Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lira. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 maja 2026

Maska profesjonalizmu i lęk przed bezbronnością – „Zanim spadnę” Joanny Wtulich jako bolesna lekcja autentyczności



Budujemy wokół siebie misterne fortece z chłodu i profesjonalizmu. Wierzymy naiwnie, że nienagannie skrojona zbroja uchroni nas przed chaosem cudzych emocji i wspomnień. W świecie celebrującym nieugiętość wrażliwość staje się wstydliwą skazą. Ukrywamy ją pod maską ironicznego dystansu, myląc bezpieczną izolację z autentyczną siłą. Prawdziwa tragedia nie polega jednak na samym zranieniu. Kluczowy jest moment, w którym tarcza, mająca nas bronić, zamienia się w szczelną celę. Właśnie tę dotkliwą anatomię wyobcowania bierze na warsztat Joanna Wtulich w powieści „Zanim spadnę”. Udowadnia przy tym, że prawdziwy ratunek zaczyna się dopiero w chwili, gdy odważymy się stracić grunt pod nogami.

W sercu tej opowieści pulsuje powrót, który nie jest sentymentalną podróżą. To brutalna konfrontacja z ruinami przeszłości. Główna bohaterka ucieka z chłodnego blichtru korporacyjnej Warszawy i trafia do prowincjonalnego mikrokosmosu. Tam każde spojrzenie sąsiada zdaje się wykrzykiwać oskarżenie. Duszna atmosfera małego miasteczka, przesiąknięta zapachem wilgotnych murów i niewypowiedzianych pretensji, staje się dla niej więzieniem bez krat. Małomiasteczkowa społeczność działa tu niczym żywy, oceniający organizm, przed którym nie sposób się schować. To tutaj, w cieniu dawnych win i gorzkich rozczarowań, jej starannie wyreżyserowane życie zaczyna przeciekać. Konieczność zmierzenia się z echem własnych wyborów staje się katalizatorem nieodwracalnych zmian. Pisarka zmusza Milenę do porzucenia roli chłodnej profesjonalistki. Bohaterka staje się kimś znacznie trudniejszym do zaakceptowania – osobą bezbronną i szczerą, co otwiera pole do eksploracji głębszych ran.

Twórczyni tka gęstą sieć motywów. Splatają się w niej ciężar prowincjonalnej dulszczyzny oraz desperacka walka o zachowanie resztek godności w obliczu porażki. Odnajdziemy tu wnikliwy dyskurs o naturze przebaczenia. Nie jest to proces wielki i filmowy, lecz ciche wybaczanie samemu sobie. W centrum emocjonalnego wiru stoi postać zbudowana z paradoksów. Jest atakująca na zewnątrz, a w środku doszczętnie zdewastowana przez własną bezwzględność. Ten wewnętrzny demontaż muru nieuchronnie prowadzi ją do punktu, w którym jedynym ratunkiem przed upadkiem staje się drugie, równie mocno poturbowane przez życie serce.

Pierzchliwa natura kobiety staje się tragicznym świadectwem tego, jak łatwo ulegamy złudzeniu zewnętrznego wizerunku. Mylimy wyuczone wyrachowanie z brakiem uczuć. Często nie dostrzegamy, że maska osoby dyktującej twarde warunki zrasta się z twarzą najszczelniej u tych, którzy sami zostali wielokrotnie sponiewierani przez los. To okrutny paradoks. Ktoś, kto wyznacza rytm relacji poprzez zadawanie bólu, w rzeczywistości jest najbardziej skrzywdzony. Ukrywa ona pod warstwą chłodu kogoś, kto już dawno zapomniał, jak to jest nie czuć lęku.

Autorka przypomina nam, że za każdą prowokacją i każdą surową kalkulacją może stać jedynie próba zagłuszenia echa własnego cierpienia. Milena, choć w oczach świata uchodzi za bezwzględną i pozbawioną skrupułów, w głębi duszy pozostaje więźniem dawnych lat. Ucieka przed ponowną bezbronnością. Wątek romantyczny daleki jest tu od przesłodzonych klisz. To raczej surowy dialog dwóch poranionych dusz. W kontrapunkcie do protagonistki staje postać męska. To człowiek, który pozornie zdaje się akceptować swoją kruchość, lecz w rzeczywistości – podobnie jak Milena – ukrywa się za fasadą kłamstw i niedopowiedzeń. Ich relacja staje się przez to niebezpieczną grą, w której prawda o jego przeszłości wciąż czeka na odkrycie, rzucając cień na rodzące się uczucie. To on staje się dla niej największym wyzwaniem, widząc w „modliszce” przerażone dziecko, podczas gdy sam nosi maskę, której Milena nie potrafi jeszcze przeniknąć.

​Obcowanie z tą prozą wywołuje duszny niepokój, który z czasem ustępuje miejsca głębokiemu współczuciu. Losy protagonistki rezonują z nami najmocniej w chwilach, gdy uświadamiamy sobie, jak często sami budujemy zapory, by uniknąć odrzucenia. Książka skłania do wymagającej refleksji. Czy nasza siła nie jest jedynie wyuczonym mechanizmem obronnym? Czy to, co nazywamy kontrolą, nie jest w istocie paraliżującym lękiem przed byciem zobaczonym w swojej niedoskonałości? Ten ładunek emocjonalny znajduje swoje odbicie w samej strukturze tekstu.

