Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lipca 2026

"To nie jest rozmowa na telefon” Jakuba Bączykowskiego – o odwadze mówienia „nie” i włoskim apetycie na życie.

Istnieje w naszym społeczeństwie ciche, niemal bezgłośne przyzwolenie na to, by czas osób starszych traktować jak wspólny zasób. Każdy czerpie z niego bez pytania. Często nieświadomie zmieniamy rodziców w instytucje – darmowe pogotowie opiekuńcze czy emocjonalne zaplecze. Zapominamy przy tym, że pod rolą babci czy dziadka wciąż tętni człowiek z unikalnym głosem i pragnieniami. Ta subtelna granica między miłością a eksploatacją zaciera się najszybciej w codziennej rutynie. To tam w ciszy przełyka się niewypowiedziane żale, byle nie psuć rodzinnych relacji. Właśnie ten gęsty od przemilczeń klimat staje się fundamentem powieści Jakuba Bączykowskiego pt. „To nie jest rozmowa na telefon”. Autor z niebywałą wrażliwością przygląda się momentowi, w którym cierpliwość ustępuje miejsca potrzebie samostanowienia. Rodzinne więzi zostają poddane próbie prawdy.

Główna bohaterka, Krystyna Barańska, to postać, którą wielu z nas rozpozna w swoich mamach czy sąsiadkach. Jako emerytowana bibliotekarka mogłaby wreszcie odcinać kupony od lat pracy. Marzy o odkrywaniu uroków śródziemnomorskiej kuchni i nauce języka, który ma być przepustką do podróży do Italii. Ta fascynacja słonecznym południem nie jest jedynie hobby. To potężna metafora wolności i barw, stanowiąca jaskrawy kontrast dla szarej rutyny oraz dusznych oczekiwań najbliższych.

Rzeczywistość ma jednak twarz jej córki, Agnieszki. Kobieta traktuje dom matki jak darmową filię przedszkola. Wpada bez uprzedzenia z dziećmi, z góry zakładając, że babcia znów będzie na posterunku. Pisarz bezbłędnie punktuje położenie bohaterki zawieszonej między lojalnością wobec rodziny a potrzebą odzyskania autonomicznej przestrzeni. Kiedy córka zapowiada kolejną „niespodziankę”, będącą w domyśle nowym obowiązkiem, w Krystynie zaczyna kiełkować opór. Cichy, ale stanowczy.

Postawa dorosłych dzieci staje się w opisywanej historii bolesnym odniesieniem dla wielu współczesnych rodzin. Bączykowski trafnie kreśli moment, w którym syn i córka, pochłonięci problemami, przestają widzieć w matce odrębną kobietę. Dostrzegają jedynie funkcję – opiekunki lub ratunku w tarapatach. Taka asymetria budzi w czytelniku naturalny sprzeciw. Proza ta obrazuje bowiem, jak łatwo pod płaszczykiem troski przemycić czysty egoizm. Krystyna lawiruje między oddaniem a poczuciem wykorzystania. Staje się symbolem rodziców, którzy boją się, że wyznaczenie granic zostanie odebrane jako brak miłości.

W tym kontekście kluczową rolę odgrywa prowadzony przez bohaterkę klub czytelniczy. Od początku nie ma on służyć wyłącznie jako miejsce spotkań i rozmów o książkach. To przestrzeń, w której regularne dyskusje z grupą kobiet mierzących się z podobnymi wyzwaniami stają się katalizatorem zmian. Perspektywa rówieśniczek pozwala Krystynie spojrzeć na codzienność z dystansem. Wspólne wieczory dodają jej sił. Dzięki nim przestaje być jedynie obserwatorką cudzych losów i zaczyna pisać autentyczny scenariusz życia.

Dzięki takiemu ujęciu proces nauki asertywności nabiera uniwersalnego znaczenia. To nie tylko walka o wolny czas. To przede wszystkim bitwa o godność i prawo do bycia kimś więcej niż tylko opiekunką na zawołanie. Uświadamiamy sobie, że „nie” powiedziane innym, często jest najważniejszym „tak” powiedzianym samemu sobie.

Wszystkie te wielowarstwowe tematy poruszane są z niezwykłą lekkością. Autor unika moralizatorstwa, stawiając na wnikliwą obserwację i subtelny humor sytuacyjny. Często wynika on z dociekliwego spojrzenia wnucząt, których autentyczna ciekawość świata i ludzkich zachowań skutecznie rozładowuje napięcie w najtrudniejszych momentach. Tytułowa fraza urasta tu do rangi symbolu powierzchowności. W dzisiejszym świecie łatwiej wysłać szybką wiadomość niż skonfrontować się z emocjami twarzą w twarz.

Poprzez losy Krystyny zostajemy z ważnym przesłaniem o odwadze niezbędnej do bycia sobą. Wiek nie ma tu znaczenia. Twórca skłania do refleksji nad tym, jak często w pogoni za komfortem uśmiercamy pasje osób nam najbliższych. To lekcja uważności. Uświadamiam nam, że miłość nie polega na zawłaszczaniu czyjegoś czasu, lecz na wspieraniu prawa do autonomii. Powieść budzi przemyślenia nad jakością międzyludzkich więzi. Zachęca, byśmy zamiast kolejnych roszczeń, zaczęli pytać o skryte pragnienia tych, którzy zawsze trwają obok nas.

Lektura stała się dla mnie intymnym doświadczeniem; czytając, czułam się niemal częścią tej historii – jak obserwatorka lub przyjaciółka, której Krystyna pozwoliła wejść do swojego domu, by z bliska przyjrzeć się codzienności i relacjom z dziećmi. Nieustannie analizowałam własną relację z rodzicami i z niepokojem zastanawiałam się, czy sama nie popełniam błędów, które stały się udziałem Artura i Agnieszki. Wywołało to we mnie całą gamę uczuć: od irytacji na bliskich bohaterki, przez wzruszenie jej siłą, aż po kibicowanie jej w każdym kroku ku wolności. Czułam niemal fizyczny ciężar niedopowiedzeń, które Krystyna nosiła na barkach. Muszę jednak lojalnie ostrzec: tej książki nie należy czytać, będąc głodnym. Bączykowski z pasją opisuje rytuały picia czarnej kawy oraz aromatyczne makarony. Zapach bazylii i oliwy niemal unosi się znad kartek, czyniąc tę historię niezwykle zmysłową.

​Książkę tę polecam każdemu. Każda generacja odbierze ją jednak inaczej. Dla dorosłych dzieci będzie to otrzeźwiająca lekcja empatii i okazja do rachunku sumienia. Pytanie brzmi: czy ich miłość nie stała się formą egoizmu? Dla seniorów powieść okaże się kojącym wsparciem. Doda im wiary, by przypomnieć sobie o dawno porzuconych pasjach. Siła tej historii tkwi w bezkompromisowej autentyczności. Autor nie ocenia. Pokazuje po prostu, że nigdy nie jest za późno na szczerość.

​Powieść „To nie jest rozmowa na telefon” to emocjonalny manifest prawa do szczęścia. Udowadnia, że najtrudniejsza podróż – ta od cudzych oczekiwań do marzeń – nie wymaga biletu lotniczego. Wymaga jednego, odważnego słowa. To lektura, która zostaje pod skórą. Przypomina, że nasze życie nie jest jedynie rozmową na telefon, którą można odłożyć na później. To historia, którą mamy obowiązek napisać na własnych zasadach.

[Zakup własny].


piątek, 23 stycznia 2026

Lekcja oddychania na nowo w powieści Jakuba Bączykowskiego „Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu”

Większość z nas wierzy, że życiowe nawałnice omijają nasz bezpieczny port, jednak jeden gwałtowny podmuch może zburzyć wszystko w jednej chwili. Właśnie wtedy prawdziwa wielkość ludzkiego ducha przejawia się w bolesnej nauce oddychania na nowo, choć powietrze wokół staje się ciężkie od straty. Tę kruchą granicę między rozpaczą a odrodzeniem uczynił fundamentem swojej powieści "Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu" Jakub Bączykowski. W książce wydanej przez Wydawnictwo W.A.B. przypomina on, że nadzieja nie jest naiwnym zaprzeczeniem bólu – to raczej cicha odwaga, by mimo przemoczonego ubrania wciąż wypatrywać pierwszych promieni słońca. Pisarz od pierwszej strony rzuca nas w sam środek egzystencjalnego sztormu, udowadniając przy tym, że stabilizacja jest jedynie iluzją, którą los może odebrać bez uprzedzenia.

​Wszystko zaczyna się od jednej sekundy na drodze, która brutalnie rozdziera codzienność głównej bohaterki na „przed” i „po”. Śmierć męża zmusza Basię do konfrontacji z absolutną pustką, a czytelnik staje się niemym świadkiem upadku jej bezpiecznego świata, po którym zostaje jedynie ogłuszająca cisza oraz zapach mokrego asfaltu. W tym miejscu rodzi się trudne pytanie: jak żyć, gdy serce bije tylko z przyzwyczajenia? Lekturze towarzyszy niezwykłe przejęcie, ponieważ Basia błyskawicznie staje się nam bliska, a wir emocji sprawia, że z ogromnym wzruszeniem towarzyszymy jej w najtrudniejszych chwilach.

​Analiza powieści wymaga spojrzenia na misternie splatane wątki, wykraczające daleko poza sam opis żałoby. Centralnym motywem jest anatomia straty ukazana jako żmudny proces, w którym autor z wielką uwagą rozbiera na części pierwsze poczucie winy oraz paraliżujący strach. Warto również wspomnieć o poruszającej obecności psa Basi i Adama, Uno. Staje się on niemym powiernikiem bólu, a jego instynktowna żałoba stanowi jeden z najbardziej chwytających za serce elementów historii, nadając opowieści surowej autentyczności. Jednocześnie ta niema więź staje się dla kobiety pierwszym pomostem do rzeczywistości, gdyż konieczność zadbania o istotę zależną zmusza ją do porzucenia izolacji.

Ważnym punktem zwrotnym jest moment, w którym Basia uświadamia sobie destrukcyjną siłę egocentryzmu cierpienia. Bączykowski trafnie punktuje błąd zamykania się w szczelnym kokonie własnej boleści i poprzez postacie drugoplanowe ukazuje, że żałoba to skomplikowana sieć powiązań, w której cierpią także bliscy Adama, przyjaciele czy rodzeństwo. Choć bohaterka początkowo spycha ich ból na margines, ta lekcja pokory oraz dostrzeżenie łez w oczach innych staje się ostatecznie kluczem do jej uzdrowienia, udowadniając, że empatia jest najskuteczniejszym lekarstwem na samotność.

