poniedziałek, 7 września 2026

Lekcja wrażliwości w Carmel-by-the-Sea — Monika Hakowska i jej „Ekspertka od miłości”

Człowiek od wieków próbuje ująć miłość w ramy definicji, zamknąć ją w gotowych formułach i podręcznikowych regułach, tworząc iluzję, że nad emocjami można panować niczym nad logicznym równaniem. W świecie pełnym powierzchownych porad często mylimy teoretyczną wiedzę o relacjach z ich dojrzałym przeżywaniem, zapominając, że bliskość wymaga odsłonięcia wrażliwości. Tę uwalniającą prawdę o zderzeniu wyidealizowanych schematów z nieprzewidywalną codziennością ukazuje Monika Hakowska w powieści „Ekspertka od miłości”, udowadniając, że najcenniejsze lekcje uczuciowe odbieramy dopiero po odrzuceniu gotowych recept na szczęście.

Główna bohaterka powieści, Ruby Walker, zawodowo zajmuje się pouczaniem innych, jak kochać mądrze i świadomie. Jej poczytne poradniki dają czytelnikom wskazówki, a pisarka uchodzi za niekwestionowany autorytet. Cały ten misternie skonstruowany świat rozpada się jednak w jednej chwili, na oczach tysięcy widzów, podczas programu telewizyjnego na żywo. To właśnie wtedy na jaw wychodzi bolesna prawda o zdradzie narzeczonego. Publiczna kompromitacja staje się dla znanej doradczyni drastycznym zderzeniem z rzeczywistością. Z dnia na dzień dotychczasowa wiedza okazuje się bezużyteczna, a kobieta musi stawić czoła własnej bezradności i bolesnemu poczuciu osamotnienia.

Ucieczką przed medialną nagonką staje się podróż do kameralnego, nadmorskiego Carmel-by-the-Sea. Zmiana scenerii to symboliczny gest poszukiwania azylu. Szum fal, surowość morskiego krajobrazu i niespieszny rytm prowincjonalnego życia stają się tłem dla wewnętrznego wyciszenia. W tej nowej przestrzeni Ruby próbuje połączyć na nowo fragmenty swojego rozbitego świata, odkrywając konieczność zrzucenia dotychczasowej roli i odzyskania zwyczajnej, ludzkiej swobody.

Kontrast między wielkomiejskim, pędzącym centrum świata a urokliwym miasteczkiem staje się fundamentem opowieści. Autorka z wyczuciem uchwyciła specyfikę nowej przestrzeni, w której ten nadmorski zakątek jawi się jako stan umysłu. Pod jego pozornie spokojną powierzchnią kryje się barwna, tętniąca życiem mozaika ekscentrycznych postaci. Powieściopisarka wspaniale oddaje ten lokalny koloryt. Dla przyzwyczajonej do chłodnej anonimowości metropolii dziewczyny to zderzenie z bezinteresowną ciekawością drugiego człowieka staje się zaskakującym lekarstwem, udowadniającym, że prawdziwe życie tętni z dala od wielkomiejskiego pędu.

W tym cichym miejscu rozpoczyna się powolny proces przewartościowania całego życia. Wchodząc w nowe relacje z lokalną społecznością, Walker porzuca teorie na rzecz czystej obecności. Zmiana ta nabiera mocy, gdy na jej drodze staje mężczyzna o trudnym, nieprzystępnym charakterze, budzący uczucie wymykające się jakimkolwiek schematom. Ich pełne napięcia i ciętego humoru interakcje powoli kruszą wybudowany przez oboje dystans. Ta szczera relacja staje się dla niej lekcją odwagi, pokazując, że trwałe więzi rodzą się w przestrzeni zrozumienia, szczerości i odsłonięcia własnych słabości.

Warstwa warsztatowa powieści harmonijnie współgra z jej refleksyjną treścią. Twórczyni książki posługuje się językiem lekkim i plastycznym, tkając opowieść z wrażliwością, która pozwala gładko zanurzyć się w świecie przedstawionym. Konstrukcja fabuły opiera się na przemyślanym, wręcz niespiesznym tempie akcji — autorka nie dąży do gwałtownych zwrotów wydarzeń, dając czytelnikowi czas na współodczuwanie emocji. Sposób prowadzenia narracji tworzy otulający klimat, w którym komizm słowny i sytuacyjny przeplata się z momentami zadumy. Przemyślana struktura i językowa dojrzałość sprawiają, że lektura wciąga bez reszty.

Lektura tej powieści stała się dla mnie czymś znacznie więcej niż tylko estetyczną przyjemnością — to poruszające przeżycie, które skłoniło mnie do zatrzymania się i przejrzenia w losach protagonistki jak w lustrze. Obserwowanie jej drogi wywołało we mnie cichy zachwyt nad ludzką gotowością do podnoszenia się z gruzów oraz przyniosło przejmującą refleksję nad własną potrzebą kontroli. Książka pozostawiła mnie z ciepłym poczuciem ukojenia i przekonaniem, że wybór własnej prawdy, choć wymaga odwagi, stanowi jedyną drogę do odnalezienia spokoju oraz autentycznego sensu w relacjach z drugim człowiekiem.

