed prawdą, która może okazać się zbyt przytłaczająca. Podczas lektury poczułam niezwykle silną więź z bohaterką i kibicowałam jej w walce o odzyskanie tożsamości z niemal osobistym zaangażowaniem. Książka wielokrotnie wywoływała u mnie głębokie poruszenie, zmuszając do pytania: co ja czułabym na jej miejscu i jak odnalazłabym się w tej przerażającej pustce?

Należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że proza Eweliny Paprotny wymyka się gatunkowym schematom. Choć fundament opowieści stanowi tajemnica, nie jest to thriller nastawiony na epatowanie brutalnością. To przede wszystkim wielowymiarowa powieść obyczajowa z elementami thrillera psychologicznego typu light. Napięcie budują tu subtelne drgania ludzkiej duszy, a nie drastyczne zwroty akcji. Sama konstrukcja powieści opiera się na umiejętnym przeplataniu perspektyw, co nadaje całości dynamiczny, niemal filmowy charakter. Styl twórczyni pozostaje elegancki i nastrojowy; autorka operuje szeptem w scenach intymnych, by za chwilę uderzyć mocniejszym tonem w momentach grozy.

Lektura tej powieści to emocjonalna podróż pozostawiająca czytelnika w stanie głębokiego poruszenia. Towarzyszy jej rzadka mieszanka zachwytu nad pięknem świata oraz dusznego niepokoju o trwałość własnego „ja”. To doświadczenie najpierw subtelnie uwodzi zmysły, by ostatecznie wstrząsnąć sumieniem i zmusić do przewartościowania definicji autentyczności. Utwór nie oferuje łatwych rozwiązań, a jego finał, zamiast stawiać kropkę, zostawia nas z pytaniami, które pracują w głowie jeszcze długo po zamknięciu ostatniego rozdziału.

​Tę książkę polecam szczególnie miłośnikom nieoczywistych historii – czytelnikom szukającym w literaturze intelektualnego wyzwania oraz egzystencjalnego ciężaru. Oczekują oni od lektury emocjonalnej wiwisekcji, a nie tylko chwilowego eskapizmu. Jeśli cenisz prozę, w której gęsta atmosfera splata się z elegancją języka, ten utwór stanie się dla Ciebie pozycją niezapomnianą. Nasza przeszłość bywa ciężarem, lecz pozostaje jedynym spoiwem trzymającym w całości mozaikę naszego „ja”. Być może prawdziwa wolność nie polega na zapomnieniu tego, kim byliśmy, lecz na odważnym zaakceptowaniu każdej, nawet najbardziej bolesnej rysy na naszym odbiciu w lustrze.

[Materiał reklamowy].

sobota, 31 stycznia 2026

Dziedzictwo pełne cieni: Recenzja powieści „Czas Olivii” Urszuli Gajdowskiej

​Literatura ma niezwykłą moc zatrzymywania tego, co ulotne. Pozwala nam na chwilę zwolnić i przyjrzeć się splotom zdarzeń, które kształtują ludzki los. Każda opowieść to swoisty zapis drogi, jaką musimy przebyć, by zrozumieć własne dziedzictwo. Musimy też odnaleźć odwagę do nazwania tego, co dotąd pozostawało w cieniu. W historiach, które wybieramy, szukamy zrozumienia dla skomplikowanej natury naszych własnych wyborów i emocji. Choć są one osadzone w konkretnych ramach czasu, pozostają uniwersalnie bliskie każdemu z nas.

​Właśnie taką wielowymiarową podróż oferuje Urszula Gajdowska w powieści „Czas Olivii”. Książka ta stanowi pierwszą część cyklu „Dziedziczki Zamku Caly”. Pisarka udowadnia, że romans historyczny to nie tylko kostiumowa opowieść o uczuciach. To przede wszystkim głębokie studium walki o prawdę w świecie zdominowanym przez konwenanse i rodzinne przemilczenia.

