wtorek, 17 kwietnia 2018

Świat nie dzieli się na lepszych i gorszych, po prostu jesteśmy różni, ale inny nie znaczy gorszy.

Na wstępie chcę podziękować Pani Dorocie Schrammek za to, że w swojej najnowszej książce „Niepełka” zdecydowała się poruszyć tak ważny temat, jakim jest tolerancja i akceptacja społeczna osób niepełnosprawnych. Sama jestem osobą niepełnosprawną i z własnego doświadczenia wiem, że osobom z niepełnosprawnością nie jest łatwo. Z reguły problemy zaczynają się już w szkole, a rówieśnicy bywają bezwzględnie okrutni. W takim właśnie trudnym położeniu znajduje się główna bohaterka powieści czternastoletnia Weronika.

Dziewczyna wraz z samotnie wychowującą ją matką przeprowadza się z Warszawy do Trzebiatowa. Nie jest jej łatwo, ponieważ w nowym miejscu musi zaczynać wszystko od nowa, co uwierzcie mi, dla osoby niepełnosprawnej jest bardzo trudne. Musi rozstać się ze znanym i bezpiecznym sobie dotychczas światem i trafia w nieznane. Jak wiemy, nowy ma zawsze pod górkę niezależnie od miejsca i okoliczności, a jeśli nowa osoba jest, tak jak Weronika osobą niepełnosprawną wówczas jest jeszcze gorzej. Nastolatka trafia do nieprzystosowanej dla niepełnosprawnych szkoły, gdzie zdana jest na pomoc osób trzecich, Jednak to jest najmniejszy problem bohaterki, biorąc pod uwagę to, co spotyka ją ze strony klasy, do której trafia. Jak to również w życiu bywa, w takich sytuacjach zazwyczaj znajduje się w grupie prowodyr, który robi wszystko, aby wszystkich wokół nastawić przeciwko osobie niepełnosprawnej, a jej samej uprzykrzyć życie. Tak też dzieje się i tym razem. Kinga jest utalentowaną muzycznie szkolną gwiazdą, która oczekuje od swoich szkolnych kolegów i koleżanek nieustannej uwagi i uwielbienia. Kiedy do klasy Kingi dołącza Weronika, ta czuje, że nowa zaczyna przyćmiewać jej blask. Dlatego stara się zrobić wszystko, aby w oczach całej klasy umniejszyć osobie naszej bohaterki. Do czego postawa dziewczyny doprowadzi i jak poradzi sobie sama Weronika, przekonacie się, sięgając po książkę.

To, co jest bardzo istotne i na co sama autorka zwraca uwagę to rola rodziców w kształtowaniu osobowości i charakteru młodego człowieka. Ojciec Kingi dumny z utalentowanej córki traktuje ją jak wschodzącą gwiazdę. Czternastolatka wychowywana jest w przeświadczeniu bycia najlepszą, przez co łaknie adoracji i poklasku. Nie ma w niej ani krzty pokory i szacunku dla drugiego człowieka. Czy dziewczyna zrozumie, co tak naprawdę liczy się w życiu i co jest jego największą wartością? Czy to, co prezentuje swoim zachowaniem to rzeczywistość, czy tylko maska pozorów? Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedz podczas lektury.

Ta niewielka objętościowo książeczka jest ogromna w swojej wymowie. Z pełnym przekonaniem uważam, że powinien przeczytać ją każdy, a szczególnie młodzież szkolna i rodzice. Sądzę również, że tytuł ten jest doskonałym punktem wyjścia do dyskusji z młodzieżą dla nauczycieli, pedagogów, wychowawców na temat tolerancji, poszanowania innych, równości każdego człowieka w społeczeństwie. Świat nie dzieli się na lepszych i gorszych, po prostu jesteśmy różni, ale inny nie znaczy gorszy.

Muszę przyznać, że pozycja ta wzbudziła we mnie wiele emocji od złości poprzez wzruszenie, a samo zakończenie spowodowało, że łza zakręciła mi się w oku. Nie chciałam rozstawać się z Niepełką i mocno trzymałam za nią kciuki, przeżywając wraz z nią każdy smutek i ciesząc się każdym osiągnięciem. Ku mojej ogromnej radości Pani Dorota pozostawiła zakończenie pozycji otwartym, co sugeruje, że my czytelnicy będziemy mogli ponownie spotkać Weronikę i zobaczyć co u niej słychać. 

