poniedziałek, 15 czerwca 2026

Marta Nowik „Moc nadziei” – przejmujące studium ludzkiego upadku i ponownego narodzenia.

Mijamy ich każdego dnia, odwracając wzrok. Ludzkie sylwetki wtopione w szarość dworców, załomków murów i bocznych uliczek, które społeczeństwo podświadomie wymazało ze swojego krajobrazu. Łatwo jest skwitować bezdomność uproszczeniem, ubrać ją w wygodny stereotyp lenistwa czy moralnego upadku, bo to zdejmuje z nas ciężar empatii. Rzadko jednak pytamy o początek tej drogi – o moment, w którym pękła życiowa lina, o niewidzialne klatki traumy, z których nie dało się uciec. Kryzys wykluczenia rzadko bowiem zaczyna się na ulicy; jego korzenie niemal zawsze tkwią głęboko w przeszłości, w zranionym dziecku, któremu nikt nie podał ręki, i w demonach, które dorosły człowiek próbuje zagłuszyć ucieczką przed samym sobą. Aby dostrzec w tym dramacie zagubioną jednostkę, potrzeba czegoś więcej niż powierzchownej litości – potrzeba odwagi do współodczuwania i spojrzenia prawdzie w oczy.

Tę niezwykle trudną, ale też pełną szacunku próbę podejmuje Marta Nowik w swojej najnowszej powieści „Moc nadziei”. Autorka kreśli przejmujące, dojrzałe studium psychologiczne upadku i ponownego narodzenia, stawiając jednocześnie odważną tezę, że nawet z najgłębszego mroku można się wyzwolić, jeśli tylko bezkompromisowa konfrontacja z trudną przeszłością spotka się z uzdrawiającą siłą ludzkiej akceptacji.

Oś fabularna powieści zawiązuje się wokół spotkania dwóch skrajnie odmiennych egzystencji. Z jednej strony stajemy twarzą w twarz z Marcelem – mężczyzną, którego dorosłość została brutalnie zdeterminowana przez rany z dzieciństwa, spychając go na absolutne peryferie społeczeństwa. Z drugiej pojawia się dociekliwa dziennikarka z uporządkowanego, bezpiecznego świata, w której wielka wrażliwość i zawodowa intuicja nie pozwalają przejść obojętnie obok cudzego dramatu. Marta Nowik rezygnuje jednak z tanich, prostych rozwiązań. Zamiast tego skupia się na mozolnym procesie budowania czegoś trwałego na gruncie skażonym dawnymi lękami. Prawdziwa akcja tej opowieści nie rozgrywa się bowiem w zewnętrznych wydarzeniach, ale wewnątrz bohaterów, zmuszonych do nieustannej konfrontacji z przeszłością, która uparcie upomina się o swoje prawa i testuje granice nowo odnalezionego bezpieczeństwa.

W centrum swoich rozważań pisarka stawia osobę dotkliwie poranioną, przedstawiając przejmujący obraz syndromu DDD (Dorosłych Dzieci z Rodzin Dysfunkcyjnych). Marcel nie jest po prostu postacią literacką; to ucieleśnienie tragedii jednostki, która nosi w sobie niszczycielskie dziedzictwo przeszłości. Twórczyni z niezwykłą precyzją obnaża mechanizm, w którym dawna przemoc i odrzucenie rodzą paraliżujący lęk przed bliskością oraz dojmujące poczucie braku własnej wartości. Największa walka bohatera nie rozgrywa się wcale na płaszczyźnie materialnej, ale w sferze jego tożsamości – to nieustanne zmaganie z wewnętrznym głosem, który wmawia mu, że nie jest godny miłości i prawa do szczęścia. Tekst genialnie pokazuje, jak trudno jest przełamać pokoleniową sztafetę złych wzorców i jak wielkiej odwagi wymaga stanięcie twarzą w twarz z własną bezbronnością.

Na tym kruchym fundamencie psychologicznym budowana jest wielowymiarowa siatka motywów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się problematyka wykluczenia i utraty dachu nad głową. Autorka łamie tutaj powierzchowne stereotypy – odzierając ten życiowy kryzys z uproszczeń, pokazuje go jako ostateczny, tragiczny schron przed światem, który zawiódł. Niezwykle znaczącą wartością książki jest możliwość zajrzenia za kulisy codzienności ludzi bezdomnych, którzy w swojej niedoli tworzą jedną wielką rodzinę. Nowik z ogromną czułością pokazuje, jak potrafią się oni wspierać i bezinteresownie sobie pomagać, a jednocześnie jak brutalna jest to egzystencja – wymagająca nieustannego czuwania, ogromnej ostrożności i ciągłej walki o ten minimalny, z trudem zdobywany każdego dnia dobytek. Dzięki temu czytelnik może niemal namacalnie poczuć to, co czują oni, i do głębi doświadczyć ich rzeczywistości. Co jednak niezwykle ważne, w ten przeraźliwie trudny świat autorka wplata również chwile czystego piękna. To momenty, w których na drodze wykluczonych stają osoby umiejące dostrzec w nich drugiego człowieka, a nie zagrożenie, przed którym należy uciekać. Pojawienie się takich bezinteresownych postaci staje się punktem zwrotnym, który nierzadko redefiniuje dalsze kroki bohaterów i daje im impuls do walki o powrót na powierzchnię.

Ta wielowymiarowa przestrzeń znaczeń zyskuje pełną dynamikę w konkretnych liniach fabularnych. Pierwszą z nich jest dynamiczna oś zawodowej i osobistej konfrontacji bohaterki z rzeczywistością, w której reporterskie spojrzenie z boku szybko musi ustąpić miejsca wielkiej odpowiedzialności za bliźniego. To zderzenie zmusza do refleksji nad etyką i empatią we współczesnym świecie. Równolegle rozwija się przejmujący wątek budowania nowej tożsamości przez Marcela – jego powolna, pełna potknięć droga do normalności, w której każdy krok naprzód wymaga przełamania lęku przed ponownym zranieniem. Wreszcie, autorka niezwykle dojrzale tka motyw odpowiedzialności i ojcostwa. Bohater, obciążony koszmarnym wzorcem z dzieciństwa, musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy potrafi dać nowemu życiu to, czego sam nigdy nie otrzymał. Te splatające się nitki nieustannie przecina widmo powracających tajemnic, budując napięcie i przypominając, że przeszłość rzadko pozwala o sobie zapomnieć bez ostatecznej walki.

