poniedziałek, 16 lutego 2026

​Monika Michalik, „Bądź moim marzeniem” – Nadzieja w kruchym opakowaniu.


Często wydaje nam się, że życie to niekończący się horyzont możliwości, a czas jest walutą, którą możemy rozrzutnie szafować. Odkładamy najważniejsze słowa i plany na mityczne „później”. Żyjemy w bezpiecznym złudzeniu stałości, dopóki los jednym niespodziewanym cięciem nie zerwie zasłony naszej codzienności. Stajemy wtedy twarzą w twarz z własną kruchością. Dopiero w cieniu nieuchronności zaczynamy dostrzegać, że najprawdziwszy sens nie kryje się w dalekosiężnych zamierzeniach. On drży w dłoni bliskiej osoby i w odwadze, by kochać mimo lęku przed stratą. To właśnie w tych najciemniejszych momentach, gdy świat każe nam się poddać, rodzi się najczystsza forma nadziei. Nie obiecuje ona łatwych zwycięstw, ale daje siłę, by iść naprzód, gdy każdy krok wydaje się ostatnim.

​Prawdziwym świadectwem tej bolesnej prawdy o ludzkiej wytrwałości jest opowieść nakreślona przez Monikę Michalik na kartach powieści "Bądź moim marzeniem".  Autorka stawia w niej odważną tezę, że nawet w obliczu walki o każdy oddech miłość przestaje być jedynie romantycznym uniesieniem. Staje się ona fundamentem, na którym można odbudować wiarę w jutro.

Wszystko zaczyna się od błękitu nieba nad Korfu i obietnicy nowego początku, który ma uleczyć serce rozbite na kawałki. Natalia szuka ukojenia w greckim słońcu i nie przypuszcza, że los przygotował dla niej trudny scenariusz. Gdy powrót do rzeczywistości przynosi diagnozę brzmiącą jak wyrok, zmagania o marzenia przenoszą się ze słonecznych plaż na sterylne korytarze. Tam czas mierzy się kroplówkami, a ufność trzeba wyrywać przeznaczeniu każdego dnia. To intymna relacja o spotkaniu dwóch dusz. Muszą one zdecydować, czy uczucie wystarczy, by rzucić wyzwanie ciemności i czy w świecie pełnym bólu wciąż można odważyć się śnić.

Twórczyni z niesamowitą plastycznością oddaje klimat greckiej wyspy. Dzięki temu lektura staje się niemalże autentyczną wycieczką. Chłoniemy Korfu wszystkimi zmysłami – czujemy żar słońca na skórze, zapach cytrusów i słoną bryzę znad morza. Ten rajski krajobraz nie jest tu jednak tylko tłem. To przestrzeń, która pozwala bohaterom budować fundamenty pod to, co ma nadejść. Sugestywne opisy sprawiają, że możemy na chwilę zapomnieć o problemach, co czyni późniejszy powrót do brutalnej codzienności jeszcze bardziej przejmującym.

Powieściopisarka z niezwykłą subtelnością tka opowieść, w której motyw starcia z chorobą staje się tłem dla rozważań nad kruchością losu. Przez karty powieści przenikają się wątki bolesnego pożegnania z dotychczasowym życiem oraz trudnej sztuki przyjmowania pomocy. Kluczowa jest tu siła bezwarunkowej bliskości. Staje się ona jedynym stałym lądem na wzburzonym morzu niepewności. To literackie studium wiary wbrew wszystkiemu. Każde zapewnienie o uczuciu odzyskuje tu swoją pierwotną wagę i przypomina, że najcenniejsze dary otrzymujemy często w najbardziej delikatnych opakowaniach.

W centrum tej fabuły pulsują dwa serca, które odnalazły się po to, by wspólnie rzucić wyzwanie przeznaczeniu. Relacja Natalii i Michała to nie tylko romans, lecz przede wszystkim głęboka więź dwojga ludzi, którzy w swoich ranach odnajdują drogę do siebie nawzajem. On staje się dla niej bezpieczną przystanią w chwili, gdy jej świat obraca się w gruzy. Ona zaś swoją niezłomnością nadaje jego istnieniu nowy kierunek. Ich miłość udowadnia, że najtrwalsze mosty buduje się nie na braku problemów, lecz na wspólnym trwaniu w milczeniu.

​Ważnym aspektem dzieła jest ukazanie sieci wsparcia, która oplata główną bohaterkę. Cierpienie w ujęciu pisarki nie jest dramatem jednostki, lecz próbą ognia dla całej rodziny i przyjaciół. Tekst pokazuje, jak diagnoza redefiniuje relacje i jak bliscy uczą się bezsilności. Podkreśla przy tym, że sama obecność bywa ważniejsza niż tysiąc słów pocieszenia.

Fundamentem tej pozycji są trzy filary: wartość czasu, niezłomność ludzkiego ducha oraz bolesna autentyczność bólu. To zakorzenienie w prawdzie sprawia, że losy Natalii nie są tylko literacką fikcją. To żywe świadectwo tego, jak diagnoza weryfikuje priorytety i oczyszcza definicję szczęścia ze zbędnych ozdobników.

Obcowanie z tą lekturą to doświadczenie niemal fizyczne. Odbiorca przechodzi przez kalejdoskop emocji – od zachwytu, przez paraliżujący lęk, aż po oczyszczające wzruszenie. Świadomość, że literatka dzieli się okruchami własnej biografii, nadaje każdemu zdaniu ogromny ciężar. Ta prawda sprawia, że czytelnik przestaje być jedynie obserwatorem, a staje się powiernikiem wspomnień.

Muszę przyznać, że moja droga z tą książką nie była prosta. Wielokrotnie brałam ją do ręki i odkładałam, czując, że nie jestem gotowa na to spotkanie. Wiedza o autentyczności tych przeżyć budowała we mnie barierę, ponieważ sama mocno utożsamiam się z opisaną sytuacją. Powieść ożywiła obrazy i emocje, które noszę głęboko w sobie. Potrzeba było czasu, bym poczuła siłę do zmierzenia się z tym ładunkiem. Dziś wiem, że ten lęk był dowodem na wagę tych słów. One nie proszą o uwagę, one jej wymagają.

Dla wielu osób ta historia stanie się doświadczeniem konfrontacyjnym. Śledząc zmagania Natalii, trudno nie odnieść ich do własnego życia. Przekaz uświadamia nam, że linia dzieląca zdrowie od choroby jest niezwykle cienka. Ta perspektywa buduje wspólnotę doświadczeń, w której lęk zostaje oswojony przez świadomość, że w swoim trudzie nigdy nie jesteśmy całkowicie sami.

Nie sposób pominąć roli personelu medycznego. To cisi bohaterowie codzienności, którzy budują most między beznadzieją a szansą na ratunek. Jednak najgłośniej wybrzmiewa prawda o tym, że diagnoza nigdy nie definiuje człowieka. Pod maską pacjenta wciąż kryje się ta sama osoba pełna pasji i marzeń. Powieść staje się więc manifestem godności. Pokazuje, że choroba jest jedynie trudnym etapem drogi, a nie końcem naszej opowieści.

Warstwa warsztatowa zachwyca precyzją i liryzmem, który nie popada w patos. Język jest plastyczny, ale zachowuje powściągliwość tam, gdzie cisza mówi więcej. Tempo akcji początkowo jest niespieszne, lecz wraz z przełomowym momentem drastycznie przyspiesza. Zamyka to bohaterów w klaustrofobicznym wyścigu z czasem. Taka zmiana rytmu doskonale oddaje realia leczenia i sprawia, że od stron trudno się oderwać. ​Jest to tekst, który porusza do głębi i wyciska łzy, których nie trzeba się wstydzić. Pozostawia w człowieku trwały ślad. Po lekturze jeszcze długo analizujemy wybory postaci oraz nasze własne życie, przewartościowując to, co oczywiste.

Największa siła tej prozy tkwi w jej bezkompromisowej szczerości. Monika Michalik pozostawia nas z bezcenną lekcją: prawdziwa odwaga nie polega na braku strachu, lecz na celebrowaniu każdej wspólnej sekundy. To przesłanie staje się manifestem uważności. Przypomina, że najważniejsze pragnienia nie czekają na przyszłość, lecz dzieją się tu i teraz.

Polecam tę książkę każdemu, kto w codziennym biegu zatracił radość z małych rzeczy. To propozycja dla osób potrzebujących emocjonalnego oczyszczenia oraz tych, którzy szukają w słowie prawdy przynoszącej ostatecznie ukojenie. To lektura, która udowadnia, że nadzieja nie jest naiwnością, lecz świadomym wyborem.

​Fakt, że czytałam tę książkę 4 lutego, w Światowy Dzień Walki z Rakiem, nadał całości sakralnego znaczenia. To głośny apel o to, byśmy dbali o siebie i nie bali się profilaktyki. Autorka przypomina, że badanie to często bilet do dalszego życia.

Na koniec dziękuję twórczyni. Dziękuję Ci, Moniko, za siłę i odwagę, by podzielić się tą bolesną historią. Podarowałaś wiarę wszystkim tym, którzy będą się z Twoją pracą utożsamiać.

​„Bądź moim marzeniem” zostawia nas z pokorą wobec losu, ale i z przekonaniem, że żadna ciemność nie zgasi światła niesionego przez drugiego człowieka. Choć nie mamy władzy nad czasem, wciąż mamy wybór, czym go wypełnimy. Zamykając ten tom, witamy się z nową ważnością na każdy błękit nieba i każde szczere wyznanie. Najpiękniejsze marzenia rozkwitają w jedynej pewnej chwili, jaką posiadamy: w tej, która dzieje się właśnie teraz.

[Zakup własny].

piątek, 13 lutego 2026

Wanda Siubiela i „Łączka. Zimny oddech” – mroczna gra o tożsamość.