Kolejny tom cyklu miał  swoją premierę 10 kwietnia 2018 roku. Recenzja już wkrótce na blogu.

Za możliwość wartościowej lektury dziękuję serdecznie wydawnictwu Szara godzina.




sobota, 14 kwietnia 2018

Czas na nowe pokolenie.

Zapewne nie raz zadano Wam pytanie, czym jest dla Ciebie książka? Oczywiste jest, że  na to pytanie może paść wiele różnych odpowiedzi. Dla mnie książka to swego rodzaju wehikuł czasu. Dzięki niej mogę wybierać się w podróże w czasie, kiedy chcę i dokądkolwiek tylko chcę. Dziś mam przyjemność zaprosić również Was w jedną z takich wyjątkowych podróży do dziewiętnastowiecznej Polski. A wszystko to dzięki książce Pani Moniki Rzepieli „Dwór w Czartorowiczach. Nowe pokolenie”.
Jakże miło mi było ponownie móc gościć w czartorowickim dworze. Ponownie, ponieważ jest to drugi i chyba niestety ostatni tom cyklu Saga Polska. Jeśli jeszcze nie czytaliście mojej recenzji pierwszego tomu, zapraszam serdecznie (KLIK).

Zgodnie z podtytułem książki na dworze zaczynają się duże zmiany. Ewa i Iga, główne bohaterki sagi, są już dorosłymi kobietami. Mają własne rodziny i teraz każda z nich musi zadbać o to, co dla nich najdroższe. Ewa jest wymagającą, ale sprawiedliwą panią na dworze w Olechowiczach, Doskonale radzi sobie w nowej roli. Iga natomiast rezyduje w mieście i tam czeka na moment, by móc być w pełni szczęśliwa z Leonem. Naturalną koleją rzeczy w związku Ewy i Marcina rodzą się dzieci i to one skupiają na sobie całą uwagę rodziców. Wydawać by się mogło, że życie obu kobiet, to istna sielanka, jednak obie mają swoje smutki, zmartwienia i rozterki.
Bieg życia Państwa na dworze podobnie, jak miało to miejsce w poprzednim tomie, toczy się zgodnie ze zmieniającymi się porami roku. Mieszkańcy zarówno dworu, jak i wsi żyją także blisko kościoła. Obchodzą święta kościelne, a tym samym kultywują wszelkie zwyczaje i obrzędy religijne.
Życie płynie, nowe pokolenie dorasta i nadchodzi czas, by również młodzi obrali swój własny kierunek w życiu. Oczywiście pojawia się miłość, nadzieje i marzenia, lecz również nie obywa się bez błędów młodości, które niekiedy stają się bardzo brzemienne w skutkach.
Nie mogę zdradzić Wam nic więcej, abyście mogli samodzielnie przekonać się, jak potoczyły się losy naszych bohaterek i ich najbliższych.

„Dwór w Czartorowiczach. Nowe pokolenie.'' to bardzo życiowa saga. Mimo że fabuła, jak wspomniałam, osadzona jest w dziewiętnastowiecznej Polsce, to wiele obrzędów do dziś przestrzeganych jest w wielu polskich rodzinach. Autentyczność zarówno opisanych zdarzeń, jak i ich bohaterów sprawia, że książka staje się ponadczasowa, a jej bohaterowie są bliscy sercu czytelnika. Kibicujemy im i życzymy jak najlepiej. Choć koleje ich losu, jak w życiu każdego z nas bywają bardzo nieprzewidywalne. Ktoś się rodzi, ktoś umiera. Ktoś się rozwodzi, ktoś się pobiera. Ktoś się cieszy, a ktoś inny płacze. Samo życie.

Jeśli lubicie tak, jak ja podróżować w czasie bez wychodzenia z domu, gorąco polecam wam ten cykl. Czyta się go bardzo szybko, wręcz mam wrażenie, że zbyt szybko i trudno się od niego oderwać. Autorka na kartach swojego cyklu zaprosiła nas na lekcję historii z dworskiego życia. Jego smutków i radości, blasków i cieni.
Cóż mogę więcej napisać, chyba tylko tyle, że czytając ten cykl, miałam wrażenie, iż jestem uczestniczką wszystkich  perypetii bohaterów i częścią ich życia, co sprawiło, że bardzo trudno było mi odłożyć książkę ze świadomością, że to już koniec. Dlatego na pewno, jeszcze nie raz wrócę do tej sagi, co niech będzie dla Was dowodem na to, że jest ona warta przeczytania, ponieważ zazwyczaj nie czytam dwa razy tych samych książek. Robię tak tylko w przypadku tytułów wyjątkowych, które skradły moje serce. Niech to będzie dla Was wystarczającą rekomendacją.