W warstwie warsztatowej autorka uderza bezwzględną trafnością języka. Z jednej strony chłodzi on emocje korporacyjnym dystansem, a z drugiej uderza z siłą poetyckiego nokautu. Taka konstrukcja sprawia, że niemal fizycznie odczuwamy narastający w Milenie chłód. Buduje to niesamowite napięcie między dystansem a empatią. Tempo akcji przypomina kontrolowany upadek. Zaczyna się od pozornego spokoju, by stopniowo nabierać niszczycielskiej prędkości. Nie mamy czasu na zaczerpnięcie tchu. Właścicielka pióra unika zbędnych ozdobników, stawiając na mięsiste dialogi i duszny klimat. Każdy drobny gest czy przemilczenie przybliża nas do nieuniknionej katastrofy, od której nie sposób oderwać wzroku.

Przyznaję, że na początku naszej literackiej drogi bohaterka nie wzbudziła mojej sympatii. Jej oschłość i dystans tworzyły barierę, którą trudno było mi przebić. Jednak w miarę lektury moje odczucia zaczęły mocno rezonować z głównym przesłaniem książki. Zrozumiałam, że mój początkowy, błędny osąd był jedynie reakcją na maskę, którą Milena tak skrzętnie prezentowała światu. Dopiero gdy pisarka pozwoliła mi zajrzeć w zacisze jej domu i duszy, poczułam z nią głęboką więź. Tam, bez czujnych oczu obserwatorów, mogła wreszcie zrzucić skorupę i ukazać swoje prawdziwe oblicze. To było rozdzierające, a jednocześnie oczyszczające przeżycie. Patrzyłam, jak traci wszystko, by wreszcie odnaleźć siebie. Ta historia przypomniała mi, że nasza kruchość nie jest błędem, lecz dowodem na to, że wciąż potrafię czuć.

​Właśnie dlatego tę powieść polecam każdemu, kto w literaturze szuka prawdy zamiast łatwych pocieszeń. Kieruję ją do tych, którzy czują, że ich własna strefa bezpieczeństwa stała się zbyt ciężka. Warto po nią sięgnąć dla bezkompromisowego portretu psychologicznego. On nie ocenia, lecz próbuje zrozumieć mechanizmy ludzkiego lęku. Siła tego przekazu tkwi w jego brutalnej szczerości oraz odwadze w stawianiu pytań o granice naszej odporności. Najpiękniejsze rzeczy buduje się często na zgliszczach dawnych pozorów.

Pisarka zostawia nas w finale z przejmującym przesłaniem. Prawdziwe wyzwolenie nie rodzi się z sukcesu czy perfekcyjnej autokontroli, lecz z bolesnej odwagi bycia bezbronnym. Przekonuje ona, że każdy z nas ma prawo do swoich pęknięć. Uznanie własnej poturbowanej natury jest jedyną drogą do budowania relacji opartych na prawdzie. Autentyczność nie jest słabością, lecz najwyższą formą odwagi. Prawdziwe życie zaczyna się dopiero tam, gdzie kończy się kontrola. Choć upadek bywa przerażający, daje on szansę na zburzenie starego porządku. Pozwala zbudować coś, co wreszcie będzie oparte na szczerości, a nie na strachu.

W gruncie rzeczy historia Mileny to lustro. Odbija się w nim nasza wspólna tęsknota za byciem przyjętym bez filtrów i retuszu. Wtulich przypomina, że lądowanie na twardym gruncie bywa bolesne. Jednak dopiero z tej perspektywy widać niebo takim, jakie jest naprawdę – bez barier, które sami wznosimy. To lektura dla tych, którzy mają odwagę przestać tylko trwać i zacząć wreszcie czuć.

[Zakup własny].

czwartek, 18 kwietnia 2024

"Srebrne wrzeciono" Ewa Sobieniewska

ycie nas kobiet nigdy nie było łatwe. Już dzieje historii pokazują, jak trudno było nam żyć w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Zakuwając nas w kajdany konwenansów i bezwzględnego posłuszeństwa sprowadzali kobietę do roli posłusznej żony i matki ich dzieci. To oni mieli prawo napisać za kobietę scenariusz jej życia, a ona zgodnie ze swoją powinnością miała się mu podporządkować i będąc posłuszną, oddaną panu swojego losu pokornie go wypełniać. Choć dziś nadal wiele drzwi na drodze rozwoju i samorealizacji, pozostaje dla nas zamkniętych właśnie z racji płci, to trzeba przyznać, że wiele się w tej kwestii zmieniło. Teraz wydaje się to tak proste i oczywiste, że niestety zapominamy, jak wielką odwagą siłą i poświęceniem musiały wykazywać się kobiety wiele lat wstecz, abyśmy my miały szansę na lepszą przyszłość, w której słowo kobieta nabierze należnego mu znaczenia, a nie będzie inwektywą, jak bywało dawniej. Na szczęście są wspaniali autorzy i ich książki, którzy wkładają mnóstwo serca, pracy i zaangażowania w to, aby poprzez to, o czym piszą nie pozwolić nam zapomnieć i na pewno również mocno trafić do świadomości swoich czytelników. A piszę o tym kochani dlatego, że właśnie dziś chciałabym opowiedzieć wam o książce Ewy Sobolewskiej „Srebrne wrzeciono”, która niewątpliwie do takich książek należy.