Lektura tej powieści była dla mnie intymnym przeżyciem, które bezlitośnie kruszyło pancerz czytelniczego dystansu. Towarzysząc bohaterom, czułam dławiący w gardle smutek, ale też rodzący się powoli, nieśmiały podziw dla ich determinacji w walce o własne człowieczeństwo. To, co jednak najmocniej uderza w odbiorcę i rezonuje w nim najgłębiej, to nagłe, bolesne uświadomienie sobie, że ta historia – choć zamknięta na kartach fikcji – dzieje się każdego dnia tuż obok nas. Na naszych ulicach żyje wielu takich ludzi jak Marcel; osób z krwi i kości, które mogłyby być, a w pewnym sensie na pewno są, prawdziwymi pierwowzorami dla tej opowieści. Ta świadomość nie pozwala na komfort bycia jedynie biernym obserwatorem; ona dotyka strun zakorzenionych w każdym z nas lęków przed odrzuceniem, a jednocześnie przynosi oczyszczające wzruszenie, gdy w najciemniejszych momentach przebija się przez nie promień bezwarunkowej akceptacji. „Moc nadziei” zostawiła we mnie trwały ślad, zmuszając do przewartościowania własnych spojrzeń na ludzką słabość i przypominając, że dopóki oddychamy, żaden upadek nie musi być ostateczny.

Książka ta niesie ze sobą uniwersalną lekcję pokory wobec losu, jaką pisarka z wielką mądrością rozpisuje na kartach powieści. Autorka zmusza nas do porzucenia bezpiecznej pozycji sędziów i zadania sobie fundamentalnego pytania: jak sami zachowalibyśmy się w obliczu ostatecznego kryzysu? Najważniejsza refleksja, z jaką zostawia nas ta historia, dotyczy natury drugiej szansy – autorka bezlitośnie obnaża prawdę, że powrót do społeczeństwa i odzyskanie godności nie są możliwe w próżni. Potrzebny jest do tego drugi człowiek, który nie odwróci wzroku. Co niezwykle poruszające, Marta Nowik pokazuje, że tej najtrudniejszej empatii i dojrzałości często musimy uczyć się od najmłodszych. Postać syna Marcela staje się tutaj symbolem najbardziej szczerej, nieskażonej uprzedzeniami miłości. To właśnie to dziecko, mimo swojego wieku, wykazuje się intuicyjnym zrozumieniem i wielkością serca, podczas gdy dorośli, uwikłani w schematy i oceny, całkowicie oblewają ten życiowy egzamin. Ta mądra lekcja staje się dla czytelnika emocjonalnym drogowskazem, przypominającym, że największą siłą, jaką dysponujemy, jest zdolność do podźwignięcia kogoś, kogo świat już dawno spisał na straty.

Największa wartość i wyjątkowość tej historii tkwi w jej przejmującej, bezkompromisowej autentyczności. Marta Nowik nie ucieka się do taniego sentymentalizmu ani nie szuka łatwych, bajkowych rozwiązań, które mogłyby przypodobać się czytelniczemu sercu. Siła tej opowieści bije z faktu, że autorka z wielką odwagą i literacką dojrzałością dotyka tematów tabu, pisząc o kryzysie bezdomności i syndromie DDD bez oceniania, ale też bez taryfy ulgowej. Ta książka nie próbuje ranić dla samego efektu dramatycznego – ona leczy poprzez prawdę. To właśnie to pełne szacunku podejście do człowieka i jego ułomności sprawia, że „Moc nadziei” wyróżnia się na tle współczesnej literatury społeczno-obyczajowej, stając się pozycją absolutnie nieszablonową i ważną.

​O sile tego przekazu decyduje również znakomity warsztat literacki, przejawiający się w przemyślanej konstrukcji całej opowieści. Marta Nowik opiera fabułę na intrygującej dwutorowości czasowej, dzieląc narrację na teraźniejszość oraz trudną przeszłość Marcela. Dawne wydarzenia nie są nam jednak podane od razu; poznajemy je stopniowo, jakbyśmy powoli odsłaniali kolejne warstwy skrywanej tajemnicy. Ten zabieg kompozycyjny sprawia, że czytelnik razem z bohaterem rekonstruuje jego tożsamość, co potęguje zaangażowanie w lekturę. Pisarka operuje przy tym językiem niezwykle plastycznym, a zarazem surowym, pozbawionym zbędnych ozdobników, co idealnie współgra z surowością świata, jaki opisuje. Z kolei tempo akcji zostało zaplanowane z niezwykłym wyczuciem – choć powieść pulsuje wewnętrznym napięciem, autorka nigdzie się nie spieszy. Daje nam przestrzeń na oddech i przetrawienie skomplikowanych emocji, by za chwilę, poprzez nagłe zwroty akcji, dynamicznie pchnąć wydarzenia naprzód. Ta harmonijna struktura sprawia, że forma nie przytłacza treści, lecz staje się jej idealnym nośnikiem, trzymając odbiorcę w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

„Moc nadziei” to powieść, którą z pełnym przekonaniem polecam każdemu, kto od literatury oczekuje ogromnych wzruszeń i bezkompromisowej prawdy. To doskonała propozycja dla miłośników mądrych tekstów społeczno-obyczajowych oraz osób wrażliwych, które nie boją się konfrontacji z bolesnym realizmem. Powinni po nią sięgnąć wszyscy ci, którzy pragną dotknąć zawiłości ludzkiej psychiki, zrozumieć mechanizmy traumy oraz zajrzeć do świata, od którego większość z nas woli odwracać wzrok. Warto ją przeczytać przede wszystkim dlatego, że posiada ona niezwykłą, uzdrawiającą siłę – nie tylko obnaża prawdę o kryzysie bezdomności, ale też udowadnia, że na gruncie skażonym lękiem można na nowo wydeptać ścieżkę do godności. To książka-lustro i lekcja ważności na drugiego człowieka, która na długo pozostaje w sercu, trwale zmieniając sposób, w jaki patrzymy na otaczającą nas rzeczywistość.