Ze swej strony serdecznie dziękuję wydawnictwu Szara Godzina za kilka godzin niezapomnianej podróży i oczywiście z niecierpliwością czekam na kolejne książki autorki.




poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Milczenie nie zawsze jest złotem.

Jedno z polskich przysłów mówi, iż mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Czasem bowiem lepiej milczeć,  niż powiedzieć coś nieprzemyślanego. Jednak dziś chcę porozmawiać z Wami o tym, że milczenie również może wywołać w naszym życiu wiele sytuacji, które mogą zranić nie tylko nas samych, ale także wiele innych osób. Jak się za chwilę przekonacie niedomówienia i brak otwartości między ludźmi mogą doprowadzić do wielu przykrych konsekwencji, których piętno odczuwać będziemy przez całe życie. Na własnej skórze boleśnie przekonali się o tym bohaterowie powieści Mii Sheridan „Bez pożegnania”.

Cole i Preston są synami zamożnego farmera z Doliny Kalifornijskiej. Ich ojciec zatrudnia do pracy na farmie imigrantów z Meksyku. Jedną z pracownic farmera jest matka Lii Del Valle. Dziewczyna wychowała się w tym miasteczku niemalże od dziecka, a jej jedynymi przyjaciółmi stali się synowie pracodawcy matki. Mimo że od zawsze jest świadoma tego, iż ją ubogą imigrantkę i ich synów zamożnych państwa dzieli przepaść, obu darzyła na swój sposób miłością. Dla Prestona i Cola, była również bardzo ważna. Z biegiem czasu dziecięca sympatia przeradza się w młodzieńczą miłość. Kochają ją obaj, lecz ona prawdziwą miłością darzy tylko jednego z mich – Prestona.
On również kocha swoją przyjaciółkę, lecz zobowiązany pochopnie złożoną przysięgą musi się wycofać z walki o uczucie dziewczyny, Oboje cierpią, lecz każde w milczeniu z obawy przed odrzuceniem. Aż do pewnego wieczoru, którego wydarzenia stały się początkiem zdarzeń, które sprawiły, że ich życie nie będzie już nigdy takie samo. Wszystko, co wydarzyło się później, było pasmem bolesnych, a wręcz tragicznych zdarzeń. Nagle Lia znika bez pożegnania, by wrócić po sześciu miesiącach i spróbować odzyskać to, co porzuciła, odchodząc bez słowa. Jednak, czy zraniony, porzucony i urażony Preston będzie chciał dać naszej bohaterce jeszcze jedną szansę? Czy potrafi na nowo jej zaufać? To już wcale nie jest tak oczywiste, jak może nam się wydawać.

Kochani muszę z przykrością przyznać, że czuję się zawiedziona tą książką. Nie mogę powiedzieć, że  była zła, ale w porównaniu do innych tytułów tej autorki, takich jak choćby „Bez słów”, którą byłam po prostu oczarowana i w której się zakochałam, ta okazała się tylko przeciętna. Na taką, a nie inną moją ocenę tej książki złożyło się kilka czynników. Pierwszym z nich okazała się bardzo irytująca mnie postać głównej bohaterki, która swoim postępowaniem reprezentowała postawę „przepraszam, że żyje”. Już w szkole pozwalała się upokarzać, poniżać, nie próbując nawet się bronić. Jedyne co potrafiła to ciągle płakać i użalać się nad sobą.
Jestem w stanie zrozumieć, że mogła czuć się wyobcowana i gorsza pomiędzy dziećmi bogatych rodziców, ale wszystko ma swoje granice.
Ponadto nie do przyjęcia dla mnie było zachowanie Prestona i Lii w późniejszym czasie. Zachowywali się trochę jak dzieci w przedszkolu. Niemal od zawsze darzyli się uczuciem, a nigdy tak naprawdę nie było ich stać na szczerą otwartą rozmowę o tym, co czują i czego pragną. Prowadzili ze sobą swego rodzaju grę w niedomówienia, w stylu chciałabym, a się boję. Każde z nich liczyło, że to drugie się domyśli, co czuje to pierwsze i zrobi ten pierwszy krok. A przecież nikt z nas nie jest jasnowidzem. Jako dorośli ludzie powinniśmy zdawać sobie sprawę, że otwartość i szczerość jest niezbędna do tego, by zaznać prawdziwej miłości i szczęścia u boku ukochanej osoby. Najgorsze jest jednak to, że ten mur milczenia, jaki między sobą zbudowali, w konsekwencji przysporzył cierpień nie tylko im ale także innym osobom, a nawet doprowadził do tragedii.

