środa, 28 stycznia 2026

Pęknięty monolit prawdy. O powieści „Kim jesteś, Nikolo?” Bernardyny Dareckiej-Władzimiruk

Budujemy nasze życie na podobieństwo monolitu. To niewzruszona bryła, która ma chronić naszą tożsamość przed światem i nami samymi. Wierzymy w trwałość masek, które przybieramy. Jednak w swojej powieści „Kim jesteś, Nikolo?” Bernardyna Darecka-Władzimiruk pokazuje, że to, co bierzemy za jednolity kamień, jest jedynie kruchą konstrukcją pełną ukrytych szczelin. Prawdziwe „ja” nie jest bowiem statyczną formą. To proces, który krystalizuje się dopiero w bolesnym starciu z prawdą o przeszłości i w odwadze do rozbicia pozornej jedności własnego wizerunku.

W sercu tej opowieści pulsuje napięcie między dwiema siostrami. Choć dzielą to samo oblicze, stały się dla siebie obcymi lądami. Natalia i Nikola to dwie strony tej samej pękniętej struktury. Jedna szuka ocalenia w prawdzie. Druga ucieka w chłód wyrachowania i niebezpieczne sekrety. Kiedy w ich uporządkowaną codzienność wkracza Maks – człowiek naznaczony wspólną przeszłością i zagadkowym tatuażem – fasada spokoju zaczyna kruszyć się nieodwracalnie. Mężczyzna ten ucieleśnia skomplikowany wątek uczuciowy, stając się postacią ambiwalentną. Dla jednej z sióstr jest szansą na bliskość, dla drugiej śmiertelnym zagrożeniem dla jej misternie budowanych kłamstw. Pisarka rzuca czytelnika w wir pytań o to, czy miłość może przetrwać w świecie zbudowanym na oszustwie.

Istotnym filarem książki jest oniryczna i duszna atmosfera tajemnicy. Osacza ona czytelnika niczym gęsta mgła. Narracyjną siłą utworu są liczne retrospekcje. To one, niczym bolesne powroty do przeszłości, odsłaniają fundamenty obecnego dramatu sióstr. Autorka mistrzowsko operuje motywem dawnych zdarzeń. Nie są one jedynie wspomnieniem, lecz żywym, niszczycielskim żywiołem. Pokazuje, że sekrety mają swoją wagę i cenę. Nieodkryte latami, z czasem stają się toksycznym osadem, który zatruwa każdą nową relację, odbierając szansę na zdrowe uczucie. To właśnie te mroczne niedopowiedzenia oraz kilka bardzo zaskakujących zwrotów akcji, które wywracają fabułę do góry nogami, sprawiają, że lektura trzyma w napięciu do ostatniej strony.

Narracja książki to wielowymiarowe studium dualizmu ludzkiej natury. Pisarka z chirurgiczną precyzją rozcina tkankę siostrzanej relacji. Na kartach powieści splatają się wątki bolesnego poszukiwania korzeni z niszczycielską siłą rywalizacji o miłość i akceptację. Autorka udowadnia, że więzy krwi mogą być zarówno bezpieczną przystanią, jak i śmiertelną pułapką. Dzieło staje się przy tym fascynującym, głębokim studium psychologicznym. Ukazuje, jak głębokie deficyty emocjonalne mogą przekształcić się w pancerz egoizmu, uniemożliwiający prawdziwe kochanie drugiego człowieka.

Dojrzałość tej pozycji manifestuje się również w samej konstrukcji. Znacząco ewoluowała ona od czasu debiutu pisarki. Porównując ten tytuł do „Zapisanych w kwiatach”, widać ogromny rozwój warsztatu literackiego. O ile jej pierwsza książka urzekała ciepłem, tutaj autorka wykazuje się odwagą w ukazywaniu mroczniejszej strony ludzkich namiętności. Tempo akcji jest precyzyjnie wyważone. Pozwala nasiąknąć klimatem, by po chwili gwałtownie przyspieszyć, gdy kolejne warstwy skorupy odpadają. Niezwykłym atutem jest tu nieoczywiste domknięcie historii, które wymyka się schematom szczęśliwych zakończeń.