Ostatecznie „Moc nadziei” to coś znacznie więcej niż tylko poruszający zapis walki z własnymi demonami – to głośny, literacki krzyk o przywrócenie człowieczeństwa tam, gdzie świat postawił już krzyżyk. Marta Nowik udowadnia, że najciemniejsza noc nie trwa wiecznie, a klucz do ratunku drugiego człowieka często tkwi w naszych własnych dłoniach, w prostym geście zauważenia czyjegoś istnienia. Kiedy więc następnym razem miniemy na chodniku skuloną, wtuloną w szarość muru sylwetkę, nie odwracajmy wzroku z wygodnym poczuciem obojętności. Pamiętajmy, że pod warstwą brudu i zapomnienia zawsze kryje się jakaś historia, jakieś pęknięte serce i jakaś tląca się iskra nadziei, która – jeśli tylko damy jej szansę – może jeszcze zapłonąć najjaśniejszym światłem.

[Zakup własny].

piątek, 12 czerwca 2026

Przestań przepraszać, że oddychasz – Anna Makos odsłania „Mroczną stronę mojego życia”

Niesiesz bagaż, o którym milczysz przed światem. Twoja codzienność rzadko przypomina kolorowe kadry z reklam; częściej to szara i lepka rzeczywistość. Miłość miesza się w niej z poczuciem winy, a poświęcenie powoli wymazuje własne pragnienia. Zdarzają się momenty, gdy granica między „muszę” a „nie dam już rady” całkowicie zanika. Zostawia Cię to w pustce, gdzie towarzyszy Ci jedynie echo zmęczenia. To w tych cieniach rozgrywają się Twoje najważniejsze bitwy – ciche, lecz pozwalające zachować prawo do bycia sobą.

​O tym pisze Anna Makos w powieści „Mroczna strona mojego życia”. Formułuje ona szczerą tezę: najtrudniejsza walka to nie ta ze światem zewnętrznym, lecz o ocalenie własnej godności w cieniu cudzego odchodzenia. Poznajemy tu bezimienną kobietę, której życie determinuje choroba Alzheimera mamy. To bolesne odliczanie rzadkich chwil, w których chora odzyskuje cień świadomości. Pisarka pokazuje, jak oddanie bliskiej osobie staje się klaustrofobiczną pułapką, gdzie każda próba pomyślenia o sobie rodzi wyrzuty sumienia.

Twórczyni kreśli obraz egzystencji rozpiętej między obowiązkiem a pragnieniem niezależności. W tę duszną atmosferę wkracza Barbara – nowa opiekunka, która pod maską profesjonalizmu skrywa coś niepokojącego. Jej obecność nie przynosi ulgi, lecz staje się źródłem manipulacji i osaczenia. Zmusza to główną bohaterkę do walki o własną przestrzeń, podczas gdy w zmagania z degradacją umysłu matki wplata się dodatkowo cień mężczyzny z przeszłości.

Ważną rolę w procesie wyzwalania się z matni odgrywa szeptunka. Jako duchowa przewodniczka przeprowadza bohaterkę przez bolesną wewnętrzną transformację. Dzięki niej nasza bohaterka uświadamia sobie, że ucieczka przed lękiem jest tylko złudzeniem. Mentorka wyjaśnia, że aby narodzić się na nowo, trzeba najpierw pozwolić trudnym emocjom zaistnieć, spojrzeć strachom w twarz i w pełni je przeżyć. Ta konfrontacja z „ciemną nocą duszy” okaże się jedyną drogą do zbudowania fundamentów pod autentyczne życie.

Dopełnieniem przemiany jest wątek podróży. Choć zaczyna się jako fizyczny akt opuszczenia domu, w rzeczywistości stanowi moment zaczerpnięcia wolności. To właśnie wtedy kobieta dostrzega, że wreszcie trzyma stery życia w swoich dłoniach. W drodze zrzuca ciężar cudzych oczekiwań, a każdy moment spędzony w nowym, pięknym otoczeniu pozwala jej odzyskać utracone poczucie sprawstwa. Ta wyprawa udowadnia, że czasem trzeba zostawić wszystko za sobą, by w ciszy nieznanego miejsca usłyszeć swój prawdziwy głos.

​Autorka pozostawia nas z ważną lekcją o sztuce pożegnań. Przewodniczka otwiera kobiecie oczy na fakt, że nie każdy wpuszczony do naszego życia ma czyste intencje. Często dajemy się zwieść pozornej dobroci emocjonalnych wampirów, którzy jedynie wysysają energię. Anna Makos wskazuje, że pełne wyzwolenie wymaga umiejętności domykania etapów i relacji bez żalu. Musimy nauczyć się żegnać z ludźmi metaforycznie, duchowo, a czasem fizycznie – to ciche pozwolenie na odejście pozwala odzyskać przestrzeń dla siebie.

Tytułowa „mroczna strona” to nie tylko przejmujący obraz choroby. To przede wszystkim obszary, w których postać latami pozwalała innym przejmować stery – od życiowych wyborów po błahe decyzje. Warto też zwrócić uwagę, że główna bohaterka nie ma imienia. Nie jest to przypadek, ale celowy zabieg, który pokazuje jej głębokie zagubienie i utratę własnej twarzy. Bezimienność podkreśla moment, w którym przestała być ważna jako osoba, a jej życie całkowicie rozmyło się w cieniu choroby matki. Pisarka obrazuje, że te trudne doświadczenia to stan, w którym stajesz się jedynie pasażerem we własnej historii, krocząc posłusznie pod dyktando cudzych wymagań.

Styl prozy jest surowy i oszczędny, co idealnie współgra z pękniętą twarzą na okładce, oddającą rozdarcie między rolą opiekunki a pragnieniem niezależności. Na szczególne uznanie zasługuje kunszt autorki w niemalże wizualnym kreśleniu odczuć głównej postaci. Anna Makos pozwala nam zajrzeć głęboko do jej duszy i serca, sprawiając, że każde drgnienie emocjonalne czujemy niemalże na własnej skórze. Akcja nie pędzi; jej tempo jest miarowe, co pozwala w pełni poczuć duszny klimat, w jakim tkwi postać. Autentyczność zmagań sprawia, że historia rezonuje z odbiorcą na głębokim poziomie, stając się bezpiecznym punktem odniesienia.

Dla mnie ta lektura była czymś więcej niż literaturą – to głębokie przeżycie i swego rodzaju terapia. Dzięki niesamowitej bliskości z wewnętrznym światem bohaterki poczułam, że ta opowieść współbrzmi z każdym, kto znajduje się w kryzysie. Postać stała mi się bliska, a w jej lękach odnalazłam cząstkę siebie, co pomogło mi nazwać własne, spychane na dno odczucia.