Jak wspomniałam wcześniej, nie jest to najlepsza książka Pani Sheridan, ale czytało mi się ją bardzo przyjemnie i szybko. Co prawda nie odczułam jakiś wielkich emocji podczas lektury, ale kibicowałam bohaterom, aby wreszcie zdobyli się na szczerość i aby w ich sercach zapanowało szczęście i miłość, a w życiu spokój, na który w pełni zasługiwali po tym, co przeszli.
Jest to książka, w której znajdziecie całą gamę przeżyć, emocji, miłość, cierpienie, łzy, starania o wybaczenie oraz o szansę, by móc wszystko zacząć na nowo.

Po mimo, że tym razem na kartach powieści nie odnalazłam w pełni wszystkiego tego, za co pokochałam twórczość Mii Sheridan, książkę czytałam z dużą przyjemnością i lekkością, dlatego oczywiście ją Wam polecam. Jest to ciepła historia, z którą przyjemnie spędzimy kilka godzin w wiosenny ciepły dzień bądź leniwy wieczór. Ja na pewno sięgnę po kolejne utwory autorki, bo według mnie jedna słabsza książka jeszcze o niczym nie świadczy. Przecież w każdej dziedzinie nawet najlepszym zdarzają się gorsze momenty.

Za egzemplarz książki do recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu Edipresse Książki.



piątek, 6 kwietnia 2018

Pozwól sobie pomóc, to nie twoja wina.

Moi drodzy, dziś porozmawiamy o niestety bardzo aktualnym w naszym społeczeństwie problemie, który dotyczy wielu rodzin. Piszę niestety, ponieważ mówić będziemy o chorobie alkoholowej. Nie wiem, czy wiecie, ale często uzależnienie od alkoholu nazywa się chorobą zamkniętych drzwi. A to dlatego, że zazwyczaj wszelkie konsekwencje, a bardzo często dramaty wynikające z alkoholizmu jednego lub kilku z członków danej rodziny rozgrywają się właśnie w czterech ścianach domu, za zamkniętymi drzwiami. Dlaczego tak się dzieje i do czego taka sytuacja może doprowadzić, dowiecie się dzięki książce Pani Elżbiety Stępień „Ta kobieta”.

Amelia jest trzydziestosiedmioletnią kobietą, która jest oddaną żoną i matką trójki wspaniałych dzieci. W oczach przyjaciół i znajomych uchodzą za szczęśliwą, kochającą się rodzinę. Koleżanki zazdroszczą Amelii wspaniałego męża, jakim jawi się Rafał. Jednak pozory mogą mylić, bowiem kiedy postronne oczy nie patrzą, mężczyzna zamienia się w potwora. Upokarza i poniżą żonę. Każdy pretekst jest dobry do tego, aby wywołać awanturę i się napić. Zastraszona i manipulowana przez męża Amelia staje się marionetką w jego rękach. Mąż odbiera jej wszystko osobowość, pewność siebie, poczucie własnej wartości, by na koniec za wszystko, co dzieje się w ich rodzinie obwinić właśnie ją. Początkowo kobieta stara się usprawiedliwiać zachowanie małżonka. Pewnej grudniowej nocy jednak Rafał przekracza granice i Amelia w samej tylko pidżamie musi uciekać z domu. Ucieka do lasu i tam jej życie mogłoby dobiec końca, gdyby nie pomoc pewnego mężczyzny, który zawiózł ją do szpitala.
Kiedy nazajutrz Rafał przyjeżdża do szpitala, nie odczuwa, żadnej skruchy, chce tylko kontrolować sytuację i trzymać rękę na pulsie, bo wie, że tym razem mocno przesadził. Amelia jednak nie ma odwagi opowiedzieć nikomu, co dzieje się w jej rodzinie. Przepełniona wstydem postanawia przemilczeć prawdę. Kiedy mężczyzna widzi, że ma władzę nad żona i nie poniesie konsekwencji swoich czynów, jego agresja się potęguje. Nie będę Wam opisywać nic więcej, aby nie zdradzić zbyt wiele. Powiem tylko, że historia opisana na kartach książki Pani Elżbiety, jest wzorcowym przykładem współuzależnionej rodziny alkoholika.

