poniedziałek, 18 sierpnia 2025

"Miłość niczyja" Anna Ziobro



Miłość, która nie ma imienia ani właściciela, jest jak dziki kwiat rosnący na pustkowiu - piękny, lecz skazany na samotność. Anna Ziobro w powieści "Miłość niczyja" nie opowiada o uczuciu z romantycznych legend, ale o jego surowej, niepokornej naturze. To historia, która obnaża kruchość ludzkich relacji i desperackie pragnienie bliskości w świecie, który często wydaje się obojętny. Autorka, z niezwykłą wrażliwością, kreśli portrety bohaterów zranionych przez życie, poszukujących w ramionach drugiego człowieka schronienia przed własnym cieniem. Ta książka to emocjonalny labirynt, w którym każdy zakręt prowadzi do głębszej prawdy o tym, co to znaczy kochać, gdy serce jest jednocześnie azylem i więzieniem.

To przejmująca i poruszająca opowieść, która zaskakuje miejscem akcji i głębią poruszanych problemów. To historia, która łamie serce, by za chwilę napełnić je nadzieją, pokazując, że miłość i sens życia można odnaleźć w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach.

Główna bohaterka, Joanna, to lekarka z Nowego Targu. Zostawia za sobą ból po rozwodzie i monotonną codzienność. Podejmuje odważną decyzję i wyjeżdża do Bukaresztu w 1992 roku, by podjąć pracę w szpitalu pediatrycznym w ramach misji humanitarnej. Rumunia po upadku dyktatury Nicolae Ceaușescu jest krajem pogrążonym w biedzie i chaosie. Mimo to, to właśnie tam Joanna znajduje siłę, by zmierzyć się z własnymi demonami.

W szpitalu kobieta staje w obliczu dramatycznego losu tzw. dzieci z dekretu – porzuconych sierot, których istnienie jest efektem bezwzględnej polityki reżimu. To właśnie one, z ich tragicznymi historiami i wrodzonymi wadami, stają się niemymi bohaterami tej powieści. Mierząc się z ich cierpieniem, Joanna odzyskuje poczucie misji i sensu w swoim zawodzie. Na swojej drodze spotyka także Elenę, nastolatkę w ciąży, co skłania ją do podjęcia szalonego, ale pełnego empatii planu.

W Rumunii na życiowej drodze naszej bohaterki staje również Andrei, lekarz, który po latach emigracji wraca do ojczyzny. Oboje są ludźmi po przejściach, zranionymi przez życie. Wspólna praca i wzajemne zrozumienie powoli prowadzą do rodzącej się między nimi więzi. Anna Ziobro z mistrzostwem maluje obraz tej relacji, która musi zmierzyć się nie tylko z osobistymi traumami, ale także z rzeczywistością pogrążonego w kryzysie kraju. Ich rodząca się relacja nie jest łatwa ani prosta. To miłość, która powoli, krok po kroku, pomaga im obojgu spojrzeć na siebie i świat inaczej. Uczą się, że prawdziwa bliskość to nie tylko radość, ale i dzielenie się bólem, a także gotowość do konfrontacji z własnymi demonami. To miłość, która daje siłę do działania i odzyskania wiary w siebie.

"Miłość niczyja" to znacznie więcej niż tylko romans. To wstrząsająca historia o sile kobiet, o konsekwencjach trudnych wyborów i o poszukiwaniu miłości w świecie, który na pierwszy rzut oka zdaje się jej nie mieć. Autorka wnika w serce rumuńskiej kultury, odkrywając przed czytelnikiem nieznane oblicza tego kraju i jego mieszkańców. To opowieść o nadziei, która rodzi się tam, gdzie wydaje się, że wszystko stracone, i o tym, że druga szansa jest możliwa, nawet gdy życie wydaje się niczyje.

