piątek, 16 lutego 2018

Czy znajdziemy zrozumienie?

Moi drodzy zapewne nie raz słyszeliście w swoim życiu stwierdzenie, chwytaj dzień, żyj chwilą. Ja sama często podczas rozmów z moimi najbliższymi i przyjaciółmi, jako że jestem osobą, która, zanim zdecyduje się na jakikolwiek krok w życiu, wszystko analizuję, zastanawiając się, jaki wpływ będzie miała podjęta przeze mnie decyzja na moją przyszłość, często słyszę: ” Nie myśl tyle, nie zamartwiaj się na zapas, żyj dniem dzisiejszym”. Przyznaję, zdarza mi się ulec ich radom, bo owszem uważam, że czasami, takie odcięcie się od problemów jest potrzebne każdemu, ale jest jeden podstawowy i najważniejszy warunek. Mianowicie, to aby wybory, których dokonujemy, nikogo nie krzywdziły. Dziś chcę opowiedzieć Wam o dwójce ludzi, którzy na chwilę o tym zapomnieli.

Monika i Michał główni bohaterowie książki Tomasza Kieresa „Tu i teraz” są dwójką przyjaciół z pracy, którzy bardzo dobrze się rozumieją. Podobne poczucie humoru sprawia, że stają się sobie bliscy. Relacje, jakie ich łączą, jednak nigdy w żaden sposób nie wykraczały poza miejsce ich pracy. Oboje bowiem cieszą się szczęśliwym, życiem rodzinnym u boku swoich współmałżonków i dzieci. Wszystko zmienia się, kiedy trzydziestolatkowie wyjeżdżają wspólnie w delegację służbową do Pragi. Tam ich relacje stają się bardzo intymne, aż nadchodzi moment, kiedy przekraczają granice i dopuszczają się zdrady. Więcej oczywiście nie zdradzę. Jeśli chcecie dowiedzieć się, dokąd zaprowadzi ich ta chwila, ten moment, to „Tu i Teraz” musicie poznać historie opisaną na kartach tej powieści.

W tej chwili skupmy sie na postaciach samych bohaterów, których postępowania powiem wprost, zupełnie nie rozumiem. Nie mogę bowiem pojąć jak dorośli ludzie, żyjąc w szczęśliwych związkach, mogą przekreślić całe swoje dotychczasowe życie, zniszczyć szczęście rodzinne, skrzywdzić niewinnych ludzi, którzy ich kochają i ufają im, Michał ciągle powtarza: ” Nasze tu i teraz”. Nieustannie podczas lektury miałam wrażenie, że dorośli ludzie zachowują się jak nastolatkowie.

Nie chcę nikogo oceniać i krytykować, ponieważ nigdy nie wiadomo, jak my sami zachowalibyśmy się, będąc w podobnej sytuacji. Powiem tylko, że to, jak pokierowali swoim życiem bohaterowie, wzbudziło we mnie szereg silnych emocji. Oczywiście nie bronię nikomu miłości, ale miłość, która nagle pojawia się między Moniką a Michałem dla mnie jako człowieka, kobiety i czytelnika jest zupełnie niewiarygodna. Jak sami bohaterowie zgodnie twierdzą, znają się już długo, przyjaźnią się, ale nigdy nie postrzegali siebie wzajemnie w kategoriach potencjalnych partnerów, czy kochanków. Tym bardziej trudno jest uwierzyć, w tak nagłą i żarliwą eksplozję miłości, dla której gotowi są rzucić wszystko, krzywdzić i niszczyć wszystko, co do tej pory było dla nich najważniejsze.

Podobnie, jak czytelnikiem, tak również Moniką i Michałem targają różne sprzeczne emocje. Od namiętności i tęsknoty, poprzez poczucie winy i świadomość krzywdy, którą wyrządzają współmałżonkom i swoim dzieciom, bo to oni cierpią najbardziej.
Szczerze mówiąc, przez długi czas nie byłam przekonana o sile i trwałości tego uczucia. Zachęcam Was, abyście sami sięgając po „Tu i teraz” zweryfikowali prawdziwość tego uczucia. Bo być może było to tylko chwilowe zauroczenie i uniesienie pod wpływem chwili i okoliczności.

Swobodny styl autora sprawia, że „Tu i teraz” czyta się łatwo i szybko. Jest to książka, którą czytamy w jeden wieczór z lampką wina dla emocjonalnego uspokojenia. Według mnie jest to dobra książka, która jednak nie zostanie długo w naszej pamięci.