Książka ta pełni przede wszystkim funkcję uniwersalnego lustra, w którym może przejrzeć się każdy z nas. Dzięki uderzającej autentyczności dylematów historia przestaje być jedynie fikcją, a staje się ważną lekcją życiową. Pisarka udowadnia, że prawda, choć bywa bolesna, jest jedyną drogą do odzyskania siebie i szansą na autentyczną relację z drugim człowiekiem. Ta szczerość przekazu zmusza każdego czytelnika do zadania sobie pytania: ile w naszym własnym życiu jest autentyczności, a ile starannie pielęgnowanej iluzji?

Lektura ta staje się emocjonalną podróżą, która nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Sięgnięcie po ten utwór to spotkanie z trudną mądrością życiową. Odkrywamy, że przebaczenie to najwyższa forma wolności, a konfrontacja z bólem bywa jedyną drogą do prawdziwego porozumienia. Na czytelnika czeka wachlarz emocji – od niepokoju, po nadzieję. Każda szczelina w naszym osobistym monolicie może stać się miejscem, przez które w końcu wpłynie światło.

„Kim jesteś, Nikolo?” polecam szczególnie czytelnikom poszukującym w literaturze odwagi do zadawania najtrudniejszych pytań i nieoczywistych wątków romantycznych. Polecam ją tym, którzy cenią głębokie portrety psychologiczne. Ten tytuł nie pozwala o sobie zapomnieć. Pozostawia w pamięci trwały ślad jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony, prowokując do przewartościowania relacji z bliskimi.

​Ostatecznie powieść ta to poruszający dowód na to, że żadna życiowa konstrukcja nie jest tak trwała, by nie mogła pęknąć pod naporem prawdy. Bernardyna Darecka-Władzimiruk domyka swoją opowieść w sposób, który nie przynosi łatwego ukojenia, ale daje odwagę do spojrzenia w głąb własnych szczelin. To właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwa wolność. Autorka po mistrzowsku celebruje to na kartach swojego dzieła. ​Nad całością unosi się bowiem najbardziej niepokojące pytanie: czy naprawdę znamy swoich bliskich i czy potrafimy ich kochać bez masek? Lektura uświadamia, że drugi człowiek pozostaje niezbadaną tajemnicą, dopóki nie zdobędziemy się na szczerość, która ma moc kruszenia najtwardszych pancerzy.

[Zakup własny].

poniedziałek, 26 stycznia 2026

„Damy radę, kochanie” Magdaleny Krauze – finał serii, który jest lustrem dla każdego małżeństwa.

Życie rzadko przypomina romantyczny film, w którym napisy końcowe pojawiają się wraz z sakramentalnym „tak”. Prawdziwa historia zaczyna się znacznie później. Odnajdziemy ją w kuchni nad stertą naczyń, w nerwowym oczekiwaniu na powrót zbuntowanego nastolatka czy w cichym smutku, gdy patrzymy na starzejących się bliskich. To właśnie te prozaiczne momenty są najprawdziwszym sprawdzianem dla związku. W tej zwyczajności, pozbawionej filtrów i upiększeń, kryje się esencja bycia oparciem. Po raz trzeci udowadnia to Magdalena Krauze.

„Damy radę, kochanie” to finałowe ogniwo serii, stanowiące kontynuację losów znanych z tomów „Czekałam na Ciebie” oraz „Zaufaj mi jeszcze raz”. To zarazem przejmujący portret dojrzałej miłości, która musi udźwignąć ciężar życia.

Ta codzienna walka o bliskość staje się fundamentem ewolucji Pauliny i Igora. Obserwowanie ich losów to fascynująca podróż – od młodych idealistów po dojrzałe małżeństwo, które po osiemnastu latach mierzy się z nowymi wyzwaniami. Autorka z niezwykłą empatią kreśli obraz pokolenia kanapkowego, ściśniętego między buntem dzieci z pokolenia Z a bolesnym procesem opieki nad chorą na demencję matką. Wszystkie te trudności sprowadzają się do jednego pytania: czy w obliczu narastających problemów bohaterowie zdołają pozostać jednością, czy też proza życia postawi między nimi mur, którego nie będą w stanie zburzyć?