Anna Ziobro w niezwykle subtelny sposób porusza kwestię przeszłości, która zawsze nas dogania. Zarówno Joanna, jak i Andrei, noszą w sobie ciężkie doświadczenia. Joanna próbuje uciec od wspomnień o nieudanym małżeństwie, a Andrei zmagazynował w sobie ból po latach emigracji i powrocie do ojczyzny, którą zastał w ruinie. Powieść uczy, że od przeszłości nie da się uciec, ale można ją zaakceptować. Nie można jej zmienić, ale można zmienić sposób, w jaki o niej myślimy, i to, co zrobimy z nią w przyszłości. To proces trudny, wymagający odwagi i konfrontacji z tym, co boli, ale ostatecznie jest jedyną drogą do prawdziwego wyzwolenia i szczęścia.

W tym poruszającym dramacie osobistym i społecznym autorka nie zapomina o sile przyjaźni i solidarności. Relacje, które rodzą się między bohaterami, wykraczają poza miłość romantyczną. To historie o ludziach, którzy, pomimo własnych trudności, potrafią się wspierać, dawać sobie siłę i tworzyć nową, zastępczą rodzinę w trudnym świecie. To właśnie te więzi pokazują, że człowiek jest istotą społeczną, a największą siłę można znaleźć w drugim człowieku.

"Miłość niczyja" to ostatecznie opowieść o tym, jak trudne doświadczenia mogą nas ukształtować, jak miłość może pojawić się tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy, i jak wielką wartość ma każdy, nawet najmniejszy, akt dobroci. To książka, która zostawi w Tobie ślad, skłaniając do głębokiej refleksji nad własnym życiem i tym, co w nim najważniejsze.

Zanim zaczniecie czytać tę powieść, weźcie głęboki oddech. A to dlatego, że w wasze ręce trafiła trudna, ale bez wątpienia wyjątkowa książka. A jest wyjątkowa dzięki temu, że autorka ma niezwykłą zdolność do poruszania najgłębszych strun ludzkiej wrażliwości. To nie jest tylko historia, którą się czyta, ale podróż, którą się odbywa razem z bohaterami. Pisarka z ujmującą delikatnością i empatią prowadzi nas przez labirynt skomplikowanych emocji, pokazując, że miłość nie zawsze jest idealna, a często bywa skomplikowana i bolesna.

"Miłość niczyja" to opowieść o tym, jak łatwo zgubić się w zawiłych relacjach i jak trudno jest odnaleźć drogę do siebie. Książka jest lustrem, w którym możemy zobaczyć własne lęki, pragnienia i poszukiwania. Autorka z wielkim wyczuciem opisuje miłość jako siłę, która może zarówno budować, jak i niszczyć. Ziobro nie ucieka od trudnych tematów. Wręcz przeciwnie, z odwagą i wrażliwością mierzy się z samotnością, stratą i próbą odbudowywania życia po bolesnych doświadczeniach. To, co szczególnie urzeka w tej książce, to autentyczność postaci. Bohaterowie nie są papierowymi figurami, ale ludźmi z krwi i kości, z własnymi wadami i zaletami. Ich historie stają się bliskie czytelnikowi, gdyż odzwierciedlają uniwersalne ludzkie doświadczenia. Ta opowieść uczy nas, że każdy zasługuje na drugą szansę.

Czytając tę książkę, poczujecie, że nie jesteście sam w swoich zmaganiach. Zrozumiecie, że warto walczyć o siebie i o swoje szczęście, nawet jeśli droga do niego wydaje się kręta i pełna przeszkód. "Miłość niczyja" to swoisty manifest nadziei, przypominający, że nawet w najtrudniejszych chwilach zawsze jest światełko w tunelu. To wzruszająca historia, która pozostanie w waszych sercach na długo po tym, jak skończycie czytać ostatnią stronę. To lektura dla tych, którzy szukają w literaturze czegoś więcej niż tylko rozrywki. To książka, która zmusza do refleksji, wzrusza do łez i dodaje sił. To historia o ludzkiej wytrwałości, o tym, jak podnosić się po upadkach i z nadzieją patrzeć w przyszłość.

