piątek, 29 marca 2019

Gdy opadły emocje - Aneta Krasińska

Moi kochani, dziś przychodzę do Was z recenzją książki Anety Krasińskiej  „Gdy opadły emocje”, której mam ogromny zaszczyt i przyjemność być ambasadorką, za co już na wstępie bardzo dziękuję.

Muszę Wam się przyznać, że książka ta, stała mi się w pewnym sensie bardzo bliska i pomogła mi spojrzeć z dystansem, bez emocji, także na moją przeszłość, a tym samym, wiele przemyśleć i uporządkować, przede wszystkim wewnątrz siebie. 
Zapewne teraz, zastanawiacie się dlaczego, ale o tym, opowiem Wam już za chwilę. 

Najpierw pozwólcie, że zaproszę Was do swego rodzaju wehikułu czasu, który przeniesie nas do lat, kiedy byliśmy licealistami. 
Dla wielu z nas, czasy liceum kojarzą się z budowaniem przyjaźni nierzadko na całe życie, pierwszych uczuciowych uniesień i pięknych miłości. Wówczas żyjemy w przekonaniu, że cały świat stoi przed nami otworem i tylko my decydujemy o tym, jakich wyborów dokonamy i jak będzie wyglądała nasza przyszłość. To czas decyzji, które często mają wpływ nie tylko na nasze teraz, ale również, a może przede wszystkim na nasze kiedyś. 

Dlaczego o tym piszę? 

Otóż Pani Aneta Krasińska, tworząc historię opisaną na kartach powieści, którą oddała w ręce swoich wiernych czytelników, uświadamia nam, że tak naprawdę, wystarczy jedna chwila, jedno zdarzenie, które już na samym starcie, kiedy dopiero co wkraczamy w dorosłość, może odcisnąć swoje piętno na nas samych oraz wyborze ścieżki życiowej, jaką zdecydujemy się podążyć. 

Przekonali się o tym Marcelina, Magda i Emil, którzy w liceum tworzyli zgraną paczkę i byli pewni tego,  że łącząca ich przyjaźń przetrwa lata. 
Byli niczym wzajemnie uzupełniające się ogniwa, które wspólnie budowały godną pozazdroszczenia relację. Do ich teamu należał również Robert. Niestety, o czym jeszcze wtedy nikt nawet nie śmiał pomyśleć, już wkrótce jednego z tych, jak wówczas tym młodym ludziom się wydawało, niezniszczalnych ogniw miało zabraknąć na zawsze. Bo oto, w dniu rozdania świadectw maturalnych, tragiczną śmiercią ginie Robert. 
Przyjaciele chłopaka, jak się możecie domyślić - przeżywają traumę, która jak się okazuje, nie pozostaje bez wpływu na nich samych. 

Musicie wiedzieć, że, „Gdy opadły emocje”, to dopiero pierwsza część trylogii. Autorka bowiem zdecydowała się, przedstawić tamtejsze tragiczne przeżycia trójki przyjaciół z perspektywy każdego z nich, po to, aby ukazać, jak odejście przyjaciela i jego niestety, po dziś dzień do końca niewyjaśnione okoliczności śmierci, diametralnie zweryfikowały młodzieńcze postanowienia i zapewnienia.

W tej części poznajemy życie Marceliny. 
Dorosła już dziś kobieta jest żoną marynarza i matką nastoletnich bliźniąt. Z racji zawodu męża, praktycznie całe życie rodzinne jest na jej głowie, przez co, często czuje się przytłoczona codziennymi obowiązkami. 
Na szczęście,  ma u swojego boku Magdę, która dba o to, aby przyjaciółka od czasu do czasu pomyślała również o sobie. 

W momencie, kiedy my czytelnicy poznajemy życie Marceliny, Magdzie udało się namówić ją do udziału w spotkaniu klasowym zorganizowanym z okazji minionych dwudziestu lat od matury. 
Mimo że minęło tak wiele lat, okazuje się,  że zjazd ten rozdrapuje zabliźnione rany. 
Pomimo tego, że dziś nasi bohaterowie są już zupełnie innymi ludźmi i emocje tamtejszych wydarzeń zostały wyciszone, to jednak pozostało wiele niewyjaśnionych kwestii i niedopowiedzeń, które nie pozwalają w pełni pogodzić się z tym, co się kiedyś wydarzyło. 

Nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele, abyście mogli sami poznać tę poruszającą i niewątpliwie życiową w swojej wymowie historię, która poprzez swój autentyczny wymiar, dostarczy Wam mnóstwo emocji i wzruszeń. 
Lektura książki da Wan także do myślenia i pozwoli zrozumieć, że czasami nie warto patrzeć wstecz, ponieważ przez to możemy postawić na szali to, co kochamy i to, co jest dla nas najważniejsze, ryzykując utratę tego, a tym samym zniszczyć naszą teraźniejszość. 

A teraz odrobina prywatny. 
Jak wspomniałam wcześniej, książka pozwoliła mi w pewnym stopniu uporać się z własną przeszłością. Jak wiecie, albo i nie, jestem osobą niepełnosprawną ruchowo i niestety w czasach liceum często z tego powodu stawałam się obiektem prześladowań i kpin ze strony swoich rówieśników. 
Choć od tamtych wydarzeń minęło już szesnaście lat, to jednak żal do kolegów i koleżanek pozostał we mnie do dziś. 
Nadal nie mogę zapomnieć o pewnych wydarzeniach z tamtego okresu, co wpłynęło również na to, co dziś dzieje się w moim wnętrzu. 
Książka „Gdy opadły emocje” pozwoliła mi zrozumieć, że nie warto chować urazy i żalu, ponieważ uczucia te mogą zniszczyć nasze tu i teraz. 

Na zakończenie chcę oczywiście gorąco polecić Wam lekturę książki i zapewnić Was, że spędzicie z nią wspaniały czas. 
Decydując się na lekturę, poznacie opowieść o przyjaźni, miłości, trudnych wyborach młodości, a więc o wszystkim tym, co zwie się życiem. W historii tej, niektórzy z nas, z pewnością odnajdą cząstkę własnego życia. 
Ja sama przeczytałam tę książkę bardzo szybko, właśnie z uwagi na jej realizm, który nie pozwolił mi się od niej oderwać. Jej bohaterowie stali mi się bardzo bliscy, dlatego z niecierpliwością czekam na moment, kiedy będę mogła poznać kolejne odsłony z perspektywy pozostałych jej uczestników. 

Jeśli udało mi się zachęcić Was do sięgnięcia po „Gdy opadły emocje”, czego bardzo bym chciała, bo naprawdę warto, to mam dla Was niespodziankę. 
Już niebawem na moim blogu pojawi się konkurs, w którym do wygrania będzie jeden egzemplarz książki. Także czekajcie cierpliwie. 

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Szara godzina, za co bardzo dziękuję.


wtorek, 26 marca 2019

Jak dalej żyć z tak ogromną stratą?

„Wszyscy jesteśmy jak marionetki w rękach Boga. Wmawiamy sobie stabilizację i bezpieczeństwo, starając się jakoś zapanować nad własnym życiem, ale wystarczy jedna chwila i wszystko się wali. Zawsze najbardziej tego się właśnie bałam – nieodwracalności pewnych zdarzeń...”.

Będąc rodzicem, ciągle boimy się o bezpieczeństwo naszych dzieci. Choć nie zawsze jesteśmy ideałem matki czy ojca, to jednak nigdy, nawet przez chwilę, nie dopuszczamy do siebie myśli, że naszemu dziecku mogłoby stać się coś złego, a tym bardziej że moglibyśmy stracić je na zawsze. Takie wizje są najczarniejszymi koszmarami, jakie mogłyby nam się przyśnić. Jednak wiemy doskonale, że często te koszmary, o których nawet boimy się pomyśleć, stają się rzeczywistością. Wystarczy bowiem jedna chwila, aby nasze życie na zawsze legło w gruzach. Tylko jak w takiej sytuacji dalej żyć? Na to pytanie musiały odpowiedzieć sobie Anna, Elżbieta i Izabela, bohaterki najnowszej powieści Katarzyny Misiołek Kryształowe motyle”.