Nie wybieramy rodziny, w której przychodzimy na świat. Nie mamy też wpływu na dziedzictwo kładącego się cieniem na naszej przyszłości. Czasem los stawia nas przed wyborem niemożliwym: możemy zaakceptować cienie ukryte w nazwisku albo ryzykować całkowitą zgubę. Wanda Siubiela w swojej najnowszej powieści pt. „Łączka. Zimny oddech” udowadnia, że ucieczka przed rodzinnym fatum to jedynie iluzja. Ta wyczekiwana kontynuacja losów bohaterów z tomu „Łączka. Czarna kostka” pokazuje, że każda próba odcięcia się od korzeni znika w zderzeniu z lodowatą prawdą. Szybko przekonujemy się, że ten thriller to brutalne przypomnienie o niebezpieczeństwach czyhających w ukryciu.

Najgorsze pułapki buduje się z sekretów i pozornego luksusu. Siedemnastoletnia Wercia znajduje się w oku cyklonu. Bolesna sytuacja rodzinna zburzyła jej świat, a nagłe milczenie bliskiej osoby pozostawiło w jej sercu wyrwę. To właśnie skomplikowany wątek miłosny stanowi emocjonalne jądro tej historii. Relacja, która miała być opoką, zamienia się w bolesną grę niedopowiedzeń. Pisarka genialnie pokazuje mechanizm kłamstwa – w tym świecie miłość przestaje być schronieniem, a staje się kolejnym polem minowym. Zaufanie okazuje się tutaj najbardziej deficytowym towarem.

W momencie największej izolacji bohaterka musi zmierzyć się z przeszłością, która upomina się o swoje prawa. Nowa rzeczywistość obiecuje niezależność, ale ma ona bardzo wysoką cenę. Weronika zostaje wciągnięta w świat, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego. Autorka mistrzowsko operuje kontrastem, zderzając surowość natury ze sterylnym luksusem, który szybko okazuje się dla bohaterki „złotą klatką”. Twórczyni czyni z umysłu Werci pole bitwy, gdzie każda postać nosi maskę, a ich motywacje są niejednoznaczne. Do samego końca towarzyszy nam niepewność poznawcza – znak rozpoznawczy najlepszego thrillera psychologicznego.

Konstrukcja powieści zachwyca precyzją i wspiera tę duszną atmosferę. Wanda Siubiela operuje językiem sensorycznym, a tempo akcji z każdym rozdziałem przyspiesza. Istotne jest, że opisywana historia nie epatuje grozą, ale za to wyjątkowo daje do myślenia i skłania do głębokich refleksji. Na osobną uwagę zasługuje przepiękne wydanie tej książki. Dowodzi ono, że twórczyni oraz Wydawnictwo włożyli w nią całe swoje serce i zaangażowanie. Dzięki temu możemy cieszyć się tą historią na wielu poziomach – to prawdziwa uczta nie tylko dla duszy, ale także dla oka. Pod warstwą dusznej intrygi kryje się jednak coś znacznie cenniejszego: surowa lekcja o etycznym kompasie. Pisarka słynie z przemycania ważnych wartości w literaturze młodzieżowej, stawiając tym razem na refleksję o odwadze definiowania siebie na przekór narzuconym oczekiwaniom.

Prawdziwa wolność nie ma twarzy bogactwa. Jest nią czyste sumienie zachowane w obliczu moralnej ciemności. Powieść rezonuje z nami na najgłębszym poziomie i uderza w struny lęku o utratę autonomii. Czytając tę historię, wielokrotnie łapałam się na wstrzymywaniu oddechu, czując na własnej skórze dylematy Weroniki. To lektura, która zostaje w człowieku na długo po odłożeniu na półkę, zmuszając do analizy ceny własnej niezależności. Dla mnie była to niezwykle osobista podróż przez najciemniejsze zakamarki duszy i konfrontacja z własnym systemem wartości. Autorka nie oferuje taniej rozrywki, lecz rzuca wyzwanie naszej empatii.

„Zimny oddech” to kontynuacja, która podbija stawkę, oferując jeszcze gęstszą atmosferę i dojrzalsze portrety psychologiczne. Polecam tę książkę każdemu, kto szuka w literaturze dreszczu emocji podszytego ważnymi pytaniami o to, ile jesteśmy winni samym sobie, a ile innym. W moim odczuciu jest to książka idealna dla czytelników 15+, którzy nie boją się spojrzeć w nieznane, by odnaleźć w nim własny głos. Twórczyni stworzyła historię o najtrudniejszej walce: o to, by pozostać sobą w świecie, który ma na nas zupełnie inny plan.

Pytania do dyskusji:

Zanim jednak sięgniecie po lekturę (lub jeśli macie ją już za sobą), zostawiam Was z pytaniami, które towarzyszyły mi podczas czytania:

Czy wierzycie w rodzinne przeznaczenie, czy raczej w to, że każdy jest kowalem własnego losu?

Gdzie leży granica między lojalnością wobec bliskich a wiernością własnemu sumieniu?

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Gaja oraz samej autorce za zaufanie i wyjątkową możliwość objęcia książki patronatem medialnym przez mój blog Kocie Czytanie. To dla mnie ogromna radość móc towarzyszyć tej historii i polecać ją Wam z czystym sumieniem.

[Materiał reklamowy].

poniedziałek, 9 lutego 2026

Uzdrowić przeszłość: „Wiosna w chacie pod starym świerkiem” Wioletty Piaseckiej

Prawdziwa dojrzałość nie polega na ucieczce przed przeszłością. To odwaga, by stanąć z nią twarzą w twarz i wybaczyć to, co wydawało się niewybaczalne. Często spędzamy lata, budując mury z milczenia i żalu, wierząc, że dystans ochroni nas przed cierpieniem. Tymczasem jedyna droga do wolności prowadzi przez konfrontację z własnymi ranami. Każdy z nas nosi w sobie takie niedomknięte rozdziały – relacje, które utknęły w martwym punkcie oraz słowa, które nigdy nie padły, a mają moc odmieniania losu. Dopiero gdy zrzucimy ciężar dawnych urazów, robimy miejsce na nowe życie. Ono zawsze znajduje sposób, by na powrót rozkwitnąć.

Tę uniwersalną prawdę mistrzowsko rozwija Wioletta Piasecka w powieści „Wiosna w chacie pod starym świerkiem”. Jest to dojrzała kontynuacja historii zapoczątkowanej w tomie „Chata pod starym świerkiem”. Pisarka stawia w niej tezę, że prawdziwe odrodzenie możliwe jest tylko poprzez zmierzenie się z demonami przeszłości. Udowadnia tym samym, że więzy krwi niosą największy potencjał do uzdrowienia naszych pękniętych życiorysów. To właśnie w cieniu tytułowego świerka Jagoda próbuje posklejać odłamki codzienności, tworząc bezpieczny azyl dla dziecka, którym się zaopiekowała. W tym samym czasie sielska atmosfera Zalewu Wiślanego staje się niemym świadkiem dramatu dwóch sióstr.

Relacja Jagody i Maliny to fascynujący, choć trudny taniec przyciągania i odpychania. Jagoda uosabia cichą siłę i chęć odkupienia. Musi ona jednak zmierzyć się z Maliną, która tkwi w toksycznym cieniu rodzeństwa. Powieściopisarka z przejmującą szczerością kreśli obraz kobiety uwięzionej w poczuciu bycia tą „gorszą”. Jej sytuację pogłębiają skomplikowane relacje osobiste, które zamiast dawać oparcie, stają się źródłem emocjonalnej pustki. To głębokie studium postaci, która musi zrozumieć, że jej wartość nie zależy od aprobaty otoczenia. Taka dynamika sprawia, że dylematy bohaterek zaczynamy odczuwać niemal osobiście. Są to postacie z krwi i kości, z których obawami i troskami mocno się utożsamiamy. Dzięki tej niezwykłej wiarygodności mamy wrażenie, że sami stajemy się częścią tej historii, a bohaterowie żyją gdzieś tuż obok nas. To sprawia, że od książki po prostu nie można się oderwać.

Twórczyni dotyka przy tym pułapki porównań, w którą tak często wpadamy. Z boku cudze życie zawsze wydaje się pełniejsze i wolne od trosk, co rodzi w nas destrukcyjną zazdrość. Tymczasem powieść przypomina, że ci, których podziwiamy, nierzadko sami marzą o spokoju, który my bierzemy za oczywistość. Każdy dźwiga niewidzialny ciężar swoich problemów. Brak wdzięczności za to, co posiadamy, wynika jedynie z braku świadomości – dla kogoś innego nasze „zwyczajne” życie mogłoby być przecież szczytem marzeń.

Wszystkie te wątki splatają się w gęstą sieć emocji. Każda odkryta tajemnica zmusza do przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Warstwa psychologiczna utworu pulsuje pod skórą każdego zdania. Pisarka rezygnuje z taniego sentymentalizmu na rzecz surowej prawdy o ludzkich pęknięciach. Analizuje proces wybaczenia nie jako jednorazowy gest, lecz jako długą drogę do odzyskania wewnętrznej harmonii. Udowadnia też, że ten trudny akt nie jest oznaką zapomnienia o krzywdach. To świadoma decyzja, by nie pozwolić dawnej traumie kształtować naszej teraźniejszości.

Literacka konstrukcja powieści odzwierciedla spokój i nieuchronność zmian. Tempo akcji początkowo jest niespieszne niczym powolne roztopy, z czasem nabiera jednak dynamiki wymuszonej przez odkrywane sekrety. Język jest niezwykle plastyczny, z malarską precyzją oddaje urok nadmorskiego krajobrazu. Czyni to z natury równorzędnego bohatera, który koi nerwy i wyostrza zmysły. Symbolika budzącej się przyrody staje się tu metaforą odzyskiwania nadziei. Podobnie jak wiosenne słońce rozpuszcza lód, tak szczerość bohaterek kruszy pancerz ich wzajemnych urazów.