Jestem bardzo ciekawa, jak Wy odebralibyście tę książkę i oczywiście, czy okazalibyście zrozumienie dla postępowania Moniki i Michała.

Recenzja jest wynikiem współpracy z wydawnictwem Nova res, za co serdecznie dziękuję.


poniedziałek, 12 lutego 2018

O miłości na poważnie.

Moi drodzy, dziś porozmawiamy o miłości, Jednak nie będzie to rozmowa łatwa, ponieważ podczas niej padnie wiele trudnych pytań, które obnażą nasze myśli i przekonania. Wielu nas może poczuć się zniesmaczonymi a wręcz oburzonymi. Dla innych natomiast ta chwila może stać się początkiem ich nowego życia.

Ci z Was, którzy śledzą mojego bloga, doskonale wiedzą, że nie boję się trudnych tematycznie książek, a wręcz mnie do nich ciągnie. Jak napisała jedna z czytelniczek bloga, trudne książki to swego rodzaju mój znak rozpoznawczy. Oczywiście, coś w tym jest. Dlatego właśnie bardzo cenię sobie autorów, którzy w swoich książkach nie uciekają od trudnych, a nawet kontrowersyjnych tematów. Jedną z takich właśnie pisarek jest Pani Natasza Socha. Twórczość tej autorki zawsze skłania mnie do wielu przemyśleń i refleksji. Historie, które opisuje na kartach swoich powieści, są dla mnie cenną lekcją życia. Czy tak było i tym razem, przekonacie się już za chwilę, ponieważ to właśnie najnowszy utwór Pani Nataszy ”Troje na huśtawce” stał się dla mnie doskonałym wstępem do poważnej rozmowy o miłości.

Powszechnie mówi się, że miłość jest uczuciem tak pięknym i wzniosłym, iż nie należy jej szufladkować, narzucać żadnych granic i reguł. Bowiem jak mówią słowa pięknej piosenki:

„Wielka miłość nie wybiera, czy jej chcemy, nie pyta nas wcale”.

Jednak zapewne wszyscy zdajemy sobie doskonale sprawę, że taka idealna miłość, bez skazy istnieje tylko w bajkach. Przekonała się o tym również główna bohaterka „Troje na huśtawce” Koralia, czterdziestodwuletnia kobieta, która rozwodząc się z mężem, zakończyła jeden z etapów swojego życia. Kobieta na szczęście nie jest sama. U jej boku nieustannie trwa najlepsza przyjaciółka Aurelia. Obie panie łączy wyjątkowa więź. Znają się niemalże od dziecka i zawsze wspólne pokonują najtrudniejsze momenty w życiu. Za sprawą syna Aurelii, Tytusa są niemal jak rodzina. Aurelia bowiem jest matką samotnie wychowującą syna i to właśnie Koralia pomaga jej na każdym kroku. Z czasem staje się dla chłopca niemalże drugą matką.
Dziś mały Tytus jest już dorosłym, dwudziestoczteroletnim mężczyzną. Pewnego dnia między Koralią i Tytusem rodzi się uczucie. Dla obojga, to, co się dzieje w ich życiu, jest ogromnym zaskoczeniem. Koralia doskonale wie, że jest to miłość zakazana, która nigdy nie powinna się zdarzyć. Przecież nie powinna patrzeć na Tytusa jak na mężczyznę. On jest od niej osiemnaście lat młodszy. Jest tym chłopcem, któremu jeszcze niedawno zmieniała pieluchy, a co najważniejsze jest synem jej przyjaciółki, która od zawsze była jej autorytetem. Mimo że lęk obawy i wątpliwości nie opuszczają naszej bohaterki, czuje się szczęśliwa.Jak nie trudno się domyślić będzie zmuszona do dokonania wyboru między przyjaźnią a miłością, ale czy naprawdę trzeba dokonywać wyboru?

"Troje na huśtawce", to napisana w formie pamiętnika historia kobiety, która nie zrobiła nic złego, po prostu się zakochała, a nie może cieszyć się pełnią tego uczucia w obawie przed krytyką i odrzuceniem. Autorka poprzez fabułę tej książki chce walczyć ze schematami i stereotypami powszechnie przyjętymi w społeczeństwie.