Uważam, że twórczyni mistrzowsko ujęła temat Alzheimera. Nie ucieka od trudów opieki, robiąc to w sposób szczery i przejmujący. Z niezwykłą płynnością wplata w realizm elementy ezoteryczne, co tworzy fascynujący kontrast między prozą życia a duchowością. W pamięci zapada tajemnicze zdanie: „tylko nie idź w stronę światła” – kryje ono istotę wyborów opisanych w książce.

Aby odkryć głębię tej opowieści, trzeba spojrzeć poza to, co widzą oczy. Niezależnie od wiary w reinkarnację, historię tę należy odbierać sercem. Mimo ciężaru niesie ona potężny ładunek nadziei. Przekonuje, że wygospodarowanie czasu dla siebie jest fundamentem odrodzenia. Autorka uświadamia też, że proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości. Każdy ma prawo do wsparcia, aby stworzyć sobie niezwykle potrzebną chwilę wytchnienia.

To nie jest pozycja lekka i przyjemna. Skłania do konfrontacji z losem i zadania pytania: jak ja bym sobie poradziła? Właśnie dlatego tej historii nie da się czytać szybko. Wymaga uważności i zostawia pole do przemyśleń nad własnym życiem. To lektura do bólu autentyczna i dziś niezwykle potrzebna.

Warto po nią sięgnąć, gdyż oferuje rzadką szczerość w opisie cierpienia i daje narzędzia do emocjonalnego wyzwolenia. Jej wartość tkwi w odwadze poruszania tematów tabu: zmęczenia opieką czy konieczności odcięcia toksycznych więzi. W moim przekonaniu dla wielu czytelników ta książka stanie się impulsem do zmian i zawalczenia o „zdrowy egoizm”. Przesłanie utworu wskazuje, że stawianie siebie na pierwszym miejscu nie jest błędem, bo tylko wtedy, gdy sami poczujemy się zaopiekowani, będziemy w stanie skutecznie nieść pomoc bliskim. Ta historia staje się bezcennym oparciem dla każdego uwięzionego w cudzych oczekiwaniach. Przypomina, że dbanie o siebie to warunek przetrwania.

„Mroczna strona mojego życia” to dowód, że najpiękniejszy świt poprzedza najgłębsza ciemność. Ta lektura nie zostawi Cię takim samym człowiekiem. Pozwól tej historii Cię rozbić, byś mógł zbudować się na nowo. Czasem jedynym sposobem, by naprawdę zacząć żyć, jest odnalezienie odwagi i zaprzestanie przepraszania za to, że oddychasz.

[Zakup własny].

poniedziałek, 8 czerwca 2026

„Ślubna katastrofa” Urszuli Gajdowskiej: O słodko-gorzkim smaku drugich szans.

We współczesnej kulturze, w dużej mierze zdominowanej przez wyidealizowane obrazy z mediów społecznościowych, zakorzeniło się złudne przekonanie, że najważniejsze życiowe momenty wymagają nienagannego, wręcz filmowego scenariusza. Dążymy do perfekcji. Skrupulatnie planujemy każdy szczegół naszych osobistych celebracji, jakbyśmy wierzyli, że sterylny porządek jest jedynym gwarantem szczęścia. Rzeczywistość ma jednak to do siebie, że rzadko poddaje się naszym oczekiwaniom. Najpiękniejsze, najbardziej autentyczne chwile rodzą się często w absolutnym chaosie. To tam ludzkie plany zderzają się z nieprzewidywalnością losu, a misternie budowane konstrukcje ustępują miejsca żywiołowej codzienności. Literatura obyczajowa, choć często kojarzona z czystą rozrywką, bywa genialnym zwierciadłem tych zmagań. Pokazuje nam ona, że to właśnie w momentach kryzysowych i z pozoru katastrofalnych najpełniej odsłania się prawda o nas samych oraz o naszych relacjach z bliskimi.

Właśnie na tym fundamencie swoją opowieść wznosi Urszula Gajdowska w powieści „Ślubna katastrofa”. Pisarka bezlitośnie, choć z ogromnym wdziękiem i humorem, dekonstruuje mit bezbłędnego życia i perfekcyjnych przygotowań do wielkiego dnia. Wrzuca swoich bohaterów w samo centrum logistycznego i emocjonalnego tornado. Stawia przy tym śmiałą tezę: prawdziwa bliskość i dojrzałe uczucie nie polegają na braku problemów, czy bezbłędnym realizowaniu życiowych scenariuszy. Ich istotą jest wspólna zdolność do oswajania nieprzewidywalności losu z uśmiechem na twarzy. Liczy się dystans. To on pozwala dostrzec to, co w życiu naprawdę kluczowe, nawet wtedy, gdy cały świat wokół zdaje się stawać na głowie.

Ta tkanka fabularna zyskuje na autentyczności dzięki osadzeniu jej w realiach, które dalekie są od młodzieńczych, naiwnych uniesień. Na pierwszym planie znajduje się bowiem Agata. To dojrzała kobieta i autorka po przejściach, która po życiowym zakręcie, jakim był rozwód, postanawia wrócić do korzeni. Pragnie odnaleźć spokój w sielskim dworku. To właśnie tam, w cieniu rodzinnych stron, niespodziewanie odżywa dawna, młodzieńcza miłość do Pawła, lokalnego weterynarza. Ich decyzja o ślubie, choć podjęta pod wpływem czystego impulsu, staje się jednak katalizatorem wydarzeń, których nikt nie był w stanie przewidzieć. Zamiast spokojnej drogi do ołtarza, otrzymujemy opowieść o wielkim wyzwaniu logistycznym i emocjonalnym. Tradycyjne przygotowania zostają nagle i bezpardonowo przerwane przez serię absurdalnych incydentów, wymykających się spod jakiejkolwiek kontroli.

W ten sposób kameralna uroczystość zamienia się w wielowymiarowy spektakl. Komizm sytuacyjny staje się tutaj jedynie pretekstem do głębszej analizy międzyludzkich więzi. Autorka z niezwykłą lekkością żongluje motywami, które dotykają fundamentalnych aspektów ludzkiej egzystencji. Śledząc kolejne perypetie postaci, szybko odkrywamy, że cała ta przestrzeń utkana jest z różnorakich intryg, sekretów lub niespodziewanych sojuszy. Angażują one nie tylko parę młodą, ale i pozostałych mieszkańców dworku.