Autorka oddała w nasze ręce swój wspaniały debiut literacki. Już teraz mogę zdradzić, że jest to mocno zajmująca, poruszająca i refleksyjna powieść historyczna. Na jej kartach poznajemy tak naprawdę dwie zupełnie różne bohaterki, które wydawałoby się, dzieli wszystko, a w istocie łączy bardzo wiele. Ich chwytające za serce i bez wątpienia wzbudzające w nas czytelnikach podziw i uznanie koleje losów poznajemy na dwóch płaszczyznach czasowych.

Przystępując do lektury powieści, zostajemy przeniesieni do roku 1640 i trafiany do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Tu poznajemy Vaivę. Młodą, piękną dziewczynę, która w tamtejszej społeczności cieszy się złą sławą. Jest uznawana za czarownice. Diabelskie nasienie, które na ludzi, pośród których żyje, może ściągnąć samo zło. Dla takich jak ona nie ma miejsca na świecie, a piętno, jakim została obarczona, sprowadza na nią widmo śmierci poprzez spalenie na stosie. Dziewczyna wzbudza w mężczyznach pożądanie, co sprawia, że nie może szukać pomocy u kobiet, które pałają do niej tylko nienawiścią i zawiścią. Przemawia przez nie zazdrość. Jest ktoś, kto chce mieć ją tylko dla siebie, ale ona chce móc decydować o sobie i sprzeciwia się woli innych. Jak się przekonacie, czytając książkę, za ten sprzeciw będzie musiała zapłacić bardzo wysoką cenę. Staje się on bowiem początkiem trudnej walki o siebie i swoje życie. Vaiva wkracza na drogę pełną bólu, upokorzeń, cierpienia i niepewnej przyszłości.

Jak już wcześniej wspomniałam, ta historia ma też drugą bohaterkę. Jest nią Wiktoria. Córka powstańca listopadowego. My czytelnicy do życia panienki Wiktorii wkraczamy ponad 200 lat później i stajemy się jego częścią od jej lat dzieciństwa. Wspólnie z nią przeżywamy śmierć ojca, która, choć ona sama jeszcze o tym nie wie, diametralnie odmieni jej życie. A wszystko to za sprawą kogoś, kto nie tylko będzie chciał zająć miejsce ojca, ale także pokierować jej życiem według własnego uznania niekoniecznie myśląc o jej dobru. Szlachcianka nie godzi się na życie u boku tego, którego wybrał dla niej ojczym. Bo właśnie taki los by ją czekał. Ucieka i szuka schronienia przed tym, którego odrzuciła. Wie jednak, że ten wiele może i tylko jeśli porzuci dotychczasowe życie i swoją tożsamość być może zdoła uniknąć karzącej ręki urażonej męskiej dumy. Oczywiście nie zdradzę Wam zbyt wiele, abyście sami mogli odkrywać złożoność perypetii tej młodej kobiety, ale mogę wam zdradzić, że los postawi ją przed wieloma trudnymi wyborami i decyzjami, które w pewnym momencie nie będą miały wpływu tylko na jej życie, ale także na życie kogoś, kogo pokocha. Bo oczywiście jest to także powieść o miłości. Miłości pięknej, ale też takiej, dla której trzeba będzie wiele poświęcić i zaryzykować. Takiej, dla której dobra trzeba będzie się ukorzyć.

„Srebrne wrzeciono” to piękna, niezwykle klimatyczna opowieść o kobietach, które pragnęły być wyłącznymi prządkami swojego losu na wrzecionie życia. Choć owo życie niejednokrotnie ofiarowało im nie najlepsze nici w postaci przeciwności i kłód rzucanych pod nogi, to one swoją siłą, odwagą, determinacją i cierpliwością nieustannie dążyły do tego, aby żyć w zgodzie ze sobą, własnym sercem i pragnieniami.

Jeśli sięgniecie po ten tytuł, do czego namawiam i zachęcam każdego, kto teraz czyta moją recenzję to macie moje słowo, że spędzicie czas z piękną książką, w której autorka wspaniale oddała realia czasów, w których dzieją się opisane na jej kartach wydarzenia. Zadbała o niemalże każdy detal. Z racji tego, że nasze bohaterki poznajemy w dwóch odległych perspektywach czasowych, różni się styl pisania, jakim autorka posługuje się, kreując ich życie. W rozdziałach poświęconych Vaivie zetkniemy się z ludową gwarą. Pisarka postarała się również, aby wiernie odzwierciedlić to, jak wówczas się żyło. Z książki dowiemy się, co wtedy jadano, jak się ubierano, jak się leczono. Poznamy również ciekawe legendy i opowieści. Na uwagę i uznanie zasługuje również bardzo ciekawy i zaskakujący sposób splecenia losów obu kobiet. Ewa Sobieniewska poddaje w rozważanie, kim tak naprawdę jest czarownica i możecie mi wierzyć, że każda z nas mogłaby zostać za nią uznana. A jeśli jesteście ciekawi dlaczego, nie pozostaje wam nic innego, jak przeczytać książkę, ponieważ tam właśnie czeka na was odpowiedź na to pytanie.

Nie mogłabym również nie wspomnieć o tym, że mimo iż jest to powieść historyczna to jednak w dużej mierze ma ona charakter ponadczasowy. Bo choć w życiu nas kobiet wiele zmieniło się na lepsze, to jednak nadal są sytuacje i problemy, z którymi musimy zmagać się tylko dlatego, że jesteśmy kobietami. Bywają sytuacje, kiedy wykazując się odwagą, by zaprotestować przeciwko czemuś, z czy się nie zgadzamy, musimy liczyć się ze skierowaną przeciwko nam krytyką. Autorka dzięki swojej książce daje nam wsparcie do tego, aby się nie poddawać. Nawet jeśli będziemy musiały przejść przez naprawdę trudne i bolesne przeżycia, to warto każdego dnia walczyć o siebie, bo nigdy nie wiemy, co czeka nas jutro. Z tą pozytywną myślą was zostawiam i mam nadzieje, że udało mi się zachęcić was do przeczytania książki.