​Lektura pozostawia czytelnika w stanie głębokiej zadumy i prowokuje do spojrzenia na własne rodzinne relacje. Zaszczepia odwagę, by, zamiast budować kolejne mury, podjąć próbę wyciągnięcia ręki do zgody. Choć opisana historia jest fikcją, ma uderzająco realistyczny wymiar. Wszystko to mogłoby dziać się tuż obok nas. To propozycja idealna dla osób poszukujących szczerości przekazu i emocjonalnego kompasu – swoisty literacki plaster na duszę. Książka przypomina, że nasza tożsamość nie musi być definiowana przez dawne krzywdy, a prawo do nowego początku przysługuje każdemu, bez względu na ciężar dźwiganego bagażu.

„Wiosna w chacie pod starym świerkiem” to opowieść o tym, że życie nie kończy się na błędach. Ono na nich buduje nową, bardziej świadomą wersję nas samych. Zamykając tę książkę, zostajemy z kojącym przekonaniem: dopóki mamy odwagę kochać i wybaczać, każda chwila jest idealnym momentem, by zacząć od nowa.

​Z niecierpliwością czekam na trzecią część tej niezwykle mądrej i poruszającej sagi – „Lato w chacie pod starym świerkiem”. Finał obecnego tomu sprawił, że serce na moment się zatrzymało. Świadomość, że w tej historii wszystko może się jeszcze zdarzyć, sprawia, że ciekawość dalszych losów bohaterów jest ogromna. Bo niektóre opowieści nie kończą się wraz z ostatnią kropką, lecz zaczynają żyć w nas na nowo.

​Pytania do Was:

​Czy zdarzyło Wam się kiedyś poczuć, że przeświadczenie o tym, iż życie kogoś bliskiego jest lepsze i łatwiejsze, odebrało Wam radość z własnej codzienności?

Czy wierzycie, że wybaczenie bliskim jest warunkiem koniecznym, by móc ruszyć dalej, czy niektóre błędy na zawsze zamykają drogę do porozumienia?

[Zakup własny].

czwartek, 5 lutego 2026

W cieniu rodowej klątwy – dlaczego warto odkryć "Sekrety Abigail" Urszuli Gajdowskiej?

Zapraszam was do świata dziewiętnastowiecznej Szkocji, w którym echa dawnych namiętności wciąż pobrzmiewają w murach starych rezydencji. To tutaj rodzinne legendy okazują się czymś znacznie więcej niż tylko bajkami na dobranoc. Często zastanawiamy się, jak głęboki wpływ na naszą teraźniejszość mają wybory ludzi, których nigdy nie poznaliśmy. Czy sekrety skrywane przez pokolenia mogą determinować nasze własne szczęście?

​Razem wejdziemy w gęstą mgłę szkockich wrzosowisk, sięgając po książkę "Sekrety Abigail" autorstwa .Urszuli Gajdowskiej. Jest to druga część urzekającego cyklu "Dziedziczki zamku Caly". Udowadnia ona, że prawdziwe wyzwolenie od przeszłości wymaga odwagi do zmierzenia się z prawdą ukrytą pod warstwami przemilczeń. To podróż dla każdego z was, kto wierzy, że aby ruszyć naprzód, musimy najpierw odważyć się spojrzeć wstecz.

W murach dumnego zamczyska Caly zaczyna tętnić kronika zdarzeń, która nigdy nie miała zostać opowiedziana. Lady Abigail, nestorka rodu MacCalisterów, decyduje się przerwać wieloletnie milczenie i odkrywa przed młodszą krwią mroczne kulisy swojej młodości. Śledząc te dzieje, wkroczycie w rzeczywistość pełną niebezpiecznych przygód i zakazanych uczuć.

Nad klanem wciąż wisi cień niewyjaśnionego, złowrogiego fatum. Każdy szept przybliża Olivię i Williama do poznania prawdy o ich własnym dziedzictwie. Kluczem do jego zdjęcia może okazać się to, co wydarzyło się dziesiątki lat wcześniej. Młodzi bohaterowie muszą odkryć, czy ich własne szczęście jest możliwe tam, gdzie dawne urazy nieustannie dopominają się o sprawiedliwość.

W sercu fabuły pulsuje motyw nieuchronnego przeznaczenia, uosobiony przez tajemniczą rodzinną klątwę. Niczym niewidzialny całun spowija ona klan MacCalisterów. To fascynujące starcie dwóch osi czasu ukazuje, jak wspomnienia Abigail stają się żywym pomostem łączącym błędy przodków z szansą na nowe jutro. Jednocześnie lojalność nieustannie ściera się tu z pragnieniem wolności.

Sam zamek Caly jawi się tutaj jako niemy świadek. Jego surowe wnętrza podpowiadają rozwiązania tym, którzy mają dość odwagi, by słuchać. Wszystko to splata się w głęboki motyw poszukiwania tożsamości. Autorka udowadnia, że zrozumienie siebie wymaga zmierzenia się ze spadkiem po poprzednikach.

Postacie zostały nakreślone z niezwykłą precyzją. Twórczyni unika czarno-białych schematów na rzecz psychologicznej autentyczności. Lady Abigail to postać monumentalna – jej portret to studium kobiecej siły, determinacji i mądrości opłaconej bolesnymi doświadczeniami. Z kolei Olivia i William stanowią jej doskonałą przeciwwagę. W ich niepewności i rodzącym się uczuciu odnajdujemy powiew świeżości oraz bunt przeciwko skostniałym konwenansom.

​Niezwykłym atutem tej pozycji jest sposób, w jaki autorka odmalowuje klimat minionej epoki. Pisarka z wielką dbałością o detale kreśli obraz dziewiętnastowiecznej Szkocji. Surowość krajobrazu harmonizuje tu ze sztywnymi regułami i klanową hierarchią. Dzięki plastycznym opisom codzienności, strojów oraz etykiety, minione lata ożywają na naszych oczach.

Powieść ta stanowi doskonałą egzemplifikację romansu historycznego z elementami sagi rodzinnej i powieści gotyckiej. Gatunkowy fundament opiera się na umiejętnym splataniu wątku miłosnego z surowymi realiami epoki oraz aurą tajemniczości. Autorka nie tylko wyczerpuje znamiona tych gatunków, ale wręcz je celebruje, dostarczając czytelnikowi wszystkich kluczowych atrybutów: od dusznej atmosfery sekretów po emocjonalną głębię relacji.

Twórczyni posługuje się językiem barwnym, który idealnie balansuje między klasyczną elegancją a przystępnością. Konstrukcja książki opiera się na fascynującym zabiegu szkatułkowym, gdzie teraźniejszość przeplata się z retrospekcjami nestorki rodu. Taka dwutorowa narracja nie tylko buduje napięcie, ale pozwala stopniowo składać w całość skomplikowaną mozaikę przeszłości.

​Lektura to emocjonalny labirynt. Zmusi was on do zrewidowania poglądów na temat siły więzi i ceny, jaką płacimy za błędy innych. Podczas czytania będziecie balansować między dreszczem ekscytacji a nostalgicznym wzruszeniem. W porównaniu do „Czasu Olivii” ta kontynuacja wydaje się znacznie bardziej dojrzała i nasycona mroczniejszym nastrojem.

Tę powieść adresuję przede wszystkim do marzycieli szukających ucieczki w surowe krajobrazy oraz do miłośników sag rodzinnych. "Sekrety Abigail" to poruszający dowód na to, że prawda jest jedyną drogą do wolności. Domykając tę recenzję, zostajemy z przekonaniem, że mury zamku Caly jeszcze nie raz nas zaskoczą. My natomiast z niecierpliwością będziemy wypatrywać powrotu do tego uniwersum, w którym przeszłość wciąż trzyma teraźniejszość w swoich ramionach.

[Materiał reklamowy] Autorka Urszula Gajdowska.

poniedziałek, 2 lutego 2026

​"Zapomniane życie” – Ewelina Paprotny: Mozaika tożsamości na hiszpańskim bruku

Ludzka tożsamość przypomina misterną mozaikę, w której każdy okruch wspomnienia buduje fundament tego, kim jesteśmy. Co się jednak dzieje, gdy gwałtowny podmuch losu obraca tę konstrukcję w pył? Często błądzimy przez życie, przekonani o trwałości własnego „ja”, nie zdając sobie przy tym sprawy, jak krucha granica oddziela nas od całkowitej pustki. To właśnie w przestrzeni między utraconą przeszłością a niepewnym jutrem zawieszona jest historia opisana przez Ewelinę Paprotny. W swojej przejmującej powieści „Zapomniane życie” autorka stawia odważną tezę: utrata pamięci paradoksalnie otwiera drogę do najgłębszej prawdy o własnych pragnieniach. Zatem ucieczka od dotychczasowej rzeczywistości okazuje się szansą na autentyczne odrodzenie.

Akcja rozpoczyna się od desperackiego kroku – ucieczki Leny z Polski do tętniącej życiem Barcelony. To, co miało stanowić chwilowe wytchnienie, zamienia się jednak w egzystencjalny koszmar, gdy bohaterka budzi się w obcym mieście bez najmniejszego wspomnienia o swojej przeszłości. Przyjmuje imię Mariposa i zaczyna budować życie na czystej karcie. W tym samym czasie pisarka prowadzi równoległy wątek poszukiwań rodziny Leny. Ich czyste intencje oraz autentyczna troska boleśnie kontrastują z nową rzeczywistością kobiety, co tworzy emocjonalny mur, którego żadna ze stron nie potrafi przebić.