„Ekspertka od miłości” to propozycja dla czytelników poszukujących w literaturze obyczajowej życiowej mądrości i niespiesznego rytmu narracji. Powieść stanie się idealnym wyborem na schyłek wakacji lub pierwsze chłodniejsze wieczory — pozwala na moment przedłużyć lato i zatrzymać w sercu słoneczne ciepło nadmorskiego krajobrazu. Ostatecznie opowieść Moniki Hakowskiej przypomina, że życie rzadko toczy się według z góry ułożonego planu. Dopiero w chwilach, gdy rozsypują się nasze dotychczasowe pewniki, zyskujemy przestrzeń na budowanie relacji wolnych od oczekiwań, w których największą wartością staje się po prostu gotowość na drugiego człowieka.

[Materiał reklamowy].

piątek, 4 września 2026

Zapach prawdy i ciężar dziedzictwa – o książce „Do zobaczenia w Marsylii” Wiktorii Emilii Regin.


Istnieje w nas naturalna potrzeba wierzenia, że każdą życiową drogę zaczynamy z czystą kartą. Chętnie myślimy o sobie jak o niezależnych autorach własnego losu, podejmujących suwerenne decyzje w oderwaniu od tego, co wydarzyło się przed naszymi narodzinami. Jednak rzeczywistość rzadko pozwala nam na tak radykalną autonomię. Pod cienką warstwą codzienności, zupełnie bezgłośnie, płyną rzeki cudzych doświadczeń – przemilczane dramaty, dawno pogrzebane sekrety i niedokończone rozmowy tych, którzy odeszli, zanim zdążyliśmy zadać im najważniejsze pytania. Stajemy się, często bezwiednie, spadkobiercami spraw, których sami nie zawiniliśmy, a pamiątki po bliskich niespodziewanie zamieniają się w jedyny klucz, zdolny otworzyć najtrudniejsze zakamarki własnej tożsamości.

To właśnie w tej melancholijnej przestrzeni, na styku rodzinnej pamięci i nieuchronnego odkrywania prawdy, autorka Wiktoria Emilia Regin  zawiesza losy bohaterów swojej książki „Do zobaczenia w Marsylii”. Ta konieczność powrotu do korzeni materializuje się w momencie, gdy z mapy domowych zależności znika Wanda – sędziwa, olsztyńska tarocistka, która przez całe dziesięciolecia układała karty, próbując porządkować chaos w cudzych życiorysach, podczas gdy własną, bolesną przeszłość szczelnie otoczyła milczeniem. Jej śmierć nie jest tu jedynie biologicznym faktem, ale gwałtownym przerwaniem dotychczasowej narracji, w której żyli jej bliscy. Pozostawiony przez nią testament, daleki od materialnych dóbr i chłodnych, prawniczych formuł, okazuje się emocjonalnym wyzwaniem. To spadek utkany z niedopowiedzeń, starych listów oraz wskazówek, które zamiast dawać natychmiastowe ukojenie, burzą pieczołowicie budowany spokój młodszego pokolenia. W ten sposób pisarka zarysowuje punkt wyjścia, w którym pójście naprzód staje się niemożliwe bez uprzedniego spojrzenia w twarz rodzinnym demonom.

To niechciane, ale i fascynujące wyzwanie trafia w ręce wnuczki oraz bratanicy zmarłej – Joanny i Michaliny. Kobiety te, choć połączone rodzinnymi więzami, są jak dwa skrajnie różne bieguny. Jedna z nich, dla której Wanda była babcią, chroni się za pancerzem rezerwy, chłodnym racjonalizmem próbując kontrolować każdy aspekt swojej codzienności. Druga, dla której zmarła była ciocią, uosabia przeciwny, dynamiczny biegun – energię buntu, impulsywność i odwagę. Zderzenie tak różnych charakterów w obliczu nagłej straty staje się znakomitym studium relacji łączącej siostry cioteczne. Twórczyni z dużą czujnością psychologiczną przygląda się ich wzajemnym animozjom, udowadniając, że wspólne śledztwo wymaga od nich nie tylko przekroczenia fizycznych granic, ale przede wszystkim zmierzenia się z własnymi słabościami.

Prawdziwym pomostem łączącym te dwa kobiece światy staje się pozostawiony przez zmarłą zeszyt. Jego pożółkłe strony kryją słowa nakreślone niespokojną, dotychczas nieznaną ręką. Ten namacalny dowód czyjegoś minionego istnienia natychmiast zmienia perspektywę bohaterek. Rękopis, w którym zapisano dawny lęk, niezagojony ból, ale i potężne emocje, nie pozwala na obojętność. Zapiski stają się osobistym przewodnikiem po historii, która dawno temu przekroczyła granice jednego ludzkiego życia i rozlała się szerokim echem na przyszłość. To właśnie ten niepozorny dokument otwiera w tej pozycji wielowymiarowy wątek historyczny, sprawiając, że poszukiwania sióstr przestają być jedynie suchą rekonstrukcją faktów, a stają się głębokim, emocjonalnym dotknięciem losów ludzi, którzy kiedyś kochali i błądzili dokładnie tak samo, jak one dzisiaj.