„Czasami miłość sprowadza się do ogólnie przyjętych wyobrażeń i norm. Ona, on, on zazwyczaj trochę starszy, ona drobniejsza i delikatniejsza. To wszystko są jednak stereotypy, które powodują, że nasza wizja uczucia nie do końca jest nasza. Proszę sobie wyobrazić swoją miłość i swoje o niej zdanie. Pani praca będzie polegała na urzeczywistnieniu tej wizji, dopiero wtedy, obraz stanie się bardziej przejrzysty i spójny z Pani wewnętrznym ja. I nie wolno go będzie nikomu oceniać”.

Autorka poprzez miłość Korali i Tytusa uświadamia czytelnikom, że nie powinniśmy ulegać presji innych i żyć tak, jak oni tego od nas oczekują, tylko dlatego, że obawiamy się potępienia z ich strony. Zycie mamy tylko jedno i nikt nie ma prawa mówić nam jak mamy je przeżyć, co jest właściwe, a co nie. Musimy oddzielić miłość od przyjaźni.

„Miłość można skatalogować na różne sposoby, można ją też podzielić na gorsze i lepsze okresy. Ale jeśli jest to miłość naszego, życia, to nie można jej przekreślić tylko dlatego, że jednemu z nas wyczerpują się baterie. Albo, że komuś to przeszkadza”.

Kochani gorąco polecam Wam lekturę tej książki. Jest to książka pełna emocji napisana z rozwagą i dystansem, która da Wam czas i możliwość na wiele refleksji i przemyśleń. Być może po jej przeczytaniu spojrzycie na swoje życie w innym świetle, a nawet spojrzycie przychylniej na kogoś, kogo postępowanie do tej pory surowo ocenialiście.
Ja sama jestem pod wrażeniem tej książki i na pewno jeszcze nie raz będę do niej wracać.

Na zakończenie chcę zadać Wam kilka pytań. Czy zdarzyło Wam się zakochać w kimś, w kim zakochać się według przyjętych norm społecznych Wam nie było wolno? Czy musieliście wybierać między miłością a kimś równie dla Was ważnym? A może zdarzyło Wam się potępić kogoś właśnie z powodu miłości?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Autorce oraz wydawnictwu Edipresse Polska.


sobota, 10 lutego 2018

Największa tragedia dla rodzica

Kochani dziś mam nie lada problem, by w sposób jednoznaczny podzielić się z Wami swoimi odczuciami na temat książki Diany Walsh „Pusta Kołyska". Już tłumaczę dlaczego. Moja niepisana zasada czytelniczki mówi, aby nigdy nie oceniać książek, których fabuła jest autentycznym odzwierciedleniem osobistych przeżyć jej bohaterów. Uważam bowiem, że nikt nie jest w stanie zrozumieć, odczuć i emocji żadnego z nich, jeśli nigdy nie stanął w obliczu tożsamej jak ta opisana w książce sytuacji. I dlatego właśnie jestem rozdarta wewnętrznie.Ale zanim opowiem o swoich rozterkach najpierw troszeczkę o samej fabule utworu.

„Pusta kołyska”, to historia matki, która dzieli się z czytelnikiem wspomnieniami najbardziej bolesnych chwil w swoim życiu, kiedy jej serce zostało wyrwane z piersi, by być rzuconym w czeluści piekła, gdzie panuje niekończący się ból i rozpacz. Bo oto szczęśliwa żona i matka dwójki dzieci spodziewa się trzeciego dziecka. Cała rodzina z radością oczekuje narodzin dziecka, które jest ich prezentem gwiazdkowym. Choć poród jest ciężki, na świat przychodzi kochana i przez wszystkich wyczekiwana mała Shelby. I w tym miejscu chciałoby się napisać „I żyli długo i szczęśliwie”, jednak niestety szczęście rodziny nie trwa długo, gdyż kilka dni po narodzinach córeczki Diany niestety spełnia się najczarniejszy koszmar każdej matki. Mała Shelby zostaje porwana z oddziału położniczego szpitala. Jeśli chcecie wiedzieć jak te tragiczne chwile zapamiętała matka dziewczynki i jak zakończyła się cała historia, sięgnijcie po książkę.
Ja od siebie muszę napisać jeszcze kilka słów odnośnie do nie samej opisanej w książce historii, gdyż jak wspomniałam wcześniej, nie odważyłabym się poddawać ocenie osobistej tragedii, jaka spotkała autorkę, ale samej książki. Szczerze mówiąc, pierwsze 150 stron książki w ogóle do mnie nie przemówiło. Nie czułam żadnych uczuć i emocji, a raczej odebrałam to jako suche przedstawienie faktów. Wzruszenie, szok i cała gama innych głębokich emocji wstrząsnęło moim sercem dopiero od chwili kiedy Pani Diana opisuje już stricte samo porwanie swojego maleństwa i późniejsze wydarzenia.