Dla mnie była to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam i jestem przekonana, że wasze odczucia po odłożeniu jej na półkę będą zbieżne z moimi. Czytałam ją z wielkim zaangażowaniem, nie mogąc oderwać się od lektury. Obie jej bohaterki stały mi się bardzo bliskie. I od początku drżałam o ich dobro, trzymając mocno kciuki za szczęście, na które każda z nich bardzo zasłużyła. Nie obyło się również bez łez wzruszenia. Jeśli szukacie książki, która zapewni wam wielowymiarową i niezapomnianą podróż w czasie, ten tytuł będzie idealnym wyborem.

*Foto Ewa Sobieniewska.

(Materiał reklamowy) Autorka Ewa Sobieniewska.


wtorek, 4 grudnia 2018

Ty i ja, najmniejsze państwo świata.

To prawda. Życie to jedna wielka niespodzianka. Otwierasz własne pudełko życia i wyciągasz z niego różne chwile, te dobre i te złe, i nigdy nie wiesz, co znajduje się na samym dnie. Każdy kolejny dzień jak zagadka, którą należy rozwiązać.
Ten cytat pochodzący z książki Anny DąbrowskiejJedna chwila, z której recenzją dziś do Was przychodzę, doskonale odzwierciedla życie głównej bohaterki powieści - Emilii.

Emi jest młodą, atrakcyjną kobietą, która niestety ze swojego pudełka życia częściej wyciąga chwile złe. Te dobre są rzadkością. Co prawda w momencie, kiedy my czytelnicy zaczynamy towarzyszyć dziewczynie w jej codzienności, w pierwszej chwili odnosimy wrażenie, że za kilka tygodni spełni się największe marzenie prawie każdej kobiety, bowiem nasza bohaterka jest w trakcie przygotowań do własnego ślubu. Jednak już za chwilę, orientujemy się, że dla niej samej, nie jest to wcale taki wspaniały czas. Oczywiście nie zdradzę Wam, dlaczego, ale Emilia musi znaleźć w sobie odwagę i zdecydować, czy naprawdę chce tego małżeństwa.

W tym samym czasie kobieta wyjeżdża w podróż służbową, na której wspólnie z kolegą z pracy ma zaprezentować wynalazek, nad którym cały zespół długo i ciężko pracował. Jednak los i tym razem sprawia jej niemiłą niespodziankę, ponieważ już na lotnisku dowiaduje się, że jest to jej ostatnia misja, gdyż firma przestaje istnieć. Załamana kobieta musi lecieć sama do Londynu, co nie jest takie proste, ze względu na to, że zwyczajnie boi się latać. Na szczęście pomocną dłoń w trakcie lotu podaje jej tajemniczy mężczyzna, który od pierwszej chwili budzi w Emilii takie uczucia i emocje, jakich nigdy przez cały związek z Anatolem nie poczuła.
Matt proponuje Emilii niecodzienny, ale intrygujący układ, który będzie wymagał od niej odwagi i podjęcia ryzyka. Sprzeczne emocje toczą zaciekłą walkę w jej sercu. Jeśli chcecie przekonać się, co weźmie górę w starciu serca z rozumem, koniecznie sięgnijcie po książkę. Ja Wam niczego nie zdradzę. Powiem tylko, że nie zawsze będzie tak jak w bajce, że kopciuszek spotkał księcia i żyli długo i szczęśliwie, bowiem książę skrywa wiele tajemnic i Emilia będzie musiała znaleźć w sobie wiele siły, aby udźwignąć prawdę, a w swoim życiu z Anatolem również czeka ją ciężka przeprawa.

Jedna chwila” to napisana lekko i przyjemnie historia z bardzo autentycznie wykreowanymi bohaterami, którą czyta się z dużą ciekawością i w mgnieniu oka. Swobodny styl autorki sprawia, że przy lekturze tej powieści można się zrelaksować i przyjemnie spędzić czas w długie jesienne wieczory. Autentyczność postaci, o której wcześniej wspominałam, sprawia, że stają się oni nam bardzo bliscy, ale jednocześnie, jak było w moim przypadku, wzbudzają różne emocje.
Pozwólcie, że spróbuję pokrótce przybliżyć Wam ich portrety.

Zacznijmy, więc od Emilii, Jest to osoba, która jeszcze przed związkiem z Anatolem przeżyła wielką traumę, która zostawiła w niej swój ślad do dzisiaj. Zdarzenia, o których chciałaby na zawsze zapomnieć i wymazać je z pamięci odebrały jej wiarę i pewność siebie. Anatol miał być przyjacielem, który pozwoli jej odnaleźć utracony spokój, jednak sprawy zabrnęły za daleko i teraz jest ostatni moment na to, aby się wycofać.

Anatol to wyrachowany i pozbawiony uczuć wyższych facet, który nigdy nie powinien nazywać się mężczyzną. Dla niego liczą się tylko pieniądze, a kobietę sprowadza do roli marionetki, którą steruje i manipuluje według własnego uznania. Doskonale poznał słabości narzeczonej i wspólnie z matką, chce ją sobie podporządkować.