Stary dziennik przenosi nas na początek dwudziestego wieku, odsłaniając burzliwą relację, która rozegrała się między tętniącą życiem, słoneczną Francją a surowym, przedwojennym Wołyniem. To tam, na styku odmiennych kultur, splatają się drogi młodej Francuzki Eugenię oraz polskiego malarza. Autorka z wielką plastycznością odtwarza atmosferę tamtej epoki, unikając jednak uproszczeń; zamiast tego pokazuje, jak wielkie uniesienia artystyczne i miłosne mogą niepostrzeżenie osunąć się w niszczycielską zazdrość oraz zdradę. Jądrem tej narracji staje się dawna zbrodnia popełniona pod wpływem afektu – czyn tak dramatyczny, że jego konsekwencje, niczym niewidzialne fatum, kładą się cieniem na losach następców. Nie otrzymujemy tu jedynie suchej lekcji historii, ale przejmujący obraz tego, jak dawne, tragiczne wybory potrafią zastygnąć w milczeniu i przez dekady po cichu kształtować życie ludzi, którzy o ich istnieniu nie mieli pojęcia.

Niezwykłym walorem tej prozy jest sam język, jakim posługuje się autorka – niezwykle plastyczny, malarski i pełen literackiej elegancji. Powieściopisarka nie spieszy się z relacjonowaniem zdarzeń; narzuca opowieści wyważone, wręcz hipnotyzujące tempo, które pozwala nam w pełni celebrować każde słowo. Ta dbałość o detal sprawia, że opisy tętniącej słońcem Marsylii oraz surowych, historycznych pejzaży Wołynia niemal natychmiast materializują się pod naszymi powiekami. Granica między czytelnikiem a tekstem całkowicie się zaciera – dzięki sugestywnemu stylowi artystki przestajemy być jedynie biernymi odbiorcami, a stajemy się naocznymi świadkami i niemalże fizycznymi uczestnikami tej poruszającej, wielopokoleniowej sagi.

Sensorycznym sercem tej historii, spajającym przeszłość z teraźniejszością, staje się jednak coś znacznie bardziej nieuchwytnego i namacalnego – unosząca się na kartach książki nietuzinkowa, zmysłowa aura zapachów mydła. Pisarka nie sięga po oczywiste, tradycyjne nuty; zamiast tego buduje klimat wokół aromatów rzadkich, zaskakujących i niezwykle charakterystycznych, które natychmiast budzą w bohaterkach uśpione emocje. Te wyjątkowe kompozycje zapachowe nie są jedynie tłem dla opisywanych wydarzeń – stają się one subtelnymi wyzwalaczami wspomnień, które potrafią dotrzeć do najgłębszych warstw pamięci tam, gdzie słowa i dokumenty zawodzą. Każda z tych osobliwych nut zapachowych działa jak niewidzialna nić Ariadny, która krok po kroku prowadzi siostry przez labirynt rodzinnych sekretów. W ten sposób te nieoczywiste aromaty stają się dla bohaterek symbolem odkrywania własnej, autentycznej tożsamości, a czytelnika uwodzą swoją zmysłowością i nie pozwalają mu pozostać jedynie obojętnym obserwatorem.

Odbiór tej powieści szybko przestaje być jedynie śledzeniem cudzych losów, stając się głębokim, osobistym doświadczeniem. Choć decyzje obu kobiet – a także dramatyczne wybory ich przodków, podyktowane lękiem przed bliskością, pragnieniem prawdziwego uczucia czy paraliżującym strachem przed wykonaniem kolejnego kroku – niejednokrotnie budzą w nas sprzeciw, to właśnie te niewykorzystane szanse i ludzkie słabości czynią te postaci niezwykle bliskimi. Najbardziej poruszający okazuje się jednak niemal metafizyczny klimat dzieła. Nieustanna, subtelna obecność zmarłej Wandy, której duch zdaje się czuwać nad każdym oddechem wnuczek, sprawia, że podczas czytania sami zaczynamy odczuwać dziwny niepokój i bliskość minionego świata. To obcowanie z tajemnicą zmusza do refleksji nad własnymi lękami przed bliskością oraz nad tym, jak wiele cudzych, niezagojonych ran niesiemy we własnym bagażu doświadczeń.

Siła tego tytułu tkwi w jego niezwykłej mądrości – prozaiczka nie próbuje nas oceniać ani dawać gotowych recept na życie, lecz z wielką czułością pokazuje, że największą odwagą jest konfrontacja z własnym dziedzictwem. Przesłanie tej opowieści niesie głębokie ukojenie: uczy nas, że każdy popełniony błąd i każda niewykorzystana szansa mogą stać się fundamentem do zbudowania nowej, w pełni świadomej tożsamości. To właśnie w tym tkwi ostateczna wartość tej opowieści – staje się ona dla nas subtelnym i niezwykle potrzebnym impulsem do tego, by z czułością oraz odwagą przyjrzeć się własnym korzeniom i otworzyć na bliskość drugiego człowieka.

„Do zobaczenia w Marsylii” to pozycja literacka, którą z całego serca polecam miłośnikom wielowątkowych sag rodzinnych, literatury z głębokim tłem psychologicznym oraz czytelnikom poszukującym w książkach prawdziwych, nieprzemilczanych emocji. Warto po nią sięgnąć przede wszystkim dla jej rzadko spotykanej odwagi w ukazywaniu ludzkich pragnień – autorka opisuje cielesność oraz potrzebę bliskości w sposób niezwykle obrazowy, bezkompromisowy i zmysłowy, co sprawia, że po tę pozycję powinni sięgać przede wszystkim starsi nastolatkowie oraz dorośli czytelnicy. Ze względu na swoją wielowymiarowość, skomplikowaną strukturę czasową i bogactwo wątków, lektura wymaga od nas pełnego skupienia oraz uważności. Mimo że liczy ona ponad pięćset stron, to jej przyswajanie nie nuży ani przez chwilę; przez kolejne rozdziały wręcz się płynie, nerwowo przewracając kolejne karty w niecierpliwym oczekiwaniu na finał. Ta niezwykle angażująca treść trzyma w napięciu do samego końca, budząc w nas ogromne pragnienie odkrycia, czy wszystkie elementy skomplikowanej, rodzinnej układanki wreszcie trafią na swoje miejsce, przynosząc bohaterkom upragnioną prawdę oraz tak bardzo potrzebny, wewnętrzny spokój.