Magdalena Krauze umiejętnie splata kilka płaszczyzn: od lekcji pokory w górskim pensjonacie, aż po dramatyczne zmagania o wolność przyjaciółki uwięzionej w toksycznej relacji. Ten ostatni wątek tworzy mocny kontrast dla związku głównych bohaterów. Pokazuje, że walka o szczęście ma różne oblicza – czasem jest to wspólne trwanie w trudach, a czasem odważne zerwanie niszczących więzi.

Równie autentyczny, jak sama historia jest styl pisarki. Naturalne dialogi sprawiają, że bohaterowie stają się bliscy niczym sąsiedzi. Charakterystyczny humor rozładowuje napięcie, dzięki czemu lektura nie przytłacza mimo swojej powagi. Istotnym filarem opowieści okazuje się również obraz przyjaźni jako najważniejszej sieci ratunkowej w chwilach kryzysu. Wszystko to sprawia, że historia wywołuje lawinę emocji i skłania do refleksji. Czy w dobie powierzchownych relacji potrafimy jeszcze walczyć o autentyczność?

W konsekwencji otrzymujemy poruszające domknięcie serii, które zostaje w sercu na długo po przewróceniu ostatniej strony. Autorka stworzyła literackie lustro, w którym każdy z nas może przejrzeć swoje lęki i nadzieje. Książkę polecam szczególnie parom z długim stażem oraz rodzicom mierzącym się z trudami wychowania. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto wierzy, że najpiękniejsze historie pisze samo życie – z całym jego trudem, ale i niegasnącym blaskiem wspólnego trwania.

A Wy jak uważacie – czy miłość faktycznie jest w stanie przetrwać każdą prozę życia, jeśli tylko walczymy o nią ramię w ramię?

[Zakup własny].

piątek, 23 stycznia 2026

Lekcja oddychania na nowo w powieści Jakuba Bączykowskiego „Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu”

Większość z nas wierzy, że życiowe nawałnice omijają nasz bezpieczny port, jednak jeden gwałtowny podmuch może zburzyć wszystko w jednej chwili. Właśnie wtedy prawdziwa wielkość ludzkiego ducha przejawia się w bolesnej nauce oddychania na nowo, choć powietrze wokół staje się ciężkie od straty. Tę kruchą granicę między rozpaczą a odrodzeniem uczynił fundamentem swojej powieści "Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu" Jakub Bączykowski. W książce wydanej przez Wydawnictwo W.A.B. przypomina on, że nadzieja nie jest naiwnym zaprzeczeniem bólu – to raczej cicha odwaga, by mimo przemoczonego ubrania wciąż wypatrywać pierwszych promieni słońca. Pisarz od pierwszej strony rzuca nas w sam środek egzystencjalnego sztormu, udowadniając przy tym, że stabilizacja jest jedynie iluzją, którą los może odebrać bez uprzedzenia.

​Wszystko zaczyna się od jednej sekundy na drodze, która brutalnie rozdziera codzienność głównej bohaterki na „przed” i „po”. Śmierć męża zmusza Basię do konfrontacji z absolutną pustką, a czytelnik staje się niemym świadkiem upadku jej bezpiecznego świata, po którym zostaje jedynie ogłuszająca cisza oraz zapach mokrego asfaltu. W tym miejscu rodzi się trudne pytanie: jak żyć, gdy serce bije tylko z przyzwyczajenia? Lekturze towarzyszy niezwykłe przejęcie, ponieważ Basia błyskawicznie staje się nam bliska, a wir emocji sprawia, że z ogromnym wzruszeniem towarzyszymy jej w najtrudniejszych chwilach.

​Analiza powieści wymaga spojrzenia na misternie splatane wątki, wykraczające daleko poza sam opis żałoby. Centralnym motywem jest anatomia straty ukazana jako żmudny proces, w którym autor z wielką uwagą rozbiera na części pierwsze poczucie winy oraz paraliżujący strach. Warto również wspomnieć o poruszającej obecności psa Basi i Adama, Uno. Staje się on niemym powiernikiem bólu, a jego instynktowna żałoba stanowi jeden z najbardziej chwytających za serce elementów historii, nadając opowieści surowej autentyczności. Jednocześnie ta niema więź staje się dla kobiety pierwszym pomostem do rzeczywistości, gdyż konieczność zadbania o istotę zależną zmusza ją do porzucenia izolacji.