Autorka na kartach swojej książki splotła losy trzech zupełnie różnych kobiet. Bardzo prawdopodobne jest, że w normalnym życiu mijając się na ulicy, nawet nie zwróciłyby na siebie wzajemnie uwagi. Tylko że życie każdej z nich już nigdy nie będzie normalne i to właśnie je łączy. Od dnia, kiedy każda z nich w tragicznych okolicznościach straciła swoje dziecko, ich codzienność stała się walką o to, aby przetrwać każdy kolejny dzień i zakładając maskę pozorów, choć na moment stłumić potworny ból trawiący serce i duszę. Prawdą jest, że wspólne cierpienie łączy ludzi. I to właśnie ono skłoniło nasze bohaterki, aby w internecie odnaleźć inne matki, które czują dokładnie, to co one. Tak też się poznały, a już wkrótce kontakt internetowy przerodził się w przyjaźń w życiu realnym. Obserwując już pierwsze ich spotkanie, widzimy, że nikt inny lepiej nie zrozumie cierpienia drugiego człowieka, jak ktoś, kto przeżywa podobne cierpienie. Nie trzeba wielu słów by, te cierpiące matki się zrozumiały. Tylko będąc razem, mogą przestać udawać, że jest lepiej, niż naprawdę jest. Mogą być sobą bez obaw, że zostaną skrytykowane, czy niezrozumiane. Dokąd zaprowadzi je ta rodząca się przyjaźń i jak wpłynie na nie same? Tego już musicie dowiedzieć się sami.

Kryształowe Motyle to bardzo emocjonalna, poruszająca a chwilami odbierająca dech ze wzruszenia historia matek, które przeżywają żałobę po najbardziej bolesnej stracie, którą możemy sobie wyobrazić. Pani Katarzyna Misiałek w bardzo prawdziwy, a przez to jeszcze mocniej odczuwalny dla nas czytelników sposób ukazała niszczącą siłę bólu i rozpaczy po tak traumatycznym przeżyciu nie tylko na same matki zmarłych dzieci, ale także na ich rodziny i najbliższe otoczenie. Nie dość bowiem, że same żyją w nieustającym poczuciu winy, że nie zrobiły wszystkiego, co mogły, aby ich dzieci nadal żyły, to dochodzi również do wzajemnego obwiniania się przez najbliższych dziecka, które odeszło, przerzucanie się wzajemnie winą, pretensjami i odpowiedzialnością za tę śmierć.

Fakt, że autorka nie skupia się tylko na cierpieniu samych matek, uświadamia nam, że choć ból i blizny już nigdy do końca nie miną to jednak mamy prawo i musimy żyć dalej, bowiem tkwiąc w swojej tragedii i zapominając o tym, że nasi bliscy również cierpią i często potrzebują nas bardziej, niż to okazują, możemy naprawdę wiele stracić.

Kochani, gorąco polecam Wam lekturę „Kryształowych motyli”. Tak, zapewne wielu z Was myśli sobie teraz, że nie jest to książka dla Was, ze względu na trudną tematykę i ja doskonale to rozumiem, jednak polecam tę książkę Waszej uwadze ze względu na to, że jej lektura uświadomiła mi, jak wiele jest wokół nas matek, które straciły swoje dzieci, a które cierpią w milczeniu i samotności. Mijamy je codziennie na ulicy, nie zdając sobie sprawy z ich bólu, a one nie mają nikogo, kto zechciałby po prostu ich wysłuchać bez osądzania i szukania winnych ich tragedii. A często to tak wiele znaczy.
Rozejrzyjmy się wokół siebie. Być może blisko nas, jest ktoś, dla kogo możemy stać się bezcennym wsparciem.

Jeśli obawiacie się, że lektura książki Was przytłoczy, chcę rozwiać Wasze obawy. Mimo trudnego tematu, , którego podjęła się autorka, książkę czyta się bardzo lekko i szybko, co niewątpliwie ułatwia nam jej odbiór. Ponadto, musicie przygotować się na to, że książkę cechuje odczuwalny nieustannie realizm wszystkiego, o czym czytamy. Świadomość tego, że historie Anny, Elżbiety i Izabeli mogłyby być niestety również naszymi, boli, a tym samym wymusza na nas przemyślenia i refleksje, a także rodzi pytanie:

Jak my poradzilibyśmy sobie dotknięci tak ogromną tragedią?

Obyśmy nigdy nie musieli poznawać na nie odpowiedzi.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Książnica, za co bardzo dziękuję.



sobota, 23 marca 2019

Kiedy życie przytłacza zbyt mocno.