Jak już wcześniej wspomniałam, to nie jest lekka, beztroska książka na jeden wieczór. To podróż, która zacznie się od cichego pęknięcia w duszy każdego, kto, po nią sięgnie, a skończy na wypełnieniu jej nową, bolesną, ale i piękną wrażliwością. Gdy poznacie Joannę, lekarkę uciekającą przed bólem po rozwodzie, poczujesz jej zmęczenie i pragnienie ucieczki od wszystkiego, co znajome. To uczucie, które wielu z nas zna – kiedy przeszłość staje się ciężarem, a jedynym ratunkiem wydaje się być zmiana otoczenia. Jej wyjazd do Bukaresztu to nie tylko zmiana adresu, ale przede wszystkim desperacka próba odnalezienia siebie na nowo, posklejania rozbitych kawałków życia.

Emocje, które zostaną z Wami na długo:

* Smutek i współczucie: Rumunia po upadku dyktatury staje się tłem dla dramatycznych losów dzieci, które po latach zaniedbania w sierocińcach walczą o każdy oddech. Obserwowanie Joanny, która mierzy się z ich cierpieniem, wzbudzi w Tobie głęboki smutek i pragnienie, abyś też mógł im pomóc. Poczujesz ciężar ich samotności i zapomnienia.

* Nadzieja, która kiełkuje na ruinach: Mimo wszechobecnego chaosu i biedy, autorka wplata w tę historię nić nadziei. Joanna, wraz z poznanym Andreiem, pokazuje, że nawet w najczarniejszych czasach można odzyskać sens życia, a zawodowa misja staje się czymś więcej niż tylko pracą. Poczujesz ulgę, gdy zobaczysz, jak dobroć i empatia zmieniają czyjeś życie.

* Siła miłości, która szuka domu: Tytułowa "Miłość niczyja" odnosi się do miłości porzuconej, zapomnianej, ale także tej, która rodzi się wbrew wszelkim przeciwnościom. Ta historia porusza temat adopcji i pokazuje, że miłość nie zawsze ma oczywisty adres. Czasem trzeba ją odnaleźć, wywalczyć, a jej prawdziwym domem staje się serce, które potrafi ją przyjąć.

Lektura tej powieści jest niczym echo, w którym odbijają się trudne pytania o wybory, moralność i granice empatii. To książka, która zostawi w Tobie ślad, skłoni do refleksji nad tym, co tak naprawdę jest ważne w życiu i czy warto walczyć o dobro, nawet jeśli wydaje się to niemożliwe.

Pisząc o tej powieści, nie mogłabym nie nadmienić, iż jej piękna, autentyczności, mądrości i realizmu dopełnia język, który dotyka i klimat, który pochłania. Autorka posługuje się oszczędnym, ale pełnym emocji językiem, bez zbędnego sentymentalizmu. Anna Ziobro unika łatwych rozwiązań, budując napięcie poprzez subtelne gesty, niedopowiedzenia i wewnętrzne monologi bohaterów. Dzięki temu styl pisania jest niezwykle sugestywny i wciągający. Czytelnik ma wrażenie, że nie tylko czyta, ale wręcz doświadcza rumuńskiej rzeczywistości, czuje jej zapach, słyszy głosy ludzi i widzi ich nadzieje.

Gdybym miała tę powieść do czegoś porównać, dla mnie byłaby ona muzyczną kompozycją napisaną ciszą. Zakończenie nie oferuje hucznego finału, lecz cichnący, intymny akord, który wybrzmiewa w czytelniku długo po odłożeniu książki. To opowieść o miłości nieodnalezionej, niespełnionej, miłości, która z definicji jest niczyja, a przez to staje się własnością każdego, kto kiedykolwiek czuł ból straty i tęsknoty. Ziobro zdejmuje z uczucia romantyczny lukier, by pokazać jego nagą, surową prawdę: miłość nie zawsze ratuje, czasami po prostu jest. Czasami wystarczy, że istniała, by nadać sens naszej podróży, nawet jeśli jej celem nie był szczęśliwy koniec, a jedynie zrozumienie. Ostatnia strona zamyka historię bohaterów, ale otwiera nowy rozdział w sercu czytelnika – rozdział o akceptacji i sile, która płynie z pustki.