Matt to pewny siebie ujmujący mężczyzna, któremu nie oprze się żadna kobieta. Czarujący książę z bajki, przy którym Emilii miękną kolana i galopuje serce. Od pierwszej chwili mężczyzna emanuje aurą tajemniczości. To on chce dać Emilii szczęście, na które zasługuje i do którego ma prawo Chce jej pokazać, że jeśli tylko zaryzykuje ona i on mogą wspólnie zbudować najmniejsze państwo świata. Jak się przekonacie w trakcie lektury, pewność siebie Matta, jest tylko pozorna, ponieważ kiedy odkryje swoje skrzętnie skrywane tajemnice, przekonacie się, że jego, życie naprawdę nie jest łatwe, a on sam cierpi.

Nie możemy również zapomnieć o nie wspomnianej do tej pory przyjaciółce Emilii – Agnieszce. Jest to przykład przyjaciółki na dobre i na złe. Kiedy trzeba, pomoże i pocieszy Emilię, ale nie boi się też powiedzieć jej gorzkiej prawdy prosto w oczy. To taki anioł, który ciągnie naszą bohaterkę ku górze, kiedy ta upada, a jej cały świat legnie w gruzach.

Reasumując, gorąco polecam Wam najnowszą książkę Anny Dąbrowskiej. Autorce udało się połączyć lekkość pióra i poważne tematy, o których czytamy  na kartach powieści. Mamy tu bowiem poruszony problem przemocy, toksycznego związku, podnoszenia się z kolan, kiedy życie zwali nas z nóg, trudne wybory i decyzje.

Autorka zostawia dla swoich czytelniczek przesłanie, by czasem zaryzykować i odważyć się żyć chwilą, tu i teraz, bowiem kolejny dzień to już zagadka i nigdy nie wiadomo, co ze sobą przyniesie.

„Jedna chwila”, to pierwsza część trylogii. Ja już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po jej kontynuację, tym bardziej że takiego zakończenia się nie spodziewałam.

Napiszcie mi, proszę w komentarzach, czy Wy potraficie żyć chwilą i stawiać wszystko na jedną kartę podejmując ryzyko, czy raczej żyjecie bardziej zachowawczo i ostrożnie?

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Lira, za co bardzo dziękuję.


piątek, 28 września 2018

Niech dzieje się magia.

Moi drodzy dziś przychodzę do Was z recenzją książki Anny Dąbrowskiej „Zanim zniknę” Twórczość Ani jest dla mnie stosunkowo nowym doświadczeniem literackim, ponieważ do tej pory czytałam tylko jedną Jej książkę. Swoją przygodę z twórczością autorki rozpoczęłam, sięgając po „Nauczyciela tańca” i dosłownie zakochałam się w tej książce. (jeśli jeszcze nie mieliście okazji czytać mojej recenzji tej pozycji, serdecznie zapraszam do nadrobienia zaległości Klik). Już wtedy uznałam, że pióro Ani, jest moim odkryciem roku. Dziś przekonamy się, czy jego miano nie stało się przedawnione i powiedziane mocno na wyrost.

Poznajcie Wiktorię osiemnastoletnią dziewczynę, która zawsze była dobrze ułożoną, pełną życia i pasji nastolatką. Zwróćcie uwagę na to, że używam czasu przeszłego, ponieważ w chwili kiedy, my czytelnicy wkraczamy w życie dziewczyny, w jej sercu panuje mrok i smutek, Jej świat bowiem runął w gruzach po śmierci ukochanego ojca. A wszystkiemu winna jest jej matka, przynajmniej, tak myśli nasza bohaterka, Czy w istocie tak jest? Przekonajcie się sami. Córka czuje, ogromny żal do swojej rodzicielki, ponieważ ta cieszy się już nowym życiem u boku nowego partnera i jak zawsze nie licząc się ze zdaniem córki, wywraca jej i tak już zdruzgotany świat do góry nogami, decydując się na przeprowadzkę do innego miasta. Wyrwana z dobrze znanego sobie środowiska, nasza bohaterka musi odnaleźć się w nowej szkole, wśród osób, do których zdaje się zupełnie nie pasować. Nic nie jest w stanie ukoić bólu i wypełnić pustki w jej duszy. Dawniej, kiedy czuła potrzebę wyrażenia siebie i tego, co w danej chwili czuje, czyniła to poprzez muzykę. Siadała do swojego ukochanego pianina i grała melodie płynące z głębi serca. Jednak wraz z odejściem jej ojca umarła jej pasja. Przyrzekła sobie, że już nigdy więcej nic nie zagra. Od teraz jej celem stało się sprawianie cierpienia matce. Wiktoria chce, aby cierpiała równie mocno, jak ojciec cierpiał przez nią. Zdeterminowana dziewczyna chce zdobyć uznanie w oczach, kolegi z klasy - Maksa, który próbuje sprowadzić nową koleżankę na złą drogę. Pokazuje jej tę stronę życia, która niestety daje tylko pozorne poczucie wolności i panowania nad własnym życiem.
Na szczęście w życiu Wiktorii pojawia się ktoś, kto wyciąga do niej pomocną dłoń. Przystojny i intrygujący Syriusz jest młodym mężczyzną, którego spowija tajemnica. Z biegiem czasu serce dziewczyny zaczyna mocniej bić i wyrywa się do czarującego, ale skrywającego tajemnicę Syriusza.
Jeśli jesteście ciekawi, czy chłopak odwzajemni uczucie naszej bohaterki, a  co najważniejsze, czy sekret, który skrywa, nie przekreśli tej miłości, nie męczcie się dłużej trawieni niepewnością, po prostu przeczytajcie „Zanim zniknę”.