Zostajemy subtelnie zaproszeni do refleksji nad skomplikowaną strukturą rodziny patchworkowej. To świat, w którym dorastające dzieci z poprzednich związków muszą na nowo zdefiniować swoje miejsce i wzajemne relacje. W powieści z dużą wrażliwością pokazano, jak trudne, a zarazem fascynujące bywa budowanie mostów między młodym pokoleniem a rodzicami szukającymi własnego szczęścia. Co więcej, w ten rodzinny tygiel zostaje wpleciony motyw powrotu do natury i tradycji. Obecność zwierząt, specyficzny urok podlaskiej prowincji oraz postać ciotki Honoraty – szeptuchy kultywującej dawne wierzenia i naturalne metody – nie służą jedynie rozrywce. Stanowią one wyraz wiary autorki w niezwykłą moc natury i symbolizują ucieczkę od wielkomiejskiego blichtru ku temu, co pierwotne i szczere.

Wielkim atutem książki jest również sam sposób, w jaki powołano do życia wykreowane postacie. Muszą one odnaleźć się w tej skomplikowanej przestrzeni. Uniknięto tutaj tworzenia bohaterów jednowymiarowych, papierowych, którzy mieliby jedynie realizować z góry narzucone, komediowe zadania. Zarówno Agata, jak i Paweł, niosą ze sobą bagaż autentycznych doświadczeń. To sprawia, że ich motywacje stają się w pełni zrozumiałe i bliskie. Ich dojrzałość emocjonalna nie jest jednak monolitem. Bywa wystawiana na próby lub pęka pod wpływem stresu, odsłaniając ludzkie lęki i słabości. Ta psychologiczna prawda dotyczy również postaci drugoplanowych. Choć nakreślone wyrazistą, czasem lekko przerysowaną kreską, nie są one jedynie tłem dla pary młodej. Każda z nich wnosi do opowieści własną dynamikę. Reprezentują odmienne, często sprzeczne punkty widzenia na instytucję rodziny i małżeństwa. Dzięki temu stworzona galeria ludzkich typów staje się fascynującym studium charakterów. Humor nie spłyca tu osobowości, lecz pozwala uwypuklić ich najbardziej ludzkie, ujmujące cechy.

Wszystkie te skomplikowane wątki oraz starcia wyrazistych charakterów zyskują jednak niezwykłą lekkość dzięki specyficznemu dowcipowi. Gajdowska nie unika tematów trudnych czy bolesnych wspomnień z przeszłości. Zamiast jednak uderzać w dramatyczne tony, wybiera pogodny dystans i ironię. Śmiech staje się tutaj narzędziem terapeutycznym. Pozwala on oswoić życiowe lęki i zdjąć ciężar z wydarzeń, na które nie mamy wpływu. Przerysowane postacie drugoplanowe czy absurdalne, nieoczekiwane zwroty akcji nie służą jedynie pustej rozrywce. To celowe zabiegi literackie. Pokazują one, że elastyczność i umiejętność patrzenia na siebie z przymrużeniem oka są najlepszym pancerzem ochronnym w starciu z nieprzewidywalną rzeczywistością. Dzięki temu dostajemy opowieść, która bawi, ale i niesie głębokie przesłanie o potędze dystansu do własnego losu.

Niezaprzeczalnym walorem tej opowieści jest również jej warstwa formalna. Dynamiczne tempo akcji oraz lekki, niezwykle plastyczny język od pierwszych stron dyktują rytm lektury. Autorka z wielkim wyczuciem balansuje między wartkim nurtem komediowych zdarzeń a momentami oddechu. Przez książkę dosłownie się płynie. Nie ma tu miejsca na znużenie czy przeładowanie. Co niezwykle urzekające, ta literacka melodia zyskuje dodatkowy, głęboki wymiar dzięki wyjątkowemu zabiegowi strukturalnemu. Tekst został bowiem utkany z odniesień do doskonale znanych, zakorzenionych w naszej zbiorowej pamięci piosenek. Te muzyczne akcenty nie stanowią jedynie estetycznego ozdobnika. One rezonują i współbrzmią z wewnętrznym stanem ducha postaci, idealnie odbijając ich aktualne emocje, lęki lub nadzieje. Dla każdego, kto da się zaprosić do tego świata, staje się to intymną ścieżką dźwiękową. Potęguje ona wrażenie autentyczności i sprawia, że przeżycia bohaterów stają się nam jeszcze bliższe, wręcz namacalne.

Lektura tej powieści staje się niezwykle osobistym doświadczeniem, wykraczającym daleko poza ramy zwykłej literackiej ucieczki od codzienności. Przerzucając kolejne strony, nie sposób nie odnaleźć w kłopotach sielskiego dworku cząstki własnych życiowych zawirowań. Budzi to natychmiastowe poczucie wspólnoty i pełnego zrozumienia. Towarzyszący opowieści śmiech nie jest tu jedynie powierzchowną reakcją na komizm sytuacji. Przynosi on autentyczną ulgę, działając niczym oczyszczający kompres na zakorzenione w nas lęki przed życiowym niepowodzeniem. Czujemy się otuleni ciepłem i nadzieją. Skłaniają nas one do intymnej refleksji nad własnymi definicjami szczęścia, sukcesu oraz perfekcji, do której tak bezwzględnie dążymy. Po odłożeniu książki na półkę nie pozostaje się jedynie z poczuciem dobrze spędzonego czasu. Zyskujemy przede wszystkim rzadką i cenną odwagę, by z czułością oraz szerokim uśmiechem przytulić nieidealną, pełną niespodziewanych zwrotów akcji, lecz jakże piękną codzienność.

Tę powieść z całego serca polecam wszystkim, którzy w literaturze szukają mądrego wytchnienia, ciepła oraz niebanalnego humoru umiejącego rozgonić najcięższe chmury. Okaże się ona idealną lekturą dla miłośników nastrojowych opowieści obyczajowych. W szczególności docenią ją dojrzałe osoby, umiejące dostrzec urok drugich szans, trudne piękno relacji rodzinnych i słodko-gorzki smak prawdziwego życia. Co ciekawe, z bohaterami można było spotkać się już na kartach wcześniejszej książki autorki pod tytułem „Romantyczna katastrofa”. Znajomość tamtej historii nie jest jednak warunkiem koniecznym, by w pełni czerpać radość z obecnej lektury. „Ślubna katastrofa” stanowi autonomiczną, zamkniętą całość. Można po nią sięgnąć bez przeszkód i bez obaw o fabularne luki. Warto to zrobić. Ta książka bawi do łez, przynosi ulgę i w genialny sposób przypomina, że najwspanialsze scenariusze pisze dla nas sam nieprzewidywalny los.

