Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patrycja Żurek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patrycja Żurek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 grudnia 2025

WIGILIJNY AZYL ZŁAMANYCH SERC: Patrycja Żurek definiuje Boże Narodzenie na nowo.

Boże Narodzenie, choć uświęcone symbolem ciepła i bezpiecznego schronienia, bywa dla wielu ludzi czasem głębokiej samotności i bolesnej konfrontacji z własnym życiem. Gdzie szukać domu, gdy biologiczne więzy stają się źródłem cierpienia? Czy prawdziwe oparcie czeka tylko tam, gdzie prowadzi krew, czy może rodzi się w przypadkowych spotkaniach, w cichej solidarności pokaleczonych dusz? Literatura ma moc ukazywania, że w najciemniejszej godzinie, w obliczu ucieczki i desperacji, zjawia się najsilniejsza, wybrana miłość, która na nowo definiuje pojęcie rodziny. Właśnie o tej kruchej, lecz niezłomnej nadziei na odnalezienie swojego miejsca na świecie opowiada najnowsza powieść Patrycji Żurek.

Tytułowa „Wigilia złamanych serc” to dla bohaterki, Niny, chwila radykalnego wyboru: opuszczenie toksycznych relacji w poszukiwaniu bezpiecznego azylu. Żurek mistrzowsko obnaża iluzję świąt, wskazując, że pod lśniącą fasadą tradycji często ukryte są głębokie rany. Jej ucieczka staje się aktem samoobrony, inicjującym podróż ku więziom, które są świadomie wybrane, a nie narzucone. Pisarka przekonująco dowodzi, że autentyczne ciepło jest tworzone, a nie dziedziczone. Nina na swej drodze napotyka podobnych sobie rozbitków – to właśnie z ich złamania rodzi się najsilniejsze poczucie wspólnoty. To cichy manifest: nie musimy być sami, jeśli tylko odważymy się przyjąć drugiego człowieka, który również dźwiga ciężar minionych nadziei.

Patrycja Żurek posługuje się językiem pełnym czułości i głębokiej empatii, który nie unika trudnej prawdy. Jej styl jest przejrzysty i niezwykle płynny, natychmiast zanurzając czytelnika w wewnętrzny świat postaci. Konstrukcja zasługuje na uznanie – autorka przeplata wątki w mozaikowej strukturze, powoli odsłaniając ich przeszłość i motywacje. Ten zabieg stopniowo buduje napięcie, by ostatecznie złączyć wszystkie historie w jeden, wzruszający punkt kulminacyjny w wigilijną noc, utrzymując dynamiczny i angażujący rytm narracji.

Różnorodność bólu i nadziei nadaje temu utworowi uniwersalny charakter. Zgromadzeni pod jednym dachem w najmniej oczekiwanym momencie, ci bohaterowie są dowodem na to, że prawdziwa rodzina to nie przywilej biologii.

💔 ​Nina, uciekinierka, której determinacja staje się iskrą nadziei dla innych.

💔 ​Kosma, postać o fascynującej aurze, skrywająca ogromną życiową mądrość, której historia to opowieść o stracie i godności.

💔 ​Wiktoria, starsza kobieta, u której pod maską stabilności kryje się przenikliwa samotność i potrzeba odnalezienia sensu.

💔 ​Anna, której drastyczna ucieczka od kłamstwa staje się studium złamanego zaufania i poszukiwania nowej tożsamości.

​Losy tych bohaterów, choć początkowo obcych, splata wspólne doświadczenie. Ich przypadkowe spotkanie jest katalizatorem, który nieodwracalnie zmienia ich dalsze życie. Wszyscy razem tworzą galerię ludzkich historii, które udowadniają, że jedynym wymogiem do stworzenia domu jest wzajemna, bezwarunkowa akceptacja.

​Pisarka wykorzystuje świąteczny czas jako lustro, w którym odbija się najchłodniejsze oblicze ludzkiego losu. Oś fabularna kręci się wokół motywu ucieczki jako aktu założycielskiego, demaskującego fałsz toksycznych więzów. W powstałej pustce rodzi się najsilniejszy motyw: idea wybranej rodziny, zbudowanej na fundamencie solidarności. Wątki Kosmy i Wiktorii wprowadzają głęboką refleksję nad ciężarem czasu i pamięci oraz możliwością odkupienia. Ostatecznie, ta powieść jest wzruszającą afirmacją nadziei i osobistej transformacji, udowadniając, że każde, nawet najgłębsze, złamanie serca jest jednocześnie szansą na jego mądrą i świadomą odbudowę.

​Lektura tej prozy to doświadczenie głęboko angażujące – istny emocjonalny rollercoaster. Czytelnicy powinni przygotować się na złość, ale i głębokie wzruszenie. Książka zmusza do autentycznej refleksji: Czym jest dla mnie dom? Gdzie kończy się lojalność, a zaczyna destrukcja? W ostatecznym rozrachunku czytelnik odchodzi od tej historii z gorzkim, lecz oczyszczającym poczuciem odzyskanej nadziei.

To lektura obowiązkowa dla każdego, kto poszukuje głębi w literaturze świątecznej, stroniąc od nierealistycznych wizji. Uczy ona prawdziwego znaczenia bliskości i odwagi do zmiany. Polecam ją szczególnie osobom, które mierzyły się z poczuciem osamotnienia, oraz tym, którzy pragną zrozumieć, że autentyczna magia świąt tkwi w ludzkiej życzliwości. „Wigilia złamanych serc” to literacki balsam dla tych, dla których Boże Narodzenie jest czasem wyzwań. Utwór, dzięki empatycznemu językowi i mozaikowej konstrukcji, staje się głęboką refleksją nad możliwością tworzenia szczęścia od nowa. Nie jest to lektura o idealnych świętach, lecz o autentycznej nadziei, rodzącej się tam, gdzie pękły więzy. Autorka zaoferowała czytelnikom mądry manifest o sile wybranej bliskości. Gorąco polecam tę książkę.

[Zakup własny]

piątek, 30 sierpnia 2024

Melancholijka" Patrycja Żurek

*Często patrzymy na czyjeś życie i żywimy przekonanie, że ta osoba ma wszystko, co składa się na bycie w tym życiu szczęśliwym. Wspaniałą rodzinę, małżeństwo, dzieci, pasję. Tymczasem, ku naszemu zaskoczeniu, a wręcz niedowierzaniu możemy bardzo dobitnie przekonać się, że to, co my widzimy, jest wyłącznie z trudem odgrywaną każdego dnia przez kogoś rolą, podczas gdy cała prawda kryje się tam, gdzie wzrok nie sięga. Tę trudną i wydawałoby się oczywistą lekcję na kartach swojej najnowszej książki „Melancholijka", o której chcę wam dziś opowiedzieć, zostawia dla swoich czytelników Patrycja Żurek.