Ostatecznie ten tytuł pozostawia nas z poruszającym pytaniem o to, jak wiele z nas samych należy naprawdę do nas, a jak wiele jest tylko echem dawno zapomnianych głosów. To olśniewająca, pełna zapachów i cieni opowieść, która udowadnia, że dopóki nie odważymy się wejść do ciemnego pokoju naszych rodzinnych tajemnic, na zawsze pozostaniemy jedynie więźniami cudzych niedopowiedzeń. „Do zobaczenia w Marsylii” to nie tylko podróż przez czas i przestrzeń – to czułe, głębokie i niezwykle potrzebne spotkanie z samym sobą, po którym już nigdy nie spojrzymy na własną przeszłość w ten sam sposób.

[Materiał reklamowy].


poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Gdy wyobraźnia rodzi się z miłości i empatii. Recenzja książki „Mała wiedźma” Jolanty Bartoś

Niejednokrotnie to, co najbardziej wartościowe w literaturze, rodzi się na styku dziecięcej wrażliwości i trudnych do nazwania dorosłych doświadczeń. Świat widziany oczami dziecka ma wyjątkową zdolność dostrzegania tego, co dla dojrzałego czytelnika bywa już niewidoczne – bezwarunkowego dobra, wrażliwości wobec najmniejszych stworzeń oraz unikalnych nici łączących nasze codzienne wybory z czymś znacznie większym od nas samych. Baśniowa konwencja bywa często najlepszą formą realizmu, ponieważ pozwala nazwać lęki, próbę sił i siłę miłości bez zbędnego cynizmu. W ten właśnie nurt głębokiego, refleksyjnego pisania wpisuje się powieść „Mała wiedźma” Jolanty Bartoś, tworząc subtelny fundament pod rozważania o odwadze oraz niezłomnej sile miłości między rodzeństwem.

W centrum tej opowieści stoi zwyczajna z pozoru codzienność, w którą niespodziewanie wkracza element bajkowy. Autorka z wielkim wyczuciem kreśli portret rodzeństwa – Oli i Kuby – połączonych czymś więcej niż tylko więzami rodzinnymi: głęboką, podskórną intuicją. Światem dzieci jest bezpieczny azyl domowego ogrodu babci, przepełniony zapachami roślin i obecnością wiernych zwierzęcych towarzyszy – kota Felka i psa Dyzia. To właśnie w tej oswojonej przestrzeni, za sprawą tajemniczych drzwiczek witrażowych i odłamka magicznego szkła, pojawia się pęknięcie w dotychczasowej rutynie. Gdy mała Ola bez wahania staje w obronie słabszych stworzeń, uwięzionych w mrocznej pajęczynie, linia podziału między rzeczywistością a tym, co niewidzialne dla oczu, przestaje istnieć.

Świat zaprezentowany w powieści wspiera się na przejrzystym, choć pełnym napięcia dualizmie. Z jednej strony mamy jasną, przepełnioną harmonijnym życiem krainę Luminary, z drugiej zaś spowitą cieniem i mrocznym dążeniem Noxarę, władaną przez podstępne siły. Ta dwudzielność nie służy jedynie prostemu ukazaniu walki dobra ze złem. Kreacja przestrzeni staje się tu metaforą wewnętrznych stanów i wyzwań, z jakimi musimy się zmierzyć, gdy bezpieczeństwo najbliższych zostaje zagrożone, a fizyczna obecność ustępuje miejsca duchowej walce o ich powrót. Autorka, unikając dosłowności, pozwala czytelnikowi odczuć powagę sytuacji i groźbę utraty wewnętrznego spokoju bez burzenia poczucia baśniowego ładu.

Bohaterowie nie są jedynie pionkami na planszy fantastycznej przygody. Postać Oli, odnajdującej swoją tożsamość jako elfka Olanira, ucieleśnia czystą, bezkompromisową empatię, która nie kalkuluje ryzyka, gdy trzeba ponieść konsekwencje własnego odruchu serca. Z kolei Kuba dojrzewa na naszych oczach do roli opiekuna – kogoś, kto w realnym świecie musi zachować czujność, rozszyfrować sygnały płynące z drugiego brzegu rzeczywistości i odnaleźć w sobie wiarę w to, że więź z siostrą sięga znacznie dalej niż granice wzroku.

To właśnie w warstwie psychologicznej i emocjonalnej kryje się największy ciężar gatunkowy utworu. Jolanta Bartoś nie unika tematów trudnych: niepokoju o zdrowie bliskich, poczucia odpowiedzialności czy konieczności zmierzenia się z własną bezsilnością. Powieść uświadamia, że dojrzałość nie mierzy się wiekiem, lecz gotowością do trwania przy kimś w najtrudniejszych momentach. Braterska i siostrzana miłość staje się tu pancerzem chroniącym przed mrokiem, a domowy ogród – miejscem, w którym odnajduje się siłę do walki o to, co najcenniejsze.