Jako psycholog od siebie mogę powiedzieć, że osoba uzależniona potrafi być jak kameleon. Jednego dnia jest tyranem dla własnej rodziny, by już dnia następnego przepraszać, mamić najbliższych pięknymi słówkami i frazesami, że mu przykro, że to już się nie powtórzy, aby na koniec wmówić współmałżonkowi, że pije i awanturuje się właśnie przez nią, a tym samym wpędzić go w poczucie winy. Często również, jak miało to miejsce w przypadku naszej bohaterki, po chwilowym okresie spokoju rodziny alkoholików chcą wierzyć w to, że teraz już wszystko będzie dobrze, jakoś sobie wspólnie poradzą. Nic bardziej mylnego. Bez pomocy osób i instytucji specjalizujących się w leczeniu uzależnień i szczerej chęci wyjścia z nałogu nie poradzimy sobie z chorobą. A jeśli będziemy ukrywać przed wszystkimi, z jakim problemem zmaga się nasza rodzina, w ten sposób tworzymy kamuflaż dla poczynań alkoholika,  tym samym  paradoksalnie  dając przyzwolenie na jego bezkarność.

Czy Amelia to zrozumie? Czy pozwoli sobie pomóc? Tego dowiecie się, podczas lektury.

Jednak nie jest to książka tylko o alkoholizmie, współuzależnieniu, przemocy i innych skutkach tej choroby. Odnajdziemy tu również obraz pięknej, bezgranicznej miłości matki do dzieci i przyjaźni. Jest to również opowieść, o tym, jak nieoceniona w sytuacji, w której znajduje się główna bohaterka, staje się obecność osoby, która w nas wierzy, docenia naszą wartość, wspiera nas i chce nam pomóc. Świadomość, że w naszym życiu jest ktoś taki, może dodać nam odwagi, by zawalczyć o siebie i o to, co kochamy.

Jeśli chodzi o bohaterów, to zapewne wielu z Was oceni surowo nie tylko Rafała, ale i Amelię. A to, dlatego, że jej naiwność i początkowa bierność mogą wydawać się Wam niezrozumiałe, wręcz irytujące. W tym miejscu jednak chcę przypomnieć Wam, że są to zachowania osoby współuzależnionej, więc nie oceniajcie jej zbyt pochopnie.

Książkę oczywiście polecam każdemu, bowiem mam nadzieję, że dla osób, które borykają się z podobnymi problemami, będzie ona impulsem do tego, aby odważyły się zawalczyć o siebie, a jeśli problem Was nie dotyczy, to być może dzięki tej książce będziecie wiedzieli, jak komuś pomóc, jeżeli zajdzie taka konieczność.

Za możliwość tak wartościowej lektury dziękuję autorce i wydawnictwu Białe Pióro.


poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Mimo wszystko życie.

Gdy się nad tym zastanowić, umieranie jest dość nudne. Za to życie tutaj jest ciekawe, o wiele ciekawsze, niż sądziłem”.
Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, jak trudno jest w jakikolwiek sposób skonfrontować się ze śmiercią. Każdy z nas stara się unikać myślenia i mówienia o śmierci. Mimo,  że wiemy, iż spotka ona każdego z nas, świadomość tę spychamy w najbardziej odległe zakamarki, Dziś chcę przedstawić Wam książkę Hollis Seamon „Ktoś na górze mnie nienawidzi”, w której autorka, chce pokazać nam, że „wyrok śmierci” nie musi oznaczać końca życia. Zapewne teraz myślicie sobie, że opowiadam Wam jakieś herezje, bo przecież śmierć jest końcem życia, zaraz wszystko zrozumiecie. Zacznijmy od tego, że dziś za sprawą historii opisanej na kartach powieści Pani Seamon odwiedzimy wyjątkowe miejsce, gdzie śmierć jest codziennością. Miejscem tym będzie hospicjum. Przypuszczam, że po przeczytaniu mojej recenzji do tego miejsca, większość z Was pomyśli sobie „Nie, to nie jest książka dla mnie. Nie dam rady czytać o bólu, cierpieniu i umieraniu”. Jednak nie rezygnujcie z lektury tego tytułu tak szybko, bowiem nie jest to historia, która ma przytłoczyć czytelnika, przygniatając ciężarem cierpienia. Wręcz przeciwnie, autorka w swojej książce chce pokazać całkiem inne oblicze hospicjum, niż to, z jakim najczęściej go kojarzymy. Można by rzec „zakulisowe”.