[Zakup własny].

czwartek, 14 sierpnia 2025

"Zofia" Cykl "Córki hrabiny" Urszula Gajdowska

W gęstej mgle przeszłości, gdzie echo dawnych lat wciąż szepcze swoje opowieści, wyłania się literacka perła – powieść, która niczym starodawny gobelin, utkana została z nici pasji, tajemnicy i losu. „Zofia”, pierwsza odsłona cyklu „Córki hrabiny”, to brama do świata, w którym zmysły wyostrzają się, a serce bije w rytm historii pisanej krwią i honorem. Urszula Gajdowska, niczym wytrawna przewodniczka po labiryntach czasu, zaprasza nas do XIX-wiecznej Polski i Litwy, gdzie każdy kamień, każda aleja i każdy zardzewiały klucz kryją w sobie opowieść. To nie jest tylko lektura – to podróż w głąb duszy epoki, gdzie miłość i zemsta tańczą swój szalony taniec, a odważne serca walczą o każdy oddech wolności.

Akcja powieści rozpoczyna się na Podlasiu, w 1835 roku. Poznajemy Zofię, młodą wdowę, która po brutalnej śmierci męża, Edmunda, z rąk rosyjskich zaborców, poprzysięga zemstę. Jej żałoba nie jest bierna; przeistacza się w siłę napędową, która każe jej działać. Zofia, pod okiem tajemniczej madame Moreau, francuskiej arystokratki, szkoli się w szermierce i sztuce przetrwania, przygotowując się do walki z wrogami, którzy odebrali jej miłość. Napięcie rośnie, gdy okazuje się, że śmierć Edmunda jest związana z poszukiwaniem skarbu Złotej Ordy. Legendarna mapa, ukryta przez wieki, staje się kluczem do rozwiązania zagadki i celem wielu graczy w tej niebezpiecznej grze. Do dworu hrabiny Modlińskiej, matki Zofii, przybywa Taras, Tatar z Krymu, który również szuka skarbu, dodając kolejną warstwę intrygi. W cieniu tych wydarzeń Zofia musi stawić czoła zdradzie, pościgom i niebezpiecznym sojuszom, a jej droga staje się labiryntem, z którego wyjście nie jest oczywiste.

Powieść Gajdowskiej to literacka mozaika, w której splatają się różnorodne wątki. Wątek sensacyjny jest niezwykle dynamiczny, pełen zaskakujących zwrotów akcji i trzymającego w napięciu pościgu za prawdą i skarbem. Autorka mistrzowsko buduje atmosferę zagrożenia, sprawiając, że czytelnik czuje się, jakby sam brał udział w tej dramatycznej grze. Jednocześnie, w sercu tej opowieści bije romantyczny wątek miłości i przeznaczenia. Zofia, która wierzyła, że jej serce na zawsze będzie należeć do Edmunda, nieoczekiwanie odkrywa, że żywi uczucia do Linasa, litewskiego arystokraty. Ich miłość jest naznaczona tragedią i podejrzeniami, ale w miarę rozwoju fabuły, ich przeznaczenia splatają się w sposób, którego żadne z nich nie przewidziało. W tej niezwykle zajmującej opowieści mocno eksplorowany jest również wątek siły kobiet. Bohaterki powieści, od Zofii po jej siostry i madame Moreau, nie są biernymi postaciami, czekającymi na ratunek. To silne, inteligentne i zdeterminowane kobiety, które aktywnie kształtują swój los, walczą o swoje prawa i bronią swoich bliskich. Ich siła jest inspirującym przykładem, że kobieca odwaga i solidarność mogą pokonać największe przeciwności.

Opowiadając wam o tej książce kochani, nie mogłabym nie wspomnieć o języku, jakim posługuje się autorka. Jest on poetycki, co niemalże czujemy w opisach krajobrazów, emocji i zdarzeń. Jej styl jest wartki i porywający, a jednocześnie pełen subtelności, co pozwala na budowanie nastroju. Atmosfera tajemnicy i niepewności panuje niemal na każdej stronie, a moralne dylematy bohaterów zmuszają do głębokich refleksji. Powieść wywołuje silne emocje, od wzruszenia i radości po smutek i gniew, co świadczy o jej wielkiej mocy oddziaływania na czytelnika. "Zofia" to powieść, która wciąga i nie pozwala o sobie zapomnieć. Jest to historia, która łączy w sobie to, co najlepsze w literaturze: sensacyjną fabułę, głęboką historię, wzruszający romans i inspirującą opowieść o sile ludzkiego ducha. Gajdowska z dbałością o szczegóły oddaje realia epoki, jednocześnie tworząc uniwersalną historię o walce o wolność, o skomplikowanych relacjach międzyludzkich i o tym, że nawet w najciemniejszych czasach miłość i nadzieja mogą wskazać drogę.