Pięknym dopełnieniem tej emocjonalnej warstwy jest oprawa wizualna książki. Dopracowana okładka natychmiast budzi ciekawość i rozpala wyobraźnię młodego odbiorcy, stanowiąc obietnicę pasjonującej przygody. Wartościowym elementem publikacji są również autorskie, czarno-białe ilustracje stworzone przez autorkę, które dla małego czytelnika stają się zarazem urokliwą kolorowanką. Ten zabieg nadaje książce unikalny wymiar – pozwala młodemu odbiorcy stać się współtwórcą przedstawionego świata. Czytelnik nie tylko śledzi losy bohaterów, ale zyskuje przestrzeń do nadania baśniowej krainie własnych barw, odcieni i emocji, dokładnie tak, jak podpowiada mu wyobraźnia. Graficzny koncept staje się dzięki temu pomostem między tekstem a twórczą ekspresją dziecka.

Dla małego odbiorcy lektura tej książki staje się poruszającym doświadczeniem emocjonalnym – od lekkiego dreszczyku niepokoju w momentach zagrożenia, przez ciekawość i zachwyt nad cudowną krainą, aż po głębokie poczucie ulgi i bezpieczeństwa, jakie niesie siła rodzinnej miłości. To opowieść, która nie tylko bawi, ale i delikatnie oswaja trudne uczucia, ucząc wrażliwości na los innych.

„Mała wiedźma” wydana nakładem Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro okazuje się historią nastrojową, balansującą na granicy przygody i metafizycznego zamyślenia. Z pełnym przekonaniem warto polecić tę pozycję do wspólnego, rodzinnego czytania – to cenny pretekst do ważnych rozmów z dziećmi o empatii i wzajemnym wsparciu. Książka zostawia czytelnika z cichym, ale wyraźnym przesłaniem: blask, który nosimy w sobie i przekazujemy innym, ma moc pokonania każdego cienia.

*Z racji, że książka jest wydaniem kolekcjonerskim, w niewielkim nakładzie, nie zwlekajcie z jej zakupem. Do nabycia wyłączne bezpośrednio od samej autorki bądź wydawcy.

[ Materiał reklamowy].


piątek, 28 sierpnia 2026

W matni wyparcia i rodzinnych tajemnic. Dlaczego „Nasza” Małgorzaty Węglarz to thriller, który zostaje w głowie na zawsze?

Ludzka pamięć ma niezwykłą zdolność do grzebania najtrudniejszych wspomnień, wznosząc mury wyparcia w imię codziennego spokoju. Przeszłość jednak rzadko daje o sobie zapomnieć. Powrót do miejsc odepchniętych na margines świadomości staje się bolesną konfrontacją z milczeniem, pod którym wciąż tętni dawny lęk. W tę gęstą od napięć przestrzeń wprowadza nas Małgorzata Węglarz w powieści „Nasza”. Ta wyczekiwana kontynuacja poruszającego tomu „Moja” nie jest jedynie klasycznym thrillerem, lecz przede wszystkim niespiesznym studium mechanizmów traumy oraz ceny, jaką płaci się za odzyskanie prawdy o sobie.

​Tym symbolicznym punktem na mapie, w którym zepchnięta w cień przeszłość zaczyna stawiać opór, stają się zrujnowane zabudowania dawnego ośrodka kolonijnego „Słoneczna Przystań”. To właśnie w tej surowej scenerii Nina Kierowicz podejmuje próbę dotarcia do prawdy o niewyjaśnionym zniknięciu swoich braci, które przed dwudziestu laty naznaczyło całą jej rodzinę. Jej prywatne dochodzenie zyskuje nowy wymiar, gdy na drodze kobiety staje Sandra. Obecność tej bohaterki otwiera zamknięte dotąd drzwi ludzkiej świadomości, będąc żywym dowodem na to, jak głębokie potrafią być ślady dawnych przeżyć. Pisarka rezygnuje z tradycyjnych schematów kryminalnych. Skupia się na cichym dramacie jednostek zderzonych z murem lokalnej zmowy milczenia, gdzie każdy świadek boi się naruszenia ustalonego porządku. W tym małomiasteczkowym, zawieszonym w bezruchu świecie, zniknięcie dzieci sprzed lat staje się punktem wyjścia do ukazania, jak dawne krzywdy nieustannie rezonują w teraźniejszości.

Wchodząc głębiej w tę rzeczywistość, dostrzegamy, że twórczyni nie tyle buduje klasyczne napięcie oparte na pogoni za sprawcą, ile precyzyjnie rozwarstwia koszty wieloletniego milczenia. Dynamika fabuły opiera się na bolesnym kontraście między dwoma sposobami radzenia sobie z katastrofą – determinacją, która każe rozgrzebywać przeszłość w imię sprawiedliwości, oraz kruchą, pełną potknięć próbą rekonstrukcji własnego życia. Autorka z dużą intuicją pokazuje, że wyjście z cienia dawnego dramatu nie polega na spektakularnym triumfie, lecz na powolnym odzyskiwaniu niezależności wbrew ciężarowi, jaki na barki bohaterki zrzuciło otoczenie. Przeplatające się w tekście motywy ucieczki przed prawdą i strachu przed odpowiedzialnością ujawniają się w postawach sąsiadów oraz świadków, którzy dla własnego spokoju woleli udawać niepamięć. Najbardziej intrygującym punktem tej analizy staje się jednak dekonstrukcja samego motywu niesienia pomocy, stawiająca przed nami niewygodne pytanie o granice poświęcenia. Ta historia dotyka gorzkiej prawdy o tym, jak dobre intencje i chęć ochrony bliskich potrafią uwikłać człowieka w sieć toksycznych zależności. Czyni to z drugiego tomu thriller, który trzyma w napięciu nie dzięki makabrze, lecz poprzez nieuchronne zbliżanie się do momentu, w którym prawda musi zastąpić dotychczasowe kłamstwo.