Warsztat literacki zasługuje na uznanie ze względu na doskonałą równowagę między wrażliwością a realizmem. Pisarz operuje językiem plastycznym i pozbawionym zbędnego patosu, co pozwala mu budować intymny, wręcz duszny klimat. Mistrzowsko wykorzystuje kontrasty i unika klisz, dzięki czemu każde słowo waży tyle, co prawdziwa łza. Melancholijny nastrój jest dawkowany z takim wyczuciem, że dajemy się wciągnąć w hipnotyzujący proces gojenia ran, nieustannie trzymając kciuki, by Basia zdołała się podnieść. Podczas czytania niejednokrotnie stawiałam się na jej miejscu, zadając sobie pytanie, jak sama poradziłabym sobie z tak bolesnym doświadczeniem – ta myśl sprawiła, że w moich oczach nie raz zakręciła się łza. Psychologiczna wnikliwość pozwala nazwać stany nienazywalne, zamieniając lekturę w głębokie doświadczenie sensoryczne, które daje odbiorcy realne poczucie oczyszczenia.

​Siła tego przesłania tkwi w prawdzie, że koniec znanego świata nie oznacza końca nas samych. Powieść obnaża lęk otoczenia przed cudzym nieszczęściem i staje się cennym przewodnikiem po sztuce towarzyszenia w cierpieniu, ucząc, że sama obecność bywa ważniejsza niż idealnie dobrana fraza. Ta historia zatacza pełne koło – od paraliżującego lęku przed burzą, aż po akceptację losu. Pomimo ogromnego ładunku emocjonalnego, książka niesie ze sobą kojące światło.

​Polecam tę pozycję każdemu, kto szuka w literaturze autentycznego zrozumienia. Jest to lektura obowiązkowa dla osób przechodzących przez stratę oraz dla tych, którzy chcą nauczyć się empatii. To literacki plaster na duszę, który, choć początkowo piecze, ostatecznie pomaga ranie się zagoić i daje odwagę do powrotu do świata żywych.

[Zakup własny].



piątek, 20 czerwca 2025

"Chcę dla Ciebie jak najlepiej" Jakub Bączykowski

Gdy zgiełk codzienności cichnie, a my szukamy ukojenia w historiach, które rezonują z naszą duszą, w nasze ręce trafiają książki niezwykłe. Taką właśnie pozycją jest „Chcę dla ciebie jak najlepiej” Jakuba Bączykowskiego – dzieło, które od pierwszych stron zaprasza do głębokiej refleksji nad istotą bliskości, odpowiedzialności i bezwarunkowej miłości. To nie tylko zbiór słów, to zaproszenie do podróży w głąb samego siebie i relacji, które kształtują nasze życie. Bączykowski, z właściwą sobie empatią i przenikliwością, dotyka najdelikatniejszych strun ludzkiego doświadczenia, tworząc opowieść, która z pewnością zostawi trwały ślad w sercach czytelników. Przygotujcie się na lekturę, która poruszy, zainspiruje i być może, zmieni Wasze postrzeganie tego, co naprawdę znaczy „chcieć dla kogoś jak najlepiej”.

Zanim jednak skupimy się na samej książce warto, abyśmy zwrócili uwagę na wymowę jej tytułu. Mówiąc, "chcę dla ciebie jak najlepiej", czy na pewno zawsze chodzi nam o drugą osobę? A może, nieświadomie, kierujemy się własnym dobrem, lękami i potrzebami? Czasem, chcąc chronić kogoś bliskiego, tak naprawdę projektujemy na niego swoje obawy i oczekiwania. Wtedy to "dobro" staje się ciężarem, a relacja – polem walki o kontrolę. Warto się nad tym zastanowić, by nasze intencje były czyste, a miłość – prawdziwie bezinteresowna. Mówiąc 'chcę dla ciebie jak najlepiej', powinniśmy upewnić się, że to ty jesteś w centrum moich działań, a nie ja sam i moje własne potrzeby. To ty masz prawo do własnych wyborów i błędów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzam. Pamiętajmy, że prawdziwa miłość to akceptacja i wsparcie, nawet jeśli twoja droga różni się od mojej.

Jakub Bączykowski na kartach swojej najnowszej powieści podjął się analizy, a także zobrazowania tego niezwykle trudnego tematu na płaszczyźnie wydawałoby się najpiękniejszej relacji, jaką jest ta pomiędzy matką a dzieckiem. Zajrzyjmy zatem do książki. Główna bohaterka, Łucja, jako dziewiętnastolatka zachodzi w nieplanowaną ciążę. W latach 70. XX wieku, gdy pozamałżeńska ciąża była tematem tabu, jej matka zmusza ją do opuszczenia rodzinnej miejscowości i przeprowadzki do Poznania. Tam, porzucona przez ojca dziecka, Łucja całą swoją energię i miłość poświęca wychowaniu syna, Maksa. Początkowo jej poświęcenie budzi podziw, jednak z czasem bliskość zamienia się w pułapkę.

Łucja, bez przepracowania  własnych ran i problemów, powiela wzorce swojej matki, tyle że w odwróconej formie – zamiast chłodu, prezentuje nadopiekuńczość. Jej intencje są dobre, chce dla Maksa jak najlepiej, ale nieświadomie zaczyna go dusić swoją "miłością" i ograniczać jego wolność. Książka pokazuje, jak nawet najlepsze intencje mogą krzywdzić, gdy są podszyte egoizmem i brakiem przestrzeni dla drugiej osoby.

To jedna z tych książek, która nie pozostawia czytelnika obojętnym. To wnikliwa i poruszająca opowieść o toksycznej miłości, manipulacji i trudnych relacjach rodzinnych. Autor z chirurgiczną precyzją rozkłada na czynniki pierwsze mechanizmy, które pozwalają na długotrwałe utrzymywanie się takich relacji, odsłaniając ich destrukcyjny wpływ na ofiarę.

W "Chcę dla ciebie jak najlepiej" Jakub Bączykowski nie tylko snuje opowieść, ale zaprasza czytelnika do intymnej podróży w głąb skomplikowanych relacji międzyludzkich. To nie jest powieść, która jedynie przedstawia fakty; to raczej misternie utkany gobelin emocji, gdzie każda nić – każda interakcja, każde niewypowiedziane słowo, każde spojrzenie – ma swoje znaczenie. Autor z niezwykłą wrażliwością i precyzją analizuje dynamikę więzi rodzinnych, przyjacielskich i romantycznych, ukazując zarówno ich piękno, jak i bolesne pęknięcia. Pisarz zręcznie porusza się po cienkiej granicy między tym, co wypowiedziane, a tym, co ukryte, zmuszając nas do refleksji nad prawdziwymi intencjami i konsekwencjami naszych działań.

To, co wyróżnia tę powieść, to jej niezwykła głębia psychologiczna. Bohaterowie wykreowani przez autora nie są płaskimi postaciami; to istoty z krwi i kości, pełne sprzeczności, lęków i pragnień. Bączykowski pozwala nam zajrzeć w ich wewnętrzny świat, zrozumieć motywacje, które kierują ich decyzjami, i współczuć im w ich zmaganiach. Są oni wielowymiarowi, naznaczeni swoimi historiami, marzeniami i błędami. Ich dialogi są naturalne i pełne emocji, a ich wzajemne interakcje oddają całe spektrum ludzkich doświadczeń. Dzięki temu "Chcę dla ciebie jak najlepiej" staje się lustrem, w którym możemy dostrzec fragmenty własnych doświadczeń i emocji. Powieść porusza uniwersalne tematy, takie jak poszukiwanie miłości, radzenie sobie ze stratą, trudności w komunikacji i dążenie do samoakceptacji. Przy czym autor nie oferuje łatwych rozwiązań ani prostych morałów, lecz skłania do zastanowienia się nad złożonością ludzkiego losu i odwiecznym dylematem: jak, mimo wszystko, dążyć do bycia "jak najlepiej" dla innych, a jednocześnie dla samego siebie.

W moim odczuciu bardzo istotnym aspektem, który znacząco wpływa na odbiór książki przez czytelnika jest język, którym posługuje się autor. Jest on jednocześnie delikatny i precyzyjny, pełen trafnych obserwacji i subtelnych metafor. Jego proza płynie gładko, wciągając czytelnika w wir emocji, a jednocześnie zmusza do zatrzymania się i przetrawienia poszczególnych fragmentów. Dialogi brzmią autentycznie, oddając niuanse codziennych rozmów, a jednocześnie niosą w sobie głębsze znaczenie. To właśnie ten dopracowany styl sprawia, że lektura staje się prawdziwą przyjemnością i pozwala na pełne zanurzenie się w świat przedstawiony. "Chcę dla ciebie jak najlepiej" to dowód na to, że prawdziwa literatura potrafi nie tylko zapewnić przyjemność czytelniczą, ale przede wszystkim poruszać i skłaniać do refleksji.

Bączkowski nie boi się poruszać kwestii, które często są zamiatane pod dywan w codziennych rozmowach. Może to dotyczyć problemów zdrowia psychicznego, trudnych relacji rodzinnych, presji społecznej, czy poszukiwania własnej tożsamości w świecie pełnym oczekiwań. Dzięki temu czytelnik, który zmaga się z podobnymi wyzwaniami, znajdzie w książce echo swoich doświadczeń, co samo w sobie jest formą wsparcia i normalizacji. Świadomość, że nie jest się samemu z danym problemem, może być pierwszym krokiem do poszukania pomocy lub podjęcia działań zmieniających sytuację. Ta powieść to nie tylko kolejna książka, ale ważny głos w dyskusji o kondycji współczesnego człowieka. Jej siła tkwi w zdolności do poruszania trudnych tematów w sposób, który jest zarówno angażujący, jak i skłaniający do głębokiej refleksji, oferując czytelnikom przestrzeń do zrozumienia siebie i świata wokół nich. Może to być powieść, która wielu osobom otworzy oczy na ich własne potrzeby i wskaże drogę do lepszego, bardziej świadomego życia.

Wszystko, o czym przeczytamy na kartach najmłodszego literackiego dziecka pisarza skupia się na skomplikowanej relacji między matką, Łucją, a jej synem, Maksem na przestrzeni lat. Od dzieciństwa aż po dorosłość. Jest to głęboka analiza dynamiki rodzinnej, w której matczyna miłość, choć pozornie bezinteresowna, staje się źródłem manipulacji i kontroli.