Ta książka to historia niezwykła i magiczna, Autorka porusza w niej bardzo ważną i trudną tematykę, jaką bez wątpienia jest śmierć bliskiej osoby. Wiktoria jest zagubioną dziewczyną, która nie potrafi poradzić sobie z własnym cierpieniem. Zaślepiona przez własną rozpacz, nie chce słuchać matki. Łatwiej jest kogoś atakować, krytykować i oceniać niż wysłuchać, bo prawda boli. Jednak pamiętajmy, każdy ma swoje tajemnice. Życie nigdy nie jest tylko czarne albo tylko białe. Ale czy dziewczyna to zrozumie i pogodzi się z matką? A co najważniejsze, czy pozwoli sobie pomóc i w porę dostrzeże, kto tak naprawdę jest prawdziwym przyjacielem i co tak naprawdę jest istotą prawdziwej przyjaźni? Czy odnajdzie swoją drogę i zazna wreszcie spokoju i szczęścia? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań skrywają oczywiście karty powieści.

A teraz zdradzę Wam bardzo istotną ciekawostkę, która czyni historię oddaną przez Anię w ręce swoich czytelników, jak już wcześniej wspomniałam magiczną. Otóż w całą fabułę został wpleciony wątek paranormalny. Magia tej książki sprawiła, że nie mogłam się od niej oderwać i przeczytałam ją dosłownie w kilka godzin. Bardzo realną i życiową stronę trudnych doświadczeń nastolatki doskonale uzupełnia magiczna i wyjątkowa aura. Nie chcę Wam zbyt wiele zdradzić, ale według mnie ten paranormalny wątek ma w powieści bardzo symboliczny wymiar. Mocno wierzę w to, że każdy z nas na co dzień doświadcza wielu magicznych chwil, ale niestety zabiegani, skupieni na realizmie życia nie jesteśmy w stanie tego dostrzec i poczuć.

Jeśli chodzi o samych bohaterów książki, to zarówno Wiktoria, jak i jej rodzina stali mi się bardzo bliscy. Szkoda mi było zarówno miotającej się emocjonalnie Wiktorii, jak i jej matki, której cierpiące serce krajało się, nie mogąc znaleźć porozumienia z własnym dzieckiem. Szczerą sympatią obdarzyłam również samego Syriusza. Zapewniam Was, że taki przyjaciel w życiu to prawdziwy skarb.
Niestety znaleźli się również tacy bohaterowie, których miałam ochotę rozerwać na strzępy. Jedną z takich osób była przyjaciółka Maksa - Eli. Sam Maks również wywołał we mnie ambiwalentne uczucia.

Kończąc muszę Wam się przyznać, że zakończenie książki bardzo mnie wzruszyło i chwyciło  za serce. Lektura książki pochłonęła mnie bez reszty. Gorąco polecam Wam ten tytuł. „Zanim zniknę”, to zapadająca głęboko w serce historia o cierpieniu, stracie, miłości i przyjaźni, Kochani nie zwlekajcie dłużej z lekturą tej książki. Niech dzieje się magia.

Za możliwość lektury książki dziękuję wydawnictwu Lira i Autorce.


czwartek, 16 sierpnia 2018

Księżniczka i żebrak.

Kochani. Dziś poruszymy bardzo ważny, a zarazem dający do myślenia temat, jakim jest miłość matki do dziecka i to, jak wiele właśnie dla dobra dziecka jest w stanie znieść matka. Zapewne zgodzicie się ze mną, że dla prawie każdej kobiety, która zostaje matką, nadrzędnym celem jest, aby zbudować dla swojego potomstwa szczęśliwą rodzinę, w której będzie ono czuło się szczęśliwe, kochane i bezpieczne. Co jednak powinna zrobić matka, jeśli dla szczęścia dziecka poświęca szczęście własne? 

Przed takim właśnie  dylematem stanęła główna bohaterka powieści Małgorzaty Falkowskiej „Paleta marzeń”, ale trochę więcej szczegółów zdradzę Wam już za chwilę. 

Zacznijmy od tego, że w momencie, kiedy my czytelnicy mamy możliwość śledzić perypetie Magdy, bo to jej będziemy towarzyszyć, poznając wydarzenia opisane na kartach powieści, kobieta właśnie za kilka godzin ma zjawić się w sądzie na swojej sprawie rozwodowej. Zapewne teraz myślicie sobie, że nasza bohaterka jest załamana i zrozpaczona, bo przecież jej życie rodzinne legło w gruzach. I tu Was zaskoczę, otóż dla Magdy jest to jedna z najpiękniejszych chwil życia, gdyż udało jej się wyrwać z trwającego pięć lat toksycznego związku. 


Już czułam zmiany. Dla rozwódki powietrze pachnie inaczej, ptaki śpiewają piękniej, a ludzie wydawali się bardziej przyjaźni”. 