Kiedy życie przygniata nas od najmłodszych lat, siłą rzeczy staramy się znaleźć sposób, aby choć na chwilę oderwać się od trudnej rzeczywistości, która każdego dnia jest nieodłączną częścią naszej codzienności. Czasami mamy to szczęście, że w całym tym syfie, jakim staje się nasz los, spotykamy kogoś, kto nie pozwala nam utonąć w jego bagnie i wspólnie z nami tworzy lepszy świat, do którego nikt inny nie ma dostępu. Jednak zapewne każdy z Was zgodzi się ze mną, że w takim święcie nie da się żyć wiecznie, a im dłużej w nim tkwimy, tym bardziej trudny staje się powrót do realiów życia.

Swój bezpieczny świat fantazji będzie musiał opuścić, główny bohater książki Aly Martinez „Walcząc z ciszą, o której chcę Wam dziś opowiedzieć.

Życie Tilla od zawsze było nieustającą walką, a on sam był wojownikiem, który nigdy się nie poddawał. Jego siłą i inspiracją stała się Eliza, z którą wspólnie już jako trzynastolatek nasz bohater zbudował swój własny świat fantazji, o którym marzył, a którego nigdy nie zaznał w realnym świecie, bowiem, to czego doświadczał, opuszczając swój bezpieczny azyl, na pewno przerosłoby nie jednego dorosłego. Już jako dwudziestoletni chłopak, musiał zadbać o to, by stworzyć bezpieczny dom dla swoich dwóch młodszych braci. Dom, którego on sam nigdy nie miał. Pochodząc z patologicznej rodziny, od zawsze wiedział, że może liczyć tylko na siebie. Gdy pojawiła się Ona, życie tego dzielnego chłopaka zaczyna nabierać barw. Oboje stają się sobie bliscy. Eliza, jak nikt inny rozumie trudne położenie chłopaka, ponieważ sama znajduje się w bardzo podobnej sytuacji. Pozostawieni sami sobie, nie mają nic, a tak naprawdę mają wszystko, co najważniejsze. Mają siebie. Na oczach czytelnika między tą dwójką rodzi się piękna przyjaźń, która z biegiem czasu przeradza się w uczucie, do którego oboje boją się przyznać. Jest jednak coś, co ich różni. Eliza chce żyć życiem realnym, budować przyszłość natomiast jej ukochany w obawie przed stratą, bólem i cierpieniem, woli uciekać do świata fantazji, do którego prowadzi otwarte okno. Jednak już wkrótce  będzie musiał znaleźć w sobie odwagę, by wreszcie przestać się ukrywać i zmierzyć z prawdziwym życiem. Czy mu się to uda i jak wiele może stracić, jeśli poniesie porażkę? O tym przekonajcie się już sami.

„Walcząc z ciszą” to niezwykle emocjonalna i poruszająca historia chłopaka wielkiego sercem i duszą, który dostał od życia grad niespodziewanych ciosów, co skutkowało tym, że teraz, choć, jak my wszyscy pragnie kochać i być kochanym, obawia się zaangażowania w prawdziwe życie zdjęty strachem przed utratą tego, co kocha i bez czego nie wyobraża sobie siebie samego. Jak się przekonacie, czytając książkę, nadejdzie moment, kiedy będzie zmuszony przestać myśleć o tym, co dla niego dobre i opuszczając swoją strefę komfortu wziąć się z życiem za bary, po to, by chronić najbliższe swemu sercu osoby, a łatwo nie będzie, bo coraz bardziej w swoje macki chwyta go świat ciszy. Jak sobie poradzi? A może przegra niczym bokser w swojej walce życia? Zachęcam Was gorąco, abyście sięgnęli po książkę i podobnie, jak ja nieustannie mocno go dopingowali.

Jeśli szukacie książki, która pochłonie Was bez reszty, a jej bohaterowie skradną Wasze serca, przez co będziecie nieustannie niemalże na własnej skórze odczuwać ich ból i strach, ale także wspólnie z nimi cieszyć się z najmniejszego nawet sukcesu i przeżywać każdą chwilę szczęścia, ta książka będzie doskonałym wyborem.