Urszula Gajdowska stworzyła powieść, która nie tylko bawi, ale także skłania do refleksji nad tym, co w życiu najważniejsze: odwaga, wierność i miłość. „Zofia” to literacki majstersztyk, który z pewnością zachwyci każdego czytelnika. Gdy ostatnia strona tej opowieści zostaje odwrócona, a szelest papieru cichnie, czujemy, że nie opuszczamy świata „Zofii” na zawsze. Jego echa wciąż rezonują w naszych sercach, a postacie, które zdążyłyśmy pokochać, wciąż wiodą swoje ciche życie w zakamarkach naszej pamięci. To nie jest po prostu książka, ale hołd złożony literackiej magii, zdolnej przenosić nas w czasie i przestrzeni. Urszula Gajdowska, niczym czarodziejka słów, utkała misterny gobelin, w którym każdy wątek, od sensacji po miłość, od zemsty po lojalność, splata się w harmonijną całość. Powieść ta to testament siły ludzkiego ducha, który nawet w najciemniejszych czasach potrafi znaleźć światło i odwagę do walki. Zostawiamy Zofię na progu nowego rozdziału, wierząc, że jej los, choć naznaczony cierpieniem, poprowadzi ją do przeznaczenia, które czeka na nią w świetle jutrzenki. Jej historia pozostaje z nami, przypominając, że prawdziwa miłość i wolność są warte każdej ofiary. I tak z westchnieniem ulgi i cichym zachwytem, zamykamy tę książkę, gotowe na kolejną odsłonę tej niezapomnianej sagi, która z pewnością znów oczaruje nasze serca.

[Materiał reklamowy] Autorka Urszula Gajdowska

wtorek, 12 sierpnia 2025

Przedpremierowa rozmowa o "Pianistce" z autorką Anetą Krasińską



Drodzy czytelnicy, mam wspaniałą wiadomość! Właśnie dotarł do mnie przedpremierowy egzemplarz powieści Anety Krasińskiej "Pianistka", będącej wyczekiwaną przez wielu z nas kontynuacją książki "Sanitariuszka". Premiera już 13 sierpnia 2025. Książka zapowiada się niezwykle interesująco, a ja nie mogę doczekać się, aby podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Recenzja już wkrótce.

A tymczasem, specjalnie dla Was, we współpracy z autorką, prezentujemy fragment wywiadu, którego pisarka udzieliła Radiu dla Ciebie w rozmowie z Panią Kingą Michalską. Posłuchajcie, jak sama Aneta opowiada o swoim najnowszym dziele.



Od momentu, kiedy przeczytałam "Sanitariuszkę" jestem pod ogromnym wrażeniem tej historii. Czy Wy również mieliście już okazję poznać losy Amelii? Jeśli tak, to czy tak jak ja z niecierpliwością wyczekujecie kontynuacji? A może właśnie po wysłuchaniu tego wywiadu poczuliście, że koniecznie musicie nadrobić zaległości i przeczytać obie części, by dać się porwać tej opowieści?