Lekcja ta jednak niestety tylko w teorii jest oczywista, gdyż my ludzie ciągle ulegamy pozorom, które są mocno złudne i mylące. Zanim jednak przejdę do samej książki, to już na wstępie muszę zaznaczyć, że choć jest ona niezwykle ważna i potrzebna społecznie, to nie jest to lektura dla każdego. Patrycja na jej kartach zabiera nas w najmroczniejsze zakamarki duszy głównej bohaterki, której los nigdy nie oszczędzał. Czytając ją, staniecie w prawdzie z uczuciami i emocjami kobiety, której życie niesie ze sobą wyłącznie ból. Tu nie ma miejsca na koloryzowanie rzeczywistości i łagodzenie trawiących serce i duszę uczuć. Dlatego, zanim sięgniecie po ten tytuł, musicie wziąć pod uwagę swój własny stan psychiczny, to, co w tym momencie przeżywacie i jak się czujecie. Zadać sobie pytanie, czy jest to właściwy dla was moment, aby ją przeczytać? Boję się polecać ją każdemu z racji tego, że pomimo iż jest naprawdę świetna i jeśli ją przeczytacie, to już nigdy o niej nie zapomnicie, to jednocześnie czytelnik, zagłębiając się w jej treści, czuje się zdruzgotany i przytłoczony.

Emocje te są jak najbardziej zrozumiałe, gdyż wraz z rozpoczęciem czytania powieści poznajemy około czterdziestoletnią kobietę w najtrudniejszym momencie jej życia. Melania stoi nad życiową przepaścią. Dla niej w tym, życiu nic już nie ma znaczenia. A my czytelnicy, cofając się wraz z nią do wspomnień, dowiadujemy się, jakie przeżycia i trudne doświadczenia nad tę przepaść ją przyprowadziły. A możecie mi wierzyć, że było ich naprawdę wiele. Za wiele, aby jeden człowiek, był w stanie udźwignąć je na swoich barkach. Los plecie różne scenariusze, a wszechświat bywa złośliwy, o czym Mela przekonała się bardzo dotkliwie, co niech zobrazuje wam fakt, że od najmłodszych lat była dzieckiem noszącym w sobie pragnienie śmierci. Pragnienie, by zniknąć i przestać istnieć, które wraz z wieloma bolesnymi przeżyciami i doświadczeniami zakorzeniało się w niej coraz mocniej i pozostało w niej do dziś.

A jej powolne spadanie w otchłań obezwładniającego mroku i melancholii zapoczątkowały trudne relacje rodzinne. Szczególnie te na płaszczyźnie matka – córka. Dla swojej rodzicielki, która podobnie, jak wszystkie kobiety w jej rodzinie nie potrafiła kochać swojego dziecka, nigdy nie była wystarczająca. Czuła się gorszą od swojej młodszej siostry. I choć tak bardzo pragnęła matczynej miłości, jedyne co otrzymywała to wylewana na nią złość, a nawet przemoc. Jednak ostatecznym ciosem dla już wówczas nastoletniej Melanii, było porzucenie jej przez choć straszną, to jednak ukochaną mamę. Odeszła bez słowa zabierając ze sobą tę faworyzowaną córeczkę Madzię. Teraz po tamtej twardej, pewnej siebie kobiecie nie został już najmniejszy ślad. Jej życie dobiega końca, a od Melanii oczekuje się, że na łożu śmierci wybaczy matce. Jeśli jesteście ciekawi, czy nasza bohaterka będzie w stanie zagłuszyć w sobie poczucie żalu, i odrzucenia, a także złość wyssaną z mlekiem tej, której ma wybaczyć, to koniecznie przeczytajcie książkę.

Jak spragniony potrzebuje wody, tak samo Mela pragnęła poczuć się dla kogoś ważna i komuś potrzebna. Jak każdy z nas chciała kochać i być kochana. Mocno wierzyła w to, że to wszystko da jej związek z Bernardem, który tak wiele obiecywał. Teraz chciałaby cofnąć czas. Ich małżeństwo, uznawane przez wszystkich za spokojne i stabilne to farsa, w której kobieta tkwi, niczym w złotej klatce starając się spełnić oczekiwania i zachcianki męża. Podczas gdy sama jest sterowaną przez niego marionetką. Bernard doskonale zna potrzeby emocjonalne swojej żony, które stają się dla niego narzędziem do manipulowania nią. Zatopiona w swoim cierpieniu i samotności popada w depresję. To, że dziś jest dorosłą kobietą, nie zmienia faktu, że gdzieś nadal tkwi w niej ta dziewczynka nieustannie tęskniąca za mamą i wypatrująca jej powrotu. Opuszczona i skrzywdzona, co ciągnie się za nią przez całą dorosłość. Chcąc, choć na chwilę dać upust temu, co czuje, szuka ukojenia w kompulsywnym jedzeniu, a także wyrywaniu pojedynczych włosów. W tym miejscu muszę nadmienić, że autorka wie, o czym pisze, gdyż zwracając naszą uwagę na  tak podstępną, trudną i bezwzględną chorobę, jaką jest depresja i nakreślając nam jej obraz, czerpała z własnych doświadczeń depresyjnych, a dla niej samej, co przyznaje „Melancholijka ma wymiar terapeutyczny". Na pewno zgodzicie się ze mną, że to, co spotkało Melę, jest idealnym podłożem dlatego, aby depresja wyciągnęła po nią swoje macki. Jednak to jeszcze niecałe zło i rozpacz, która zaleje jej serce. O tym jednak musicie przeczytać już sami.