Autorka poprzez historię opisaną w książce uświadamia nam, że tak naprawdę o kształcie naszego życia nie decyduje nasz status społeczny, czy środowisko, z jakiego się wywodzimy. Niezależnie od tego, jak trudny jest nasz życiowy start, możemy osiągnąć wszystko, bo najważniejsze jest to, jakimi ludźmi jesteśmy, ludzie, których los stawia na naszej drodze, ciężka praca i determinacja. Czasami jeden człowiek, jego oddanie, miłość i wiara w nas może odmienić nasze życie na zawsze.

Najtrudniej jest zawsze postawić ten pierwszy krok.

Na zakończenie, jak to często w moim przypadku bywa, mam do Was pytanie.

Czy Wy macie swój świat, do którego uciekacie choćby na chwilę, kiedy rzeczywistość Was przytłacza i czujecie, że potrzebujecie chwili wytchnienia, a jeśli tak, to, jak ten świat wygląda?

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Niezwykłe, za co bardzo dziękuję.


czwartek, 21 marca 2019

Zapowiedź: Sedno życia - Katarzyna Kielecka.






Sedno życia
Katarzyna Kielecka
Premiera 08 kwiecień 2019
Cena 39,90 zł
Objętość 408 strony
ISBN 978-83-66201-22-4
Oprawa miękka, 145x205 mm







Edyta, zakompleksiona i zdystansowana trzydziestolatka, niechętnie przyjmuje od brata propozycję pracy. Nie przypuszcza, że pociągnie to za sobą kolejne zwroty i zburzy jej cenny spokój. Niespodziewana diagnoza lekarska i spotkanie przyjaciółki z dzieciństwa wyzwalają w zamkniętym świecie bohaterki lawinę zmian, która zdaje się nie mieć końca.

Czy kobieta stawi czoła problemom i spełni obietnicę?

Niezwykła powieść o szukaniu drogi do akceptacji siebie, o łamaniu wewnętrznych barier oraz o tym, jak trudno nauczyć się kochać.

W przygotowaniu Piętno dzieciństwa.



Słowo o autorce:


Katarzyna Kielecka – mama dwójki dorastających muzyków, mieszkanka Łodzi, pedagog specjalny, pracuje w banku. Od lat tworzy drobne formy literackie: wiersze, opowiadania, teksty piosenek i scenariusze przedstawień dla dzieci. Pewnego dnia poczuła, że czas pomyśleć o powieści i już wie, że mogłaby pisać bez końca. Sedno życia jest jej debiutem literackim.

***

Czujecie się zachęceni do lektury?

wtorek, 19 marca 2019

Czy pierwsza miłość to ostatnia, czy ostatnia może pierwszą właśnie jest?

Jak świat światem, próbujemy odpowiedzieć na pytanie, czym jest miłość? Już od wieków poeci i pisarze starają się znaleźć odpowiednie słowa, które oddadzą jej barwę, kształt, zapach i smak. Jednak już nie raz przekonaliśmy się, że jest to uczucie, którego nie da się określić żadnymi schematami, zaszufladkować i ujarzmić.

Dziś przychodzę do Was ze zbiorem opowiadań „Pierwsza miłość”, w którym znani i lubiani autorzy polskiej literatury obyczajowej w jedenastu opowiadaniach, próbują przekazać nam wyjątkowość i piękno pierwszej miłości oraz emocje jej towarzyszące, które nie zawsze są takie, o jakich marzyliśmy.

Muszę Wam się przyznać, że podobnie jak pierwsza miłość, jest to mój pierwszy raz, kiedy zdecydowałam się sięgnąć po antologię. Jeśli jesteście w miarę regularnymi gośćmi mojego bloga, zapewne zauważyliście, że nie jestem zwolenniczką krótkich form wypowiedzi. Nie jestem bowiem przekonana, czy autorowi na niewielkiej liczbie stron opowiadania uda się napisać historię, która nie tylko będzie stanowiła spójną całość, ale przede wszystkim, wciągnie mnie na tyle, by wzbudzić moje emocje.

Zastanawiacie się teraz na pewno, dlaczego w takim razie sięgnęłam po ten zbiór opowiadań?
Jak to mówią, zawsze kiedyś musi być ten pierwszy raz, a w sytuacji, kiedy mamy coraz mniej czasu na czytanie i kiedy nie zawsze możemy pozwolić sobie nie tylko na sięganie po książki naszych ulubionych twórców tak często, jakbyśmy chcieli, ale również na poznawanie twórczości nowych autorów nam jeszcze nieznanych, zbiór opowiadań jest doskonałym sposobem na rozwiązanie naszych czytelniczych rozterek. No, a jeśli dodatkowo są to opowiadania, których wspólną płaszczyzną jest pierwsza miłość, to czemu nie spróbować.