​Ten duszny klimat nie wybrzmiałby jednak z taką siłą, gdyby nie konstrukcja całości oraz język, jakim posługuje się powieściopisarka. Pisze ona w sposób plastyczny, a zarazem surowy, unikając zbędnych ozdobników na rzecz budowania emocjonalnego napięcia. Tempo akcji, z pozoru niespieszne i uważne, idealnie współgra z procesem odkrywania tajemnicy. Pozwala czytelnikowi chłonąć atmosferę i analizować każdy szczegół, by nagle, w odpowiednich momentach, przyspieszyć bieg wydarzeń. Taka struktura sprawia, że warstwa stylistyczna staje się bezpośrednim przedłużeniem stanu psychicznego bohaterek, a książka zyskuje magnetyczną siłę od pierwszej do ostatniej strony.

​Lektura natychmiast wrzuca w stan czujności, z którego trudno się oswobodzić. Współodczuwanie z postaciami okazuje się jednak procesem złożonym. Nie ma tu miejsca na prostą sympatię. Zostajemy wrzuceni w sam środek wewnętrznej szamotaniny Niny i Sandry, przez co ich ból, bezsilność oraz determinacja stają się niemal fizycznie odczuwalne. Ta bliskość bywa wyczerpująca, ponieważ decyzje kobiet – często dyktowane przez lęk – potrafią budzić w nas opór, a nawet gniew. Jako czytelnik zostałam postawiona nie tyle w roli obserwatora cudzego dramatu, ile uczestnika trudnego dialogu z własnym sumieniem. Ten podskórny niepokój nie wynika z tanich chwytów, lecz z pytań, jakie bezwiednie zaczynamy zadawać samemu sobie – o granice własnej wytrzymałości w obliczu straty i o to, jak głęboko można schować prawdę, by móc dalej żyć.

​Kontynuacja nie tylko dorównuje swojej poprzedniczce, ale pod wieloma względami ją przewyższa. O ile pierwszy tom budował fundamenty pod tę historię, o tyle ten jest znacznie dojrzalszy warsztatowo, głębszy psychologicznie i bardziej zwarty. Największa siła tej powieści tkwi jednak w finale. Prawda, którą ostatecznie odkrywamy, uderza z ogromną mocą i całkowicie zaskakuje, zmuszając do natychmiastowego przewartościowania wszystkiego, co do tej pory wiedzieliśmy o bohaterach. Książkę polecam przede wszystkim miłośnikom thrillerów psychologicznych, którzy nad krwawe opisy przedkładają duszny klimat i skomplikowane relacje. To obowiązkowa lektura dla każdego, kto w literaturze szuka nieoczywistych pytań i nie boi się historii, które zostają w głowie na bardzo długo.

​„Nasza” nie pozwala na szybki powrót do rzeczywistości, pozostawiając w człowieku trudny do zatarcia ślad. Powieściopisarka stworzyła opowieść, która bezlitośnie obnaża iluzję kontrolowanego milczenia i przypomina, że przed własną przeszłością nie ma dokąd uciec. Zamykając tę książkę, nie żegnamy się z jej duszną atmosferą. Zostajemy w niej na długo, sam na sam z pytaniem o to, ile z nas samych potrafiłaby odebrać nam tajemnica.

[Materiał reklamowy].

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Anatomia życiowych potknięć. O zrzucaniu masek i poszukiwaniu autentyczności w „Bez planu B” Wioletty Piaseckiej

Jednym z największych ludzkich złudzeń jest przekonanie, że życie daje się ująć w ramy precyzyjnego harmonogramu. Od najmłodszych lat, niemal podświadomie, jesteśmy uczeni projektowania przyszłości. Tworzymy w głowach mapy, wyznaczamy cele, a kultura efektywności bezustannie powtarza nam, że człowiek dojrzały to człowiek zabezpieczony na każdą ewentualność. Inwestując w to dążenie do absolutnej kontroli, stajemy się architektami iluzji. Budujemy alternatywne scenariusze, a w kieszeni zawsze staramy się nosić jakiś plan awaryjny – to psychiczne koło ratunkowe, które ma nas uchronić przed lękiem przed porażką, samotnością czy nagłą utratą gruntu pod nogami.

​Prawdziwe życie rzadko jednak interesuje się naszymi planami. Najważniejsze, najbardziej formujące nas momenty nadchodzą zazwyczaj bez zapowiedzi, wywracając misternie wzniesione konstrukcje do góry nogami. Wtedy okazuje się, że ta cała zapobiegliwość była jedynie dążeniem do oswojenia chaosu. I właśnie w tym punkcie, gdzie kończą się bezpieczne scenariusze, a zaczyna bolesna, pozbawiona taryfy ulgowej rzeczywistość, rodzi się najważniejsza wiedza o nas samych.