Historia, którą oddała w nasze ręce autorka poza tym, że traktuje na temat depresji, niemalże namacalnie konfrontuje nas z bezwzględnym, trudnym jej obliczem, uświadamia nam również, jak mało znamy bliskie nam osoby. Nawet jeśli są naszą rodziną. W książce poznajemy kilka pokoleń kobiet z rodziny Melanii, których charaktery i osobowość są kontrastem dla jej kruchości, delikatności i wrażliwości. One w przeciwieństwie do niej są twarde i silne. Co jak się przekona sama Mela, jest swego rodzaju pancerzem, w które wyposażyło każdą z nich życie, by pod nim mogły skryć ból, który okryty wstrząsającymi tajemnicami przeszłości tkwi w ich sercach. I tutaj zatrzymajmy się na nieco dłuższą chwilę, by poświęcić uwagę wspomnianej już wcześniej przeze mnie siostrze Meli, która wspólnie z matką po latach wraca do domu rodzinnego. Nie zdradzę oczywiście zbyt wiele, ale powiem wam moi kochani, że kiedy poznajemy koleje jej losów, rodzi się w nas pytanie, którą z sióstr tak naprawdę spotkała gorsza krzywda. Melanię porzuconą przez matkę, której ta będąc nastolatką, tak bardzo potrzebowała. Czy też Magdę, która, choć miała matkę przy sobie, poniosła bardzo wysoką cenę tego, wydawać by się mogło okazanego jej uprzywilejowania? I przyznam szczerze, że ja nie umiem dać na nie jednoznacznej odpowiedzi, wiedząc przez co ta dziewczyna przeszła. Jednak sprawdźcie to sami.

„Melancholijka” to książka po odłożeniu, której czułam się mocno przeczołgana emocjonalnie. Wręcz zmęczona, ale jednocześnie towarzyszyło mi poczucie najlepiej, jak to możliwe spożytkowanego czasu, bo spędzonego na czytaniu powieści, o której warto i trzeba mówić dużo oraz głośno. Takiej, która nie uznając półśrodków, otwiera oczy społeczeństwu na chorobę, która codziennie zbiera swoje okrutne żniwo, zabijając bezbronne wobec jej siły istoty. Nam, którzy mamy w swoim otoczeniu osoby chorujące na depresję autorka w bardzo obrazowy sposób pokazała, że swoim postępowaniem i zachowaniem wobec nich możemy zarówno pomóc, jak i zaszkodzić dając swoje „złote rady” i próbując mówić im, jak mają żyć, co robić i jak postępować. Choć często robimy to w dobrej wierze i nieświadomie. Mam nadzieję, że udało mi się pokazać wam wartość tego tytułu i że w odpowiednim dla siebie momencie wy również ją przeczytacie. Jeśli jednak ktoś z was nie czuje się do końca przekonany, to ostatecznym argumentem na tak niech będzie fakt, że choć od momentu, kiedy pożegnałam się z bohaterami książki, minęło już kilka dni, to wszystko, o czym przeczytałam, jest we mnie ciągle żywe i nie pozwala o sobie zapomnieć.

*Książka 


[Materiał reklamowy] Autorka Patrycja Żurek

piątek, 26 lipca 2024

"Po prostu będę obok" Patrycja Żurek

My ludzie z natury jesteśmy obserwatorami. Wielu z nas otwarcie mówi o tym, że lubi obserwować innych w różnych sytuacjach. I nie byłoby w tym nic złego, gdybyśmy w owych obserwacjach nie posuwali się zdecydowanie za daleko i tylko na podstawie tego, co widoczne dla oczu, pojedynczych zachowań, czy też postawy danej osoby nie kreowali sobie na jej temat opinii. Często bowiem nie bierzemy pod uwagę tego, iż przecież tak naprawdę o osobie, która wzbudziła nasze zainteresowanie, nic nie wiemy, a to, co widzimy, może być tylko grą. Fasadą pozorów, za którą człowiek skrywa swoją prawdziwą twarz i emocje. Taką życiową lekcję dostał główny bohater książki Patrycji Żurek „Po prostu będę obok”, z której recenzją dziś do was przychodzę.

Daniel, bo to o nim mowa jest perkusistą zespołu rockowego. Żyje muzyką, a muzyka żyje w nim. My czytelnicy spotykamy go w barze, gdzie spędza czas po skończonym właśnie koncercie. Jego i nie tylko jego uwagę przyciąga dziewczyna, którą już od dłuższej chwili obserwuje. Jest pewna siebie, a swoim zachowaniem przywodzi na myśl drapieżnika szukającego ofiary. Daniel rzuca w powietrze tylko jedno słowo, którym jednoznacznie ocenia tę młodą kobietę. Na co w odpowiedzi od barmana pada bardzo wymowne zdanie, które jeszcze długo odbija się echem w głowie Daniela: … „Nie oceniaj po pozorach”. To jedno zdanie sprawiło, że zapragnął poznać tajemnice Dominiki. Nie chcę zbyt wiele pisać o samej treści książki, gdyż wszystko, co przeczytacie na jej kartach, jest mocno poruszające, a wręcz wstrząsające, lecz aby te silne emocje poczuć, musicie sami ją przeczytać, do czego już teraz gorąco każdego z was zachęcam. Powiem tylko, że w dużej mierze to właśnie trudne i bolesne przeżycia z przeszłości Dominiki wywołują w nas tak druzgocące emocje. Ta dziewczyna przeszła naprawdę wiele, a wymierzone w nią krzywdy dowiodły powiedzeniu, że nieszczęścia chodzą parami. Niech na ten moment wystarczającym dla was będzie fakt, że teraz nasza bohaterka swój ból i cierpienie przekuła w rządzę zemsty, która stała się jej misją. Zemsty, która ją niszczy.

Dziewczyna nie wie jeszcze, że to właśnie perkusista znanego boys bandu zrobi wszystko, aby uzdrowić jej serce i duszę. Wyrwać z pułapki zemsty, która przecież niczego dobrego nie przynosi. Teraz już Dominiki nie ocenia, a stara się zrozumieć. Postawa i zachowanie Daniela powinna być wzorem do naśladowania dla każdego z nas. Jeśli chcesz komuś pomóc i być dla niego wsparciem nie oceniaj, nie narzucaj się. Daj tylko odczuć, że jesteś obok. Ofiaruj cierpliwość, potrzebną przestrzeń i czas. Zapewne domyślacie się, dlaczego chłopak chce pomóc Dominice. Tak, staje mu się ona coraz bliższa, ale musicie wiedzieć, że to nie jedyny powód. Otóż on również ma za sobą niełatwą przeszłość. I choć nauczył się z nią żyć, to pozostawiła ona w nim ślad. I tutaj dochodzimy do kolejnego bardzo ważnego tematu poruszonego przez autorkę w tej zajmującej i wciągającej powieści. A mianowicie życia w poczuciu winy. Daniel żyje dręczony poczuciem, że nie zdołał pomóc tym których kochał i którzy byli mu bliscy. Czy tym razem uda mu się uratować  tą, o której już nie może przestać myśleć? O tym musicie przekonać się sami, sięgając po książkę. Powiem tylko, że łatwo nie będzie, gdyż niestety demony dawnych przeżyć niemalże namacalnie powracają do Dominiki i stają w kontrze do rodzących się w jej sercu uczuć, do których nawet sama przed sobą nie chce się przyznać i dać im szansy zaistnieć. Czy miłość wystarczy, aby je przezwyciężyć? Koniecznie musicie to sprawdzić.