Ważnym punktem zwrotnym jest moment, w którym Basia uświadamia sobie destrukcyjną siłę egocentryzmu cierpienia. Bączykowski trafnie punktuje błąd zamykania się w szczelnym kokonie własnej boleści i poprzez postacie drugoplanowe ukazuje, że żałoba to skomplikowana sieć powiązań, w której cierpią także bliscy Adama, przyjaciele czy rodzeństwo. Choć bohaterka początkowo spycha ich ból na margines, ta lekcja pokory oraz dostrzeżenie łez w oczach innych staje się ostatecznie kluczem do jej uzdrowienia, udowadniając, że empatia jest najskuteczniejszym lekarstwem na samotność.

Warsztat literacki zasługuje na uznanie ze względu na doskonałą równowagę między wrażliwością a realizmem. Pisarz operuje językiem plastycznym i pozbawionym zbędnego patosu, co pozwala mu budować intymny, wręcz duszny klimat. Mistrzowsko wykorzystuje kontrasty i unika klisz, dzięki czemu każde słowo waży tyle, co prawdziwa łza. Melancholijny nastrój jest dawkowany z takim wyczuciem, że dajemy się wciągnąć w hipnotyzujący proces gojenia ran, nieustannie trzymając kciuki, by Basia zdołała się podnieść. Podczas czytania niejednokrotnie stawiałam się na jej miejscu, zadając sobie pytanie, jak sama poradziłabym sobie z tak bolesnym doświadczeniem – ta myśl sprawiła, że w moich oczach nie raz zakręciła się łza. Psychologiczna wnikliwość pozwala nazwać stany nienazywalne, zamieniając lekturę w głębokie doświadczenie sensoryczne, które daje odbiorcy realne poczucie oczyszczenia.

​Siła tego przesłania tkwi w prawdzie, że koniec znanego świata nie oznacza końca nas samych. Powieść obnaża lęk otoczenia przed cudzym nieszczęściem i staje się cennym przewodnikiem po sztuce towarzyszenia w cierpieniu, ucząc, że sama obecność bywa ważniejsza niż idealnie dobrana fraza. Ta historia zatacza pełne koło – od paraliżującego lęku przed burzą, aż po akceptację losu. Pomimo ogromnego ładunku emocjonalnego, książka niesie ze sobą kojące światło.

​Polecam tę pozycję każdemu, kto szuka w literaturze autentycznego zrozumienia. Jest to lektura obowiązkowa dla osób przechodzących przez stratę oraz dla tych, którzy chcą nauczyć się empatii. To literacki plaster na duszę, który, choć początkowo piecze, ostatecznie pomaga ranie się zagoić i daje odwagę do powrotu do świata żywych.

[Zakup własny].



wtorek, 20 stycznia 2026

Gdy obiektyw przestaje chronić – portret pożądania i uzdrowienia. Recenzja powieści „Poza kadrem” Dagmary Kalinko.


Często mylimy samotność z bezpieczeństwem, wznosząc wokół siebie mury, które – choć mają chronić przed kolejnym ciosem – z czasem stają się ścianami ciasnej klatki. Wygodnie jest trzymać świat na dystans i kadrować rzeczywistość tak, by nie dopuścić do niej chaosu cudzych emocji. Jednak najpiękniejsze barwy życia dostrzegamy dopiero wtedy, gdy odważymy się stracić tę bezpieczną ostrość, co w swojej powieści „Poza kadrem” w niezwykle zmysłowy sposób obrazuje Dagmara Kalinko.