Autorka zabiera nas w podróż do 1816 roku. Wśród surowych klifów i mgieł północnej Szkocji wznosi się mroczna warownia. To właśnie tam Olivia musi zmierzyć się z bolesną spuścizną, która skrywa więcej pytań niż odpowiedzi. Twórczyni mistrzowsko buduje napięcie i rzuca bohaterkę w wir niedopowiedzeń dotyczących tragicznej śmierci jej matki. Czytelnik wraz z główną postacią i tajemniczym Williamem przemierza duszne korytarze rodowej posiadłości. Każde skrzypnięcie podłogi i każdy szept służby zdają się przybliżać ich do wyjaśnienia faktów, których ktoś za wszelką cenę nie chce ujawnić.

​Siłą napędową tej historii jest misternie zarysowana psychologia postaci. Muszą one udźwignąć ciężar swoich ról społecznych oraz zawodowych ambicji. Dziedziczka, choć formalnie przejmuje zarząd nad majątkiem, toczy wewnętrzną walkę. Ściera się w niej maska uległej damy oraz instynkt śledczy, który każe kwestionować oficjalne wersje zdarzeń. Jej postać to manifestacja kobiecej siły i determinacji. W surowym, męskim świecie XIX-wiecznej hierarchii Olivia musi stać się własnym adwokatem. Pisarka kreśli portret kobiety, która nie czeka na ratunek, lecz aktywnie rozbija szklany sufit konwenansów, udowadniając, że sprawiedliwość nie ma płci.

​Z kolei William nie jest jedynie tłem; jego profesjonalizm i chłodna analiza łączą się z narastającą empatią. Praca nad odkryciem tajemnic staje się dla nich formą autoterapii i pozwala przekuć ból w działanie. Twórczyni tka swój utwór z nici nienazwanego lęku oraz bolesnej straty. Czyni z żałoby fundament, na którym główna bohaterka musi wznieść gmach własnej tożsamości. To nie tylko historia o poszukiwaniu winnych tragedii. To przede wszystkim kameralne studium wyobcowania we własnym domu, gdzie chłód kamiennych murów zdaje się strzec zakazanej wiedzy.

Wątek romantyczny rozkwita tu niespiesznie. Rodzi się on w cieniu podejrzeń jako partnerstwo dwojga rozbitków, którzy w chaosie niedomówień próbują odnaleźć stały ląd. Autorka bawi się kontrastem między salonową etykietą a dzikim mistycyzmem szkockich Highlands. Sugeruje tym samym, że sekrety przodków zawsze w końcu upomną się o głos.

Warstwa literacka tej książki zachwyca elegancją. Język jest zakorzeniony w dziewiętnastowiecznej estetyce, a przy tym pozostaje niezwykle żywy i plastyczny. Stylistyka przesycona jest opisami budującymi gęsty, gotycki klimat. Wilgoć szkockich mgieł i surowość kamienia stają się niemal namacalnymi elementami intrygi. Tempo akcji jest początkowo miarowe i pozwala odbiorcy w pełni zanurzyć się w atmosferze niepokoju. Z czasem jednak, wraz z odkrywaniem kolejnych elementów układanki, opowieść gwałtownie przyspiesza.

Taka konstrukcja zapewnia intelektualną satysfakcję, która idzie w parze z emocjonalnym zachwytem nad hartem ludzkiego ducha. Zakończenie, pełne niedopowiedzeń i nowych znaków zapytania, stanowi obietnicę dalszych wrażeń. Pozostawia ono czytelnika z niecierpliwym oczekiwaniem na drugi tom, czyniąc z powrotu do Zamku Caly literacką konieczność.

​Tę pozycję polecam przede wszystkim miłośnikom nieoczywistych fabuł historycznych. Jest to lektura obowiązkowa dla fanów gotyckich sekretów i gęstego, szkockiego klimatu. Odbiorca decydujący się na tę podróż doświadczy przeszywającego chłodu niepokoju oraz kojącego ciepła rodzącej się więzi. To historia, która wywołuje dreszcz ekscytacji oraz głęboką empatię. Pozostawia ona po sobie poczucie, że każda bolesna przeszłość zasługuje na to, by zostać w końcu opowiedziana.