Po prostu będę obok” to również historia o różnych obliczach przyjaźni. Takiej na dobre i na złe, która trwa bez względu na to, jacy jesteśmy i co przeżywamy. Takiej, która nie pozwala nam sięgnąć dna i utonąć w morzu rozpaczy i beznadziei. Ale również takiej, która może zawieść i rozczarować, a jednocześnie boleśnie uświadomić nam, jak niewiele wiedzieliśmy o kimś, kogo uważaliśmy za przyjaciela.

Oczywiste jest, że w tej bolesnej, a zarazem niezwykle życiowej opowieści bardzo ważna jest muzyka. Piosenki, które przewijają się między wierszami fabuły, bardzo mocno do mnie przemówiły i dogłębnie mnie poruszyły. Doskonale odzwierciedlają  dramatyczne przeżycia dziewczyny, której ktoś odebrał marzenia, w sercu pozostawiając poczucie wybrakowania i lęku przed najpiękniejszym uczuciem, jakim jest miłość.

Ten tytuł jest jednym z tych, które przeczołgają was emocjonalnie i zostaną z wami na zawsze. Ja podczas czytania niejednokrotnie płakałam, ale jednocześnie nie potrafiłam, chociaż na chwilę odłożyć książki. Jestem przekonana, że każdy, kto ją przeczyta znajdzie dla niej miejsce w swoim sercu. Nie tylko ze względu na wspomniane już wcześniej silne emocje, ale przede wszystkim ze względu na jej realny wymiar. Bo nawet jeśli nie macie za sobą tak miażdżących doświadczeń, czego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi, to przecież każdy z nas skrywa gdzieś głęboko swoje osobiste dramaty, które oblekamy w pancerz obojętności i pewności siebie, aby ktoś przypadkiem nie dotknął tej najczulszej struny naszego serca, która kiedyś została mocno zraniona i zburzyła nasze zaufanie do ludzi.

Zdaję sobie sprawę, że znajdą się  osoby, które po przeczytaniu mojej recenzji pomyślą, że dla nich będzie to lektura nazbyt obciążająca i będą obawiały się po nią sięgnąć. Dlatego chcę, aby wybrzmiało bardzo wyraźnie, że jest to książka, która dodaje sił i przywraca nadzieję w najbardziej beznadziejnych momentach życia. Patrycja pokazuje nam, że nawet z najgorszych przeżyć można wyjść silniejszym. Przeszłość w żaden sposób nie przekreśla przyszłości. A takich wartościowych refleksji i życiowej mądrości, z której czytelnik może czerpać dla siebie ile tylko zechce jest tu naprawdę bardzo dużo.

[Materiał reklamowy] Autorka Patrycja Żurek

czwartek, 25 stycznia 2024

"Inkubator" Patrycja Żurek

Na drodze życia są światełka i mroki. Raz szczęście raz smutek głęboki. Przy czym szczęście to jest bardzo kruche i ulotne. Kiedy zagości w naszym życiu, nie myślimy o tym, że nic, co otrzymujemy od losu, nie jest nam dane na zawsze, o czym bardzo boleśnie przekonali się bohaterowie najnowszej książki Patrycji Żurek „Inkubator”. Minęło kilka godzin od momentu, kiedy skończyłam czytać tę książkę, a ja czuję wewnętrzną potrzebę, aby wam o niej opowiedzieć. Nie tylko dlatego, aby dać upust kłębiącym się we mnie po jej lekturze emocjom i przemyśleniom, ale przede wszystkim, ponieważ jestem przekonana, że historia, którą znajdziecie na jej kartach, pozwoli wam inaczej spojrzeć na to, co nieuniknione i tylko pozornie ostateczne. A co za tym idzie, oswoi strach, a w nasze serca, w co mocno wierzę, wleje nadzieję i spokój. Już bez zbędnego przedłużania zapraszam was zatem do wysłuchania przejmującej i głęboko poruszającej historii Arniki i Igora.

To młode kochające się małżeństwo, któremu do szczęścia brakuje potomstwa. Ich droga do spełnienia tego marzenia naznaczona jest wieloma niepowodzeniami, jednak Arnika ma w sobie bardzo silny instynkt macierzyński i nie traci nadziei na to, że będzie mogła być mamą. Ku wielkiej radości kobiety wszystko wskazuje na to, że tym razem się uda. Niestety ta radość nie trwa długo. To, co miało być początkiem nowego etapu w życiu tej pary, staje się największym koszmarem i dramatem dla Igora i jego najbliższych. Żona trafia do szpitala, gdzie pada druzgocąca diagnoza: wylew krwotoczny mózgu skutkujący śmiercią mózgową pacjentki. Jak się możecie domyślić, świat mężczyzny w jednej sekundzie legnie w gruzach. Nie może jednak pogrążyć się w bólu, gdyż teraz tylko od niego zależy, czy ocali życie swojego dziecka, które nadal jest żywe w brzuchu mamy. Można je uratować poprzez sztuczne podtrzymywanie życia matki do momentu, aż będzie możliwe wykonanie cięcia cesarskiego. Koniecznie sięgnijcie po książkę i przekonajcie się, jaką decyzje podejmie Igor.

Na pewno czytając te słowa, w pierwszej chwili dla wielu z was odpowiedź na to pytanie wyda się oczywista, ale jeśli tylko zastanowimy się nad nim dłużej, dojdziemy do wniosku, że w takiej sytuacji nic nie jest oczywiste. W myślach i sercach Igora oraz wspierających go najbliższych zrodziło się wiele sprzecznych emocji i przemyśleń o charakterze etycznym i moralnym, wynikających z ich wiary, czy też światopoglądu. Nie można bowiem umrzeć i żyć jednocześnie, a każdy, kto umarł, powinien zostać pochowany. Śmierć bowiem to, ostateczny kres życia. Czy zatem mamy prawo uprzedmiotawiać ciało kobiety do roli inkubatora? I co najważniejsze, czy dziecko rozwijające się pod sercem martwej Arniki, jeśli się urodzi, będzie zdrowe?