Jednak z całego serca książkę polecam, ponieważ pomimo całego tragizmu zdarzenia znajdziemy tu również wiele miłości, rodzinnego wsparcia oraz niegasnącej wiary i nadziei.
Niestety ta historia mogłaby również być historią każdego z nas...

poniedziałek, 5 lutego 2018

Bezcenny prezent

Kochani już na samym początku zadam Wam pytanie, na które odpowiedz, jest oczywista.

Czy lubicie prezenty?
Cóż za pytanie, no pewnie, że lubicie, kto z nas ich nie lubi. Dziś jednak nie będziemy mówić o prezentach w wymiarze materialnym. Nie wiem, czy wiecie, ale człowiek również może być dla kogoś prezentem. To właśnie taki wyjątkowy dar od losu jest najcenniejszy. Nie ma bowiem nic bardziej wartościowego w życiu każdego z nas niż obecność drugiej osoby i czas z nią spędzony.
Czasami jest to ktoś z rodziny, przyjaciel, ale zdarza się również i tak, że na naszej drodze zjawia się ktoś, kto, choć do tej pory był tuż obok, dla nas samych był niezauważalny. Los bowiem w swej skomplikowanej strukturze jest tak bardzo nieprzewidywalny, że potrafi nas samych mocno zaskoczyć. I ten, kto jeszcze wczoraj nic dla nas nie znaczył, dziś może stać się tym, bez kogo już nie wyobrażamy sobie życia. Obecność drugiej osoby może zupełnie zmienić nas samych oraz sposób, w jaki postrzegamy świat. Tego właśnie uczy swoich czytelników Elżbieta Rodzeń w książce „Dziewczyna o kruchym sercu.

Janek i Ula główni bohaterowie powieści są jak ogień i woda zupełnie różni.
On – dziewiętnastoletni chłopak wychowany w bardzo religijnej rodzinie, uczynny, towarzyski, pełen ciepła i empatii. Wzorowy uczeń. Chce pomagać ludziom, dlatego jest wolontariuszem. Właśnie dostał od swojego zwierzchnika nowe zadanie.

Ona – Zamknięta w sobie, stroniąca od ludzi opryskliwa dziewczyna. Nieprzewidywalny wulkan emocji. Nigdy nie wiadomo, czego można się po niej spodziewać, będąc obok.

„Spędzanie czasu z tą dziewczyną było niczym przejażdżka kolejką górską. Nigdy nie wiadomo, co się stanie za zakrętem”.

Mimo że tych dwoje różni absolutnie wszystko, pewnego dnia los splata ich drogi. Ula jest dziewczyną o kruchym sercu. Cierpi na bardzo poważną wadę serca. Jedynym dla niej ratunkiem jest przeszczep serca, którego nie chce podjąć się niestety żaden lekarz z uwagi na inne problemy zdrowotne Uli. Podobnie jak Janek chodzi do klasy maturalnej. Dotychczas wobec Ulki stosowany był tryb nauczania indywidualnego, a dziś jak się okazuje dziewczyna, ma duże braki w matematyce. Janek chętnie chce pomóc koleżance. Początkowo wszystko wydaje się łatwe i proste. Chłopak jest przekonany, że wywiąże się z powierzonego mu zadania bez problemu. Wszystko jednak komplikuje się, kiedy uświadamia sobie, że zaczyna patrzeć na swoją podopieczną inaczej niż do tej pory.

„-Dlaczego chcesz się we mnie zakochać?
- Wcale tego nie chciałem. - Spojrzałem jej w oczy. Jesteś dość wredna i męcząca. Gdyby moje serce pytało mnie o zdanie, kazałbym mu zmądrzeć”.

To, co bardzo mi się w tej historii podobało, to sposób, w jaki autorka poprowadziła wątek rodzącej się między młodymi miłości. Tu nic nie dzieje się natychmiast. Nie ma sytuacji, gdzie bohaterowie zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Co więcej, na początku Janek nawet nie lubił Ulki.

„- Nie wiesz, dlaczego facet musi być zawsze taktowny, podczas gdy kobieta może po prostu powiedzieć »spierdalaj«, gdy chce kogoś spławić?
- Życie, kolego. - Szturchnął mnie pięścią w ramię. - Baby rządzą światem, a jeszcze wpierają nam, że jest inaczej. Ale u was, katolików, zachował się chyba jeszcze tradycyjny model, co?
- Zapytaj moją mamę, kto obrał dziś kilka kilogramów ziemniaków”.