„Czas Olivii” to coś więcej niż tylko wyprawa do dawnej Szkocji; to przejmująca opowieść o tym, że prawda, choć bywa dotkliwa, jest jedyną drogą do pełnej wolności. Mimo ram romansu historycznego, dzieło Urszuli Gajdowskiej niesie w sobie wiele ponadczasowych wartości, w których niejeden współczesny czytelnik odnajdzie odbicie własnych zmagań z losem. Pisarka stworzyła narrację zostającą w pamięci długo po lekturze, przypominając, że korzenie definiują nas tylko wtedy, gdy mamy odwagę stanąć z nimi twarzą w twarz. To obietnica, której dopełnienie czeka w mrocznych zakamarkach posiadłości, pozostawiając nas z zapartym tchem w oczekiwaniu na dalsze losy bohaterów.

[Materiał reklamowy] Autorka Urszula Gajdowska.

środa, 28 stycznia 2026

Pęknięty monolit prawdy. O powieści „Kim jesteś, Nikolo?” Bernardyny Dareckiej-Władzimiruk

Budujemy nasze życie na podobieństwo monolitu. To niewzruszona bryła, która ma chronić naszą tożsamość przed światem i nami samymi. Wierzymy w trwałość masek, które przybieramy. Jednak w swojej powieści „Kim jesteś, Nikolo?” Bernardyna Darecka-Władzimiruk pokazuje, że to, co bierzemy za jednolity kamień, jest jedynie kruchą konstrukcją pełną ukrytych szczelin. Prawdziwe „ja” nie jest bowiem statyczną formą. To proces, który krystalizuje się dopiero w bolesnym starciu z prawdą o przeszłości i w odwadze do rozbicia pozornej jedności własnego wizerunku.

W sercu tej opowieści pulsuje napięcie między dwiema siostrami. Choć dzielą to samo oblicze, stały się dla siebie obcymi lądami. Natalia i Nikola to dwie strony tej samej pękniętej struktury. Jedna szuka ocalenia w prawdzie. Druga ucieka w chłód wyrachowania i niebezpieczne sekrety. Kiedy w ich uporządkowaną codzienność wkracza Maks – człowiek naznaczony wspólną przeszłością i zagadkowym tatuażem – fasada spokoju zaczyna kruszyć się nieodwracalnie. Mężczyzna ten ucieleśnia skomplikowany wątek uczuciowy, stając się postacią ambiwalentną. Dla jednej z sióstr jest szansą na bliskość, dla drugiej śmiertelnym zagrożeniem dla jej misternie budowanych kłamstw. Pisarka rzuca czytelnika w wir pytań o to, czy miłość może przetrwać w świecie zbudowanym na oszustwie.

Istotnym filarem książki jest oniryczna i duszna atmosfera tajemnicy. Osacza ona czytelnika niczym gęsta mgła. Narracyjną siłą utworu są liczne retrospekcje. To one, niczym bolesne powroty do przeszłości, odsłaniają fundamenty obecnego dramatu sióstr. Autorka mistrzowsko operuje motywem dawnych zdarzeń. Nie są one jedynie wspomnieniem, lecz żywym, niszczycielskim żywiołem. Pokazuje, że sekrety mają swoją wagę i cenę. Nieodkryte latami, z czasem stają się toksycznym osadem, który zatruwa każdą nową relację, odbierając szansę na zdrowe uczucie. To właśnie te mroczne niedopowiedzenia oraz kilka bardzo zaskakujących zwrotów akcji, które wywracają fabułę do góry nogami, sprawiają, że lektura trzyma w napięciu do ostatniej strony.

Narracja książki to wielowymiarowe studium dualizmu ludzkiej natury. Pisarka z chirurgiczną precyzją rozcina tkankę siostrzanej relacji. Na kartach powieści splatają się wątki bolesnego poszukiwania korzeni z niszczycielską siłą rywalizacji o miłość i akceptację. Autorka udowadnia, że więzy krwi mogą być zarówno bezpieczną przystanią, jak i śmiertelną pułapką. Dzieło staje się przy tym fascynującym, głębokim studium psychologicznym. Ukazuje, jak głębokie deficyty emocjonalne mogą przekształcić się w pancerz egoizmu, uniemożliwiający prawdziwe kochanie drugiego człowieka.