Centralnym punktem fabuły jest toksyczna zależność emocjonalna, która łączy Łucję i Maksa. Łucja, pragnąc "jak najlepiej" dla swojego syna, nieświadomie (lub świadomie) dusi jego indywidualność i próbuje kierować jego życiem, nawet w dorosłości. Maks, zmagający się z własnymi ambicjami i pragnieniami, odczuwa ciężar tych oczekiwań, co prowadzi do wewnętrznego rozdarcia i frustracji.

Wątki fabularne i motywy

* Matczyna kontrola i synowska uległość: Powieść eksploruje, jak Łucja, używając argumentu bezwarunkowej miłości, wpływa na decyzje Maksa, od wyboru ścieżki zawodowej, przez związki, aż po codzienne życie. Maks, choć próbuje się buntować, często ulega presji matki, co prowadzi do poczucia uwięzienia i niezadowolenia.

* Szukanie niezależności: Kluczowym wątkiem jest próba Maksa wyrwania się spod dominacji matki i zbudowania własnego, autonomicznego życia. Wiąże się to z bolesnymi konfrontacjami i koniecznością ustalenia granic, co jest trudne dla obu stron.

* Manipulacja emocjonalna: Powieść ukazuje subtelne, a czasem bardziej jawne formy manipulacji emocjonalnej stosowane przez Łucję, takie jak wzbudzanie poczucia winy, gra na litości czy wywoływanie lęku przed odrzuceniem.

* Miłość a wolność: "Chcę dla ciebie jak najlepiej" stawia pytanie o granice miłości rodzicielskiej i o to, czy prawdziwa miłość może istnieć bez poszanowania wolności i indywidualności drugiej osoby.

Powieść Jakuba Bączkowskiego to poruszająca opowieść o trudnej miłości, która zamiast budować, często niszczy, oraz o długiej i wyboistej drodze do odnalezienia własnej tożsamości w cieniu dominującej relacji.

To jedna z tych książek, która nie pozostawia czytelnika obojętnym. To wnikliwa i poruszająca opowieść o toksycznej miłości, manipulacji i trudnych relacjach rodzinnych. Autor z precyzją chirurgiczną rozkłada na czynniki pierwsze mechanizmy, które pozwalają na długotrwałe utrzymywanie się takich relacji, odsłaniając ich destrukcyjny wpływ na ofiarę.

Wraz z rozwojem fabuły pisarz stawia przed swoim czytelnikom pytanie: "Czy można kochać "za bardzo"? Pytanie to staje się szczególnie palące w kontekście relacji rodzicielskiej, gdzie często pojawiają się komunikaty typu "mamy tylko siebie", "dziecko i rodzic to jedność" czy "zawsze będę przy tobie". Powieść  "Chcę dla ciebie jak najlepiej" doskonale ilustruje, jak pozornie bezinteresowna miłość może stać się toksycznym obciążeniem, prowadząc do zniszczenia autonomii i szczęścia dziecka.

W przedstawionych frazach, mimo ich pozornie ciepłego wydźwięku, kryje się podstępny mechanizm uzależnienia i zacierania granic.

"Mamy tylko siebie": To zdanie, wypowiadane często w trudnych sytuacjach życiowych, może budować w dziecku poczucie wyłączności i odpowiedzialności za emocje rodzica. Dziecko, czując się jedynym oparciem, rezygnuje z własnych potrzeb i rozwoju, by zaspokoić oczekiwania opiekuna. W powieści Bączykowskiego matka karmiła syna takimi właśnie komunikatami, co doprowadziło do jego emocjonalnego uwięzienia.

"Dziecko i rodzic to jedność": Ta idea, choć w pewnym sensie symbolizuje głęboką więź, w praktyce może oznaczać brak rozróżnienia między potrzebami i tożsamością obu stron. Rodzic, który traktuje dziecko jako przedłużenie siebie, nie pozwala mu na rozwinięcie własnej, niezależnej osobowości. Granice stają się płynne, a dziecko nie uczy się samodzielności.

"Zawsze będę przy tobie": Chociaż obietnica wsparcia jest niezwykle ważna, w nadmiernej formie może prowadzić do nadopiekuńczości i zahamowania procesu usamodzielniania się. Dziecko, które nigdy nie musi stawiać czoła wyzwaniom samodzielnie, nie rozwija odporności psychicznej i umiejętności radzenia sobie w życiu.

W "Chcę dla ciebie jak najlepiej" Bączykowski pokazuje, że miłość staje się toksyczna, gdy przestaje być wsparciem, a zaczyna być kontrolą. Matka bohatera, pod pretekstem troski, nieświadomie, ale konsekwentnie, tłamsi jego indywidualność. Jej pragnienie "jak najlepiej" dla syna, zamiast go uszczęśliwiać, prowadzi do jego lęków braku niezależności i niemożności realizacji własnych pragnień. To nie jest miłość, która dodaje skrzydeł, lecz ta, która podcina je u samych korzeni.

Zatem, odpowiadając na pytanie – tak, można kochać za bardzo, gdy ta miłość staje się formą egoizmu, projekcji niespełnionych ambicji rodzica, lub lęku przed samotnością. Prawdziwa miłość rodzicielska, choć głęboka i bezwarunkowa, powinna prowadzić do usamodzielnienia dziecka i jego autonomicznego, szczęśliwego życia, a nie do tworzenia "jedności", która dusi. Powieść Jakuba Bączykowskiego jest przestrogą przed konsekwencjami takiego właśnie "zbyt wiele".

Sięgając po "Chcę dla Ciebie jak najlepiej", inwestujecie w lekturę, która nie tylko wciągnie was w fascynującą fabułę, ale przede wszystkim wzbogaci wasze wnętrze. To powieść, która zostaje z czytelnikiem na długo po skończeniu ostatniej strony, skłaniając do przemyśleń i otwierając nowe perspektywy. Jakub Bączkowski stworzył dzieło, które porusza, uczy i inspiruje do bycia lepszym człowiekiem – zarówno dla siebie, jak i dla innych. Nie zwlekajcie! Zanurzcie się w świat "Chcę dla Ciebie jak najlepiej" i dajcie się porwać tej niezwykłej historii, która z pewnością okaże się jedną z najważniejszych literackich podróży tego roku.

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo W.A.B.

Inna powieść autora, którą również gorąco polecam:

" Zadzwoń, jak dojedziesz"


sobota, 1 marca 2025

"Podopieczna" Alicja Sinicka

Mówi się „Jak cię widzą, tak cię piszą”. Wizerunek to nieodłączna część naszego życia. Dla wielu z nas jego kształtowanie ma niezwykle istotne znaczenie, gdyż ma on wpływ na sposób, w jaki ludzie nas postrzegają i jak się wobec nas zachowują. Niestety, co muszę napisać z przykrością, dzisiejszy świat przykłada ogromną wagę do powierzchowności i to właśnie przez jej pryzmat ocenia człowieka i jego życie. Najczęściej oceniamy to, co łatwo dostrzegalne, co w rezultacie, jak się za chwilę przekonacie, może okazać się niezwykle złudne i mylące, jeśli tylko uda nam się zanurzyć głębiej w struktury czyjegoś życia małżeńskiego, czy rodzinnego. Często zapominamy bowiem o tym, iż wiele z tego, co pokazują nam o sobie inni ludzie bywa zbudowane z pozorów, kontrolowanych postaw i zachowań. Tymczasem prawda kryje się znacznie głębiej i najczęściej jest to prawda, trudna, bolesna, a bywa, że także mroczna i przerażająca. W bardzo obrazowy i trafiający mocno do świadomości każdego z nas sposób na tę i wiele innych życiowych kwestii zwraca naszą uwagę Alicja Sinicka na kartach swojej najnowszej książki „Podopieczna”, o której chciałabym opowiedzieć wam nieco więcej.

Bohaterami powieści autorka uczyniła dwie rodziny. Już teraz, co zapewne szybko zauważycie, czytając książkę, do czego gorąco zachęcam, śmiało można powiedzieć, że rodziny te są przedstawione na zasadzie wyraźnego kontrastu. Rozpoczynając lekturę trafiamy do domu małżonków Anny i Davida Gali, którzy mieszkają wspólnie ze swoimi dorastającymi córkami. Już od pierwszej chwili pod dachem ich domu, a także w relacjach między domownikami czytelnik wyczuwa napięcie i swego rodzaju dystans, co potwierdza sama Anna. Dowiadujemy się, że wszystko zaczęło się w momencie, gdy ich rodzinę dotknął dramat spowodowany krzywdą, którą ktoś wyrządził ich starszej córce Natalii. Oczywiście nie zdradzę wam, co się stało, ale aby podsycić waszą ciekawość, napiszę tylko, że to, co spotkało wówczas nastolatkę sprawiło, że musiała stawić czoła całemu światu. Mimo że od tamtejszych wydarzeń minęło pięć lat i sensacyjne wówczas dla niewielkiej społeczności wydarzenie przycichło to na samej Natalii odcisnęło trwałe piętno, co ma również odzwierciedlenie w relacjach rodzinnych. Dziewczyna wyprowadziła się z domu i zbudowała własny świat, do którego nie potrafi dotrzeć Anna. Kobiecie jest naprawdę trudno, a dodatkowo sytuacji nie ułatwia trwanie w nieidealnym małżeństwie u boku pozornie idealnego męża.