W centrum tej opowieści stoi Sara – kobieta, która z perfekcji uczyniła swój pancerz, a z obiektywu aparatu barierę oddzielającą ją od świata. Jako utalentowana fotografka i samotna matka nauczyła się, że pełna kontrola nad każdym ujęciem to jedyny sposób, by uniknąć rozczarowań. Jej poukładany scenariusz sypie się jednak w gruzy, gdy w studio pojawia się Patryk. Ten charyzmatyczny i pewny siebie mężczyzna nie zamierza jedynie pozować do zdjęć; on rzuca Sarze wyzwanie, by w końcu wyszła z cienia własnych lęków. To właśnie pod jego wpływem Dagmara Kalinko prowadzi nas przez gęstą sieć rodzącego się pożądania i emocjonalnych barier, które kruszeją pod wpływem dotyku. To nie tylko historia namiętności, ale przede wszystkim portret kobiecej siły, która musi zmierzyć się z bolesną przeszłością. Autorka zmusza przy tym czytelnika do pytania: czy warto zaryzykować stabilny spokój dla ognia, który może równie dobrze ogrzać, co spalić wszystko, co dotychczas zbudowaliśmy?

​Lektura „Poza kadrem” to również głęboka refleksja nad tym, jak przeszłość niepostrzeżenie projektuje naszą teraźniejszość, determinując wybory i lęki. Autorka z ogromną wrażliwością pokazuje, że dla Sary fotografia to nie tylko zawód, ale przede wszystkim rozpaczliwa próba zatrzymania czasu i zapanowania nad ulotnością chwil, które kiedyś ją zraniły. Ta potrzeba zamrożenia obrazu w idealnym kadrze staje się metaforą lęku przed zmianą, którą dopiero Patryk pomaga jej przełamać, ucząc, że życie dzieje się właśnie w tym, czego nie da się uwięzić w obiektywie.

Właśnie dlatego powieść staje się płótnem, na którym autorka z odwagą maluje motyw emocjonalnego wyzwolenia, pokazując, jak trudno jest zrzucić maskę samowystarczalności. Przez karty książki przebija się bolesny, lecz piękny proces uzdrawiania duszy, gdzie pożądanie nie jest jedynie fizycznym aktem, ale katalizatorem zmian i kluczem do zamkniętych drzwi przeszłości. Kalinko z wyczuciem eksploruje temat macierzyństwa, które w cieniu lęku staje się najdoskonalszą formą oddania, oraz zaufania, które trzeba zbudować na zgliszczach dawnych zawodów. To literacka podróż przez kontrasty – między chłodną dyscypliną a żarem namiętności, między tym, co wypada pokazać światu, a tym, co drży głęboko pod skórą.

​W parze z tą wielowymiarową tematyką idzie sposób, w jaki Dagmara Kalinko kreśli portrety psychologiczne – robi to z niezwykłą precyzją, unikając powierzchownych schematów. Sara to studium traumy i mechanizmów obronnych; jej postać jest autentyczna w swojej kruchości ukrytej pod maską profesjonalizmu, co czyni ją bliską każdej kobiecie walczącej o niezależność. Z kolei Patryk, choć początkowo zdaje się jedynie uosobieniem siły, zaskakuje emocjonalną dojrzałością, stając się lustrem, w którym bohaterka musi wreszcie dostrzec swoje prawdziwe oblicze. Relacja tej dwójki to fascynujące starcie dwóch światów – lęku przed zranieniem i odwagi, by mimo wszystko zaryzykować.

Co więcej, warstwa erotyczna powieści pulsuje gęstą, namacalną atmosferą, stanowiąc integralną część tego procesu przełamywania wewnętrznych oporów. Autorka kreuje sceny intymne ze śmiałością, dbając jednak o to, by każda z nich była przesycona napięciem budowanym długo przed pierwszym dotykiem. Estetyka tych opisów przypomina grę światłocienia – jest tu miejsce na surowe pożądanie, ale i na subtelność, która pozwala poczuć chemię między bohaterami w sposób niezwykle sugestywny. To klimat, w którym zmysłowość staje się językiem szczerości, pozwalającym bohaterom porozumieć się tam, gdzie słowa okazują się niewystarczające.