Naszym przewodnikiem po tym wyjątkowym miejscu, a zarazem głównym bohaterem i narratorem powieści jest siedemnastoletni Richie Casey, podopieczny hospicjum chorujący na raka w stanie terminalnym. Zapewne wielu z nas słysząc o tak młodej osobie znajdującej się w takim miejscu, w tak nieodwracalnej sytuacji pomyśli sobie, że każdy dzień osoby śmiertelnie chorej to wegetacja w oczekiwaniu na chwilę, kiedy to wszystko wreszcie się skończy. Nasz młody bohater, opowiadając nam o swoim pobycie w hospicjum, zadaje kłam takiemu przeświadczeniu. Chce, aby czytelnik dostrzegł, że w takim miejscu też toczy się prawdziwe życie. On sam odkrył właśnie w hospicjum to, co najpiękniejsze w życiu: smak pierwszej miłości, swoją seksualność swoje potrzeby, radość płynącą z bliskości osoby bliskiej naszemu sercu. A wszystko to dzięki Sylvii, którą poznał właśnie w hospicjum. Ci młodzi ludzie chcą przeżyć czas, który im pozostał według własnego planu. Mimo że ich lekarze i rodziny chcą mieć wszystko pod kontrolą, ponieważ są przekonani, że wiedzą najlepiej, co dla tej dwójki dobre, oni sami chcą czerpać z życia jak najwięcej. Mimo że są dopiero nastolatkami, wraz z toczącą się fabułą widzimy proces ich dorastania, metamorfozę ich osobowości. Nie zdradzę nic więcej, powiem tylko, że ten, tytuł jest swego rodzaju światłem rozjaśniającym mroki lęku i tego, co ostateczne.

Może wyda Wam się to dziwne, ale książka zupełnie mnie nie przytłoczyła, a nawet chwilami sprawiła, że przestałam się obawiać śmierci. Owszem nieodłącznym elementem wszystkiego, o czym czytamy w tej książce, jest smutek, ale w żaden sposób nie jest on dominujący, a jedynie naturalny. Wbrew pozorom Richie stawia właśnie na życie, którego jest królem i z którego chce czerpać pełnymi garściami, ciesząc się każdą jego chwilą.

To, co należy podkreślić to bardzo ważny według mnie fakt, iż, mimo że cała fabuła książki jest fikcją literacką, to pomysł na jej napisanie zrodził się z obserwacji młodzieży przebywającej w szpitalach, podczas gdy sama autorka przez wiele lat odwiedzała dziecięce szpitale, opiekując się synem.
Poruszona i zafascynowana tamtejszą młodzieżą pisze o niej tak:

„Niezależnie od tego, jak bardzo chorowali, pozostawali nastolatkami”.

To jedno zdanie doskonale opisuje postacie Richego i Sylvii. Zbuntowanych i zdeterminowanych nastolatków, którzy mimo wszystko wybierają życie.

Mimo że książka, w głównej mierze adresowana jest do młodzieży, polecam ją również starszym czytelnikom. Według mnie, powinni przeczytać ją również rodzice, pedagodzy i nauczyciele, ponieważ „Ktoś na górze mnie nienawidzi”, jest pozycją, która może być wstępem do bardzo ważnej rozmowy z młodzieżą właśnie na temat istoty życia i śmierci, radzenia sobie z cierpieniem zarówno osoby chorej, jak i jej bliskich oraz wielu innych aspektach tej bolesnej sytuacji. W przeprowadzeniu takiej rozmowy czy to w zaciszu domowym, czy też w szkołach pomogą nam pytania, które do przedyskutowania zadaje nam na końcu swojej książki autorka.
Zachęcam do lektury i dyskusji.

Za możliwość przeczytania  tak mądrej i wartościowej książki, która była impulsem dla wielu chwil refleksji i przemyśleń serdecznie dziękuję  wydawnictwu Linia. Zapraszam na stronę serii Biała plama.