Twórczyni kreśli obraz katalońskiej stolicy z ogromną plastycznością, przez co miasto przestaje odgrywać rolę tła, stając się żywym, pulsującym organizmem. Przerzucając kolejne strony utworu, niemal czujemy na skórze lepki żar słońca oraz szorstkość morskiej soli. Nozdrza mami intensywna mieszanka aromatów tapas i nagrzanego bruku uliczek Barrio Gótico. Ewelina Paprotny z wielką czułością oddaje dualizm tego miejsca – najpierw zachwyca feerią barw La Rambla, by po chwili budować duszny, oniryczny klimat. W rezultacie za każdym rogiem czai się cień niepewności.

Ta atmosfera sprzyja ujawnieniu się skomplikowanej sieci ludzkich zależności. Toksyczność w świecie Mariposy przybiera przy tym dwa skrajnie różne oblicza. Z jednej strony widzimy bliskich, których miłość staje się dla bohaterki formą osaczenia i próbą wtłoczenia jej w ramy życia, którego już nie pamięta. Z drugiej strony prawdziwy mrok nadchodzi wraz z ludźmi poznanymi na hiszpańskim bruku. Pisarka ukazuje, jak nowi znajomi traktują bohaterkę niczym tabula rasa, którą mogą dowolnie zapisać kłamstwami, by uformować ją według własnych potrzeb. To zderzenie bezradnej miłości z wyrachowanym fałszem sprawia, że walka Leny o własny los nabiera niezwykłego dramatyzmu.

W warstwie psychologicznej opisywana historia stanowi przejmujące studium rozpadu osobowości. Autorka z niezwykłą empatią oddaje stan psychiczny osoby, dla której każdy fakt oznacza bolesne starcie z pustką. Lena balansuje między euforycznym poczuciem wolności a paraliżującym strachem przed prawdą, która może okazać się zbyt przytłaczająca. Podczas lektury poczułam niezwykle silną więź z bohaterką i kibicowałam jej w walce o odzyskanie tożsamości z niemal osobistym zaangażowaniem. Książka wielokrotnie wywoływała u mnie głębokie poruszenie, zmuszając do pytania: co ja czułabym na jej miejscu i jak odnalazłabym się w tej przerażającej pustce?

Należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że proza Eweliny Paprotny wymyka się gatunkowym schematom. Choć fundament opowieści stanowi tajemnica, nie jest to thriller nastawiony na epatowanie brutalnością. To przede wszystkim wielowymiarowa powieść obyczajowa z elementami thrillera psychologicznego typu light. Napięcie budują tu subtelne drgania ludzkiej duszy, a nie drastyczne zwroty akcji. Sama konstrukcja powieści opiera się na umiejętnym przeplataniu perspektyw, co nadaje całości dynamiczny, niemal filmowy charakter. Styl twórczyni pozostaje elegancki i nastrojowy; autorka operuje szeptem w scenach intymnych, by za chwilę uderzyć mocniejszym tonem w momentach grozy.

Lektura tej powieści to emocjonalna podróż pozostawiająca czytelnika w stanie głębokiego poruszenia. Towarzyszy jej rzadka mieszanka zachwytu nad pięknem świata oraz dusznego niepokoju o trwałość własnego „ja”. To doświadczenie najpierw subtelnie uwodzi zmysły, by ostatecznie wstrząsnąć sumieniem i zmusić do przewartościowania definicji autentyczności. Utwór nie oferuje łatwych rozwiązań, a jego finał, zamiast stawiać kropkę, zostawia nas z pytaniami, które pracują w głowie jeszcze długo po zamknięciu ostatniego rozdziału.

​Tę książkę polecam szczególnie miłośnikom nieoczywistych historii – czytelnikom szukającym w literaturze intelektualnego wyzwania oraz egzystencjalnego ciężaru. Oczekują oni od lektury emocjonalnej wiwisekcji, a nie tylko chwilowego eskapizmu. Jeśli cenisz prozę, w której gęsta atmosfera splata się z elegancją języka, ten utwór stanie się dla Ciebie pozycją niezapomnianą. Nasza przeszłość bywa ciężarem, lecz pozostaje jedynym spoiwem trzymającym w całości mozaikę naszego „ja”. Być może prawdziwa wolność nie polega na zapomnieniu tego, kim byliśmy, lecz na odważnym zaakceptowaniu każdej, nawet najbardziej bolesnej rysy na naszym odbiciu w lustrze.

[Materiał reklamowy].

sobota, 31 stycznia 2026

Dziedzictwo pełne cieni: Recenzja powieści „Czas Olivii” Urszuli Gajdowskiej

​Literatura ma niezwykłą moc zatrzymywania tego, co ulotne. Pozwala nam na chwilę zwolnić i przyjrzeć się splotom zdarzeń, które kształtują ludzki los. Każda opowieść to swoisty zapis drogi, jaką musimy przebyć, by zrozumieć własne dziedzictwo. Musimy też odnaleźć odwagę do nazwania tego, co dotąd pozostawało w cieniu. W historiach, które wybieramy, szukamy zrozumienia dla skomplikowanej natury naszych własnych wyborów i emocji. Choć są one osadzone w konkretnych ramach czasu, pozostają uniwersalnie bliskie każdemu z nas.

​Właśnie taką wielowymiarową podróż oferuje Urszula Gajdowska w powieści „Czas Olivii”. Książka ta stanowi pierwszą część cyklu „Dziedziczki Zamku Caly”. Pisarka udowadnia, że romans historyczny to nie tylko kostiumowa opowieść o uczuciach. To przede wszystkim głębokie studium walki o prawdę w świecie zdominowanym przez konwenanse i rodzinne przemilczenia.

Autorka zabiera nas w podróż do 1816 roku. Wśród surowych klifów i mgieł północnej Szkocji wznosi się mroczna warownia. To właśnie tam Olivia musi zmierzyć się z bolesną spuścizną, która skrywa więcej pytań niż odpowiedzi. Twórczyni mistrzowsko buduje napięcie i rzuca bohaterkę w wir niedopowiedzeń dotyczących tragicznej śmierci jej matki. Czytelnik wraz z główną postacią i tajemniczym Williamem przemierza duszne korytarze rodowej posiadłości. Każde skrzypnięcie podłogi i każdy szept służby zdają się przybliżać ich do wyjaśnienia faktów, których ktoś za wszelką cenę nie chce ujawnić.

​Siłą napędową tej historii jest misternie zarysowana psychologia postaci. Muszą one udźwignąć ciężar swoich ról społecznych oraz zawodowych ambicji. Dziedziczka, choć formalnie przejmuje zarząd nad majątkiem, toczy wewnętrzną walkę. Ściera się w niej maska uległej damy oraz instynkt śledczy, który każe kwestionować oficjalne wersje zdarzeń. Jej postać to manifestacja kobiecej siły i determinacji. W surowym, męskim świecie XIX-wiecznej hierarchii Olivia musi stać się własnym adwokatem. Pisarka kreśli portret kobiety, która nie czeka na ratunek, lecz aktywnie rozbija szklany sufit konwenansów, udowadniając, że sprawiedliwość nie ma płci.

​Z kolei William nie jest jedynie tłem; jego profesjonalizm i chłodna analiza łączą się z narastającą empatią. Praca nad odkryciem tajemnic staje się dla nich formą autoterapii i pozwala przekuć ból w działanie. Twórczyni tka swój utwór z nici nienazwanego lęku oraz bolesnej straty. Czyni z żałoby fundament, na którym główna bohaterka musi wznieść gmach własnej tożsamości. To nie tylko historia o poszukiwaniu winnych tragedii. To przede wszystkim kameralne studium wyobcowania we własnym domu, gdzie chłód kamiennych murów zdaje się strzec zakazanej wiedzy.

Wątek romantyczny rozkwita tu niespiesznie. Rodzi się on w cieniu podejrzeń jako partnerstwo dwojga rozbitków, którzy w chaosie niedomówień próbują odnaleźć stały ląd. Autorka bawi się kontrastem między salonową etykietą a dzikim mistycyzmem szkockich Highlands. Sugeruje tym samym, że sekrety przodków zawsze w końcu upomną się o głos.

Warstwa literacka tej książki zachwyca elegancją. Język jest zakorzeniony w dziewiętnastowiecznej estetyce, a przy tym pozostaje niezwykle żywy i plastyczny. Stylistyka przesycona jest opisami budującymi gęsty, gotycki klimat. Wilgoć szkockich mgieł i surowość kamienia stają się niemal namacalnymi elementami intrygi. Tempo akcji jest początkowo miarowe i pozwala odbiorcy w pełni zanurzyć się w atmosferze niepokoju. Z czasem jednak, wraz z odkrywaniem kolejnych elementów układanki, opowieść gwałtownie przyspiesza.

Taka konstrukcja zapewnia intelektualną satysfakcję, która idzie w parze z emocjonalnym zachwytem nad hartem ludzkiego ducha. Zakończenie, pełne niedopowiedzeń i nowych znaków zapytania, stanowi obietnicę dalszych wrażeń. Pozostawia ono czytelnika z niecierpliwym oczekiwaniem na drugi tom, czyniąc z powrotu do Zamku Caly literacką konieczność.

​Tę pozycję polecam przede wszystkim miłośnikom nieoczywistych fabuł historycznych. Jest to lektura obowiązkowa dla fanów gotyckich sekretów i gęstego, szkockiego klimatu. Odbiorca decydujący się na tę podróż doświadczy przeszywającego chłodu niepokoju oraz kojącego ciepła rodzącej się więzi. To historia, która wywołuje dreszcz ekscytacji oraz głęboką empatię. Pozostawia ona po sobie poczucie, że każda bolesna przeszłość zasługuje na to, by zostać w końcu opowiedziana.