Dojrzałość tej pozycji manifestuje się również w samej konstrukcji. Znacząco ewoluowała ona od czasu debiutu pisarki. Porównując ten tytuł do „Zapisanych w kwiatach”, widać ogromny rozwój warsztatu literackiego. O ile jej pierwsza książka urzekała ciepłem, tutaj autorka wykazuje się odwagą w ukazywaniu mroczniejszej strony ludzkich namiętności. Tempo akcji jest precyzyjnie wyważone. Pozwala nasiąknąć klimatem, by po chwili gwałtownie przyspieszyć, gdy kolejne warstwy skorupy odpadają. Niezwykłym atutem jest tu nieoczywiste domknięcie historii, które wymyka się schematom szczęśliwych zakończeń.

Książka ta pełni przede wszystkim funkcję uniwersalnego lustra, w którym może przejrzeć się każdy z nas. Dzięki uderzającej autentyczności dylematów historia przestaje być jedynie fikcją, a staje się ważną lekcją życiową. Pisarka udowadnia, że prawda, choć bywa bolesna, jest jedyną drogą do odzyskania siebie i szansą na autentyczną relację z drugim człowiekiem. Ta szczerość przekazu zmusza każdego czytelnika do zadania sobie pytania: ile w naszym własnym życiu jest autentyczności, a ile starannie pielęgnowanej iluzji?

Lektura ta staje się emocjonalną podróżą, która nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Sięgnięcie po ten utwór to spotkanie z trudną mądrością życiową. Odkrywamy, że przebaczenie to najwyższa forma wolności, a konfrontacja z bólem bywa jedyną drogą do prawdziwego porozumienia. Na czytelnika czeka wachlarz emocji – od niepokoju, po nadzieję. Każda szczelina w naszym osobistym monolicie może stać się miejscem, przez które w końcu wpłynie światło.

„Kim jesteś, Nikolo?” polecam szczególnie czytelnikom poszukującym w literaturze odwagi do zadawania najtrudniejszych pytań i nieoczywistych wątków romantycznych. Polecam ją tym, którzy cenią głębokie portrety psychologiczne. Ten tytuł nie pozwala o sobie zapomnieć. Pozostawia w pamięci trwały ślad jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony, prowokując do przewartościowania relacji z bliskimi.

​Ostatecznie powieść ta to poruszający dowód na to, że żadna życiowa konstrukcja nie jest tak trwała, by nie mogła pęknąć pod naporem prawdy. Bernardyna Darecka-Władzimiruk domyka swoją opowieść w sposób, który nie przynosi łatwego ukojenia, ale daje odwagę do spojrzenia w głąb własnych szczelin. To właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwa wolność. Autorka po mistrzowsku celebruje to na kartach swojego dzieła. ​Nad całością unosi się bowiem najbardziej niepokojące pytanie: czy naprawdę znamy swoich bliskich i czy potrafimy ich kochać bez masek? Lektura uświadamia, że drugi człowiek pozostaje niezbadaną tajemnicą, dopóki nie zdobędziemy się na szczerość, która ma moc kruszenia najtwardszych pancerzy.

[Zakup własny].

poniedziałek, 26 stycznia 2026

„Damy radę, kochanie” Magdaleny Krauze – finał serii, który jest lustrem dla każdego małżeństwa.

Życie rzadko przypomina romantyczny film, w którym napisy końcowe pojawiają się wraz z sakramentalnym „tak”. Prawdziwa historia zaczyna się znacznie później. Odnajdziemy ją w kuchni nad stertą naczyń, w nerwowym oczekiwaniu na powrót zbuntowanego nastolatka czy w cichym smutku, gdy patrzymy na starzejących się bliskich. To właśnie te prozaiczne momenty są najprawdziwszym sprawdzianem dla związku. W tej zwyczajności, pozbawionej filtrów i upiększeń, kryje się esencja bycia oparciem. Po raz trzeci udowadnia to Magdalena Krauze.