David, bo to o nim mowa, podobnie, jak jego żona jest nauczycielem. Uczy w-fu w szkole podstawowej oraz co dla pewnych wątków poruszanych w książce jest ważne, pełni funkcję trenera sekcji siatkarskiej dziewcząt. Mężczyzna  bardzo się stara dbać o to, co mówią o nim inni. Bez wahania można przyznać, że doskonale sobie radzi, aby kiedy trzeba, uchodzić za wspaniałego wspierającego męża. Nikt jednak lepiej od Anny nie wie, że jej druga połówka jest niczym kameleon pokazujący swoją prawdziwą twarz tylko wtedy, kiedy postronne oczy nie nogą jej ujrzeć. Wtedy nerwy biorą nad nim górę i słowem złym rani tak, jak nożem. I tutaj dochodzimy do kolejnego ogromnie ważnego wątku, na który zwraca naszą uwagę pisarka. A mianowicie przemocy słownej. Kiedy myślimy i mówimy o przemocy, najczęściej temat ten postrzegamy w kategorii fizycznego aktu z wykorzystaniem siły. Natomiast nie doceniamy siły i mocy sprawczej słów, które, jeśli trafią na podatny grunt, mogą zniszczyć drugiego człowieka. Odbierając mu godność, poczucie własnej wartości i wiarę w siebie. Anna każdego dnia pada ofiarą oprawcy, który rani nie pozostawiając widocznych śladów wyrządzonej krzywdy. Warto zaznaczyć, że Alicji Sinickiej wspaniale udało się ukazać pewnego rodzaju schemat zachowań osoby stosującej przemoc psychiczną, w tym przypadku za zamkniętymi drzwiami domu rodzinnego. O tym jednak musicie przeczytać już sami. To jednak nie koniec zła, które spotka tę rodzinę. A wszystko za sprawą tajemniczego zaginięcia jednej z dziewcząt należącej do sekcji siatkarskiej, którą trenuje David. Nikt nie wie, co stało się z nastolatką, która bardzo chciała spełnić ambicje matki, czemu nie był przychylny trener, a z czym z kolei nie mogła pogodzić się Milena. Przed rodziną Gala, po raz kolejny trudny czas, gdyż to właśnie pod adresem Davida padają oskarżenia.

Jakby kłopotów i zmartwień było mało, na barki naszej bohaterki spada wytłumaczenie Natalii przed panią doktor Czarnecką, której córką Kalinką dziewczyna miała opiekować się w te wakacje. Natalia ma inne plany i z dnia na dzień rezygnuje z pracy. Anna czuje się źle z tym, w jak trudnym położeniu znalazła się przez Natalię lekarka. Anna i jej rodzina mają wobec Czarneckiej ogromny dług wdzięczności, co sprawia, że sytuacja staje się jeszcze bardziej niezręczna. Dlatego też sama Anna podejmuje się opieki nad Kalinką. I tak wspólnie z nią trafiamy do idealnego domu i życia, którego można by patrząc na nie z daleka pozazdrościć. Zamożne życie, kariera lekarska, idealne małżeństwo i wspaniałe dzieci. Wraz z upływem czasu, podczas którego więź Anny ze swoją podopieczną staje się silniejsza, na tym wydawałoby się nieskazitelnym obrazku rodziny pojawia się coraz więcej głębokich rys, w postaci mrocznych sekretów i tajemnic, które budzą w Annie coraz większy niepokój. Na pewno jesteście ciekawi, co i kto chce tutaj ukryć, więc nie zwlekajcie, ani chwili dłużej z przeczytaniem książki.

Naprawdę warto sięgnąć po „Podopieczną”. W moim odczuciu jest to najlepsza powieść Alicji Sinickiej łącząca w sobie dramat rodzinny z przejmującym, pełnym napięcia, lęku i strachu thrillerem psychologicznym, w którym od początku do końca niczego nie możemy być pewni. Choć w czytelniku wielokrotnie rodzi się przeświadczenie, że odkrył już wszystko, co było do odkrycia, to wystarczy zaledwie chwila, aby przekonał się, w jak dużym jest błędzie. A to dlatego, że całość historii nieustannie zaskakuje, a ona sama została skonstruowana niczym najbardziej złożona, a przy tym maksymalnie angażująca układanka, od której nie sposób się oderwać, zanim wszystkie jej elementy nie trafią na swoje miejsce. Krótkie rozdziały książki sprawiają, że czyta się ją bardzo szybko, a zakończenie każdego z nich jest takie, aby czytelnik chciał, jak najszybciej dowiedzieć się, co wydarzy się za chwilę. Sprawia, że niepostrzeżenie dla nas samych, jak było to w moim przypadku, zarywamy dla tej książki noc. Ciemność nocy potęgowała we mnie odczuwalne przeze mnie podskórne mrowienie strachu. Końcowe sceny opisane na kartach książki sprawiły, że na dłuższą chwilę przestałam oddychać a serce miałam w gardle. Wszystko, o czym tu przeczytacie obnaży przed wami ludzką naturę i pokaże jej najciemniejsze strony. W każdym z nas bowiem kryje się zło, które dochodzi do głosu, kiedy chcemy chronić to, co ma dla nas największe znaczenie w życiu. Na zakończenie powiem jeszcze tylko jedno, co czyni tę książkę przerażającą w swojej wymowie. Choć opisane w niej wydarzenia są fikcją literacką, to takie rzeczy dzieją się gdzieś obok nas, a pisarze są dobrymi obserwatorami i słuchaczami. Czy jesteście gotowi zanurzyć się w mroku manipulacji, intryg i kłamstw, gdzie będziecie zdani tylko na własną intuicję? Bo tutaj nikomu nie można ufać.

[Materiał reklamowy] Portal Duże Ka.

sobota, 3 sierpnia 2024

"Moja matka pestka" Anna Sakowicz

My ludzie mamy to do siebie, że kiedy w naszym życiu wszystko układa się po naszej myśli, a my możemy bez przeszkód realizować swoje plany i marzenia, przyjmujemy to jako coś naturalnego i nie dostrzegamy w dziejących się wydarzeniach niczego nadzwyczajnego. Po części wynika to z faktu, że podświadomie żywimy przekonanie, iż tak będzie zawsze. Samo życie jednak bardzo boleśnie potrafi uświadomić nam, że w nim pewna jest tylko przeszłość i to, co już przeżyliśmy. Przyszłość niestety może w jednej chwili odebrać nam wszystko, co mieliśmy i na co ciężko pracowaliśmy. A chwile kiedyś zwykłe uczynić upragnionymi, za którymi będziemy tęsknić. Przekonała się o tym główna bohaterka najnowszej powieści Anny Sakowicz „Moja matka pestka” Natasza.

Kiedy wraz z rozpoczęciem lektury powieści wkraczamy w życie młodej kobiety, spotykamy ją w najszczęśliwszym jego momencie. Ma u swojego boku wspaniałego mężczyznę, a ich związek, który wszyscy wokół postrzegają jako idealny, wchodzi w kolejny bardzo poważny etap. Właśnie się zaręczyli i wprowadzili do nowego mieszkania. Nic nie wskazuje na to, by coś mogło zburzyć jej szczęście. Wystarczyła jednak krótka chwila, aby Natasza poczuła się niczym uwięziona w alternatywnym niezrozumiałym dla siebie świecie, w którym od teraz będzie musiała opiekować się swoją chorą na alzheimera matką. Na pewno wielu z was pomyśli sobie teraz, że taka przecież jest kolej rzeczy. To normalne, że dzieci opiekują się rodzicami, kiedy zachodzi taka potrzeba. Przecież rodzice opiekowali się nimi, kiedy te były małe, darząc rodzicielską miłością i oddaniem. I owszem zgadzam się z wami, ale rodzinne historie bywają różne, a nasza bohaterka włożyła naprawdę wiele starań w to, aby zapomnieć o swojej przeszłości i odbudować siebie na nowo. Dziś wraz z pojawieniem się matki, wszystko, o czym tak bardzo chciałaby zapomnieć, staje się tak dotkliwie prawdziwe.

Budzą się uśpione bolesne wspomnienia, w których zawsze robiła wszystko, aby zasłużyć na, choć odrobinę matczynej miłości i uznania, którą matka przelała na zmarłą córkę Julię. Jak więc teraz opiekować się matką, która nigdy cię nie kochała, a ty przy niej czułaś się gorsza. Kobietę, dla której najważniejszą osobą była ona sama. Apodyktyczną i egocentryczną przez postępowanie i zachowanie, której ty straciłaś poczucie własnej wartości i od której uciekłaś, mając 16 lat, aby nie utonąć w otaczającym cię smutku i samotności.

Dziś, choć choroba pozbawia Cecylię tej władczej, pewnej siebie postawy, czyniąc z niej bezbronne, zagubione dziecko, to po raz kolejny wszystko kręci się wokół niej, a Natasza czuje, że matka odebrała jej ustabilizowane życie, które, choć minęło tak niewiele czasu, jej samej wydaje się odległą przeszłością. To życie, które teraz wydaje się toczyć bocznym torem, z którego ona została wyrzucona. Anna Sakowicz doskonale wie, czym jest alzheimer, gdyż jej bliska osoba cierpiała na tę bezwzględną i nieuleczalną chorobę. Dzięki tej niezwykłej książce, do której przeczytania gorąco każdego z was zachęcam i namawiam, skonfrontowała nas z bardzo wstrząsającym i poruszającym obrazem tej choroby. Odzierając ją z fikcyjnych wyidealizowanych obrazów jej postrzegania przedstawianych społeczeństwu, postawiła nas w obliczu bezkompromisowej, nagiej prawdy. Pozwoliła niemalże namacalnie poczuć jej okrucieństwo. Tutaj nie ma miejsca na koloryzowanie rzeczywistości. Czytając tę mądrą i dającą do myślenia powieść poczujecie bezsilność i samotność Nataszy schwytanej w pułapkę choroby rodzicielki.

Choć jak pisze autorka, płaszczyzna życia prywatnego Nataszy jest w pełni fabularyzowana, to aspekt choroby jest odzwierciedleniem trudnej codzienności z chorobą. Dlatego warto zwrócić uwagę na to, iż choć dotyka ona pojedynczą osobę, to swój wpływ roztacza na całą jej rodzinę, a także życie prywatne osób opiekujących się chorym. Alzheimer podporządkowuje sobie wszystkich i jak się przekonacie, poznając perypetie Nataszy, często staje się sprawdzianem dla relacji z tymi, którzy mieli być dla nas pomocą i wsparciem. To, co miało być idealne i nierozerwalne w obliczu tak ciężkiej próby może okazać się tylko pozorne i ujawnić prawdziwe oblicze drugiego człowieka. Nie ma bowiem lepszego sprawdzianu dla relacji międzyludzkich, niż właśnie trudne przeżycia, które mogą bardzo wiele zweryfikować.

„Moja matka pestka” to jedna z tych książek, która nikogo nie pozostawi wobec siebie obojętnym, a każdy, kto ją przeczyta, nigdy o niej nie zapomni. I – co więcej – niż pewne wywoła potok niepohamowanych łez. Autentyzm wszystkiego, o czym czytamy na jej kartach sprawia, że czytelnikiem targa wiele silnych emocji, ale też refleksji dotyczących relacji na płaszczyźnie matka – dziecko, które skłonią nas do zadania sobie trudnego pytania: Jak ja zachowałabym się, będąc na miejscu Nataszy? Czy potrafiłabym na nowo pokochać narcystyczną matkę, która mną manipulowała, wpędzała mnie w poczucie winy i obwiniała za każde niepowodzenie?”. Koniecznie przeczytajcie tę niezwykle ciepłą i mądrą książkę, w której z pewnością wielu z nas znajdzie cząstkę siebie i własnych przeżyć, a co za tym idzie, odbierze ją mocno osobiście i przekonajcie się, czy znajdzie się w niej miejsce na zrozumienie, a także wybaczenie i miłość.