Teraz młoda, bo zaledwie dwudziestojednoletnia kobieta, chce zapomnieć o przeszłości i zapewnić swojej ukochanej córeczce Poli spokój i bezpieczeństwo po tym, przez co przeszła, bo jak wiadomo, rozstanie rodziców zawsze jest dużym wstrząsem dla dziecka. Za swój nadrzędny cel młoda mama postawiła sobie, że nie pozwoli, aby ktokolwiek jeszcze kiedyś skrzywdził jej córkę. Można by odnieść wrażenie, że Magda ma jak najlepsze warunki do tego, aby zacząć wszystko od nowa, ponieważ z racji tego, że miesza z zamożnymi rodzicami, nie musi martwić się problemami finansowymi, co, jak doskonale wiecie, dla samotnej matki ma ogromne znaczenie. Niestety, rzeczywistość nie jest tak optymistyczna, bowiem tłamszona przez własną matkę Magda, nie może realizować własnych pasji i marzeń, jednak wszystko cierpliwie znosi.
Pewnego dnia jednak dzieje się coś, co burzy z trudem zbudowany spokój matki. Dziewczyna dowiaduje się, że uliczny malarz bezprawnie wykorzystał wizerunek małej Poli do udziału w konkursie. Jak przystało na prawdziwą matkę Magda, staje na straży dobra córki i składa przeciwko młodemu artyście pozew do sądu. Nie wie jeszcze, że decyzja sędziego odmieni na zawsze jej życie. Nie myślcie, że zdradziłam Wam zbyt wiele, bo jest to zaledwie początek tego, co przygotowała dla swoich czytelników autorka. Magda i Alek są na siebie skazani. Ale czy przymus przerodzi się w chęć przeżycia czegoś więcej? Odpowiedzi na to pytanie musicie poszukać sami podczas lektury.

Powiem Wam tylko jedno. W przypadku tej dwójki nic nie jest oczywiste. Magda i Alek pochodzą z zupełnie różnych środowisk i oboje doskonale zdają sobie sprawę, że ich spotkanie jest niczym zderzenie dwóch obcych sobie światów. Magda nie może również zapomnieć o tym, że jest przede wszystkim matką. Wkrótce będzie zmuszona stoczyć walkę serca z rozsądkiem. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak potoczą się losy księżniczki i żebraka, sięgnijcie po „Paletę marzeń”. 

Jeśli chodzi o samych bohaterów, to poprzez to, jak czytelnik postrzega ich oboje na początku i to, czego dowiaduje się o ich przeszłości i teraźniejszości wraz z biegiem fabuły, autorka chce uświadomić nam, że pierwsze wrażenie o drugim człowieku może być bardzo mylące i dopóki nie poznamy kogoś bliżej, nie powinniśmy zbyt pochopnie go oceniać. Często to, co widzą oczy, jest tylko maską i pancerzem ochronnym przed cierpieniem, a to, co najważniejsze i prawdziwe skrywane jest głęboko w nas. 

Co prawda, autorce nie udało się uniknąć w swojej książce schematów, ale mnie one zupełnie nie przeszkadzały. A nawet powiem więcej, wśród tych schematów znalazłam coś, z czym nie spotkałam się dotąd w żadnej innej książce. Chodzi mi o rozwiązanie, jakie sędzia prowadzący rozprawę sądową z powództwa Magdy przeciwko Alkowi, zaaprobował, aby oboje mogli ochłonąć i rozwiązać problem niejako we własnym zakresie. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej, nie pozostaje Wam nic innego, jak bezzwłocznie sięgnąć po książkę Pani Małgorzaty, do czego serdecznie Was zachęcam, ponieważ jest to naprawdę dobra książka, którą dzięki lekkości pióra autorki czyta się bardzo szybko i z ogromną przyjemnością. 

Nie mogę w przypadku tej książki nie poruszyć kwestii okładki, która, choć bardzo mi się podoba, to w moim odczuciu może być ona bardzo myląca w odniesieniu do fabuły powieści. Sugerując się okładką, możemy odnieść wrażenie, że poznamy kolejną cukierkową historię jakich wiele. Tymczasem na pewno nie znajdziemy w tej książce cukru i lukru. 
Wręcz przeciwnie będziemy musieli zmierzyć się ze wspomnieniami toksycznego związku, przemocy, upokorzenia. Będziemy również światkami próby rozpoczęcia lepszego życia po przeżytej traumie, Magda będzie musiała odpowiedzieć sobie na wiele trudnych pytań i podjąć jeszcze trudniejsze decyzje, które zaważą na reszcie jej życia, a wybór nie jest oczywisty, ponieważ w grę wchodzi dobro dziecka. 

W tym miejscu na zakończenie chciałabym zadać Wam, dwa pytania. Po pierwsze, czy matka powinna trwać w związku, który ją unieszczęśliwia dla dobra dziecka, przedkładając własne dobro nad jego szczęście? Oraz pytanie drugie, czy według Was osoba, która była tyranem w związku, zasługuje na to, by dać jej drugą szansę? 

Zapraszam do dyskusji w komentarzach. 

Reasumując, książkę oczywiście polecam. Gwarantuje Wam, że spędzicie z nią bardzo miło czas, a jednocześnie, te kilka godzin, jakie spędzicie na jej lekturze, zaowocuje wieloma przemyśleniami na bardzo trudne tematy, które wymusza na nas samo życie. 

Zachęcam Was również do zapoznania się z całą ofertą  bestsellerów księgarni Tania Książka.



poniedziałek, 21 maja 2018

Chłopak z dzielnicy rapu.

Moi drodzy dziś porozmawiamy o uczuciach i sposobie ich wyrażania. Zapewne zgodzicie się ze każdy człowiek jest inny i każdy inaczej wyraża to, co dzieje się w jego głowie i sercu. Jedni z nas są, jak otwarte książki i bez problemu uzewnętrzniają się przed innymi, kiedy inni są skryci i wszelkie emocje za wszelką cenę starają się ukryć przed światem zewnętrznym. Dziś opowiem Wam o chłopaku z dzielnicy rapu, który siebie wyraża poprzez taniec.