„Czas Olivii” to coś więcej niż tylko wyprawa do dawnej Szkocji; to przejmująca opowieść o tym, że prawda, choć bywa dotkliwa, jest jedyną drogą do pełnej wolności. Mimo ram romansu historycznego, dzieło Urszuli Gajdowskiej niesie w sobie wiele ponadczasowych wartości, w których niejeden współczesny czytelnik odnajdzie odbicie własnych zmagań z losem. Pisarka stworzyła narrację zostającą w pamięci długo po lekturze, przypominając, że korzenie definiują nas tylko wtedy, gdy mamy odwagę stanąć z nimi twarzą w twarz. To obietnica, której dopełnienie czeka w mrocznych zakamarkach posiadłości, pozostawiając nas z zapartym tchem w oczekiwaniu na dalsze losy bohaterów.

[Materiał reklamowy] Autorka Urszula Gajdowska.

środa, 28 stycznia 2026

Pęknięty monolit prawdy. O powieści „Kim jesteś, Nikolo?” Bernardyny Dareckiej-Władzimiruk

Budujemy nasze życie na podobieństwo monolitu. To niewzruszona bryła, która ma chronić naszą tożsamość przed światem i nami samymi. Wierzymy w trwałość masek, które przybieramy. Jednak w swojej powieści „Kim jesteś, Nikolo?” Bernardyna Darecka-Władzimiruk pokazuje, że to, co bierzemy za jednolity kamień, jest jedynie kruchą konstrukcją pełną ukrytych szczelin. Prawdziwe „ja” nie jest bowiem statyczną formą. To proces, który krystalizuje się dopiero w bolesnym starciu z prawdą o przeszłości i w odwadze do rozbicia pozornej jedności własnego wizerunku.

W sercu tej opowieści pulsuje napięcie między dwiema siostrami. Choć dzielą to samo oblicze, stały się dla siebie obcymi lądami. Natalia i Nikola to dwie strony tej samej pękniętej struktury. Jedna szuka ocalenia w prawdzie. Druga ucieka w chłód wyrachowania i niebezpieczne sekrety. Kiedy w ich uporządkowaną codzienność wkracza Maks – człowiek naznaczony wspólną przeszłością i zagadkowym tatuażem – fasada spokoju zaczyna kruszyć się nieodwracalnie. Mężczyzna ten ucieleśnia skomplikowany wątek uczuciowy, stając się postacią ambiwalentną. Dla jednej z sióstr jest szansą na bliskość, dla drugiej śmiertelnym zagrożeniem dla jej misternie budowanych kłamstw. Pisarka rzuca czytelnika w wir pytań o to, czy miłość może przetrwać w świecie zbudowanym na oszustwie.

Istotnym filarem książki jest oniryczna i duszna atmosfera tajemnicy. Osacza ona czytelnika niczym gęsta mgła. Narracyjną siłą utworu są liczne retrospekcje. To one, niczym bolesne powroty do przeszłości, odsłaniają fundamenty obecnego dramatu sióstr. Autorka mistrzowsko operuje motywem dawnych zdarzeń. Nie są one jedynie wspomnieniem, lecz żywym, niszczycielskim żywiołem. Pokazuje, że sekrety mają swoją wagę i cenę. Nieodkryte latami, z czasem stają się toksycznym osadem, który zatruwa każdą nową relację, odbierając szansę na zdrowe uczucie. To właśnie te mroczne niedopowiedzenia oraz kilka bardzo zaskakujących zwrotów akcji, które wywracają fabułę do góry nogami, sprawiają, że lektura trzyma w napięciu do ostatniej strony.

Narracja książki to wielowymiarowe studium dualizmu ludzkiej natury. Pisarka z chirurgiczną precyzją rozcina tkankę siostrzanej relacji. Na kartach powieści splatają się wątki bolesnego poszukiwania korzeni z niszczycielską siłą rywalizacji o miłość i akceptację. Autorka udowadnia, że więzy krwi mogą być zarówno bezpieczną przystanią, jak i śmiertelną pułapką. Dzieło staje się przy tym fascynującym, głębokim studium psychologicznym. Ukazuje, jak głębokie deficyty emocjonalne mogą przekształcić się w pancerz egoizmu, uniemożliwiający prawdziwe kochanie drugiego człowieka.

Dojrzałość tej pozycji manifestuje się również w samej konstrukcji. Znacząco ewoluowała ona od czasu debiutu pisarki. Porównując ten tytuł do „Zapisanych w kwiatach”, widać ogromny rozwój warsztatu literackiego. O ile jej pierwsza książka urzekała ciepłem, tutaj autorka wykazuje się odwagą w ukazywaniu mroczniejszej strony ludzkich namiętności. Tempo akcji jest precyzyjnie wyważone. Pozwala nasiąknąć klimatem, by po chwili gwałtownie przyspieszyć, gdy kolejne warstwy skorupy odpadają. Niezwykłym atutem jest tu nieoczywiste domknięcie historii, które wymyka się schematom szczęśliwych zakończeń.

Książka ta pełni przede wszystkim funkcję uniwersalnego lustra, w którym może przejrzeć się każdy z nas. Dzięki uderzającej autentyczności dylematów historia przestaje być jedynie fikcją, a staje się ważną lekcją życiową. Pisarka udowadnia, że prawda, choć bywa bolesna, jest jedyną drogą do odzyskania siebie i szansą na autentyczną relację z drugim człowiekiem. Ta szczerość przekazu zmusza każdego czytelnika do zadania sobie pytania: ile w naszym własnym życiu jest autentyczności, a ile starannie pielęgnowanej iluzji?

Lektura ta staje się emocjonalną podróżą, która nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Sięgnięcie po ten utwór to spotkanie z trudną mądrością życiową. Odkrywamy, że przebaczenie to najwyższa forma wolności, a konfrontacja z bólem bywa jedyną drogą do prawdziwego porozumienia. Na czytelnika czeka wachlarz emocji – od niepokoju, po nadzieję. Każda szczelina w naszym osobistym monolicie może stać się miejscem, przez które w końcu wpłynie światło.

„Kim jesteś, Nikolo?” polecam szczególnie czytelnikom poszukującym w literaturze odwagi do zadawania najtrudniejszych pytań i nieoczywistych wątków romantycznych. Polecam ją tym, którzy cenią głębokie portrety psychologiczne. Ten tytuł nie pozwala o sobie zapomnieć. Pozostawia w pamięci trwały ślad jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony, prowokując do przewartościowania relacji z bliskimi.

​Ostatecznie powieść ta to poruszający dowód na to, że żadna życiowa konstrukcja nie jest tak trwała, by nie mogła pęknąć pod naporem prawdy. Bernardyna Darecka-Władzimiruk domyka swoją opowieść w sposób, który nie przynosi łatwego ukojenia, ale daje odwagę do spojrzenia w głąb własnych szczelin. To właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwa wolność. Autorka po mistrzowsku celebruje to na kartach swojego dzieła. ​Nad całością unosi się bowiem najbardziej niepokojące pytanie: czy naprawdę znamy swoich bliskich i czy potrafimy ich kochać bez masek? Lektura uświadamia, że drugi człowiek pozostaje niezbadaną tajemnicą, dopóki nie zdobędziemy się na szczerość, która ma moc kruszenia najtwardszych pancerzy.

[Zakup własny].

poniedziałek, 26 stycznia 2026

„Damy radę, kochanie” Magdaleny Krauze – finał serii, który jest lustrem dla każdego małżeństwa.

Życie rzadko przypomina romantyczny film, w którym napisy końcowe pojawiają się wraz z sakramentalnym „tak”. Prawdziwa historia zaczyna się znacznie później. Odnajdziemy ją w kuchni nad stertą naczyń, w nerwowym oczekiwaniu na powrót zbuntowanego nastolatka czy w cichym smutku, gdy patrzymy na starzejących się bliskich. To właśnie te prozaiczne momenty są najprawdziwszym sprawdzianem dla związku. W tej zwyczajności, pozbawionej filtrów i upiększeń, kryje się esencja bycia oparciem. Po raz trzeci udowadnia to Magdalena Krauze.

„Damy radę, kochanie” to finałowe ogniwo serii, stanowiące kontynuację losów znanych z tomów „Czekałam na Ciebie” oraz „Zaufaj mi jeszcze raz”. To zarazem przejmujący portret dojrzałej miłości, która musi udźwignąć ciężar życia.

Ta codzienna walka o bliskość staje się fundamentem ewolucji Pauliny i Igora. Obserwowanie ich losów to fascynująca podróż – od młodych idealistów po dojrzałe małżeństwo, które po osiemnastu latach mierzy się z nowymi wyzwaniami. Autorka z niezwykłą empatią kreśli obraz pokolenia kanapkowego, ściśniętego między buntem dzieci z pokolenia Z a bolesnym procesem opieki nad chorą na demencję matką. Wszystkie te trudności sprowadzają się do jednego pytania: czy w obliczu narastających problemów bohaterowie zdołają pozostać jednością, czy też proza życia postawi między nimi mur, którego nie będą w stanie zburzyć?

Magdalena Krauze umiejętnie splata kilka płaszczyzn: od lekcji pokory w górskim pensjonacie, aż po dramatyczne zmagania o wolność przyjaciółki uwięzionej w toksycznej relacji. Ten ostatni wątek tworzy mocny kontrast dla związku głównych bohaterów. Pokazuje, że walka o szczęście ma różne oblicza – czasem jest to wspólne trwanie w trudach, a czasem odważne zerwanie niszczących więzi.

Równie autentyczny, jak sama historia jest styl pisarki. Naturalne dialogi sprawiają, że bohaterowie stają się bliscy niczym sąsiedzi. Charakterystyczny humor rozładowuje napięcie, dzięki czemu lektura nie przytłacza mimo swojej powagi. Istotnym filarem opowieści okazuje się również obraz przyjaźni jako najważniejszej sieci ratunkowej w chwilach kryzysu. Wszystko to sprawia, że historia wywołuje lawinę emocji i skłania do refleksji. Czy w dobie powierzchownych relacji potrafimy jeszcze walczyć o autentyczność?