Mimo trudnego tematu, który dla wielu czytelników może okazać się obciążający emocjonalnie, właśnie ze względu na to, że u ich bliskich, tak jak u mojej prababci zdiagnozowano tę straszną chorobę, która okazała się wyrokiem, od powieści nie sposób się oderwać. Choć ja nie znalazłam całkowitego zrozumienia dla postępowania Cecylii wobec córki, to w pewien sposób obie kobiety stały mi się bardzo bliskie. Chciałam bardzo, aby z ich ust padły te najważniejsze w życiu słowa „Kocham”, „Wybaczam”, zanim będzie na nie za późno. Czy tak się stało? Musicie to sprawdzić już sami. Naprawdę warto. To jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku.

[Materiał reklamowy] Portal Duże Ka

piątek, 21 czerwca 2024

"Rakowiska" Magdalena Majcher


Jestem czytelniczką, która bardzo ceni sobie literaturę true crime, a więc taką, dla której punktem wyjścia stały się faktyczne wydarzenia kryminalne. Polscy pisarze, coraz częściej sięgają po ten gatunek literacki i doskonale się w nim odnajdują, co owocuje pojawianiem się na naszym rynku wydawniczym naprawdę wartych uwagi powieści. Do grona tychże twórców należy Magdalena Majcher i to właśnie po książki oparte na faktach wychodzące spod jej pióra sięgam najczęściej. Autorka na kartach swoich książek jest zawsze blisko ludzi i ich dramatów. Pisze o sprawach kryminalnych, które wstrząsnęły naszym społeczeństwem, w obliczu ludzkich tragedii. Tym razem, w najnowszej książce „Rakowiska”, o której chcę dziś opowiedzieć kilka słów, Majcher rzuca nowe światło na głośne w swoim czasie brutalne morderstwo, którym wówczas żyła cała Polska.

Przystępując do lektury, cofamy się w czasie do dnia 13 grudnia 2014 roku i trafiamy do tytułowych Rakowisk. To właśnie w tej wiosce w okolicach Białej Podlaskiej doszło do brutalnego zabójstwa, którego ofiarą padło mieszkające tam małżeństwo. Z pełną odpowiedzialnością tych słów można powiedzieć, że była to zbrodnia ze znamionami szczególnego okrucieństwa. Jednak, choć to, co teraz napiszę, może wywołać w wielu z was duże poruszenie, to nie sama zbrodnia jako taka wprawiła opinię publiczną w największy szok. Rozgłosu i ogromnego zainteresowania przysporzyły temu bestialskiemu czynowi osoby jego sprawców. A okazali się nimi syn zamordowanych osób i jego przyjaciółka (na potrzeby powieści Maja i Kacper). Ta dwójka to licealiści, którzy wkraczając dopiero w dorosłość, tak naprawdę jeszcze niczego dobro w niej nie doświadczyli. Każdy, kto poświęci tamtejszym wydarzeniom nieco więcej uwagi, zadaje sobie jedno kluczowe pytanie: Co sprawiło, że te młode osoby podjęły decyzję o pozbawieniu życia drugiego człowieka? Mało tego, dlaczego syn zamordował własnych rodziców? Na te pytania zagłębiając się między innymi w akta sprawy, próbuje znaleźć odpowiedź autorka.

To, co bardzo ważne i co w zasadzie jest istotą tej powieści, to fakt, że Magdalena Majcher niejako przybliża nam kulisy tej strasznej tragedii z dużo szerszej perspektywy aniżeli wyłącznie w aspekcie zbrodni i kary. Wierzę w to, że nikt z nas nie jest tak bardzo zły i zepsuty, aby z dnia na dzień zdecydować o zamiarze zamordowania kogoś. U podłoża tak przerażającego postanowienia leży wiele czynników, które doprowadziły do takiej, a nie innej decyzji. I właśnie czytając tę książkę, przekonacie się, że w przypadku Mai i Kacpra był to długotrwały proces, lecz, aby czytelnik mógł to dostrzec, musi poznać osoby samych sprawców. Bo czy naprawdę są tak bardzo źli, a może skrzywdzeni przez tych, którzy powinni ich wspierać i chronić? Na to pytanie każdy, kto sięgnie po tę książkę, będzie musiał odpowiedzieć sobie sam zgodnie z własnymi przemyśleniami i refleksjami, gdyż  autorka, jak zawsze wykazuje się ogromnym profesjonalizmem i jest daleka od oceniania i osądzania Mai i Kacpra. Ona po prostu pozwala nam poznać ich samych i ich życie takim, jakie ono było przed zabójstwem.

Całość fabuły została podzielona na dwie płaszczyzny czasowe. Na tę, w której opisywane wydarzenia miały miejsce przed dokonaniem zabójstwa. To właśnie w niej poznajemy osobowości i codzienność Majki i Kacpra, a także analogicznie na tę, w której wydarzenia dzieją się już po tej tragicznej nocy. W tych rozdziałach poznajemy szczegółowy proces postępowania policyjnego i sądowego.

Chłopak i dziewczyna są kolegami z jednej szkoły i klasy. Oboje pochodzą z dobrych domów, ale mają różne życiowe priorytety. Kacper jest przykładnym uczniem i synem, który ma sprecyzowane plany na przyszłość po skończeniu ostatniej klasy liceum. W ową przyszłość patrzy z nadzieją. Natomiast Maja jest inna niż wszyscy. Jawi się jako silna indywidualność. Nie chce podporządkować się przyjętym zasadom i regułom panującym w szkole. A jak wiemy, nasze społeczeństwo niestety nadal nie akceptuje wszelkich przejawów odmienności. Swoją postawą i zachowaniem dziewczyna sprowadza na siebie problemy, a także nie przysparza sobie sympatii otoczenia. Między tą dwójką rodzi się wyjątkowa i niecodzienna więź. Ta relacja nie jest pozytywnie odbierana przez osoby z najbliższego środowiska młodych. Maja jest postrzegana jako zbuntowana, arogancka i wulgarna dziewczyna, która ma zły wpływ na jeszcze do niedawna kulturalnego, spokojnego, ułożonego Kacpra. Czy w istocie tak właśnie było, a może to, co najważniejsze jest niewidoczne dla oczu? Tego musicie dowiedzieć się już sami, spędzając czas z tą niezwykle wartościową książką, do czego gorąco każdego zachęcam.

„Rakowiska” to książka, którą mając świadomość, jej autentyzmu, czyta się z ogromnym przejęciem. Autorka dołożyła wszelkich starań,  aby pokazać nam, że w tej historii chodzi zdecydowanie o coś więcej, niż tylko o ukaranie winnych i doskonale jej się to udało. Czytaniu towarzyszą silne emocje. Bolesne i dojmująco prawdziwe przemyślenia. Czy temu, co się stało, można było zapobiec? Sprawdźcie to sami. Na uznanie zasługuje również wspaniale dopracowana i bardzo ciekawa fabularyzowana warstwa książki, która przypomina między innymi, że policjant też człowiek. Ma swoje uczucia i potrzebuje azylu od otaczającego go każdego dnia zła.

To jedna z tych bardzo ważnych w swej wymowie książek, które powinien przeczytać każdy rodzic, opiekun, nauczyciel, pedagog i psycholog. Dzięki niej dostajemy cenną lekcję, która uczy nas, aby nie postrzegać młodych ludzi wyłącznie poprzez ich zachowania i postawę, gdyż mogą być one tylko maską skrywającą trudne przeżycia i emocje, z którymi młodzi dorośli nie potrafią sobie poradzić, zmagając się z nieustanną krytyką, brakiem akceptacji, zrozumienia i wewnętrznym zagubieniem. Nie oceniajmy, a bądźmy otwarci na dialog. Nie mówmy, a słuchajmy. Nie patrzmy na te młode osoby z naganą w oczach, a służmy im pomocą.

[Materiał reklamowy] Portal Duże Ka.

niedziela, 5 maja 2024

"Uśpiona" Alicja Sinicka

Sen w życiu każdego człowieka odgrywa bardzo ważną rolę. Wszyscy doskonale wiemy, że pozwala nam odpocząć i naładować baterie przed czekającymi nas wyzwaniami, jakie stoją na naszej drodze w ciągu dnia. Warto jednak wiedzieć, że dla niektórych osób sen może być uciążliwy, a nawet stać się dla nich niebezpieczny. Doskonale wiedzą o tym osoby chorujące na narkolepsję, czyli nadmierną senność, paraliż i halucynacje przysenne oraz utrudniony sen nocny. W głębokiej fazie snu narkoleptyk staje się bezbronny, co może sprowadzić na taką osobę zagrożenie, którego ona sama nie będzie świadoma. Zapewne zastanawiacie się, dlaczego zdecydowałam się poruszyć dziś ten właśnie problem. Otóż stało się to za przyczyną przeczytanego przeze mnie w ostatnim czasie thrillera psychologicznego autorstwa Alicji Sinickiej „Uśpiona”, do którego napisania zainspirowała autorkę właśnie ta choroba.

Tytułowa uśpiona to Weronika Krzycka. Młoda kobieta, która ma narkolepsję. Jej życie to lawirowanie pomiędzy jawą i snem. Aby móc funkcjonować potrzebuje dwóch godzinnych drzemek w ciągu dnia. Tylko dzięki nim może utrzymać się na powierzchni swojej świadomości. Kiedy śpi, staje się bezbronna, a wykorzystuje to, o czym ona jeszcze nie wie ktoś, dla kogo stała się obsesją. Intruz zjawia się w sypialni Weroniki, kiedy ta zasypia. Teraz już nie wystarcza mu patrzenie na obiekt swoich pragnień. Chce czegoś więcej. Nasza bohaterka odczuwa niezrozumiały dla siebie lęk. Wokół niej dzieją się, wydawałoby się niepozorne rzeczy, które przypisuje swojej chorobie i halucynacjom, jakie towarzyszą jej na chwilę przed zaśnięciem, bądź tuż po przebudzeniu, zanim odzyska pełną świadomość. Jednak, czytając książkę, przekonacie się, że to dopiero preludium do koszmaru, przez jaki będzie musiała przejść kobieta. A wszystko zaczyna się w dniu, kiedy w jej domu rozgrywa się dramat, wskutek którego śmierć ponosi człowiek. Mimo że Weronika była wtedy w domu, nie jest w stanie opowiedzieć, jak to się stało, bo jak możecie się domyślać, kiedy doszło do tej tragedii, ona spała. Rozpoczyna się policyjne śledztwo. W głowie Werki rodzi się wiele pytań i wątpliwości, ale jedno wie na pewno. Dom, który kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa, właśnie przestał być bezpieczny.