Wszystko to zostało ujęte w unikalny styl Dagmary Kalinko, będący harmonijnym połączeniem plastycznych, niemal filmowych opisów z surową emocjonalnością. Autorka operuje językiem konkretnym i sugestywnym, unikając zbędnych upiększeń tam, gdzie do głosu dochodzą autentyczne lęki. Język powieści idealnie rezonuje z profesją Sary – jest w nim precyzja godna dobrego obiektywu oraz głębia, która pozwala dostrzec to, co ukryte pod powierzchnią. Dzięki temu cała historia zyskuje na wiarygodności, budując napięcie, które nie pozwala odłożyć książki przed finałem. Należy jednak pamiętać, że ze względu na tę bezkompromisową odwagę, jest to lektura przeznaczona wyłącznie dla dorosłych czytelników.





[Zakup własny].




niedziela, 18 stycznia 2026

Kiedy dno staje się fundamentem. Recenzja powieści Agaty Pakuły – „Na dnie i z powrotem”



Prawdziwa siła człowieka nie mierzy się tym, jak wysoko potrafi się wspiąć. Mierzy się ją tym, jak głęboko potrafi spaść i mimo to podjąć próbę powrotu na powierzchnię. Każdy z nas niesie w sobie niewidzialne pęknięcia. W chwilach kryzysu stają się one szczelinami, przez które powoli wycieka życie. Często dzieje się to, zanim zdążymy zauważyć zagrożenie. Odwaga nie polega na unikaniu ciemności. Polega na przyznaniu się do własnej bezbronności wobec mroku, który sami nieświadomie zaprosiliśmy do środka. Właśnie o tym bolesnym procesie traktuje najnowsza powieść Agaty Pakuły „Na dnie i z powrotem”. Autorka udowadnia, że dno nie musi być końcem drogi. Może stać się najtrudniejszym fundamentem, na którym – dzięki uczciwości wobec siebie – da się odbudować godność.

​Historia zaczyna się w 1973 roku. Nastoletni Adam Lisowski po raz pierwszy sięga wtedy po alkohol. Ten z pozoru niewinny gest inicjacyjny staje się początkiem spirali. Przez kolejne dekady będzie ona wciągać go coraz głębiej w mrok. Pisarka nie skupia się jednak na samym piciu. Pokazuje raczej, jak nałóg stopniowo i podstępnie przejmuje kontrolę nad marzeniami, ambicjami i relacjami mężczyzny. Śledzimy losy człowieka zawieszonego między dwiema rzeczywistościami. Pierwsza to ta oficjalna, w której próbuje funkcjonować jako mąż i ojciec. Druga pozostaje ukryta, zdominowana przez głód i kłamstwo. Twórczyni mistrzowsko buduje napięcie. Stawia bohatera przed coraz trudniejszymi wyborami, a każda próba wyjścia na prostą wydaje się walką z przeznaczeniem. Ta powieść to opowieść o wysokiej cenie wolności. O tym, jak wiele trzeba stracić, by w końcu poczuć potrzebę ratunku.

Niezwykle istotnym elementem utworu jest jego osadzenie w realiach PRL-u. Autorka odtwarza je z niemal fotograficzną wiernością. W swojej prozie po mistrzowsku oddaje duszny klimat lat 70. i 80. oraz specyficzną szarość codzienności. Alkohol był wtedy wszechobecnym elementem krajobrazu. Sięganie po niego stanowiło rytuał towarzyski i sposób na ucieczkę od systemowej beznadziei. Pisarka pokazuje Polskę tamtych lat jako miejsce, gdzie powszechne przyzwolenie na „kieliszek dla kurażu” stało się dla Adama idealną zasłoną dymną. Właśnie w tych realiach, wśród dymu papierosów i kolejek po towary, rodzi się dramat człowieka. Jego upadek długo pozostaje niezauważony przez otoczenie. Dzięki temu historia bohatera zyskuje wymiar socjologiczny. Staje się portretem pokolenia uwikłanego w zbiorowe i osobiste zniewolenie.