W konsekwencji otrzymujemy poruszające domknięcie serii, które zostaje w sercu na długo po przewróceniu ostatniej strony. Autorka stworzyła literackie lustro, w którym każdy z nas może przejrzeć swoje lęki i nadzieje. Książkę polecam szczególnie parom z długim stażem oraz rodzicom mierzącym się z trudami wychowania. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto wierzy, że najpiękniejsze historie pisze samo życie – z całym jego trudem, ale i niegasnącym blaskiem wspólnego trwania.

A Wy jak uważacie – czy miłość faktycznie jest w stanie przetrwać każdą prozę życia, jeśli tylko walczymy o nią ramię w ramię?

[Zakup własny].

piątek, 23 stycznia 2026

Lekcja oddychania na nowo w powieści Jakuba Bączykowskiego „Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu”

Większość z nas wierzy, że życiowe nawałnice omijają nasz bezpieczny port, jednak jeden gwałtowny podmuch może zburzyć wszystko w jednej chwili. Właśnie wtedy prawdziwa wielkość ludzkiego ducha przejawia się w bolesnej nauce oddychania na nowo, choć powietrze wokół staje się ciężkie od straty. Tę kruchą granicę między rozpaczą a odrodzeniem uczynił fundamentem swojej powieści "Jeszcze kiedyś zatańczę w deszczu" Jakub Bączykowski. W książce wydanej przez Wydawnictwo W.A.B. przypomina on, że nadzieja nie jest naiwnym zaprzeczeniem bólu – to raczej cicha odwaga, by mimo przemoczonego ubrania wciąż wypatrywać pierwszych promieni słońca. Pisarz od pierwszej strony rzuca nas w sam środek egzystencjalnego sztormu, udowadniając przy tym, że stabilizacja jest jedynie iluzją, którą los może odebrać bez uprzedzenia.

​Wszystko zaczyna się od jednej sekundy na drodze, która brutalnie rozdziera codzienność głównej bohaterki na „przed” i „po”. Śmierć męża zmusza Basię do konfrontacji z absolutną pustką, a czytelnik staje się niemym świadkiem upadku jej bezpiecznego świata, po którym zostaje jedynie ogłuszająca cisza oraz zapach mokrego asfaltu. W tym miejscu rodzi się trudne pytanie: jak żyć, gdy serce bije tylko z przyzwyczajenia? Lekturze towarzyszy niezwykłe przejęcie, ponieważ Basia błyskawicznie staje się nam bliska, a wir emocji sprawia, że z ogromnym wzruszeniem towarzyszymy jej w najtrudniejszych chwilach.

​Analiza powieści wymaga spojrzenia na misternie splatane wątki, wykraczające daleko poza sam opis żałoby. Centralnym motywem jest anatomia straty ukazana jako żmudny proces, w którym autor z wielką uwagą rozbiera na części pierwsze poczucie winy oraz paraliżujący strach. Warto również wspomnieć o poruszającej obecności psa Basi i Adama, Uno. Staje się on niemym powiernikiem bólu, a jego instynktowna żałoba stanowi jeden z najbardziej chwytających za serce elementów historii, nadając opowieści surowej autentyczności. Jednocześnie ta niema więź staje się dla kobiety pierwszym pomostem do rzeczywistości, gdyż konieczność zadbania o istotę zależną zmusza ją do porzucenia izolacji.

Ważnym punktem zwrotnym jest moment, w którym Basia uświadamia sobie destrukcyjną siłę egocentryzmu cierpienia. Bączykowski trafnie punktuje błąd zamykania się w szczelnym kokonie własnej boleści i poprzez postacie drugoplanowe ukazuje, że żałoba to skomplikowana sieć powiązań, w której cierpią także bliscy Adama, przyjaciele czy rodzeństwo. Choć bohaterka początkowo spycha ich ból na margines, ta lekcja pokory oraz dostrzeżenie łez w oczach innych staje się ostatecznie kluczem do jej uzdrowienia, udowadniając, że empatia jest najskuteczniejszym lekarstwem na samotność.

Warsztat literacki zasługuje na uznanie ze względu na doskonałą równowagę między wrażliwością a realizmem. Pisarz operuje językiem plastycznym i pozbawionym zbędnego patosu, co pozwala mu budować intymny, wręcz duszny klimat. Mistrzowsko wykorzystuje kontrasty i unika klisz, dzięki czemu każde słowo waży tyle, co prawdziwa łza. Melancholijny nastrój jest dawkowany z takim wyczuciem, że dajemy się wciągnąć w hipnotyzujący proces gojenia ran, nieustannie trzymając kciuki, by Basia zdołała się podnieść. Podczas czytania niejednokrotnie stawiałam się na jej miejscu, zadając sobie pytanie, jak sama poradziłabym sobie z tak bolesnym doświadczeniem – ta myśl sprawiła, że w moich oczach nie raz zakręciła się łza. Psychologiczna wnikliwość pozwala nazwać stany nienazywalne, zamieniając lekturę w głębokie doświadczenie sensoryczne, które daje odbiorcy realne poczucie oczyszczenia.

​Siła tego przesłania tkwi w prawdzie, że koniec znanego świata nie oznacza końca nas samych. Powieść obnaża lęk otoczenia przed cudzym nieszczęściem i staje się cennym przewodnikiem po sztuce towarzyszenia w cierpieniu, ucząc, że sama obecność bywa ważniejsza niż idealnie dobrana fraza. Ta historia zatacza pełne koło – od paraliżującego lęku przed burzą, aż po akceptację losu. Pomimo ogromnego ładunku emocjonalnego, książka niesie ze sobą kojące światło.

​Polecam tę pozycję każdemu, kto szuka w literaturze autentycznego zrozumienia. Jest to lektura obowiązkowa dla osób przechodzących przez stratę oraz dla tych, którzy chcą nauczyć się empatii. To literacki plaster na duszę, który, choć początkowo piecze, ostatecznie pomaga ranie się zagoić i daje odwagę do powrotu do świata żywych.

[Zakup własny].



wtorek, 20 stycznia 2026

Gdy obiektyw przestaje chronić – portret pożądania i uzdrowienia. Recenzja powieści „Poza kadrem” Dagmary Kalinko.


Często mylimy samotność z bezpieczeństwem, wznosząc wokół siebie mury, które – choć mają chronić przed kolejnym ciosem – z czasem stają się ścianami ciasnej klatki. Wygodnie jest trzymać świat na dystans i kadrować rzeczywistość tak, by nie dopuścić do niej chaosu cudzych emocji. Jednak najpiękniejsze barwy życia dostrzegamy dopiero wtedy, gdy odważymy się stracić tę bezpieczną ostrość, co w swojej powieści „Poza kadrem” w niezwykle zmysłowy sposób obrazuje Dagmara Kalinko.

W centrum tej opowieści stoi Sara – kobieta, która z perfekcji uczyniła swój pancerz, a z obiektywu aparatu barierę oddzielającą ją od świata. Jako utalentowana fotografka i samotna matka nauczyła się, że pełna kontrola nad każdym ujęciem to jedyny sposób, by uniknąć rozczarowań. Jej poukładany scenariusz sypie się jednak w gruzy, gdy w studio pojawia się Patryk. Ten charyzmatyczny i pewny siebie mężczyzna nie zamierza jedynie pozować do zdjęć; on rzuca Sarze wyzwanie, by w końcu wyszła z cienia własnych lęków. To właśnie pod jego wpływem Dagmara Kalinko prowadzi nas przez gęstą sieć rodzącego się pożądania i emocjonalnych barier, które kruszeją pod wpływem dotyku. To nie tylko historia namiętności, ale przede wszystkim portret kobiecej siły, która musi zmierzyć się z bolesną przeszłością. Autorka zmusza przy tym czytelnika do pytania: czy warto zaryzykować stabilny spokój dla ognia, który może równie dobrze ogrzać, co spalić wszystko, co dotychczas zbudowaliśmy?

​Lektura „Poza kadrem” to również głęboka refleksja nad tym, jak przeszłość niepostrzeżenie projektuje naszą teraźniejszość, determinując wybory i lęki. Autorka z ogromną wrażliwością pokazuje, że dla Sary fotografia to nie tylko zawód, ale przede wszystkim rozpaczliwa próba zatrzymania czasu i zapanowania nad ulotnością chwil, które kiedyś ją zraniły. Ta potrzeba zamrożenia obrazu w idealnym kadrze staje się metaforą lęku przed zmianą, którą dopiero Patryk pomaga jej przełamać, ucząc, że życie dzieje się właśnie w tym, czego nie da się uwięzić w obiektywie.

Właśnie dlatego powieść staje się płótnem, na którym autorka z odwagą maluje motyw emocjonalnego wyzwolenia, pokazując, jak trudno jest zrzucić maskę samowystarczalności. Przez karty książki przebija się bolesny, lecz piękny proces uzdrawiania duszy, gdzie pożądanie nie jest jedynie fizycznym aktem, ale katalizatorem zmian i kluczem do zamkniętych drzwi przeszłości. Kalinko z wyczuciem eksploruje temat macierzyństwa, które w cieniu lęku staje się najdoskonalszą formą oddania, oraz zaufania, które trzeba zbudować na zgliszczach dawnych zawodów. To literacka podróż przez kontrasty – między chłodną dyscypliną a żarem namiętności, między tym, co wypada pokazać światu, a tym, co drży głęboko pod skórą.