To fundamentalne zderzenie ludzkich oczekiwań z nieprzewidywalnością losu staje się osią najnowszej powieści Wioletty Piaseckiej „Bez planu B”. Pokazuje ona w niezwykle dojrzały, a przy tym na wskroś życiowy sposób, że najtrudniejsza lekcja, jaką musimy odebrać, nie dotyczy tego, jak skutecznie realizować swoje założenia, ale jak przetrwać i odnaleźć siebie w świecie, w którym dotychczasowe plany nagle przestały obowiązywać.

Narracja przenosi nas w głąb świata struktur korporacyjnych Gdańska – przestrzeni, która w teorii oferuje prestiż i stabilizację, a w praktyce bywa bezwzględną areną walki o przetrwanie. To właśnie tam krzyżują się drogi dwóch kobiet, Ewy i Renaty, których dotychczasową bliskość i solidarność los wystawia na najcięższą formę weryfikacji. Pisarka z wielką wnikliwością kreśli ich portrety, unikając przy tym jednoznacznych uproszczeń. Poznamy dwie skrajne postawy wobec sukcesu: z jednej strony kobietę, która dla lojalności wobec firmy zrezygnowała z tworzenia własnego, bezpiecznego świata, z drugiej zaś tę, która pod maską idealnego życia rodzinnego skrywa chorą, nienasyconą ambicję. Gdy w firmie dochodzi do gwałtownego tąpnięcia i zmiany na szczytach władzy, misternie budowany porządek obu bohaterek obraca się w niwecz. Zaczyna się brutalne zderzenie postaw, w którym dotychczasowe maski opadają, a dawne przyjaciółki stają po przeciwnych stronach barykady, zmuszone do walki o miejsce w nowej rzeczywistości.

​Pierwsza z bohaterek, Ewa, staje się uosobieniem losu człowieka, który całe poczucie wartości oparł na zewnętrznych filarach – na pozycji zawodowej, lojalności wobec instytucji i codziennej rutynie. Kiedy ten świat nagle runie, nie otrzymujemy prostej, hollywoodzkiej opowieści o natychmiastowym podnoszeniu się z kolan. Wręcz przeciwnie – fabuła z odwagą i realizmem pokazuje brzydotę kryzysu. Obserwujemy proces powolnego odzierania bohaterki z dotychczasowej roli, jej dojmującą dezorientację, a nawet destrukcyjne zabiegi mające na celu zagłuszenie rzeczywistości. Ta perspektywa jest niezwykle cenna, ponieważ zdejmuje z nas presję natychmiastowej siły. Pokazuje, że dotknięcie emocjonalnego dna bywa samotne, ale paradoksalnie to właśnie w tym punkcie zerowym rodzi się przestrzeń na redefinicję dotychczasowej egzystencji. Droga, którą ostatecznie wybiera Ewa, to lekcja pokory i zderzenie z zupełnie inną, surowszą stroną bytowania, gdzie luksus ustępuje miejsca elementarnym wartościom.

​Zupełnie inny, równie przejmujący bieg przyjmuje wątek Renaty. To z kolei fascynujące, choć momentami przerażające studium drapieżnej ambicji, która wymyka się spod kontroli. Renata staje się wyrazistym symbolem współczesnego człowieka, który uwięziony w pułapce wiecznego niedosytu i lęku przed porażką, zaczyna traktować innych przedmiotowo. W tekście bezlitośnie obnażono mechanizm, w którym pogoń za statusem i poklaskiem stopniowo znieczula na drugiego człowieka. Najbardziej uderzający w tym wątku jest kontrast między fasadą a wnętrzem: starania o utrzymanie pozorów idealnego domu za wszelką cenę zderzają się tu z moralnymi kompromisami i spiskami na gruncie zawodowym. Twórczyni książki pokazuje, że sukces budowany po trupach niesie za sobą ogromny, ukryty koszt. Ostatecznie ten pęd nie prowadzi do triumfu, lecz do emocjonalnego bankructwa, zostawiając bohaterkę na placu boju z najtrudniejszym przeciwnikiem – z konsekwencjami egoistycznych wyborów.

Osobiste dramaty bohaterek stają się punktem wyjścia do znacznie szerszej refleksji nad tym, jak żyjemy we współczesnym świecie. Na pierwszy plan wysuwa się tu niezwykle celnie uchwycony motyw architektury pozorów i noszenia masek. Opowieść z wielką czułością zdejmuje blichtr z codzienności, która z zewnątrz wygląda na pasmo nieustannych sukcesów. W powieści ukazano, jak ogromny wysiłek wkładamy każdego dnia w to, by otoczenie widziało nas jako spełnionych i bezbłędnych. Ta potrzeba nieustannej kreacji okazuje się pułapką. Książka dotyka bardzo bolesnego momentu: chwili, w której człowiek z lęku przed odrzuceniem zaczyna mylić twarz z rolą, jaką przyszło mu grać przed światem, co nieuchronnie prowadzi do głębokiej samotności.

​Naturalną, oczyszczającą przeciwwagą dla tej dusznej i pełnej napięcia codzienności staje się motyw podróży jako życiowego lustra. Przeniesienie akcentów w zupełnie inną, surowszą rzeczywistość nie ma w sobie nic z powierzchownego poszukiwania egzotycznego azylu od problemów. To raczej zderzenie światów, które pozwala na nowo ustawić wewnętrzny kompas. Kontrast między skomplikowaną, przesiąkniętą małostkowymi ambicjami codziennością a życiem odartym z konsumpcyjnego nadmiaru zmusza do zadania sobie fundamentalnych pytań. W tym prostszym otoczeniu dotychczasowe lęki, urazy i walka o prestiż nagle tracą swoją domniemaną wagę. Podróż w tej optyce staje się więc opowieścią o zrzucaniu starych ciężarów na rzecz powrotu do tego, co najbardziej elementarne.