Podsumowując, „Ślubna katastrofa” to coś znacznie więcej niż tylko lekka, weselna farsa. To niezwykle urokliwa, literacka celebracja dojrzałości, miłości lub drugich szans. Urszula Gajdowska stworzyła opowieść z ogromnym sercem, po którą warto sięgnąć zawsze wtedy, gdy codzienność staje się zbyt przytłaczająca. Ta książka nie tylko rozbawi Was do łez. Przede wszystkim pozostawi Was ona z cudownym uczuciem ciepła, dając idealny pretekst do tego, by na własne życie spojrzeć z o wiele większą czułością i upragnionym dystansem.

[Zakup własny].

piątek, 5 czerwca 2026

Odwaga bezbronności i zrzucanie masek. Recenzja powieści „Tylko z Tobą jestem sobą” Miłosza Ławniczaka.

Współczesny świat uczy nas przybierania ról. Od najmłodszych lat, często podświadomie, dostosowujemy się do oczekiwań otoczenia, rówieśników czy rodziny, ukrywając swoje prawdziwe lęki, pragnienia i tożsamość w obawie przed odrzuceniem. Jednak najtrudniejszą i jednocześnie najważniejszą batalią, jaką musimy stoczyć w procesie dorastania, jest ta o naturalność – o prawo do bycia sobą bez lęku przed społecznym osądem. To właśnie w tym delikatnym, pełnym zagubienia momencie życia kluczowe staje się spotkanie drugiego człowieka, przy którym wewnętrzne bariery pękają, a my możemy wreszcie odetchnąć pełną piersią. O tej bolesnej, ale i pięknej drodze do zrzucenia ochronnej skorupy, o poszukiwaniu akceptacji w oczach bliźniego i – przede wszystkim – w swoich własnych, opowiada debiutancka powieść Miłosza Ławniczaka „Tylko z Tobą jestem sobą”.

Wkraczając w świat stworzony przez autora, poznajemy Mikołaja – nastolatka, który przekraczając próg nowej szkoły średniej, niesie na barkach niewidzialny, ale ogromny ciężar. Dla bohatera ta zmiana ma być grubą kreską odcinającą go od bolesnych doświadczeń z przeszłości, szansą na zbudowanie siebie na nowo w bezpiecznym cieniu. Los ma jednak wobec niego zupełnie inne plany, stawiając na jego drodze Franka – chłopaka, którego charyzma i bezkompromisowa szczerość burzą misternie wzniesiony mur Mikołaja. Pisarz wciąga nas w intrygującą dynamikę tej relacji, nie zdradzając od razu wszystkich kart; zamiast tego subtelnie dawkuje napięcie i zmusza do pytania, jak wysoką cenę trzeba zapłacić za odwagę otwarcia się na drugiego człowieka. Ta z pozoru zwyczajna szkolna codzienność staje się sceną dla głębszych, uniwersalnych dramatów, które na zawsze odmienią życie postaci.

Fundamentem, na którym opiera się emocjonalny ciężar tej opowieści, jest sprytnie zarysowany kontrast psychologiczny dwójki głównych bohaterów. Mikołaj to postać uwięziona w klatce własnych mechanizmów obronnych. Jego introwertyzm i wycofanie nie są cechami charakteru, lecz pancerzem, tarczą wzniesioną przeciwko światu, który już raz go skrzywdził. Twórca precyzyjnie oddaje stan permanentnego napięcia emocjonalnego, w jakim żyje chłopak – jego lęk przed ponownym zranieniem paraliżuje zdolność do budowania bliskości, czyniąc z niego zakładnika własnej przeszłości. Na drugim biegunie tej osi znajduje się Franek. Z pozoru jawi się on jako uosobienie młodzieńczej beztroski, energii i nieskrępowanej wolności. Jednak w ujęciu debiutanta unika on pułapki jednowymiarowości. Jego ekstrawersja i spontaniczność okazują się formą odwagi – świadomym wyborem życia w prawdzie, mimo pełnej świadomości kosztów, jakie nastolatek musi za to zapłacić w konfrontacji z otoczeniem. Spotkanie tych dwóch tak skrajnych, a zarazem komplementarnych osobowości staje się fascynującym studium wzajemnego uzdrawiania. Franek uczy Mikołaja, jak bezpiecznie oddychać bez fasad, podczas gdy Mikołaj wnosi w życie przyjaciela rzadko spotykaną, głęboką uważność.

To, co w tej powieści uderza najbardziej, to wielowymiarowość problemów, które autor splata w spójną całość, pozwalając im rezonować w czytelniku na wielu poziomach. Nie ogranicza się on do prostego schematu nastoletniego zauroczenia; traktuje swoich bohaterów z głęboką empatią, czyniąc z ich doświadczeń zwierciadło współczesnych dylematów egzystencjalnych. Głównym i najbardziej poruszającym motywem tekstu jest poszukiwanie tożsamości oraz bolesny proces emancypacji własnego „ja”. Relacja chłopców staje się tutaj katalizatorem zmian – to klasyczny, choć podany w delikatnej formie motyw coming-of-age, w którym miłość nie jest jedynie celem samym w sobie, ale przede wszystkim narzędziem samopoznania. Młody prozaik mądrze pokazuje, że rezygnacja z pozorów i przyznanie się do własnych uczuć wymaga znacznie większej siły niż codzienna walka z niechętnym światem.

Równie mocno wybrzmiewa tu motyw traumy rówieśniczej i ucieczki przed przeszłością. Szkoła średnia, mająca być w założeniu czystą kartą, okazuje się przestrzenią, w której duchy dawnych upokorzeń i lęków wciąż dają o sobie znać. Ławniczak trafnie kreśli psychologiczny portret młodego człowieka zmagającego się z syndromem posttraumatycznym po doświadczeniach z czasów gimnazjalnych, co nadaje opowieści walor autentycznego realizmu społecznego. Wątek ten płynnie łączy się z analizą relacji rodzinnych, gdzie spektrum postaw dorosłych rozciąga się od bezwarunkowej, kojącej akceptacji po toksyczną, destrukcyjną presję. Dom w strukturze powieści przestaje być bezpieczną przystanią, a staje się kolejnym frontem walki o podmiotowość. Wszystkie te elementy spaja obecny w tle, ciepły motyw wierności i bliskości, symbolizowany, chociażby przez czworonożnego towarzysza, który przypomina, że najprostsze więzi bywają najbardziej uzdrawiające. W ten sposób esej o dorastaniu zamienia się w uniwersalną opowieść o potrzebie schronienia, jakie możemy dać bliskiej osobie w świecie pełnym chaosu.