Czytelnik, który sięgnie po tę powieść, od początku do końca stara się przede wszystkim odkryć, kim jest osoba, która sukcesywnie i powoli chce zawładnąć Weroniką i jej życiem. Nie zastanawiamy się przy tym, co nią kieruje, gdyż autorka tworząc tę historię, podzieliła fabułę tak, abyśmy nie tylko mogli być częścią życia głównej bohaterki, ale także mogli być obserwatorami wizyt jej prześladowcy w jej domu. Dzięki temu mamy możliwość niemalże zajrzeć do umysłu osoby owładniętej obsesją. Poznać jej chore myśli, emocje i uczucia. Przy czym możecie mi wierzyć, że do końca nie będziecie blisko odkrycia jej tożsamości. Chociaż pisarka niejednokrotnie pozwala swoim czytelnikom uwierzyć w to, że są o krok od rozwiązania zagadki. By ostatecznie wprawić nas w osłupienie i zupełnie zaskoczyć.

Zapewniam was kochani, że „Uśpioną” czytać będziecie z dużym zaangażowaniem i rosnącą ciekawością tego, co wydarzy się za chwile. To, co warto zaznaczyć to fakt, że w tej książce nie zabraknie tajemnic, sekretów, i kłamstw wynikających ze złożonych i trudnych relacji międzyludzkich, którym autorka poświęciła tutaj dużo uwagi. Na uznanie zasługuje również wkład pracy, jaką Alicja Sinicka włożyła w merytoryczne przygotowanie się do powstania tej książki. Przyznam szczerze, że do tej pory nie czytałam, żadnej powieści poruszającej temat narkolepsji, a na kartach tego tytułu została ona bardzo dokładnie zobrazowana. Jedyne czego mi zabrakło podczas czytania to napięcia. Poczucia mroku i strachu, Co według mnie w przypadku thrillerów psychologicznych jest bardzo ważne. Dlatego też nie mogę napisać, że była to najlepsza książka tej autorki, jaką czytałam. Nie zmienia to jednak faktu, że warto ją przeczytać i spędzić z nią naprawdę ciekawy czytelniczy czas.

[Materiał reklamowy] Zakup własny.

piątek, 13 stycznia 2023

"Finalistka" - Magdalena Majcher.

W naszym społeczeństwie funkcjonuje przekonanie, że piękne kobiety mają łatwiejsze i lepsze życie. Uroda otwiera wszystkie drzwi do sławy, sukcesów i uznania w oczach „znaczących” ludzi naszego kraju, a nawet świata. I owszem, coś w tym jest. Uroda może być darem, ale jak większość rzeczy w naszym życiu, również i ten aspekt ma drugą stronę, która już nie jest tak optymistyczna. Wręcz przeciwnie, może budzić strach, poczucie dyskomfortu, a nawet stać się przekleństwem sprowadzającym na nas zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa, a nawet życia. Tego rodzaju przemyślenia i refleksje wzbudziła we mnie książka Magdaleny Majcher „Finalista”, z której recenzją dziś do was przychodzę.

Już teraz muszę się wam kochani przyznać, że nie jest mi łatwo opowiedzieć o tej książce, gdyż reprezentuje ona gatunek true crime, czyli taki, w którym autor przedstawia i wyjaśnia prawdziwe sprawy kryminalne. Świadomość autentyczności i niestety, jak się za chwilę przekonacie ponadczasowości wszystkiego, o czym w książce przeczytamy, sprawiła, że ja czułam dojmujące poczucie smutku i bezradności, wobec tragedii, która wydarzyła się we Wrocławiu lat dziewięćdziesiątych. Tym razem inspiracją do napisana tej powieści dla Magdaleny Majcher stała się głośna wówczas sprawa zabójstwa Agnieszki Kotlarskiej. Młodej i pięknej wrocławianki, która otrzymała tytuł Miss Polski, a już kilka miesięcy później, jako pierwsza Polka w historii została wybrana na Miss International.

Na kartach powieści poznajemy ją, jako Agatę Szklarską. Młodą skromną i ambitną, a przy tym niezwykle mądrą i rozważną dziewczynę, która zaczyna wkraczać w dorosłe życie. Pasją nastolatki jest modeling, który bardzo szybko staje się początkiem dla rozwoju jej kariery. W momencie, kiedy my czytelnicy zaczynamy poznawać jej historię, dziewczyna dzieli swój czas pomiędzy naukę i przygotowania do wyborów w konkursie Miss Polski, do którego zakwalifikowała się, zdobywając tytuł Miss Dolnego Śląska. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, abyście sięgając po książkę, sami mogli poznać tę historię. Powiem tylko, że Wrocław bardzo cieszy się z sukcesów swojej krajanki i dopinguje jej karierze, śledząc zdobywane przez nią kolejne jej szczeble.

Agata nawet przez chwile nie przypuszcza, że nadmierne zainteresowanie jej osobą może zniszczyć jej życie, a nawet pozbawić jej go na zawsze. A wszystko zaczyna się od pokazu sukni ślubnych, którego przypadkowym uczestnikiem jest Darek Wilczyński. Trzydziestokilkuletni mężczyzna wówczas po raz pierwszy widzi Agatę. Zauroczony jej urodą, delikatnością i wdziękiem, nie potrafi przestać o niej myśleć. Bardzo szybko zauroczenie przeradza się w obsesję. Mężczyzna zaczyna śledzić Agatę i choć tylko raz zamienili ze sobą kilka słów, to snuje wizje wielkiej miłości i wspólnej przyszłości ich dwojga. Robi wszystko, aby móc ją spotkać. Wystaje pod jej domem, wydzwania do niej, pisze listy. Agata nie reaguje i nie odpowiada na jego starania o jej uwagę i względy, co wzbudza jego złość. Sytuacja nie ulega zmianie, nawet kiedy kobieta wyjeżdża z kraju. Powrót po kilku latach zza oceanu i kolejne próby spotkania prowadzą do kumulacji, agresji. O tym jednak przeczytajcie już sami.

Tymczasem skupmy się na samym Darku. Jak czytamy w książce, miłość od nienawiści dzieli tylko cienka linia. I o ile w życiu nie są to uczucia tak bardzo skrajne, bowiem w nim nic nie jest tylko czarne, albo tylko białe. Jeśli kogoś kochamy, to musi nas bardzo mocno skrzywdzić, żebyśmy poczuli do tej osoby nienawiść, o tyle w przypadku osoby zaburzonej osobowościowo, jaką niewątpliwie jest prześladowca Agaty, ta linia rzeczywiście jest bardzo cienka. Darek został zdiagnozowany jako osobowość paranoidalna - jest poważnym zaburzeniem struktury osobowościowej, powodującej zaburzenia w sferze funkcjonowania indywidualnego i społecznego, skutkiem dysfunkcjonalnego stylu związków i relacji z innymi.

Żebyście mieli pogląd na to, jakimi cechami charakteryzuje się ten rodzaj osobowości, pozwolę sobie wymienić kilka z nich. Przy czym wymienię tylko te, które miały odzwierciedlenie w postępowaniu i zachowaniu Darka opisanym w powieści.

  • Przeżywanie braku akceptacji.
  • Podejrzliwość i nieufność w kontaktach z innymi - (Darek już w szkole spotykał się z brakiem akceptacji, co stało się początkiem jego problemów w nawiązaniu relacji z innymi. Jest samotnikiem, nie potrafi zbudować związku).
  • Stała tendencje do interpretowania obojętnych bądź przyjaznych codziennych zdarzeń i zachowań innych, jako celowo wrogie, pogardliwe, uwłaczające i poniżające.
  • Tendencja do długiego przeżywania poczucia skrzywdzenia, niesprawiedliwości czy zlekceważenia.
  • Poczucie krzywdy i odrzucenia może wyzwalać zachowania agresywne, natarczywe żądania i domaganie się „swoich praw”.
  • Nadwrażliwość na niepowodzenia.
Mężczyzna bezsprzecznie wykazywał wszystkie te cechy, a ich kumulacja doprowadziła do najgorszego.

 „Finalistka” to bardzo przejmująca i poruszająca historia chorej miłości i obsesji, ale autorka zwraca w niej również naszą uwagę i uczula nas na ciągle aktualny i w dobie wszechobecnej ery internetu, komunikatorów oraz różnego rodzaju portali internetowych problem stalkingu, czyli uporczywego nękania bądź prześladowania ofiary. W latach dziewięćdziesiątych pojęcie to nie było jeszcze znane i uznawane za przestępstwo. Wówczas takie osoby, jak Darek nazywano psychofanami. To właśnie fakt, tego, że dziś każdy z nas może znaleźć się na miejscu Agaty, przeraża najbardziej.

Jestem pełna podziwu i uznania, ale także wdzięczności dla autorki za podjęcie się napisania tej książki. Z pewnością nie było to łatwe zadanie, nie tylko ze względu na ogromny wkład pracy włożony w samo pisanie, ale także gromadzenie materiałów dotyczących tej wstrząsającej sprawy kryminalnej i wierne ich odzwierciedlenie. To, co trzeba zaznaczyć i podkreślić, to fakt w pełni profesjonalnego podejścia do opowiedzenia nam tej historii. Próżno szukać w niej osobistych odczuć i osądów tego, co się wydarzyło przez Magdalenę Majcher.

Mam nadzieję i mocno w to wierzę, że ta książka będzie swego rodzaju przestrogą dla nas wszystkich, aby być czujnym i nie bagatelizować, a niezwłocznie reagować, jeśli staniemy się ofiarą stalkingu.