Tylko, czy w istocie z nastaniem śmierci, następuje kres życia? Otóż Patrycja Żurek oddając w nasze ręce niezwykle autentyczną i życiową powieść chce pokazać nam zupełnie inne jej oblicze i niejako odmienić nasze o niej myślenie. Otóż śmierć to także życie. Tylko od nas zależy, czy nadamy jej głębszy sens? Mając to na uwadze, zadajmy sobie pytanie, czy pozwalając podtrzymać przy życiu matkę, dzięki której, jej dziecko ma szansę przyjść na świat, robimy coś złego i godnego potępienia, czy też właśnie wówczas ta śmierć zyskuje swój sens? Z tą kwestią do samodzielnego zastanowienia i rozważenia was zostawiam. Nadmienię jeszcze tylko, że w tej opowieści sens śmierci ma podwójne znaczenie. Jednak tego, jaki jest inny jego przejaw, musicie dowiedzieć się  sami, sięgając po książkę, do czego już teraz serdecznie was zachęcam.

Tymczasem skupmy się na kolejnym bardzo ważnym aspekcie tej trafiającej wprost do serca każdego, kto ją przeczyta książki, jakim jest przeżywanie żałoby. Autorka w sposób niezwykle dojmujący, wręcz namacalny dała nam odczuć ból i cierpienie po stracie bliskiej osoby. Razem z Igorem i jego rodziną przeżywamy każdy jej etap. Przy czym każdy człowiek ma prawo przeżywać ten trudny czas na swój sposób, co w książce zostało również wspaniale ukazane. I właśnie teraz muszę się przyznać, że bardzo mocno irytowała mnie postawa i zachowanie głównego bohatera. Igor skupiony na swoim cierpieniu zachowywał się bardzo egoistycznie. W pewnym momencie nadeszła jednak chwila zastanowienia. Czy mam prawo tak surowo go ocenić? Czyż każdy z nas nie jest egoistą, gdy cierpi? W momencie, kiedy przeżywamy nasze osobisty koniec świata, wówczas wydaje nam się, że nikt nie może cierpieć bardziej od nas, a nieszczęście, które nas dotknęło, jest największym, jakiego można doświadczyć. Dopiero kiedy zechcemy wysłuchać historii innych ludzi, może okazać się, że mimo ogromu cierpienia, który nas przygniata, trawiąc serce i dusze, tak naprawdę mamy szczęście w nieszczęściu. Tylko często nie chcemy go dostrzec. Z pewnością, jesteście ciekawi, jak to możliwe. Ja oczywiście nic nie zdradzę, ale wszystko stanie się jasne po przeczytaniu „Inkubatora”, więc nie zwlekajcie z tym ani chwili dłużej.

Pisarka zwraca również naszą uwagę na to, jak istotną rolę w tak trudnych momentach  życia odgrywa siła rodziny i jej wsparcie. I nie chodzi o to, by głaskali nas po głowie i klepali po ramieniu w geście zrozumienia i solidarności, ale także potrafili nami wstrząsnąć i wyciągnąć nas z bagna, kiedy podążamy ku zatraceniu się w rozpaczy i zniszczeniu samych siebie. Igor na szczęście miał wokół siebie takie osoby, a jedną z nich była siostra Arniki Dalia. To ona jest najbliższa Igorowi i to ona stara się zrobić wszystko, aby jej siostrzeniec urodził się zdrowy.

Na postaci Dalii chciałabym się zatrzymać chwilę dłużej, gdyż ona bardzo mocno wyróżnia się ze spośród wszystkich bohaterów książki. Jest to kobieta, która wie, czego chce od życia. Żyje według własnych zasad, w zgodzie z samą sobą. Jak się przekonacie śmierć, żałoba i cierpienie nie są tu jedynymi poruszanymi aspektami, i właśnie za przyczyną jej postaci w fabułę został wpleciony bardzo ciekawy wątek uświadamiający nam, że miłość nie wybiera i może pojawić się w naszym życiu w najmniej oczekiwanym momencie.

Jak widzicie, jest to bardzo życiowa książka, której realizm przez cały czas uświadamia nam, że takie ludzkie dramaty dzieją się każdego dnia, być może gdzieś bardzo blisko nas. Dojmująca jest także świadomość, że to mogłaby być także nasza historia, co sprawia, że podczas jej poznawania nieustannie zadajemy sobie pytanie: jak ja zachowałabym się, gdybym znalazła się w tożsamej sytuacji? Jakich wyborów dokonała i jakie decyzje podjęła? Zastanawiamy się także, czy po takim ciosie od losu da się w ogóle podnieść. I wiecie, podobne gdybanie nie ma racji bytu, dopóki nie stanie się faktem, czego nikomu nie życzę.

Na zakończenie chcę rozwiać obawy każdego, kto po przeczytaniu mojej recenzji pomyśli sobie, że nie jest gotów na tak ciężką i trudną tematycznie książkę. Uwierzcie mi, że nie musicie się obawiać, gdyż mimo ogromnego ładunku emocjonalnego, który w sobie skrywa, dzięki lekkiemu i niezwykle angażującemu czytelnika stylowi pisania Patrycji, nie czujemy się w żaden sposób przytłoczeni. Wręcz przeciwnie, bardzo mocno trzymamy kciuki za odzyskanie utraconego spokoju i szczęścia Igora, a także pozostałych bohaterów. Książka pochłania nas tak mocno, że niepostrzeżenie docieramy do jej zakończenia, które mamy wrażenie, że przewidzieliśmy dużo wcześniej, ale ku naszemu zdziwieniu, jest to bardzo mylące przeświadczenie, gdyż ono mocno zaskakuje.

Mam nadzieję, że teraz wiecie, że jest to książka, którą warto przeczytać. Patrycja jest pisarką, którą nie boi się podejmowania trudnych tematów pisanych przez życie. Dzięki temu każda jej książka zostaje z nami na bardzo długo i tak też jest tym razem.

[Materiał reklamowy] Autorka Patrycja Żurek

środa, 3 stycznia 2024

"Przytul mnie" Patrycja Żurek

Porozmawiajmy o osobach starszych, których świat wciska w sztywne ramy krzywdzących przekonań, wizji i stereotypów. Społeczeństwo postrzega seniorów, jako osoby u schyłku życia, które jego jesień powinny spędzać, opiekując się wnukami, robiąc na drutach i czekając na to, co nieuniknione. Z racji tego, że często osoby te dotknięte są różnego rodzaju chorobami, które nakładają na nie pewne ograniczenia, a także nierzadko czynią je więźniami własnego umysłu, stają się one ciężarem i mówiąc dosadnie zbędnym balastem dla swoich bliskich. Tymczasem, jak się przekonacie, czytając książkę Patrycji Żurek „Przytul mnie", z której recenzją do was przychodzę, wystarczy naprawdę niewiele, aby spojrzeć na nich z zupełnie innej perspektywy i po prostu pozwolić im jeszcze pożyć na własnych zasadach.