Dopełnieniem tej historii jest dojrzały, a zarazem lekki warsztat literacki. Literat posługuje się językiem naturalnym, pełnym autentyzmu i bliskim współczesnej młodzieży, unikając przy tym sztucznego patosu czy przerysowanego slangu. Styl powieści cechuje ujmująca subtelność – potrafi on budować emocjonalne napięcie za pomocą drobnych gestów, niedopowiedzeń i urwanych spojrzeń, co nadaje relacji bohaterów wyjątkowej intymności. Tempo akcji nie rwie do przodu; płynie raczej rytmem wewnętrznych przeżyć Mikołaja, pozwalając na niespieszne zakorzenienie się w świecie przedstawionym. Ta wyważona dynamika sprawia, że lektura staje się bardzo angażująca, a każda decyzja postaci zyskuje na wadze, głęboko rezonując w świadomości odbiorcy.

Wizualny potencjał tej historii sprawia, że „Tylko z Tobą jestem sobą” to również idealny materiał na ekranizację. Filmowa adaptacja mogłaby w plastyczny sposób oddać kameralną atmosferę powieści, gdzie kluczowe znaczenie mają gesty, wymowne milczenie i stopniowe otwieranie się na siebie. Dynamiczna, a zarazem pełna wrażliwości relacja Mikołaja i Franka, osadzona w realiach współczesnej szkoły i skomplikowanych układów rodzinnych, niesie w sobie ogromny ładunek kinowych emocji, który z łatwością poruszyłby widzów na dużym ekranie.

​Lektura tej powieści nie pozwala na pozycję biernego obserwatora – rzuca czytelnikowi wyzwanie i zmusza do wejrzenia we własne wnętrze. Śledząc losy bohaterów, z każdym kolejnym rozdziałem zaczynamy konfrontować się z własnymi wspomnieniami z czasów młodości, budząc do życia uśpioną nostalgię, a niekiedy też dawno zapomniany ból dawnych zranień. To książka, która wywołuje całą paletę skrajnych uczuć: od szczerego wzruszenia i ciepła, jakie niesie rodząca się bliskość, po niepokój o losy postaci, które na naszych oczach stają się tak bezbronne. Po odłożeniu tomu na półkę najsilniej rezonuje jednak oczyszczająca refleksja nad stanem naszych własnych relacji. Zostajemy z palącym pytaniem o to, jak wiele masek sami wciąż zakładamy przed światem i czy mamy wokół siebie kogoś, przy kim – wzorem tytułu – odważymy się być w pełni sobą.

​Największa siła tej opowieści tkwi w jej bezkompromisowej emocjonalnej prawdzie oraz w tym, że jej twórca nie próbuje pouczać z pozycji mentora, lecz towarzyszy swoim postaciom z rzadko spotykaną czułością. Przekazuje on odbiorcom uniwersalną i mądrą lekcję życiową: prawdziwa siła nie polega na budowaniu wokół siebie murów, które mają nas chronić, ale na odwadze do bycia autentycznym. Przypomina, że akceptacja samego siebie – wraz z całym bagażem doświadczeń, lęków i własną tożsamością – jest pierwszym krokiem do stworzenia dojrzałej relacji. To piękny manifest mówiący o tym, że każdy z nas zasługuje na przestrzeń, w której nie musi niczego udawać, a najcenniejszym darem, jaki możemy ofiarować bliskiej osobie, jest nasza szczera obecność.

​„Tylko z Tobą jestem sobą” to lektura, która przekracza ramy wiekowe, stając się uniwersalnym drogowskazem dla szerokiego grona odbiorców. Choć naturalnie powinna znaleźć się na półce nastolatków, szukających w literaturze zrozumienia, wsparcia i odbicia własnych dylematów, to z równą mocą polecam ją dorosłym. Książka ta może stać się cennym, wręcz terapeutycznym narzędziem dla rodziców, opiekunów oraz nauczycieli. Pozwala ona bowiem zajrzeć za kulisy młodzieńczej wrażliwości, uczy empatii i obnaża mechanizmy obronne, po które młodzi ludzie sięgają, gdy brakuje im poczucia bezpieczeństwa. Dla dorosłych to lekcja tego, jak mądrze towarzyszyć młodzieży w procesie dorastania, jak słuchać bez oceniania i jak budować mosty zamiast murów, by stać się dla nich prawdziwym oparciem.

​W ostatecznym rozrachunku debiut Miłosza Ławniczaka okazuje się czymś znacznie więcej niż tylko opowieścią o młodzieńczej relacji – to przejmujący, literacki manifest na rzecz prawa do wierności samemu sobie. Książka zamyka nas w świecie, w którym największą odwagą nie jest stawienie czoła zewnętrznym zagrożeniom, lecz stanięcie w pełnej prawdzie przed drugim człowiekiem. Ta historia zostaje w sercu na długo po przewróceniu ostatniej strony, przypominając, że najpiękniejsze, co możemy w życiu odnaleźć, to ta jedna więź, w której z ulgą możemy wypowiedzieć tytułowe słowa: tylko z Tobą jestem sobą.

[Materiał reklamowy].



poniedziałek, 1 czerwca 2026

Perła dziedzictwa w mroku historii – „Córka czarownicy” Eweliny Klimko.


Często myślimy o przeszłości jak o zamkniętym rozdziale. Wydaje nam się, że stanowi ona jedynie zbiór dat i faktów, które nie mają już na nas wpływu. W rzeczywistości każda z nas nosi w sobie niewidzialny bagaż doświadczeń kobiet żyjących przed nami. Dziedziczymy ich niewypowiedziane lęki, stłumione pragnienia oraz ten specyficzny rodzaj uporu, który pozwalał im przetrwać najgorsze burze. Przejmujemy nie tylko kolor oczu czy kształt dłoni. W naszych genach drzemie intuicja i siła ducha, budząca się wtedy, gdy świat próbuje odebrać nam głos. Mamy tu do czynienia nie z magią, lecz biologiczną pamięcią o przetrwaniu. Dzięki niej w trudnych chwilach potrafimy odnaleźć wewnętrzne światło, nawet jeśli mrok dookoła wydaje się gęsty. Właśnie o tej wielopokoleniowej sztafecie, pełnej bolesnych wyborów i cichych sukcesów, opowiada poruszająca książka „Córka czarownicy” autorstwa Eweliny Klimko.