środa, 24 lutego 2021

"Mocna Więź" Magdalena Majcher/ Recenzja premierowa

M
oi drodzy tym razem porozmawiamy o rozpaczy i tęsknocie, którą czujemy, kiedy tracimy kogoś na zawsze. Śmierć - nieodwracalna strata, po której najmocniej cierpią ci, którzy zostają na ziemi. Pogrążeni w rozpaczy i dojmującym smutku nie potrafimy żyć ze świadomością, że już nigdy więcej nie zobaczymy osoby nam najdroższej, która jeszcze tak niedawno miała całe życie przed sobą. Miała, bo dziś już nie żyje i nigdy nie wróci. Choć zapewne wszyscy zgodzimy się z tym, że nic nie jest w stanie ukoić tego rodzaju bólu, bo czas przecież nie goi tak dotkliwych ran, które trawią nasze serce i duszę, a jedynie uczy, jak z nimi żyć, to jednak swego rodzaju ulgą dla bliskich osoby zmarłej jest możliwość jej godnego pochówku, a także odwiedzania jej na cmentarzu.

Jednak dziś za sprawą najnowszej książki Magdaleny Majcher „Mocna więź”, z której recenzją do Was przychodzę, poznacie wstrząsającą historię matki, której taką możliwość brutalnie i bez najmniejszych skrupułów odebrano. Zanim jednak opowiem kilka słów o samej książce, już na wstępie zdradzę, że nawet jeśli nie czytaliście jeszcze tej książki, to mogliście słyszeć i przypuszczam, że większość z Was słyszała o tym, co zdecydowała się opisać na jej kartach Pani Magdalena. Zapewne teraz zastanawiacie się jak to możliwe. O tym już za chwilę.

Praca pisarza często bywa wyzwaniem, a ja bardzo cenię sobie autorów, którzy takich wyzwań nie boją się podejmować. Pani Magdalena bez wątpienia należy do grona takich właśnie autorów. Z każdą kolejną książką sobie samej stawia coraz wyższą poprzeczkę, a nas czytelników bezustannie zaskakuje. Tak też jest i tym razem, gdyż poznajemy ją w zupełnie nowym gatunku czytelniczym, jakim jest literatura faktu. Stąd też możecie już znać temat, z jakim postanowiła się zmierzyć. Sięgając po ten tytuł, będziecie mogli poznać kulisy głośnej niegdyś w mediach sprawy zaginięcia Anny Garskiej, żony sosnowieckiego policjanta, która, jak możemy przeczytać na okładce książki, padła ofiarą zbrodni prawie doskonałej z rąk tego, którego kochała najbardziej.

W przeciwieństwie do tego, jak robię to zazwyczaj, nie chcę zdradzać niczego więcej ze szczegółów tej sprawy, ponieważ chcę, abyście sami mogli odkrywać je, czytając książkę. Chcę zwrócić Waszą uwagę na to, co dzieje się w sercu matki, kiedy jej świat legnie w gruzach. Panią Michalinę, mamę zamordowanej Ani łączyła z córką niezwykła więź i nagle ten, który miał być dla jej dziecka gwarancją miłości i bezpieczeństwa pozbawia ją życia, odbierając jednocześnie matkę ich dziecku. Mało tego zaciera ślady, podczas gdy rodzina kobiety chce tylko wiedzieć, gdzie jest Ania.

W książce fabuła została skonstruowana tak, abyśmy mogli dowiedzieć się jakim dzieckiem była Ania, jak wchodziła w okres dojrzewania, poznaje Marka, a potem zakłada z nim rodzinę, o której niemalże od zawsze marzyła. To właśnie rodzina była dla niej najważniejsza. W ten sposób najlepiej się spełniała. Szczęściem dla niej było móc być żoną i matką. Drugą część fabuły rozpoczynają natomiast wydarzenia po 7 lipca 2012 roku, a więc po dniu, kiedy Ania podobno wyszła z domu i po dziś dzień nie wróciła. Ta historia to bardzo dojmujący dowód na to, że najbardziej brutalne scenariusze pisze samo życie. Niemalże na własnej skórze odczuwamy determinację jej rodziców  młodszej siostry do tego, aby zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby natrafić na ślad Ani oraz moment, kiedy muszą przyjąć do wiadomości, że kobieta nigdy nie wróci do swojej bezpiecznej przystani, jak zawsze mówiła o swoich bliskich. Następnie następuje ta chwila, która uświadamia im, że prawdę, której tak bardzo szukają, mają niemal na wyciągnięcie ręki, choć przez długi czas nie brali jej pod uwagę.

„Mocna więź” to bardzo bolesna historia o miłości, która miała być obrazem zakochanych w sobie bez pamięci dwojgu młodych ludzi. Którzy mieli się przy sobie zestarzeć, a stała się straszną tragedią, która zakończyła życie młodej kobiety i zniszczyła świat jej najbliższych. To także świadectwo pięknych relacji na płaszczyźnie matka - dziecko, jak również walka o sprawiedliwość w imię pamięci i miłości do córki.

Na jednym ze spotkań autorskich online, w którym miałam przyjemność brać udział, Pani Magda powiedziała, że podczas powstawania książki obawiała się, czy zdoła unieść ciężar tej historii w taki sposób, aby wiernie oddać ogrom emocji jej towarzyszących. Śmiało mogę powiedzieć, że poradziła sobie doskonale. To co, według mnie zasługuje na uwagę i uznanie, to fakt, że w książce tej nie znajdziemy subiektywnych odczuć i osądów samej autorki. Od początku do końca Magdalena Majcher pozostaje bezstronna i wiernie przekazuje to, co usłyszała od Pani Michaliny, Pani Agnieszki oraz koleżanek Ani. Domyślam się, że nie było to łatwe, ale świadczy to o wielkim profesjonalizmie autorki.

Jest to jedna z tych książek, których nigdy się nie zapomina. To taka książka, która wywoła wiele bardzo silnych emocji. Wzruszy i poruszy. Ta historia na pewno nie pozostawi nikogo obojętnym, ale ja nie potrafię ocenić tej historii w skali liczbowej. Wręcz czuję, że nie mam do tego prawa. No bo jak ocenić ludzką tragedię.

Natomiast mogę i chcę ocenić książkę pod względem pracy i serca autorki włożonego w napisanie tej powieści. Pod tym względem zasługuje na pełną dziesiątkę. Od pierwszej do ostatniej strony widzimy, jak wiele czasu i zaangażowania Pani Magda poświęciła, aby wszystko, co przeczytamy, było rzetelne i dopracowane pod każdym względem. Was z całego serca zachęcam do przeczytania tej książki. Niech pamięć o Ani będzie ciągle żywa, w sercach tych z nas, którzy po nią sięgną. Natomiast ja mam wielką nadzieję, że autorka nie poprzestanie tylko na tej pozycji i będzie dalej podążała w kierunku literatury faktu. Czekam na to z niecierpliwością.

Recenzja powstała we współpracy z portalem Duże Ka, za co bardzo dziękuję.







wtorek, 11 sierpnia 2020

Zamknięta w bańce bólu i cierpienia.

Mówi się, że tylko śmierć jest w życiu sprawiedliwa, ponieważ nikogo z nas nie ominie i każdy bez względu na to, jak wygląda jego życie, prędzej czy później będzie musiał się z nią skonfrontować. Dziś jednak nie będziemy rozmawiać o istocie śmierci, a o tym, jak wygląda życie osób, które tracą bliską swemu sercu osobę. Ból i cierpienie po odejściu kogoś, kogo kochamy, jest jednym z najbardziej trudnych, a wręcz traumatycznych przeżyć. Zgadzamy się z tym zapewne wszyscy, ale pójdźmy o krok dalej i zastanówmy się, czy okoliczności, w jakich nasz krewny, przyjaciel, czy znajomy kończy życie doczesne, mają wpływ na to, jak radzą sobie z tą sytuacją ci, których zostawili tu na ziemi. Według mnie  owszem  jest to bardzo istotny czynnik w procesie przechodzenia  tych osób przez etap żałoby i godzenia się z tym, co się stało. Nie chcę, abyście źle mnie zrozumieli. W żaden sposób nie  umniejszam cierpieniu wynikającemu ze śmierci kogokolwiek, ponieważ bez wątpienia jest ono niewyobrażalne, jednak uważam, że o ile sam wymiar cierpienia się nie zmienia to, łatwiej jest pogodzić się ze śmiercią kogoś, kto na przykład zmarł z racji wieku, czy długoletniej choroby, aniżeli kogoś, kto umiera nagle i niespodziewanie. Jeszcze wczoraj dzieliliśmy z kimś życie. Był zdrowy, w pełni sił. Mieliśmy wspólne plany i marzenia, a dziś już tej osoby z nami nie ma. Jak w obliczu takiej tragedii żyć dalej żyć?

Przed tak  trudnym zadaniem staje główna bohaterka debiutanckiej powieści Lauren North „Zdrada doskonała”. Kobieta jeszcze wczoraj wiodła spokojne szczęśliwe życie u boku męża Marka. Małżonkowie wychowywali wspólnie syna Jamiego. Dziś po tamtym życiu zostały tylko zgliszcza. Zaledwie w kilka godzin świat naszej bohaterki legnie w gruzach. Od chwili, kiedy dowiedziała się, że jej mąż zginął w wypadku samolotowym, nie potrafi poradzić sobie z tym, co ją spotkało. Zamknięta w bańce swojego bólu i cierpienia odcina się od rzeczywistości. Wie jednak, że nie może dać się wciągnąć w otaczającą ją otchłań nicości i zagubienia, ponieważ ma jeszcze syna. Niestety wiedzieć, a wcielić tę wiedzę w życie to zupełnie dwie różne kwestie. Tess nie ukrywa tego, że nie radzi sobie sama ze sobą. Na szczęście są organizacje, które mają za zadanie podać pomocną dłoń tym, którzy nie potrafią znaleźć w sobie siły, aby zacząć żyć na nowo w nowej dla siebie rzeczywistości. Nie jest to łatwe, a nikt nie zrozumie naszego bólu bardziej, niż ktoś, kto również poznał jego niszczącą moc.

Pewnego dnia do drzwi Tess puka Shelley. Kobieta zapewnia Tess, że doskonale rozumie, co ta czuje i dlatego pomoże jej przetrwać ten najgorszy czas w jej życiu. Wyrozumiała, pełna życzliwości zdobywa zaufanie swojej podopiecznej. Co więcej, bardzo szybko nić porozumienia, która wytwarza się między nimi, przeradza się w przyjaźń. Nie trudno się temu dziwić, gdyż powszechnie wiadomo, że cierpienie zbliża ludzi. Shelley nie jest jedyną osobą, która chce pomóc Tess. Chęcią pomocy wykazuje się również brat Marka Ian.