Doskonale wie o tym główna bohaterka powieści Halszka. Jej domem do piętnastego roku życia był sierociniec prowadzony przez siostry zakonne. Wie, czym jest samotność i pragnienie bliskości drugiego człowieka. Ona miała to szczęście, że w momencie, kiedy z racji wieku jej szanse na adopcję stawały się znikome, znaleźli się ludzie, którzy ją pokochali. Agnieszka i Mateusz Malinowscy dali jej swoją miłość i dom, o którym marzyła. Państwo Malinowscy prowadzili wielopokoleniowy dom spokojnej starości i co się z tym wiąże, ich córka otaczała się osobami starszymi i podobnie, jak rodziców darzyła ich ogromnym szacunkiem. Dziś, jako dorosła kobieta, choć miała inne plany na życie, przejęła po rodzicach prowadzenie ośrodka, który bardzo szybko i niezwykle naturalnie stał się bardzo ważną częścią jej życia.

Młoda kobieta chce pokazać swoim podopiecznym, a w dalszej perspektywie czasowej również ich najbliższym, że wiek podeszły nie jest końcem życia, a jedynie kolejnym jego etapem. Jeśli tylko da się rodzicom, babciom i dziadkom taką możliwość i stworzy odpowiednie dla ich potrzeb warunki, mogą oni przeżyć go naprawdę pięknie, a co więcej dać od siebie wiele dobrego innym. Jednak, aby to się stało, my młodzi musimy wyzbyć się skłonności traktowania ich przedmiotowo, jako utrudnienie i przeszkodę w naszym życiu, a zacząć dostrzegać w nich ludzi. Szanować ich uczucia, potrzeby, marzenia, pragnienia i wspomnienia. Wspomnienia, za którymi w sercu i pamięci każdego człowieka, kryje się jego historia. I jeśli tylko zechcemy ich wysłuchać, mogą nas niejednokrotnie zaskoczyć, wzruszyć, zafascynować, a nawet zmrozić krew w żyłach.

Nasza pełna energii bohaterka pragnie odmienić dotychczasowe oblicze prowadzonego przez siebie domu, a przede wszystkim życie jego pensjonariuszy. Chce, aby poczuli, że mogą jeszcze wiele dobrego w życiu doświadczyć, a ich każdy kolejny dzień nie musi być jesienią życia, a drugą młodością. Poprzez działania zmierzające do ich aktywizacji w wielu aspektach życia pragnie, by poczuli się na nowo potrzebni i wartościowi. Oczywiście, jak możecie się domyślać, na drodze ich realizacji spotka się z wieloma przejawami sprzeciwu, ale na szczęście będzie mogła liczyć na wsparcie dwóch młodych lekarzy. Tylko, czy to będzie wystarczająca siła przebicia? A może Halszka porwała się z motyką na słońce, co tylko dostarczy jej kolejnych powodów do niepokoju i zmartwień, których w jej życiu prywatnym również nie brakuje? O tym musicie przekonać się już sami, sięgając po tę mądrą, refleksyjną i bardzo potrzebną społecznie historię.

Aby nie być gołosłowną, zdradzę wam, że Halszka do dziś zmaga się z traumami trudnej przeszłości naznaczonej chorobą, która odcisnęła na niej niezmazywalne piętno. Piętno, które po dziś dzień budzi w kobiecie tkwiące w niej od lat obawy i nie pozwalają zaznać pełni szczęścia i miłości. Niedawno zakończone małżeństwo również nie ułatwia podjęcia próby dania sobie szansy, by kochać i być kochaną. Koniecznie przeczytajcie książkę i sprawdźcie, czy znajdzie się, ktoś, kto, będzie w stanie zagłuszyć jej wszelkie obawy, wątpliwości i pozwoli otworzyć się na uczucia? A może to właśnie ona pokaże komuś, jak wspaniale jest kochać?

Halszka wzięła naprawdę wiele na swoje barki, a to jeszcze nie wszystko, z czym będzie musiała się zmierzyć. Do jej domu zapuka bowiem przeszłość, do której wolałaby nie wracać, a która wymusi na niej podjęcie trudnych decyzji, mających wpływ na życie osób jej obcych, ale jednak w pewien sposób ważnych. Nadmienię także, że nie tylko główna bohaterka będzie postawiona w obliczu sytuacji trudnych i nie do pozazdroszczenia. Nie zdradzę oczywiście więcej, ale mogę zapewnić was, że z pewnością poznając ten wątek fabuły, w głowie czytelnika zrodzi się pytanie, „jaką decyzję ja bym podjęła”?

Trosk kobiecie przysparza również świadomość zatracania się rodziców w świecie pustki i zapomnienia wywołane przez Alzheimera. Mnie samą ten, ciepły pełen szacunku i serca obraz więzi Halszki z Mateuszem i Agnieszką oraz godnego podziwu i uznania sposobu traktowania dziadków i babć, jak kierowniczka nazywa mieszkańców domu „Druga młodość”, mocno poruszył. Życzyłabym sobie, aby ten książkowy wymiar postrzegania osób starszych nabrał realnych kształtów i znalazł swoje odzwierciedlenie w naszej rzeczywistości.

Patrycja Żurek podjęła się poruszenia bardzo ważnego tematu, jakim jest starość, o której pisze w sposób dojmująco prawdziwy, trudny i bolesny, gdyż jak wiemy, pokazanie prawdy w sposób bezkompromisowy boli, ale jest też niezwykle potrzebny. Po to, by otworzyć ludziom oczy, dać do myślenia i w co mocno wierzę do wielu ważnych zmian pozwalających osobom starszym żyć godnie w poszanowaniu ich woli, prawa do szczęścia i miłości, która przecież nie liczy lat.

Myślę, że Patrycja, pisząc tę książkę miała świadomość, że pokazana w niej w sposób bardzo autentyczny, wręcz namacalny starość może mocno uderzyć w czytelnika, dlatego została ona otulona w ciepłe wyjątkowe relacje międzypokoleniowe. Wzajemne dobro, którym może zaowocować obcowanie młodych ludzi ze starszymi. Ja po skończonej lekturze poczułam ciepło wypełniające moje serce i poszłam przytulić się do mojej babci. Pamiętajcie, przytulanie ma wielką moc.

Nie powiem nic więcej, gdyż przez cały czas mam wrażenie, że brakuje mi odpowiednich słów, aby wyrazić wyjątkowość tej książki. Z nią po prostu trzeba spędzić czas i poczuć całym sercem. Jej bowiem się nie czyta, a przeżywa i już nigdy nie zapomina.