Nie będę ukrywać, że przystępując do lektury, czułam niepewność, ale również ciekawość, jak też autorzy przedstawili nam czytelnikom, to niezwykłe uczucie, o którym jakie by ono nie było, nie zapomina się do końca życia.

Nie będę już dłużej trzymać Was w niepewności i przyznam, że zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Dla wielu z nas pierwsza miłość kojarzy się z patrzeniem na życie przez różowe okulary, lukrem i cukrem. I właśnie tego przesłodzenia się obawiałam.

Tymczasem w moje ręce trafiło jedenaście życiowych i poruszających opowiadań, które skłaniają do refleksji i przemyśleń. Ich autorzy wzruszają, bawią, przekonują, że czasami warto zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę zawalczyć o siebie i swoje prawo do szczęścia i miłości. Miłość bowiem nie zna granic. Może zjawić się w najmniej oczekiwanym momencie, Miłość nie liczy lat.

Niezwykła wyjątkowość każdego z tych opowiadań polega na ich realnym wymiarze. Wszystko, co przeżywają, bądź wspominają ich bohaterowie, mogłoby się stać naszą historią. Być może nawet niektórzy z Was znajdą w tych opowiadaniach cząstkę własnego życia i odbiorą je z sentymentem.

Ponadto Każdy z autorów pozostawił nam przesłanie, które jeszcze bardziej podkreśla i uwydatnia istotę pierwszej miłości, która, choć u każdego z nas rodzi się w różnych okolicznościach i momentach naszego życia, często ofiarując nam nie tylko uniesienia i motylki w brzuchu, ale również smak goryczy to, mimo wszystko, każdy chce kochać i być kochanym.

Gdybym miała w jednym zdaniu określić jedną wspólną myśl przewodnią dla tego  zbioru opowiadań, myślę, że doskonale przedstawiają ją słowa jednej z piosenek zespołu Ich Troje.

„Nie wiem, czy pierwsza miłość to ostatnia, czy ostatnia może pierwszą właśnie jest”.

Nie zdradzę nic więcej. Jedyne, co mi pozostało to gorąco zachęcić Was do sięgnięcia po „Pierwszą miłość”. Jestem pewna, że czytając, wrócicie do wielu pięknych wspomnień, doświadczając całej gamy emocji od śmiechu, wzruszenia, poprzez łzy i wiarę, że miłość jest w stanie przezwyciężyć to, co niezwyciężone. Bo ona nie kończy się, nawet kiedy ktoś odchodzi.

Jeśli o mnie chodzi, to mam kilka opowiadań, do których na pewno będę wracać i za każdym razem wyciągać z nich dla siebie, coś nowego. Jestem bowiem pewna, że czytając je po raz pierwszy, nie jesteśmy w stanie dostrzec wszystkich ich wartości.

Dla mnie najbardziej wzruszającą historią, która nie tylko wywołała potok łez, ale przede wszystkim trafiła w głąb mojego serca i pozostanie w nim na zawsze, jest piękna opowieść pana Jana, podopiecznego hospicjum.

Jak wspomniałam wcześniej, sięgając po tę antologię mamy możliwość poznania twórczości autorów, po których książki nie mieliśmy jeszcze okazji sięgnąć. W moim przypadku również tak się stało. Udało mi się poznać m.in. opowiadania autorstwa: Katarzyny Bereniki Miszczuk, Joanny Szafrańskiej, Lidii Liszewskiej, czy Roberta Kornackiego i teraz wiem, że na pewno chcę sięgnąć po ich pełnowymiarowe powieści.

Ok, to ja już nic więcej nie mówię, a Wy zabierajcie się do czytania „Pierwszej miłości”. Jeśli mogłabym Wam coś doradzić, to nie czytajcie wszystkich opowiadań jednocześnie. Delektujcie się nimi, pozwólcie im w Was dojrzeć, wówczas przyjemność z lektury będzie pełniejsza.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Czwarta strona, za co bardzo dziękuję.