Dominik, główny bohater powieści Pani Anny Dąbrowskiej „Nauczyciel tańca” jest młodym chłopakiem, którego sensem i treścią życia jest taniec. To właśnie dzięki niemu może wyrzucić z siebie złość i poczucie krzywdy, wyrządzonej mu przez tych, którzy mieli go chronić. Dziś jako młody mężczyzna pozostawiony sam sobie, wspólnie z grupą przyjaciół, którzy są jego jedyną rodziną, każdego dnia musi walczyć o siebie. W obawie przed ponownym zranieniem i cierpieniem robi wszystko, aby uciec przed uczuciami. Jedyne o czym marzy, to aby tańczyć i zarażać miłością do swojej pasji innych. Wkrótce jego uczennicą zostaje Sara, dziewczynka, która wskutek traumatycznych przeżyć przestała mówić. Dziewczynką opiekuje się jej siostra Kaja. Jak nie trudno się domyślić między Kają i Dominiką zaczyna iskrzyć. Jeśli jednak myślicie, że będzie to historia miłości usłanej różami, to nic bardziej mylnego. To uczucie jest drogą przez ciernie. Pełno w nim cierpienia, lęku i obaw. 

Dominik i Kaja pochodzą z zupełnie innych światów, ale jest, coś co ich łączy. Oboje boją się kochać. On trawiony przez demony przeszłości nie potrafi zaufać i zbliżyć się do żadnej kobiety. Chyba, że na swoich jasno określonych warunkach. Dla niej najważniejsze jest dobro siostry i skrywana od lat tajemnica. Jednak rozsądek to jedno, a serce, to zupełnie coś innego. Co stanie się z ich uczuciem, kiedy poznają o sobie całą prawdę? A zapewniam Was, że prawda nie zawsze wyzwala, czasami może zniszczyć. Ale o tym musicie przekonać się już sami.

Muszę powiedzieć Wam szczerze, że mam już dość książek o przesłodzonej, cukierkowej miłości, dlatego biorąc do ręki „Nauczyciela tańca” podchodziłam do tej książki z dystansem w obawie przed rozczarowaniem kolejną schematyczną historią, tym bardziej, że było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Pani Ani i nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Ku mojemu ogromnemu zadowoleniu moje wszelkie obawy okazały się bezpodstawne. Na kartach „Nauczyciela tańca” otrzymałam wyjątkową, emocjonalną powieść, od której nie mogłam się oderwać. Jej bohaterowie są tak wspaniale wykreowani, że aż wręcz trójwymiarowi, a co za tym idzie, bardzo autentyczni. Ich dopracowane portrety psychologiczne pozwalają czytelnikowi od początku do końca obserwować ich metamorfozy, które dokonują się w nich wraz z rozwojem, kolejnych wydarzeń.

Jeśli szukacie książki, która pochłonie Was bez reszty, zapewniając od pierwszego do ostatniego jej zdania szeroki wachlarz emocji ta książka jest właśnie dla Was. Tu wszystko, co przeżywają Dominik, Kaja i Sara jest tak wyraziste, że czytelnicy podczas lektury niemalże czują to, co oni. Wszystko to, sprawia, że uwaga czytelnika jest tak mocno skupiona na fabule, iż nawet nie zauważamy jak szybko lektura dobiega końca. Autentyczność i wyrazistość bohaterów, o czym wspominałam wcześniej sprawiało, że bardzo mocno się z nimi zżyłam i kibicowałam im, aby udało się im stawić czoła wszystkiemu, co trawiło ich dusze i zaznali spokoju i miłości na którą bez wątpienia wszyscy zasługują. 

Dziś już wiem, że popełniłam ogromny błąd nie sięgając wcześniej po książki Pani Ani. Teraz oczywiście chcę przeczytać wszystkie Jej pozostałe książki, które jak wieść niesie są równie dobre, jak „Nauczyciel tańca”. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że autorka dołączy do grona moich ulubionych autorek. 

Jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki, zróbcie to jak najszybciej, bo lektury tak bardzo dobrej książki nie można odkładać na później. Czeka na Was wyjątkowa opowieść o cierpieniu, walce z tym, czego nie widać, a co jest naszym największym wrogiem - bolesnymi wspomnieniami. Znajdziecie tu również to, co najpiękniejsze, miłość, która choć nie jest łatwa daje siłę, nadzieję i kruszy nawet najtwardsze mury.

"Nie ma takich rzek, których nie byłbym w stanie przepłynąć. Nie ma takich mostów, których nie byłbym w stanie przejść. Nie ma takiego miejsca, w którym bym cię nie odnalazł."
Jako psycholog na zakończenie pozwolę sobie zostawić Wam małą radę, wskazówkę która może pomóc Wam samym, komuś Wam bliskiemu albo znajomemu. Jeśli macie problem z wyrażaniem tego, co przeżywacie i czujecie i kumulujecie swoje emocje, nie musicie o nich mówić słowami, aby zostać usłyszanym i zrozumianym. Możecie wyrazić siebie poprzez właśnie taniec, malarstwo, rysunek, poezję, bądź po prostu w najprostszych słowach pisząc pamiętnik. Najważniejsze jest to, abyście nie tłumili emocji.

Za tak emocjonalną i wyjątkową lekturę serdecznie dziękuję wydawnictwu Lira.