[Materiał reklamowy] Autorka Patrycja Żurek

sobota, 25 listopada 2023

"Okruchy lodu" Patrycja Żurek

Za każdym człowiekiem kryje się historia jego życia, często spleciona z bardzo różnych i mocno złożonych kolei losów. Popełnionych błędów i podjętych decyzji, za które często pokutujemy latami, a nawet aż do śmierci. To właśnie bagaż życiowych doświadczeń i przeżyć czyni naszą teraźniejszość i nas samych takimi, jakimi jesteśmy. Tylko my wiemy, przez co przeszliśmy, i co skrywamy głęboko w sercu. Dlaczego więc inni ludzie dają sobie prawo do oceniania drugiego człowieka i trwania w przekonaniu, iż wiedzą lepiej od niego samego, jaki jest i jak powinien żyć? Przecież nikt z nas nie ma możliwości wejścia w buty kogoś innego i poznania historii jego życia od podszewki. Tylko jeśli zechcemy wysłuchać jej u źródła, możemy poznać prawdziwe oblicze danej osoby, a nie tylko to, nierzadko bardzo krzywdzące oparte na zasłyszanych strzępkach informacji. Przekonał się o tym jeden z głównych bohaterów książki Patrycji Żurek „Okruchy lodu”, z której recenzją dziś do was przychodzę.

My czytelnicy wspólne z Laurim, młodym fińskim policjantem, bo to o nim mowa trafiamy do małej podkarpackiej wioski, rodzinnych stron jego matki, które ta opuściła przed laty, pozostawiając w Polsce swoją siostrę. Ma nadzieję, że te odwiedziny u ciotki pozwolą mu ochłonąć i spojrzeć inaczej na niedawne wydarzenia, przez które przeszedł. Bardzo szybko przekonuje się, że niemalże każdy członek tej zamkniętej społeczności wie, czym jest codzienność naznaczona kłopotami, troskami i cierpieniem. Jednak największe zainteresowanie siostrzeńca Marysi wzbudza Jarzębina, kobieta, która przez tutejszych mieszkańców darzona jest swego rodzaju uwielbieniem. Jako osoba z zewnątrz Lauri zupełnie nie rozumie, co leży u podłoża tak wielkiej sympatii, tym bardziej, iż już wie, że ma ona za sobą kryminalną przeszłość. Koniecznie sięgnijcie po książkę i przekonajcie się, czy jego nieufność wobec Jarzębiny jest słuszna.

„Okruchy lodu” to bardzo wartościowa, poruszająca i dość trudna emocjonalnie powieść. Autorka mocno doświadcza swoich bohaterów, ale takie właśnie jest życie toczące się gdzieś bardzo blisko nas. Jestem przekonana, że właśnie dzięki dojmującej autentyczności wszystkiego, o czym w książce przeczytamy, wielu jej czytelników odnajdzie w niej cząstkę siebie i utożsami się z opisywaną w niej historią. Trudne przeżycia nie omijają jej bohaterów, ale w pewnym momencie to właśnie one zaczynają ich jednoczyć i budować relacje znacznie cenniejsze, niż te wynikające jedynie z faktu bycia mieszkańcem jednej wioski. A pojawienie się zagranicznego gościa, jego zawodowa ciekawość i dociekliwość staje się dla wielu zaczątkiem życiowych rozliczeń i zmian, które mają przywrócić do życia dotychczas skute lodem ludzkie serca i pozwolić im na nowo poczuć bardzo długo uśpione piękne i wyjątkowe uczucia. Nie będzie to jednak możliwe, dopóki nie znajdziemy w sobie siły i odwagi do stawienia czoła swoim własnym demonom, które nas niszczą.

A możecie mi wierzyć, że owych demonów do zwalczenia będzie w powieści naprawdę wiele. Patrycja skonfrontowała nas bowiem z bardzo bolesnymi aspektami życia, na które nikt z nas nie będzie potrafił pozostać obojętnym. Dowiemy się bowiem, jak trudno jest żyć w kajdanach nieustannego poczucia winy, każdego dnia próbując je odkupić i czując, że ciągle robi się zbyt mało. Poczujemy cierpienie bycia ofiarą przemocy sterowaną niczym marionetka przez oprawcę, który perfekcyjnie wykorzystuje swoją władzę i nasze słabości wynikające ze wpojonych nam w dzieciństwie przekonań i co się z tym wiąże obaw oraz lęków. Przekonamy się także, jak łatwo jest, wywodząc się z małej społeczności i wiedząc, czym jest ciężkie życie zatracić się w dążeniu do pokazania sobie i innym, że jesteśmy w stanie wiele osiągnąć. Niestety w konsekwencji niespodziewanie dla nas samych możemy stracić wszystko, co tak naprawdę powinno być dla nas najważniejsze, a życie na pewno boleśnie nam to uświadomi. Ale bywa również i tak, że mając bardzo wiele z pełną świadomością i na własne życzenie tracimy wszystko, o czym również przeczytamy w książce.

Gorąco zachęcam każdego do spędzenia czasu z tą wspaniałą książką, która z pewnością poruszy nawet najbardziej zlodowaciałe serca i znajdzie w nich dla siebie miejsce. Ja czytałam ją z ogromnym zaangażowaniem i poczuciem jedności z jej bohaterami. Z uwagi na to, że autorka nie skupia się wyłącznie na głównych postaciach powieści, ale także bohaterowie drugoplanowi mają swój znaczący wpływ i wkład w jej tworzenie, czytelnik poznaje całą gamę różnorodności ich charakterów, zachowań, postępowań. Jak to w życiu bywa, nie każdy z nich budzi sympatię, ale każdy jest wyrazisty, przez co od początku do końca książki towarzyszy nam wiele odczuć. A po skończonej lekturze, cała opisana w niej opowieść, żyje w nas jeszcze bardzo długo.

Jak widzicie, jest to bardzo mądra, wartościowa i mocno refleksyjna powieść, która dla wielu czytelników będzie impulsem do tego, aby zawalczyć o siebie i dać sobie szansę na bycie szczęśliwym. Wybaczyć sobie i zamknąć pewne etapy w naszym życiu, po to, by móc iść dalej. Wszyscy popełniamy błędy, a czasu nie da się cofnąć, ale nigdy nie jest za późno na bycie lepszym. 

 

[Materiał reklamowy] Wydawnictwo Dragon

piątek, 23 lipca 2021

"Iskierka" - Patrycja Żurek.