Dzięki temu perypetie nastolatków stają się bardziej wiarygodne i mocniej przemawiają do czytelnika.

Muszę przyznać, że kiedy zaczynałam poznawać, postać Uli nie zaskarbiła sobie ona mojej sympatii. Bardzo mnie irytowała. Nie mogłam zrozumieć,  jak możne być tak wredna dla osób, które ja kochają, którym na niej zależy i które chcą jej pomóc. Z czasem, kiedy w pełni poznałam motywy takiego jej zachowania, zaczęłam ją rozumieć. To właśnie Janek staje się dla naszej bohaterki przyjacielem, wsparciem pocieszeniem i siłą w najtrudniejszych chwilach. Tylko jemu pozwala tak naprawdę się do siebie zbliżyć. Jest jednak coś, co nie opuszcza dziewczyny zawsze, kiedy on jest blisko. Wrażenie, że chłopak coś przed nią ukrywa. Tajemnica czy mylne wyobrażenie Uli? Przekonajcie się sami…

Autorka łączy w swojej książce wiele bardzo różnych wątków: choroba, cierpienie, religia, sprawy ostateczne, przyjaźń miłość, relacje rodzinne. To wszystko wplecione w koleje losów naszych bohaterów tworzy piękną do głębi poruszającą historię, od której nie sposób się oderwać. Zatrzymajmy się jednak na chwilę właśnie na wątku relacji rodzinnych Janka z ojcem. Jakże ja nie znosiłam tego mężczyzny. To przykład ojca, który ojcem nie miał prawa się nazywać. To istny dyktator. Traktuje syna jak bezwolną marionetkę, która ma chodzić tak, jak ojciec mu każe. Zupełnie nie liczy się z pragnieniami i potrzebami Janka. Ma w stosunku do niego z góry ustalony plan, któremu chłopak ma się podporządkować, gdyż w przeciwnym razie nie ma dla niego miejsca w domu rodzinnym.

Gorąco zachęcam Was moi kochani do sięgnięcia po „Dziewczynę o kruchym sercu”. Emocjonalną historię dwójki młodych ludzi, którzy walczą o siebie nawzajem, swoje marzenia i prawo do tego, by decydować o samym sobie, aby przeżyć swoje życie tak, jak sami tego chcą Wywoła ona w Was całą gamę emocji: wzruszenie, złość, wyciśnie łzy, a ale również da wam nadzieję i ukoi wasze roztrzaskane lekturą serca. Jednak tym razem nie powiem, że jest to książka, po którą powinien sięgnąć każdy. Z racji swej ogromnej emocjonalności i niezwykle trudnego tematu może przysporzyć czytelnikowi niemal namacalnego bólu, a tym samym nie każdy z Was może być gotów do zapoznania się z tym tytułem.
Mnie samej z powodów osobistych było niezmiernie trudno dotrzeć do końca tej opowieści. Wylałam może łez, ale było warto. Po zakończeniu czytania miałam nieodpartą potrzebę powiedzenia bliskim memu sercu osobom:
„Kocham Cię. Dziękuję, że jesteś”
Zróbcie to, proszę również i Wy, bo jutro może być już za późno.

piątek, 2 lutego 2018

Nieunikniona konfrontacja.

Moi drodzy, czy pamiętacie moment, kiedy wkraczając w samodzielne dorosłe życie, postanowiliście opuścić rodzinny dom? Zapewne dla wielu z Was, był to moment bardzo trudny. Wszak dom, to miejsce, do którego bez względu na to, gdzie i w jakiej sytuacji życiowej się znajdujemy, zawsze chcemy wracać. To miejsce, które kojarzymy z ciepłem i miłością. To bezpieczna przystań, w której możemy się zatrzymać i odpocząć, kiedy naszym życiem targają wichry lęku i niepewności przed tym, co zaplanował dla nas los. Przyznajcie sami, że to wszystko bardzo pięknie brzmi, chciałoby się powiedzieć, że wręcz bajkowo. Jednak, życie to nie bajka, a rodzina i dom, to niestety nie zawsze miejsce i ludzie, którzy dadzą nam wsparcie i otoczą opieką. Czasem bowiem bywa tak, że dla własnego dobra wolimy odciąć się od korzeni rodzinnych i zacząć wszystko od początku. Zastanówmy się jednak, czy jest to możliwe?