​Czytając tę powieść, trudno uniknąć nieustannego konfrontowania własnych doświadczeń z losami Ewy i Renaty. Z każdym kolejnym rozdziałem do głosu dochodzi bowiem świadomość, że pod warstwą gdańskich realiów bije serce opowieści o sprawach, które w mniejszym lub większym stopniu dotykają każdego z nas. To właśnie w tej intymnej sferze książka rezonuje najsilniej. Buduje w nas przestrzeń na refleksje o tym, ile sami jesteśmy w stanie znieść, gdy grunt usuwa nam się spod nóg, i jak łatwo w codziennym biegu rozmijać się z tym, co naprawdę cenne. Historia ta została utkana z emocji, które wszyscy znamy: z lęku przed odrzuceniem, z potrzeby akceptacji, ale przede wszystkim – z cichej nadziei na to, że koniec jednej drogi może być początkiem czegoś znacznie piękniejszego.

To opowieść, która dotyka nas tak głęboko, ponieważ niesie w sobie uniwersalne prawdy o miłości oraz o wielopoziomowej potrzebie wybaczenia. Nie chodzi tu wyłącznie o trudną sztukę wybaczenia samemu sobie, ale również o odwagę do wyciągnięcia ręki po wybaczenie od innych oraz gotowość do odpuszczenia win tym, którzy nas zawiedli. Proces ten został sformułowany jako bolesna, oczyszczająca droga, która jako jedyna potrafi przynieść upragnioną ulgę i przywrócić utracone poczucie wewnętrznego spokoju. Bez tego mentalnego zamknięcia przeszłości niemożliwe staje się przecież budowanie życia na nowo, klocek po klocku, na zgliszczach starych złudzeń. Lektura zostawia nas więc nie z poczuciem utraty życiowej busoli, ale z ciepłym, kojącym przeświadczeniem, że dopóki oddychamy, żadne rozwiązanie nie jest ostateczne.

Największa wartość powieści kryje się w rezygnacji z moralizatorstwa i uproszczonych, banalnych podziałów. Fabuła nie ocenia bohaterek odgórnie, lecz pozwala im na błędy, przez co ich dylematy stają się nam bardzo bliskie. Książka nie oferuje gotowych recept, lecz zmusza do przyjrzenia się własnym wyborom, stając się drogowskazem wskazującym, że każde tąpnięcie niesie w sobie zalążek nowego początku.

Ten poruszający przekaz zyskuje na sile dzięki przemyślanemu warsztatowi, który bezpośrednio dyktuje emocje podczas lektury. Pisarka posługuje się językiem plastycznym, a zarazem pozbawionym zbędnego patosu, co pozwala bez przeszkód wniknąć w wewnętrzny świat postaci. Z wielkim wyczuciem buduje też klimat – początkowa, duszna atmosfera rywalizacji zawodowej stopniowo ustępuje miejsca przestrzeni znacznie jaśniejszej, niosącej ukojenie. Dynamika narracji idealnie współgra z tymi zmianami: momenty gwałtownych zwrotów akcji przeplatają się z chwilami celowego wyciszenia, dającymi czas na osobiste przemyślenia. Całość dopełnia kompozycja oparta na naprzemiennym oddawaniu głosu obu kobietom. Taki zabieg nadaje relacji naturalny rytm i sprawia, że od książki trudno się oderwać, gdyż każda perspektywa rzuca nowe światło na dotychczasowe wydarzenia.

Tę książkę polecam przede wszystkim osobom, które znalazły się na życiowym zakręcie, zmagają się z nagłą utratą stabilizacji lub próbują zdefiniować siebie na nowo, z dala od narzuconych ról i oczekiwań otoczenia. Trafi ona również do serc miłośników niejednoznacznych opowieści obyczajowych, którzy w literaturze szukają prawdy o relacjach, trudnych wyborach i cenie, jaką płaci się za sukces. Warto po nią sięgnąć, ponieważ działa jak oczyszczający kompas – nie serwuje łatwego pocieszenia, ale daje dojrzałą wiarę w to, że nawet głęboki kryzys może przynieść ostatecznie wyzwolenie i szansę na zbudowanie czegoś bardziej autentycznego.

​W ostatecznym rozrachunku „Bez planu B” okaże się książką niezwykle mądrą. Rozsypanie się misternie układanego harmonogramu bywa tu jedyną szansą na odzyskanie wewnętrznej wolności. Tyma historią zostaje pod powiekami na długo po przewróceniu ostatniej strony, niosąc ze sobą kojące przeświadczenie, że dopóki starcza nam tchu, żadna porażka nie jest ostateczna, a najpiękniejsze scenariusze pisze dla nas los właśnie wtedy, gdy zabraknie nam planu awaryjnego.

POROZMAWIAJMY:

Zostawiam Was z tym pytaniem na koniec: czy macie swój plan awaryjny na wypadek, gdyby rzeczywistość nagle zniszczyła świat, który tak starannie wokół siebie budujecie? Dajcie znać w komentarzach, jak radzicie sobie z życiowymi zakrętami.

[Zakup własny].