Urodziłam się jako niepełnosprawne dziecko moich rodziców. Mój start na tym świecie był naprawdę trudny. Po urodzeniu nie dawano mi wielu szans na przeżycie. Jak ma to miejsce w przypadku większości rodzin, które dowiadują się, że w ich życiu pojawi się dziecko, byłam dzieckiem wyczekiwanym i kochanym. Dlatego nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie cierpienia i rozpaczy moich bliskich, kiedy dowiedzieli się, że dostałam zaledwie trzy punkty w skali apgar i musieli zmierzyć się ze świadomością, iż mój czas z nimi może być bardzo krótki. Wiem też, że choć mnie się udało, to, jak dziś funkcjonuję, zawdzięczam ich wieloletniemu wysiłkowi i walce o mnie, która przysporzyła im ogromu trosk, obaw i niepokoju o to, co przyniesie przyszłość. Dziś jestem im wdzięczna za trud, jaki włożyli w to, aby poprawić moją sprawność, a tym samym zadbać o moją jakość życia. Teraz jestem już dorosłą kobietą i wiem, że nie byłabym tym, kim jestem, gdyby nie ich wsparcie i oddanie.

Piszę Wam o tym, ponieważ niestety nie każde życie poczęte da się uratować. Wiele małżeństw oczekujących dziecka ku swojemu ogromnemu przerażeniu i niedowierzaniu w to, co słyszą, dowiaduje się, że życie, które nosi pod sercem mama tej jeszcze nienarodzonej istotki, może w każdej chwili się skończyć. Wtedy ich świat legnie w gruzach, a oni sami stają przed najtrudniejszym wyborem swojego życia, z którego tak naprawdę nie ma dobrego wyjścia. Niezależnie bowiem od tego, jakie decyzje podejmą i tak wyjdą z tych bolesnych doświadczeń życiowo wyniszczeni i poranieni. Przekonali się o tym bohaterowie książki Patrycji Żurek „Iskierka”, z której recenzją do Was przychodzę.

Zanim jednak opowiem Wam ich historię, chcę zaznaczyć, że jak pisze sama autorka, książka powstała jeszcze przed decyzją Polskiego Trybunału Konstytucyjnego uznającą przerwanie ciąży z powodu ciężkich i nieuleczalnych wad płodu za niezgodne z konstytucją.

Poznajcie Różę i Seweryna. Młode małżeństwo, które z ogromną radością przyjęło wiadomość o byciu rodzicami. Wiedzieli, że te dwie kreseczki pojawiające się na teście ciążowym zmienią zupełnie ich życie, ale nawet przez chwilę nie spodziewali się tego, jak wielki ból i ciężar wypełni ich serca już wkrótce. Wszystko zmienia jedna wizyta lekarska, podczas której rodzice dowiadują się, że ich dziecko cierpi na nieuleczalną wadę rozwojową, która w konsekwencji prowadzi do jego nieuchronnej śmierci. Lekarze nie są w stanie określić, czy dziecko w ogóle się urodzi, a jeśli tak ile godzin, dni, a może tygodni będzie żyło. Oboje stają przed najtrudniejszą decyzją ich życia wynikającą z zaledwie trzech możliwości, które w tej sytuacji zostają im przedstawione. Pierwsza to niestety może dojść do poronienia. Kolejna, usunąć ciążę do czasu, kiedy jest to jeszcze dopuszczalne. No i wreszcie trzeci wariant, urodzić dziecko i być z nim do końca. Oczywiście, aby dowiedzieć się, jakie decyzje podjęli Róża i Seweryn musicie sięgnąć po książkę, do czego bardzo Was zachęcam.

Ja chciałabym zwrócić Waszą uwagę na kilka innych aspektów, które stały się powodem wielu obaw i przemyśleń naszych bohaterów wynikających właśnie z tragedii, w której obliczu się znaleźli.
Małżonkowie czują strach i niepewność tego, co będą mówić ludziom, głównie rodzinie, jeśli zdecydują się na aborcję. Mają świadomość, że łatwiej zrozumieją i pogodzą się z poronieniem, niż, z tym że zdecydowali się usunąć ciążę. I tutaj pada bardzo mądre i słuszne zdanie, które otoczenie osób w podobnej sytuacji powinno wziąć sobie do serca.

„Będziemy mówić prawdę. Nikt nie ma prawa nas oceniać, bo nikt nie znalazł się w takiej sytuacji. Wiem, że niektórzy lubią to robić, ale nawet jeśli  powiedzą kilka przykrych słów, ile one znaczą w obliczu tego, co się dzieje?”

Jak się przekonacie podczas lektury książki, ludzie nie szczędzili małżonkom przykrych słów. Wielu wyrażało swoje zdanie, nie wykazując się ani krztą nie tylko troski, wsparcia, a wręcz przeciwnie bezdusznością, brakiem taktu i nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu głupotą. Taka mała podpowiedź ode mnie, jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia, to po prostu milcz.

Nie możemy również zapomnieć, że tak trudne przeżycia nie pozostają bez wpływu na samo małżeństwo. Bardzo często sytuacja, przez którą musimy przejść, przygniata nas tak mocno, że nie potrafiąc poradzić sobie z własnym cierpieniem, oddalamy się od siebie. Zamykamy się w pancerzu bólu i coraz trudniej nam odnaleźć drogę do siebie. Jeśli chcecie dowiedzieć się, czy taki kryzys dotknął również Różę i jej męża koniecznie przeczytajcie książkę.

„Iskierka” to bardzo poruszająca, ważna i potrzebna książka. Mocno wierzę w to, że jeśli przeczyta ją rodzina, która w tej chwili przygotowuje się na narodziny chorego dziecka, bądź już takie dziecko wychowuje wszystko, co skrywają jej karty stanie się dla tych osób bardzo pomocne. Chociażby ze względu na to, że w wielu przypadkach rodzice dzieci śmiertelnie chorych zostają sami ze swoim zmartwieniem i problemem. Tymczasem nie musi tak być, gdyż jest wiele instytucji, które otoczą ich opieką i służą pomocą, o czym również dowiecie się z książki.

Jestem chwilę po odłożeniu książki na półkę i ocieram łzy. Ta historia poruszyła mnie do głębi. Oczywiście ze względu na jej trudną tematykę nie było mi łatwo ją czytać. Emocje wzięły górę, ale z całego serca dziękuję za to autorce. Dziękuję za możliwość przeczytania niezwykłej powieści o pięknie i sile rodzicielskiej miłości i nigdy niegasnącej iskierce nadziei. O gromadzeniu pięknych chwil i wspomnień przeżytych z tymi, których kochamy, bo jak wiadomo, tak długo żyje człowiek, jak długo pozostaje żywy w naszej pamięci.

Recenzja powstała we współpracy z autorką, za co bardzo dziękuję.