„Damy radę, kochanie” to finałowe ogniwo serii, stanowiące kontynuację losów znanych z tomów „Czekałam na Ciebie” oraz „Zaufaj mi jeszcze raz”. To zarazem przejmujący portret dojrzałej miłości, która musi udźwignąć ciężar życia.

Ta codzienna walka o bliskość staje się fundamentem ewolucji Pauliny i Igora. Obserwowanie ich losów to fascynująca podróż – od młodych idealistów po dojrzałe małżeństwo, które po osiemnastu latach mierzy się z nowymi wyzwaniami. Autorka z niezwykłą empatią kreśli obraz pokolenia kanapkowego, ściśniętego między buntem dzieci z pokolenia Z a bolesnym procesem opieki nad chorą na demencję matką. Wszystkie te trudności sprowadzają się do jednego pytania: czy w obliczu narastających problemów bohaterowie zdołają pozostać jednością, czy też proza życia postawi między nimi mur, którego nie będą w stanie zburzyć?

Magdalena Krauze umiejętnie splata kilka płaszczyzn: od lekcji pokory w górskim pensjonacie, aż po dramatyczne zmagania o wolność przyjaciółki uwięzionej w toksycznej relacji. Ten ostatni wątek tworzy mocny kontrast dla związku głównych bohaterów. Pokazuje, że walka o szczęście ma różne oblicza – czasem jest to wspólne trwanie w trudach, a czasem odważne zerwanie niszczących więzi.

Równie autentyczny, jak sama historia jest styl pisarki. Naturalne dialogi sprawiają, że bohaterowie stają się bliscy niczym sąsiedzi. Charakterystyczny humor rozładowuje napięcie, dzięki czemu lektura nie przytłacza mimo swojej powagi. Istotnym filarem opowieści okazuje się również obraz przyjaźni jako najważniejszej sieci ratunkowej w chwilach kryzysu. Wszystko to sprawia, że historia wywołuje lawinę emocji i skłania do refleksji. Czy w dobie powierzchownych relacji potrafimy jeszcze walczyć o autentyczność?

W konsekwencji otrzymujemy poruszające domknięcie serii, które zostaje w sercu na długo po przewróceniu ostatniej strony. Autorka stworzyła literackie lustro, w którym każdy z nas może przejrzeć swoje lęki i nadzieje. Książkę polecam szczególnie parom z długim stażem oraz rodzicom mierzącym się z trudami wychowania. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto wierzy, że najpiękniejsze historie pisze samo życie – z całym jego trudem, ale i niegasnącym blaskiem wspólnego trwania.

A Wy jak uważacie – czy miłość faktycznie jest w stanie przetrwać każdą prozę życia, jeśli tylko walczymy o nią ramię w ramię?

[Zakup własny].

piątek, 23 stycznia 2026

Lekcja oddychania na nowo w powieści Jakuba Bączykowskiego „Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu”

Większość z nas wierzy, że życiowe nawałnice omijają nasz bezpieczny port, jednak jeden gwałtowny podmuch może zburzyć wszystko w jednej chwili. Właśnie wtedy prawdziwa wielkość ludzkiego ducha przejawia się w bolesnej nauce oddychania na nowo, choć powietrze wokół staje się ciężkie od straty. Tę kruchą granicę między rozpaczą a odrodzeniem uczynił fundamentem swojej powieści "Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu" Jakub Bączykowski. W książce wydanej przez Wydawnictwo W.A.B. przypomina on, że nadzieja nie jest naiwnym zaprzeczeniem bólu – to raczej cicha odwaga, by mimo przemoczonego ubrania wciąż wypatrywać pierwszych promieni słońca. Pisarz od pierwszej strony rzuca nas w sam środek egzystencjalnego sztormu, udowadniając przy tym, że stabilizacja jest jedynie iluzją, którą los może odebrać bez uprzedzenia.