Pisarka stworzyła dzieło będące czymś więcej niż zwykłym zapisem zdarzeń. To przemyślana konstrukcja łącząca dwa skrajnie różne, a jednak podobnie mroczne światy. Fabuła prowadzi nas przez osiemnastowieczną Sławę ogarniętą gorączką polowań na czarownice oraz duszny klimat wojennego Poznania. Autorka udowadnia przy tym, że pewne mechanizmy wykluczania ludzi pozostają niezmienne. W centrum wydarzeń stoją bohaterki, których drogi przecinają się za sprawą tajemniczej perły. Przedmiot ten staje się kluczem do zrozumienia minionych lat i szansą na ocalenie w nieludzkich czasach, w których granica między dobrem a złem bywa bardzo cienka.

Tło historyczne nie stanowi tu jedynie dekoracji. Jest ono żywym, drapieżnym organizmem, który bezpośrednio kształtuje ludzkie życie. Klimko z dbałością o detale odmalowuje dwa oblicza terroru. Wyraźnie czuć przy tym ogrom pracy i zaawansowany research, jaki wykonała pisarka; merytoryczne przygotowanie widać na każdej stronie, co nadaje opowieści dużą wiarygodność. Z jednej strony widzimy mroki 1717 roku – czas, w którym zabobon, religijny fanatyzm i strach przed nieznanym osaczają Margaretę i jej matkę. Z drugiej strony trafiamy w sam środek wojennej zawieruchy lat 40. XX wieku. Tam okrutna ideologia i systemowa przemoc stawiają przed Ewą i Gretą, pracującymi w poznańskim Archiwum Państwowym, niewyobrażalne wyzwania, zmuszając je do ukrywania prawdy o swoim pochodzeniu. Obie kobiety biorą udział w tajnym projekcie Himmlera dotyczącym właśnie czarownic.

Na tym surowym fundamencie portrety psychologiczne zyskują wyjątkowy ciężar. W książce spotykamy postaci z krwi i kości, zmuszone do konfrontacji z własną słabością oraz niespodziewaną siłą. W moich osobistych odczuciach to właśnie losy Margarety i jej matki poruszyły mnie najbardziej, nadając całości głęboki wymiar. Twórczyni trafnie kreśli sylwetkę Margarety – dziewczyna czuje się uwięziona między miłością do najbliższych a narastającym poczuciem zagrożenia w świecie, który każdą odmienność piętnuje jako wyrok. Obserwujemy proces dojrzewania w cieniu społecznego wykluczenia, gdzie instynkt staje się jedynym drogowskazem. Podczas gdy wątek dawny skupia się na walce o godność w obliczu ciemnoty, przeżycia Ewy i Grety przenoszą nas w sferę trudnych wyborów moralnych. Autorka z dużą wrażliwością oddaje ich wewnętrzne rozedrganie. Bohaterki nie są heroskami pozbawionymi strachu, lecz kobietami rzuconymi w wir systemu, które muszą balansować między narzuconą rolą a głosem sumienia.

Dbałość o prawdę emocjonalną znajduje odzwierciedlenie w samym języku. Styl staje się narzędziem budowania klimatu. Pisarka posługuje się słowem surowym, a jednocześnie sugestywnym. Unika zbędnych ozdobników na rzecz realizmu, który pozwala niemal fizycznie odczuć chłód więziennych cel i duszność wojennych ulic. Napięcie, początkowo spokojne, z czasem nabiera niepokojącej dynamiki. Idealnie oddaje to narastające poczucie osaczenia. Dzięki sprawnemu przeplataniu planów czasowych całość staje się płynnym dialogiem między epokami.

Ewelina Klimko przekonująco spaja oba wątki. Udowadnia, że historia nie jest linią prostą, lecz cyklem powracających wyzwań. Centralnym punktem, w którym zbiegają się losy kobiet, jest symboliczna perła. Niesie ona w sobie ciężar dziedzictwa, łącząc dawny lęk przed „innością” z wojenną traumą oraz tajemnicą zakazanej wiedzy. Przez pryzmat wspomnianego artefaktu obserwujemy, jak krzywdy Margarety rezonują w dylematach Ewy i Grety. Głębia tej pozycji tkwi w pytaniu o to, jak wiele z nas samych należy do nas, a ile jest echem obaw naszych przodkiń. Twórczyni zmusza do refleksji nad tym, czy potrafimy przerwać łańcuch międzypokoleniowych obciążeń.

W trakcie czytania ta opowieść staje się osobistym lustrem. Odbijają się w nim nie tylko losy bohaterek, ale i nasze własne, często nienazwane niepokoje. Przekaz przypomina, że każda z nas jest wypadkową milczenia i krzyku kobiet, które były przed nami. To intymne spotkanie z własnymi korzeniami, które zostawia nas z pytaniem o to, jakie wartości same przekażemy dalej.

Tę lekturę polecam osobom, które od literatury oczekują emocjonalnego ciężaru i uczciwości, a nie tylko lekkiej rozrywki. Skierowana jest szczególnie do tych, którzy cenią pogłębione portrety psychologiczne oraz każdego, kto w wydarzeniach sprzed lat chce odnaleźć klucz do zrozumienia dzisiejszych lęków. Warto po ten tytuł sięgnąć dla warsztatu, jakim wykazuje się Klimko. Z wyczuciem przypomina ona, że przeszłość to żywa siła, która nas definiuje.

Ostatecznie „Córka czarownicy” to znacznie więcej niż suma jej rozdziałów. Stanowi klamrę łączącą dawne lata z teraźniejszością. Autorka stworzyła przestrzeń, w której ból i nadzieja przenikają się naturalnie. Czas wydaje się tu jedynie cienką zasłoną, a nie barierą. Kończąc tę książkę, nie zostajemy z poczuciem zamknięcia. Zyskujemy świadomość, że jesteśmy częścią czegoś trwałego – nieprzerwanej nici kobiecej siły, która potrafi przetrwać każdą próbę.

[ Zakup własny].