Wydawać by się mogło, iż Tessa ma ogromne szczęście, że ma blisko kogoś, kto chce jej dobra i służy swoją pomocą. Ona sama tak właśnie myśli do momentu, gdy na jaw zaczynają wychodzić sekrety i tajemnice Marka. Pociągają one za sobą szereg niewyjaśnionych zdarzeń, wzbudzających podejrzenia nie tylko, co do tego co działo się w życiu jej męża za jej plecami, ale także poddają w poważną  wątpliwość bezinteresowność  i wielkoduszności szwagra oraz nowej przyjaciółki. Pełna lęku i strachu Tess musi chronić Jamiego. Przecież teraz ma tylko go.
Sięgnijcie koniecznie po książkę i przekonajcie się, czy strach ten ma swoje uzasadnienie i czy chłopiec oraz jego mama mogą czuć się bezpieczni w swoim  domu.

Kiedy cierpimy, stajemy się bezbronni. Zatraceni w trawiącym nasze serce i duszę bólu często balansujemy na granicy jawy i swoich własnych wyobrażeń. Już nie raz słyszałam, jak ludzie dzielący się swoimi przeżyciami po stracie ukochanej osoby mówili: „pewnych zdarzeń z tamtego okresu zupełnie nie pamiętam. Mam wrażenie, jakby ktoś wyjął mi te chwile z życia”. Jest to, jak najbardziej uzasadnione, gdyż często nasza podświadomość, chcąc ulżyć naszemu bólowi, wypiera pewne fakty. Mówię o tym dlatego, że w takim stanie stajemy się niczym marionetki w rękach innych ludzi. Bardzo łatwo nami manipulować i sprawić byśmy w pewnym momencie sami nie wiedzieli, co jest prawdą, a co kłamstwem. Kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto tylko takiego udaje. Kto naprawdę chce nam pomóc, a kto ma, w swoich pozornie dokonywanych w dobrej wierze działaniach, ukryty motyw.

Autorka w bardzo zajmujący i intrygujący sposób ukazała ten model manipulacji na kartach powieści. Perfekcyjnie w poczuciu nieustającego niepokoju towarzyszącemu czytelnikowi przez całą fabułę podrzuca czytelnikowi mylące sugestie. Tym samym steruje nie tylko emocjami swojej bohaterki, ale i nas samych, by na końcu, wbrew naszym wszelkim wcześniejszym przewidywaniom bardzo mocno nas zaskoczyć.

„Zdrada doskonała” to bardzo dobry thriller psychologiczny, który czyta się z ogromnym zainteresowaniem i ciekawością tego, co wydarzy się za chwilę. Świetnie wykreowane portrety psychologiczne bohaterów w połączeniu z pierwszoosobową narracją sprawiają, że przez cały czas wiemy, co czują i myślą bohaterowie. Bardzo ciekawym zabiegiem ze strony autorki jest wplecenie w całość historii wewnętrznych monologów, które prowadzi Tess. Jeśli chodzi o mnie, książka mocno mnie wciągnęła i nie mogłam się od niej oderwać.
Przyznaję, że przystępując do lektury książki, bardzo jednoznacznie odebrałam jej tytuł i zasugerowana nim spodziewałam się zupełnie czegoś innego, niż to, co czekało na mnie na jej kartach. I pewnie teraz Was zaskoczę, albowiem jestem bardzo zadowolona, że moje pierwotne oczekiwania nie zostały spełnione, gdyż dostałam coś o wiele lepszego. Autorka przypomniała mi bowiem, że zdrada nie jedno ma imię.

Gorąco zachęcam Was kochani do sięgnięcia po ten tytuł. Lekkość i swoboda stylu oraz języka, którym posługuje Lauren North no i oczywiście jej niezwykła umiejętność skupienia naszej uwagi oraz podsycania z każdą przeczytaną stroną książki ciekawości czytelnika odnośnie do następujących po sobie wydarzeń sprawi, że będziecie przekręcać je z niecierpliwością i w mgnieniu oka, niepostrzeżenie dla siebie samych dotrzecie do końca. Życzyłabym nam wszystkim jeszcze więcej tak dobrych debiutów. Ja z niecierpliwością czekam na kolejne książki autorki i jestem pewna, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy.

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania książka, za co bardzo dziękuję.

Zachęcam Was także do zapoznania się z całą ofertą thrillerów przygotowanych dla nas przez księgarnię.


niedziela, 16 września 2018

Czy długowieczność jest błogosławieństwem?

Moi kochani, dziś porozmawiamy o długowieczności. Każdy z nas pragnie żyć jak najdłużej. Oczywiste jest, że nikt nie chce umierać. Jednak czy dożycie sędziwego wieku zawsze rzeczywiście jest błogosławieństwem? Otóż według mnie nie zawsze. Obserwując życie osób starszych, uważam, że starość jest tym, co się Panu Bogu nie udało. Owszem schyłek wieku spędzony wśród osób nam najbliższych w otoczeniu miłości i serdeczności jest piękny, jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej, kiedy nasze dobiegające kresu życie naznaczone jest samotnością. Boleśnie przekonała się o tym główna bohaterka powieści Sofii Lundberg „Czerwony notes”.

„Człowiek przez całe życie stara się dożyć jak najpóźniejszej starości, ale wiesz, wcale nie jest wesoło być tym najstarszym. W pewnym momencie nie ma już po co żyć. Zwłaszcza wtedy, kiedy wszyscy umarli”.

Ten cytat bardzo mocno i trafnie określa kształt życia, jakie wiedzie 96-letnia Doris, bohaterka książki, o której chcę Wam dziś opowiedzieć. Kobieta ma świadomość, że jej ziemska dola dobiega końca. Jedyne, co teraz wypełnia jej codzienność to wspomnienia, których nikt jej nie odbierze. Powiernikiem tego, przez co przeszła i co przeżyła przez swoje długoletnie życie, jest jej pamięć oraz czerwony notes podarowany jej przed laty przez ojca. Na jego stronach zapisane są nazwiska osób, które pojawiając się na jej drodze życiowej, wspólnie z nią tworzyły jej historię. Mimo upływu lat osoby te nadal mają swoje miejsce w sercu naszej bohaterki. Niestety wszyscy oni już nie żyją. Doris mieszka samotnie odwiedzana przez opiekunki środowiskowe. Jednak jest ktoś, z kim nasza bohaterka chce podzielić się perypetiami swojego losu. Tą osobą jest jedyna żyjąca krewna Doris- Jenny, która, choć kocha swoją ciotkę całym sercem, nie może być przy niej. Mimo to kobiety pozostają w stałym kontakcie, dzięki rozmowom na Skype. Doris ma nadzieję, że kiedy Jenny pozna barwną przeszłość ciotki, będzie jej łatwiej zrozumieć trudne przeżycia własnego dziecińsrwa, a może i wybaczyć. Bo jak wiadomo, przeszłość może kształtować przyszłość wielu pokoleń. Każda osoba, której nazwisko i dane zostały zapisane w tytułowym „Czerwonym notesie” jest częścią bardzo poruszającej i chwytającej za serce opowieści o życiu dzielnej kobiety, które nigdy nie było usłane różami. Już jako dziecko zaznała wiele cierpienia i została brutalnie wtłoczona w bezwzględną machinę dorosłego życia, a tym samym przeszła ciężką lekcję przyspieszonego dorastania. Rzucona na głęboką wodę nie raz tonęła, ale właśnie dzięki osobom, z którymi los skrzyżował ścieżki jej przeznaczenia, udawało jej się wydostać na powierzchnię. A przeżyła naprawdę wiele wzlotów i upadków. Wie, co znaczy ciężko pracować, bać się o siebie i osoby, które się kocha. Dane jej było również zaznać słodyczy prawdziwej miłości, ale także goryczy i bólu utraty osób, które kochała. Jak widzicie, Doris ma o czym opowiadać swojej krewnej, a to tylko zaledwie niewielka część tego, co czeka na Was podczas lektury.

Gorąco zachęcam Was do tego, abyście sięgnęli po „Czerwony notes”, ponieważ jestem przekonana, że książka od samego początku skradnie Wasze serca, wypełniając je ogromem wzruszeń i ciepłem, które wręcz bije z każdego zdania tej historii. Oddając się lekturze, będziecie mieli wrażenie, że siedzicie w ciepłej kuchni przy herbatce wspólnie z Waszą babcią, ciocią i słuchacie niezwykle zajmującej historii jej młodości. Dla mnie samej postać Doris stała się bardzo bliska i chwilami żałowałam, że jest to tylko fikcyjna osoba. Podczas czytania książki bowiem było wiele momentów, kiedy miałam ochotę ją przytulić, wesprzeć i pocieszyć. Dzięki dwom perspektywom czasowym, w których mają miejsce opisane w książce przeżycia, autorka doskonale uświadamia czytelnikowi, jak bardzo duży wpływ nasza przeszłość ma na całokształt nie tylko naszego życia, ale również innych członków naszej rodziny. Nawet jeśli wydarzenia należące do przeszłości, miały miejsce wiele lat temu.

Zapewniam Was, że jeśli zdecydujecie się sięgnąć po „Czerwony notes”, książka urzeknie Was swoim klimatem. Jest ona niczym otulający koc, w którego cieple chcemy się zanurzyć i zatracić w niezwyklej opowieści z duszą. Jestem pewna, że kiedy już zaczniecie czytać, nie będziecie w stanie się oderwać, a w oku nie raz zakręci się łza. Ta książka jest inna niż wszystkie, które do tej pory czytałam. Nie znajdziecie w niej schematów i przewidywalności. Próżno tu również szukać zawrotnych zwrotów akcji. Gdybym miała określić jakiego rodzaju jest to książka, powiedziałabym, że jest to opowieść adresowana dla Waszych serc i dusz. Klimatyczna i głęboko zapadająca w serce książka, która jeszcze na długo zostanie z Wami, a co więcej skłoni Was do bardzo osobistej podróży w głąb siebie. Na zakończenie muszę Wam się przyznać, że poznając przeżycia Doris, czułam się niezręcznie z uwagi na intymny charakter wielu z nich.
Ja na pewno po "Czerwony notes" sięgnę jeszcze nie raz a Wy?

Lekcja wyciągnięta z lektury książki:

„Doceniaj każdą chwilę spędzoną z bliskimi ci osobami, bo nigdy nie wiesz, ile jeszcze wam ich zostało. Już jutro możesz zostać zupełnie sam/a". - smutne, ale niestety prawdziwe.

Recenzja powstała przy współpracy z wydawnictwem W.A.B., za co bardzo dziękuję.