​Wszystko zaczyna się od jednej sekundy na drodze, która brutalnie rozdziera codzienność głównej bohaterki na „przed” i „po”. Śmierć męża zmusza Basię do konfrontacji z absolutną pustką, a czytelnik staje się niemym świadkiem upadku jej bezpiecznego świata, po którym zostaje jedynie ogłuszająca cisza oraz zapach mokrego asfaltu. W tym miejscu rodzi się trudne pytanie: jak żyć, gdy serce bije tylko z przyzwyczajenia? Lekturze towarzyszy niezwykłe przejęcie, ponieważ Basia błyskawicznie staje się nam bliska, a wir emocji sprawia, że z ogromnym wzruszeniem towarzyszymy jej w najtrudniejszych chwilach.

​Analiza powieści wymaga spojrzenia na misternie splatane wątki, wykraczające daleko poza sam opis żałoby. Centralnym motywem jest anatomia straty ukazana jako żmudny proces, w którym autor z wielką uwagą rozbiera na części pierwsze poczucie winy oraz paraliżujący strach. Warto również wspomnieć o poruszającej obecności psa Basi i Adama, Uno. Staje się on niemym powiernikiem bólu, a jego instynktowna żałoba stanowi jeden z najbardziej chwytających za serce elementów historii, nadając opowieści surowej autentyczności. Jednocześnie ta niema więź staje się dla kobiety pierwszym pomostem do rzeczywistości, gdyż konieczność zadbania o istotę zależną zmusza ją do porzucenia izolacji.

Ważnym punktem zwrotnym jest moment, w którym Basia uświadamia sobie destrukcyjną siłę egocentryzmu cierpienia. Bączykowski trafnie punktuje błąd zamykania się w szczelnym kokonie własnej boleści i poprzez postacie drugoplanowe ukazuje, że żałoba to skomplikowana sieć powiązań, w której cierpią także bliscy Adama, przyjaciele czy rodzeństwo. Choć bohaterka początkowo spycha ich ból na margines, ta lekcja pokory oraz dostrzeżenie łez w oczach innych staje się ostatecznie kluczem do jej uzdrowienia, udowadniając, że empatia jest najskuteczniejszym lekarstwem na samotność.

Warsztat literacki zasługuje na uznanie ze względu na doskonałą równowagę między wrażliwością a realizmem. Pisarz operuje językiem plastycznym i pozbawionym zbędnego patosu, co pozwala mu budować intymny, wręcz duszny klimat. Mistrzowsko wykorzystuje kontrasty i unika klisz, dzięki czemu każde słowo waży tyle, co prawdziwa łza. Melancholijny nastrój jest dawkowany z takim wyczuciem, że dajemy się wciągnąć w hipnotyzujący proces gojenia ran, nieustannie trzymając kciuki, by Basia zdołała się podnieść. Podczas czytania niejednokrotnie stawiałam się na jej miejscu, zadając sobie pytanie, jak sama poradziłabym sobie z tak bolesnym doświadczeniem – ta myśl sprawiła, że w moich oczach nie raz zakręciła się łza. Psychologiczna wnikliwość pozwala nazwać stany nienazywalne, zamieniając lekturę w głębokie doświadczenie sensoryczne, które daje odbiorcy realne poczucie oczyszczenia.

​Siła tego przesłania tkwi w prawdzie, że koniec znanego świata nie oznacza końca nas samych. Powieść obnaża lęk otoczenia przed cudzym nieszczęściem i staje się cennym przewodnikiem po sztuce towarzyszenia w cierpieniu, ucząc, że sama obecność bywa ważniejsza niż idealnie dobrana fraza. Ta historia zatacza pełne koło – od paraliżującego lęku przed burzą, aż po akceptację losu. Pomimo ogromnego ładunku emocjonalnego, książka niesie ze sobą kojące światło.

​Polecam tę pozycję każdemu, kto szuka w literaturze autentycznego zrozumienia. Jest to lektura obowiązkowa dla osób przechodzących przez stratę oraz dla tych, którzy chcą nauczyć się empatii. To literacki plaster na duszę, który, choć początkowo piecze, ostatecznie pomaga ranie się zagoić i daje odwagę do powrotu do świata żywych.

[Zakup własny].