Aby choć w niewielkim stopniu pomóc Wam w odpowiedzi na to pytanie pozwolę sobie opowiedzieć Wam o dwójce młodych ludzi, którzy również próbują, znaleźć odpowiedz, na tak wprost postawione pytanie.

Sidney i Peter to bohaterowie cyklu Zranieni autorstwa H. M. Ward, których mieliśmy możliwość poznać w pierwszej części cyklu. (jeśli jeszcze nie czytaliście mojej recenzji pierwszego tomu, link znajdziecie tu). Dziś dzięki wydawnictwu Editio ,za co bardzo dziękuję, mam możliwość podzielenia się z Wami moimi wrażeniami i spostrzeżeniami po lekturze drugiego tomu wcześniej wspomnianego przeze mnie cyklu „Zranieni 2”

Część ta jest kontynuacja losów obojga bohaterów. Oboje mocno doświadczeni i pokiereszowani przez życie szukają w uczuciu, które się między nimi zrodziło ukojenia i zapomnienia. Jednakże to, co ich spotkało w przeszłości, jest niczym demon, który trawi ich od wewnątrz, nie pozwalając na chwilę wytchnienia. Oboje czują, że znajdują się nad życiową przepaścią, od której nie ma już odwrotu. Doskonale zdają sobie sprawę, że krzywdy, jakich doświadczyli w przeszłości, nie pozwolą im patrzeć we wspólną przyszłość. Często mówi się, że tylko stając twarzą w twarz z tym, co zatruwa nam życie, jesteśmy w stanie to przezwyciężyć. Czy w istocie tak jest ? Sidney i Peter będą zmuszeni sprawdzić to na własnej skórze.
Przeszłość upomina się o Sidney. Wiadomość o ciężkim stanie zdrowia matki, zmusza ją do powrotu do domu rodzinnego, a więc tym samym do konfrontacji z tym, przed czym ucieka. Siłą rzeczy Peter również zostaje zaangażowany we wszystko, co dotyczy jego kobiety. Jak się przekonacie, powroty do domu wcale nie są łatwe. Przy okazji problemów naszej bohaterki na światło dzienne wychodzą tajemnice i przemilczane fakty z życia samego Petera. To, czego o swoim profesorze dowiaduje się Sidney, mocno nią wstrząsa. Dziewczyna czuje się zraniona i oszukana. A przecież zaufała po raz pierwszy od bardzo dawna.
Ujawnienie nowych faktów z życia mężczyzny otwiera puszkę pandory, w której do tej pory szczelnie zamknięte na dnie jego serca tkwiły wszystkie cierpienia, jakich doświadczył. Czy tej parze uda się odnaleźć drogę do przebaczenia i miłości? Czy odnajdą światło w ciemności, która spowija ich duszę, tego musicie już dowiedzieć się, sięgając po „Zranionych 2”

Moją wadą, a może zaletą jest to, że nie umiem krytykować książek, nawet jeśli wiem, że książka nie była najwyższych lotów. Zawsze wolę podkreślać jej plusy niż wytykać minusy. Tak też zrobię i tym razem. Muszę powiedzieć wprost, że jeśli oczekujecie od tej książki ambitnej literatury, która na długo pozostanie w waszej pamięci i wywrze trwały wpływ na wasze życie, to tytuł ten w żaden sposób nie spełni waszych oczekiwań. Jednak myślę, że sięgając po książkę z gatunku New Adult mamy tego świadomość.

Zranieni 2” to pozycja, którą czyta się lekko i szybko. To przykład literatury niezobowiązującej, po którą sięgamy dla odprężenia po ciężkim dniu w pracy lub jako odskocznię od trudnych, wymagających skupienia książek. Od tej książki nie oczekujcie wiele, po prostu ją czytajcie i pozwólcie myślom w waszej głowie swobodnie płynąć.
Jeśli o mnie chodzi, wiem, że tak szybko, jak tę książkę przeczytałam, tak samo szybko o niej zapomnę. W porównaniu do pierwszego tomu ten był odrobinę lepszy. Były momenty, w których autorce udawało się na dłuższą chwilę wzbudzić moje zainteresowanie, ale owych chwil podczas lektury całej książki było niewiele.

Decyzję, czy przeczytać tę książkę pozostawiam każdemu do indywidualnego przemyślenia. Jak wiadomo, każdy z nas jest inny i lubi co innego i to jest w ludziach najciekawsze:) Ja wiem, że po raz kolejny do tej serii nie wrócę.