​W parze z tą wielowymiarową tematyką idzie sposób, w jaki Dagmara Kalinko kreśli portrety psychologiczne – robi to z niezwykłą precyzją, unikając powierzchownych schematów. Sara to studium traumy i mechanizmów obronnych; jej postać jest autentyczna w swojej kruchości ukrytej pod maską profesjonalizmu, co czyni ją bliską każdej kobiecie walczącej o niezależność. Z kolei Patryk, choć początkowo zdaje się jedynie uosobieniem siły, zaskakuje emocjonalną dojrzałością, stając się lustrem, w którym bohaterka musi wreszcie dostrzec swoje prawdziwe oblicze. Relacja tej dwójki to fascynujące starcie dwóch światów – lęku przed zranieniem i odwagi, by mimo wszystko zaryzykować.

Co więcej, warstwa erotyczna powieści pulsuje gęstą, namacalną atmosferą, stanowiąc integralną część tego procesu przełamywania wewnętrznych oporów. Autorka kreuje sceny intymne ze śmiałością, dbając jednak o to, by każda z nich była przesycona napięciem budowanym długo przed pierwszym dotykiem. Estetyka tych opisów przypomina grę światłocienia – jest tu miejsce na surowe pożądanie, ale i na subtelność, która pozwala poczuć chemię między bohaterami w sposób niezwykle sugestywny. To klimat, w którym zmysłowość staje się językiem szczerości, pozwalającym bohaterom porozumieć się tam, gdzie słowa okazują się niewystarczające.

Wszystko to zostało ujęte w unikalny styl Dagmary Kalinko, będący harmonijnym połączeniem plastycznych, niemal filmowych opisów z surową emocjonalnością. Autorka operuje językiem konkretnym i sugestywnym, unikając zbędnych upiększeń tam, gdzie do głosu dochodzą autentyczne lęki. Język powieści idealnie rezonuje z profesją Sary – jest w nim precyzja godna dobrego obiektywu oraz głębia, która pozwala dostrzec to, co ukryte pod powierzchnią. Dzięki temu cała historia zyskuje na wiarygodności, budując napięcie, które nie pozwala odłożyć książki przed finałem. Należy jednak pamiętać, że ze względu na tę bezkompromisową odwagę, jest to lektura przeznaczona wyłącznie dla dorosłych czytelników.





[Zakup własny].




niedziela, 18 stycznia 2026

Kiedy dno staje się fundamentem. Recenzja powieści Agaty Pakuły – „Na dnie i z powrotem”



Prawdziwa siła człowieka nie mierzy się tym, jak wysoko potrafi się wspiąć. Mierzy się ją tym, jak głęboko potrafi spaść i mimo to podjąć próbę powrotu na powierzchnię. Każdy z nas niesie w sobie niewidzialne pęknięcia. W chwilach kryzysu stają się one szczelinami, przez które powoli wycieka życie. Często dzieje się to, zanim zdążymy zauważyć zagrożenie. Odwaga nie polega na unikaniu ciemności. Polega na przyznaniu się do własnej bezbronności wobec mroku, który sami nieświadomie zaprosiliśmy do środka. Właśnie o tym bolesnym procesie traktuje najnowsza powieść Agaty Pakuły „Na dnie i z powrotem”. Autorka udowadnia, że dno nie musi być końcem drogi. Może stać się najtrudniejszym fundamentem, na którym – dzięki uczciwości wobec siebie – da się odbudować godność.

​Historia zaczyna się w 1973 roku. Nastoletni Adam Lisowski po raz pierwszy sięga wtedy po alkohol. Ten z pozoru niewinny gest inicjacyjny staje się początkiem spirali. Przez kolejne dekady będzie ona wciągać go coraz głębiej w mrok. Pisarka nie skupia się jednak na samym piciu. Pokazuje raczej, jak nałóg stopniowo i podstępnie przejmuje kontrolę nad marzeniami, ambicjami i relacjami mężczyzny. Śledzimy losy człowieka zawieszonego między dwiema rzeczywistościami. Pierwsza to ta oficjalna, w której próbuje funkcjonować jako mąż i ojciec. Druga pozostaje ukryta, zdominowana przez głód i kłamstwo. Twórczyni mistrzowsko buduje napięcie. Stawia bohatera przed coraz trudniejszymi wyborami, a każda próba wyjścia na prostą wydaje się walką z przeznaczeniem. Ta powieść to opowieść o wysokiej cenie wolności. O tym, jak wiele trzeba stracić, by w końcu poczuć potrzebę ratunku.

Niezwykle istotnym elementem utworu jest jego osadzenie w realiach PRL-u. Autorka odtwarza je z niemal fotograficzną wiernością. W swojej prozie po mistrzowsku oddaje duszny klimat lat 70. i 80. oraz specyficzną szarość codzienności. Alkohol był wtedy wszechobecnym elementem krajobrazu. Sięganie po niego stanowiło rytuał towarzyski i sposób na ucieczkę od systemowej beznadziei. Pisarka pokazuje Polskę tamtych lat jako miejsce, gdzie powszechne przyzwolenie na „kieliszek dla kurażu” stało się dla Adama idealną zasłoną dymną. Właśnie w tych realiach, wśród dymu papierosów i kolejek po towary, rodzi się dramat człowieka. Jego upadek długo pozostaje niezauważony przez otoczenie. Dzięki temu historia bohatera zyskuje wymiar socjologiczny. Staje się portretem pokolenia uwikłanego w zbiorowe i osobiste zniewolenie.

Kluczowym i najbardziej przerażającym motywem jest tu jednak mechanizm wyparcia prawdy. Twórczyni z chirurgiczną precyzją pokazuje, jak umysł Adama buduje labirynt kłamstw i racjonalizacji. Wszystko po to, byle tylko nie dopuścić do siebie myśli o klęsce. To właśnie ten wewnętrzny mur, a nie sama substancja, okazuje się najtrudniejszą barierą. Autorka uświadamia nam ważną rzecz. Dopóki bohater wypiera rzeczywistość, dno pozostaje ruchomym piaskiem, a nie twardym gruntem, od którego można się odbić.

​Jednak ta książka to nie tylko monolog upadającego człowieka. To przede wszystkim bolesna polifonia cierpienia tych, którzy trwają przy nim najdłużej. Pisarka portretuje proces powolnej erozji rodziny. Miłość niepostrzeżenie zmienia się tu w lęk, a lojalność w destrukcyjne współuzależnienie. Twórczyni rzuca światło na bliskich, którzy w imię ratunku składają na ołtarzu nałogu własną godność. Stają się cichymi ofiarami wojny, której sami nie wywołali. Czytelnik z przerażeniem obserwuje, jak domowy azyl zamienia się w pole minowe. Każda kolejna próba pomocy jedynie pogłębia wspólną tragedię. W tych dusznych scenach najwyraźniej widać, że alkohol pożera całe kręgi relacji. Zostawia po sobie jedynie zgliszcza zaufania.

Lektura tej powieści to silne emocjonalne doświadczenie. Nie pozostawia ono czytelnika w tym samym miejscu, w którym go zastało. Autorka dotyka problemu tak bolesnego i ponadczasowego, że wielu z nas odnajdzie w tej historii znajome cienie. Być może są one ukryte we własnych wspomnieniach, a może dostrzeżone kiedyś u kogoś bliskiego. Ten utwór staje się lustrem. Odbijają się w nim nasze lęki o trwałość życiowych fundamentów. Pisarka zmusza do refleksji nad tym, jak cienka jest granica między kontrolą a upadkiem. Budzi w nas gniew, współczucie i ostatecznie – oczyszczającą nadzieję. To literatura, która boli, ale jest to ból potrzebny. Kruszy on skorupę obojętności i przypomina, że za każdym „przypadkiem” stoi człowiek wart uratowania.

Warsztatowa strona książki zasługuje na osobne uznanie. Twórczyni posługuje się językiem surowym i konkretnym. Doskonale koresponduje on z brutalną naturą problemu. Autorka unika zbędnego patosu i pozwala faktom mówić samym za siebie. Struktura powieści oparta jest na przeskokach czasowych. Pozwala to obserwować ewolucję bohatera na przestrzeni kilku dekad. Nadaje to opowieści rytm i czyni nas świadkami całego procesu życiowego staczania się. Styl pisarki jest bezpośredni i uczciwy. Buduje to więź opartą na zaufaniu. Czujemy, że prowadzi nas ona przez rzeczywistość z odwagą i zrozumieniem dla ludzkiej niedoskonałości.

​Największa wartość utworu tkwi w jego bezwzględnej autentyczności. Nie znajdziemy tu łatwych recept. Tę książkę polecam każdemu, kto w literaturze szuka prawdy trudnej i niewygodnej. Powinni po nią sięgnąć zarówno ci, którzy sami zmagają się z demonami, jak i osoby szukające klucza do zrozumienia ludzkich błędów. Czytelnik może spodziewać się emocjonalnego wstrząsu. Nie zostawia on jednak w rozpaczy. Oferuje spokój płynący ze zrozumienia, że z każdego dna prowadzi droga powrotna. Trzeba tylko odwagi, by zrobić pierwszy krok ku prawdzie.

​Podsumowując, ten utwór to przejmujący zapis walki o prawo do bycia sobą. To historia o nadziei nawet wtedy, gdy cały świat postawił już na nas krzyżyk. Agata Pakuła stworzyła opowieść, która zatacza pełne koło – od pierwszej decyzji, po bolesne zmierzenie się z prawdą. Jeśli siłę człowieka mierzy się zdolnością do powstania po upadku, to Adam Lisowski staje się symbolem tej lekcji. To lektura obowiązkowa. Przypomina ona, że droga na szczyt zawsze zaczyna się od odwagi, by przestać kopać głębiej we własnym mroku.

piątek, 16 stycznia 2026

Gdy pęknięcia stają się szczelinami dla światła – o wyjątkowości „Wzgórza aniołów” Magdaleny Kordel.