Kluczowym i najbardziej przerażającym motywem jest tu jednak mechanizm wyparcia prawdy. Twórczyni z chirurgiczną precyzją pokazuje, jak umysł Adama buduje labirynt kłamstw i racjonalizacji. Wszystko po to, byle tylko nie dopuścić do siebie myśli o klęsce. To właśnie ten wewnętrzny mur, a nie sama substancja, okazuje się najtrudniejszą barierą. Autorka uświadamia nam ważną rzecz. Dopóki bohater wypiera rzeczywistość, dno pozostaje ruchomym piaskiem, a nie twardym gruntem, od którego można się odbić.

​Jednak ta książka to nie tylko monolog upadającego człowieka. To przede wszystkim bolesna polifonia cierpienia tych, którzy trwają przy nim najdłużej. Pisarka portretuje proces powolnej erozji rodziny. Miłość niepostrzeżenie zmienia się tu w lęk, a lojalność w destrukcyjne współuzależnienie. Twórczyni rzuca światło na bliskich, którzy w imię ratunku składają na ołtarzu nałogu własną godność. Stają się cichymi ofiarami wojny, której sami nie wywołali. Czytelnik z przerażeniem obserwuje, jak domowy azyl zamienia się w pole minowe. Każda kolejna próba pomocy jedynie pogłębia wspólną tragedię. W tych dusznych scenach najwyraźniej widać, że alkohol pożera całe kręgi relacji. Zostawia po sobie jedynie zgliszcza zaufania.

Lektura tej powieści to silne emocjonalne doświadczenie. Nie pozostawia ono czytelnika w tym samym miejscu, w którym go zastało. Autorka dotyka problemu tak bolesnego i ponadczasowego, że wielu z nas odnajdzie w tej historii znajome cienie. Być może są one ukryte we własnych wspomnieniach, a może dostrzeżone kiedyś u kogoś bliskiego. Ten utwór staje się lustrem. Odbijają się w nim nasze lęki o trwałość życiowych fundamentów. Pisarka zmusza do refleksji nad tym, jak cienka jest granica między kontrolą a upadkiem. Budzi w nas gniew, współczucie i ostatecznie – oczyszczającą nadzieję. To literatura, która boli, ale jest to ból potrzebny. Kruszy on skorupę obojętności i przypomina, że za każdym „przypadkiem” stoi człowiek wart uratowania.

Warsztatowa strona książki zasługuje na osobne uznanie. Twórczyni posługuje się językiem surowym i konkretnym. Doskonale koresponduje on z brutalną naturą problemu. Autorka unika zbędnego patosu i pozwala faktom mówić samym za siebie. Struktura powieści oparta jest na przeskokach czasowych. Pozwala to obserwować ewolucję bohatera na przestrzeni kilku dekad. Nadaje to opowieści rytm i czyni nas świadkami całego procesu życiowego staczania się. Styl pisarki jest bezpośredni i uczciwy. Buduje to więź opartą na zaufaniu. Czujemy, że prowadzi nas ona przez rzeczywistość z odwagą i zrozumieniem dla ludzkiej niedoskonałości.

​Największa wartość utworu tkwi w jego bezwzględnej autentyczności. Nie znajdziemy tu łatwych recept. Tę książkę polecam każdemu, kto w literaturze szuka prawdy trudnej i niewygodnej. Powinni po nią sięgnąć zarówno ci, którzy sami zmagają się z demonami, jak i osoby szukające klucza do zrozumienia ludzkich błędów. Czytelnik może spodziewać się emocjonalnego wstrząsu. Nie zostawia on jednak w rozpaczy. Oferuje spokój płynący ze zrozumienia, że z każdego dna prowadzi droga powrotna. Trzeba tylko odwagi, by zrobić pierwszy krok ku prawdzie.

​Podsumowując, ten utwór to przejmujący zapis walki o prawo do bycia sobą. To historia o nadziei nawet wtedy, gdy cały świat postawił już na nas krzyżyk. Agata Pakuła stworzyła opowieść, która zatacza pełne koło – od pierwszej decyzji, po bolesne zmierzenie się z prawdą. Jeśli siłę człowieka mierzy się zdolnością do powstania po upadku, to Adam Lisowski staje się symbolem tej lekcji. To lektura obowiązkowa. Przypomina ona, że droga na szczyt zawsze zaczyna się od odwagi, by przestać kopać głębiej we własnym mroku.