Czasem życie przypomina plac budowy, na którym nagle gasną wszystkie światła. Zdarzenie to zostawia nas z dojmującym wrażeniem, że zgubiliśmy drogę do domu. Szukamy wówczas ratunku w wielkich gestach i spektakularnych zwrotach akcji, zapominając jednak, że prawdziwe ocalenie rzadko przychodzi z hukiem. Najczęściej skrada się ono cicho, pod postacią drugiego człowieka, zapachu parzonej kawy czy nagłej odwagi, by w końcu przestać uciekać przed własnym cieniem. Mówi się wprawdzie, że dom to nie mury, lecz stan bezpieczeństwa. Co jednak zrobić, gdy stare fundamenty obracają się w niwecz, a my w swoim bagażu niesiemy tylko lęk i okruchy wspomnień?

Właśnie wtedy, w najmroczniejszą zimę naszych prywatnych światów, odkrywamy, że aniołowie nie zawsze mają skrzydła. Częściej noszą wyciągnięte swetry i parzą herbatę z cytryną, potrafiąc przy tym słuchać tak, jakby nic innego nie miało znaczenia. To właśnie w ich obecności uczymy się, że każde pęknięcie w naszym życiorysie to tylko szczelina, przez którą do środka może wpaść światło. Każdy koniec jest jedynie zasłoną, za którą czeka nowy początek, o ile tylko pozwolimy sobie na luksus nadziei i uwierzymy, że w chaosie zdarzeń nic nie dzieje się bez przyczyny.

​O tej subtelnej sztuce odnajdywania siebie i drugiego człowieka opowiada Magdalena Kordel w swojej poruszającej powieści „Wzgórze aniołów”. Pisarka stawia w niej trafną tezę, że nawet najbardziej pogruchotane życie można posklejać na nowo. Musimy tylko znaleźć w sobie siłę, by wyciągnąć rękę po pomoc i uwierzyć, że obcy ludzie mogą stać się naszą najbezpieczniejszą przystanią.

Autorka kreśli wielowymiarowy portret kobiecej siły, osadzając akcję w scenerii mroźnej, przedświątecznej Warszawy. Twórczyni powoli odkrywa przed nami historie bohaterek, które znalazły się w sytuacjach granicznych. Każda z nich nosi w sobie inny rodzaj bólu – od tęsknoty za utraconą przeszłością, przez rozczarowanie bliską osobą, aż po lęk o przetrwanie kolejnego dnia. Zamiast epatować dramatem, literatka skupia się na procesie powolnego odzyskiwania sprawczości. Buduje napięcie poprzez subtelne odsłanianie emocjonalnych warstw swoich bohaterów, pozwalając nam towarzyszyć im w drodze do tytułowego miejsca akcji. To symboliczna przestrzeń, gdzie strach wreszcie ustępuje miejsca ufności.

Warstwa formalna utworu harmonijnie współgra z jego emocjonalnym przekazem. Pani Kordel posługuje się językiem niezwykle obrazowym, który jest zarazem pozbawiony zbędnego patosu. Dzięki temu opowieść staje się autentyczna i bliska czytelnikowi. Konstrukcja książki opiera się na przeplatających się perspektywach różnych postaci, co nadaje całości dynamiki i pozwala spojrzeć na te same wydarzenia z wielu stron. Twórczyni po mistrzowsku operuje klimatem – potrafi w jednej chwili wywołać uśmiech dzięki błyskotliwym dialogom, by za moment skłonić do głębokiego wzruszenia. Ta równowaga między lekkością stylu a ciężarem poruszanych problemów stanowi o głównej sile warsztatu autorki.

​Wartość tej powieści tkwi w niezwykle autentycznych i niesztampowych kreacjach postaci. Pisarka nie dzieli bohaterów na czarno-białych, lecz obdarza ich cechami, które czynią ich bliskimi każdemu z nas. Mamy tu do czynienia z dojrzałością, która mimo bagażu doświadczeń nie traci wiary w drugiego człowieka, oraz z młodością, którą los zmusił do przedwczesnego dorośnięcia. Ponadto Magdalena Kordel z ogromną czułością portretuje postacie drugoplanowe. Stanowią one doskonałą przeciwwagę dla trudniejszych wątków, tworząc barwną mozaikę ludzkich charakterów.

W tekście przeplata się gęsta sieć motywów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się poszukiwanie własnego miejsca na ziemi. Rozumiemy je nie tylko jako dach nad głową, ale przede wszystkim jako emocjonalny port. Nakreślony tu wątek bezdomności serca pokazuje, że można czuć się wyobcowanym wszędzie, dopóki nie odnajdzie się wspólnoty opartej na szczerości. Kolejnym kluczowym elementem jest siła kobiecej solidarności oraz proces odkupienia i wybaczenia samemu sobie. Dzieło przypomina czytelnikowi, że przeszłość wcale nie musi definiować naszej przyszłości.

​Unikalność tej historii kryje się w jej emocjonalnej uczciwości. Autorka nie obiecuje prostych rozwiązań ani magicznych uzdrowień. Jej mądrość przejawia się w pokazaniu, że prawdziwa siła nie polega na całkowitej samowystarczalności. To raczej odwaga bycia kruchym i gotowość do przyjęcia wsparcia. W świecie promującym sukces pisarka nobilituje empatię oraz cierpliwość, udowadniając, że najtrwalsze mosty buduje się z drobnych, codziennych aktów dobroci.

Lektura tej powieści to przede wszystkim głębokie doświadczenie wewnętrzne. Pozostawia ono odbiorcę z kojącym przeświadczeniem, że żadna zima nie trwa wiecznie. Każdy, kto choć raz poczuł ciężar samotności, odnajdzie w utworze cząstkę siebie i przejrzy się w losach bohaterek niczym w lustrze. Książka zmusza do zastanowienia nad tym, jak często oceniamy innych po pozorach, zostawiając nas z ważnym przesłaniem: odwaga, by poprosić o pomoc, nie jest słabością, lecz pierwszym krokiem do wolności.

​Choć tekst jest przesycony zimową atmosferą, byłoby błędem traktowanie go wyłącznie jako lektury sezonowej. To historia, po którą warto sięgnąć o każdej porze roku, ponieważ ciężar poruszanych zagadnień nie podlega kalendarzowi. Wielowymiarowość problemów sprawia, że jest to literatura głęboko humanistyczna i aktualna zawsze wtedy, gdy potrzebujemy przypomnienia o potędze ludzkiego ducha.

Tę pozycję polecam każdemu, kto w literaturze szuka czegoś więcej niż tylko rozrywki. Jest to idealna propozycja dla dusz zmęczonych pośpiechem, potrzebujących odpowiednika ciepłego koca i szczerej rozmowy. Spodoba się osobom ceniącym prozę psychologiczną oraz tym, którzy w chwilach zwątpienia chcą uwierzyć w wyjście z matni. To powieść dla wrażliwców, którzy dostrzegają magię w zwyczajności i nie boją się wzruszeń.

​Opisywany utwór to rzadki dowód na to, że słowo pisane może być jednocześnie plastrem na rany i drogowskazem w ciemności. Wracając do obrazu pogasłych świateł – ta opowieść przypomina nam, że nawet gdy sami nie umiemy znaleźć włącznika, obok może pojawić się ktoś pomocny. Potrzyma on dla nas latarkę, dopóki znów nie poczujemy się bezpieczni we własnym domu. To lektura, która zostaje pod powiekami długo po przewróceniu ostatniej strony.

środa, 14 stycznia 2026

"Łączka. Zimny oddech" Wanda Siubiela / Patronat medialny



Z ogromną dumą i radością ogłaszam, że mój blog Kocie Czytanie objął patronat medialny nad niezwykłą premierą od Wydawnictwa Gaja.

Przed Wami „Łączka. Zimny oddech” autorstwa Wandy Siubieli. To dla mnie ogromny zaszczyt i wyróżnienie, że mogę wspierać ten tytuł. Ta historia chwyta za serce i idealnie pasuje do mroźnych wieczorów.




🗓️ Zaznacz tę datę w kalendarzu: premiera już 27 stycznia 2026 roku!

​Kilka dni, które dzielą nas od tego momentu, to idealny czas, abyście nadrobili zaległości. Jeśli jeszcze nie znacie poprzedniej części – książki pt. „Łączka. Czarna kostka" – koniecznie po nią sięgnijcie już teraz. Warto, abyście poznali początek tej historii, zanim dacie się porwać jej zimowej kontynuacji.

https://kocieczytanie.blogspot.com/2023/03/aczka-czarna-kostka-wanda-siubiela_24.html

Dziękuję Wydawnictwu Gaja za zaufanie. Przygotujcie się na mnóstwo emocji. 

OPIS WYDAWNICZY:

🩵 Co zrobisz, gdy wszystko się sypie, a w kieszeni masz tylko czarną kostkę z sześcioma symbolami?
🩵❄️ Wercia ma siedemnaście lat. Rodzice się rozwodzą. Michał milczy. „Świeżo odnaleziony” dziadek planuje zostawić jej w spadku hotele, kasyna i tajemnice, które ciężko udźwignąć w pojedynkę. W tym samym czasie góry wystawiają ją na próbę, a ukochane morze szepcze mroczne sekrety. Podczas tej zawieruchy Wercia musi zdecydować-czy będzie dalej uciekać przed Sobą, czy w końcu stanie twarzą w twarz z tym, czego się boi.
🩵❄️Czy jest gotowa zajrzeć w głąb umysłu? Jaką cenę zapłaci za prawdę? I czy symbole na kostce ją ocalą-a może wręcz przeciwnie, będą drogą do jej własnej zguby?
🩵❄️Bo dorosłość nie czeka. Przychodzi-czy ktoś jest gotowy na nią-czy nie...

Czy macie już pierwszy tom na swoich półkach? Dajcie znać w komentarzach.