piątek, 8 sierpnia 2025

"Ballada dla Adeli" Anna Stryjewska

W świecie, gdzie szelest kart zastępuje szept liści, a tusz na stronach staje się krwią opowieści, pojawiają się dzieła, które nie tylko czyta się wzrokiem, lecz przede wszystkim czuje się sercem. Anna Stryjewska, niczym wytrawna tkaczka losów, snuje w "Balladzie dla Adeli" nić tak misterną i delikatną, że każdy jej splot rezonuje w głębi duszy czytelnika. To nie jest zwykła powieść – to pieśń zaklęta w słowa, ballada śpiewana echem minionych dni, gdzie melodie zapomnianych westchnień splatają się z szumem teraźniejszości. Zanim otworzymy tę księgę, zanim zanurzymy się w jej nurt, dajmy się porwać obietnicy niezwykłej podróży. Stryjewska zaprasza nas do labiryntu wspomnień, gdzie każdy zakręt ujawnia fragment zapomnianego krajobrazu, a każdy korytarz prowadzi do ukrytej komnaty emocji. Jej język, niczym pędzel malarza, kreśli obrazy o nasyconych barwach, by za chwilę zbladnąć do subtelnych pasteli melancholii. To taniec słów, w którym poezja przeplata się z prozą życia, a realizm miesza się z szeptem magii. "Ballada dla Adeli" jawi się jako lustro, w którym odbija się uniwersalna tęsknota za tym, co ulotne, za tym, co utracone, i za tym, co jeszcze może nadejść. Przygotujmy się na to, że strony tej powieści będą mienić się blaskiem nadziei i cieniem smutku, pozostawiając nas w zadumie nad kruchością istnienia i siłą ludzkiego ducha.

Akcja powieści rozpoczyna się w Bełdowie, w kwietniu 1947 roku, tuż po wojennej apokalipsie. Wielkanocny nastrój, mimo wyzwolenia, nie potrafi całkowicie zagłuszyć echa niedawnej grozy. Na tym tle, pod parkanem kościoła, rozgrywa się scena, która staje się punktem wyjścia dla wszystkiego, o czym przeczytamy w książce. Wśród wojennych ofiar – sierot, chorych i okaleczonych – pojawia się postać tak niezwykła, że od razu porywa uwagę czytelnika: tajemniczy mężczyzna, grający na skrzypcach pozbawionych strun. Jego gesty, ekspresja, ból malujący się na twarzy w takt niesłyszalnych nut, to symboliczny obraz powojennej rzeczywistości – piękna, które próbuje się przebić przez ruinę i stratę.

Centralną postacią, która dostrzega ten niemy krzyk, jest Alicja. Młoda nauczycielka, pełna idealizmu i wiary w moc edukacji, symbolizuje nową epokę – dążenie do odbudowy nie tylko miast, ale i ludzkich dusz. Jej wrażliwość i empatia sprawiają, że nie potrafi przejść obojętnie obok dziwnego skrzypka. Alicja staje się przewodniczką, która, niczym Demeter, schodzi do podziemi ludzkiej pamięci, by odnaleźć zagubione fragmenty duszy tajemniczego mężczyzny.

Ów skrzypek bez strun to postać, która uosabia całą powojenną traumę. Jego amnezja, będąca psychiczną obroną przed niewyobrażalnym cierpieniem obozowym, jest metaforą całej generacji, która musiała zapomnieć, by przeżyć. Stryjewska z niezwykłą delikatnością i psychologiczną głębią kreuje ten portret człowieka zniszczonego, a jednocześnie posiadającego iskierkę geniuszu i nadziei, które tlą się gdzieś w jego wnętrzu. Relacja Alicji i skrzypka staje się głównym wątkiem, utkany z wzajemnego zrozumienia, cierpliwości i powoli kiełkującego uczucia, które jest jak balsam na rany po niedawnej zagładzie. To opowieść o tym, jak miłość i akceptacja mogą stać się mostem do utraconej przeszłości.

W tle tej intymnej opowieści przewijają się inni mieszkańcy Bełdowa – postaci, które, choć drugoplanowe, dodają powieści realizmu i głębi. Są świadkami historii, nosicielami lokalnych legend i trudnych doświadczeń, tworząc barwny, choć często naznaczony smutkiem, obraz powojennego społeczeństwa. Każda z tych postaci, nawet epizodyczna, ma swoją mikro-historię, swoje rany i nadzieje, co sprawia, że świat przedstawiony jest niezwykle plastyczny i wiarygodny.

"Ballada dla Adeli" to powieść niezwykle bogata w motywy. Przede wszystkim jest to ballada o pamięci i zapomnieniu. Pamięć, która dręczy i uniemożliwia normalne funkcjonowanie, ale i zapomnienie, które staje się przekleństwem, uniemożliwiając poznanie własnej tożsamości. Autorka z maestrią porusza kwestię traumy wojennej – nie tej spektakularnej, bitewnej, ale tej cichej, głębokiej, która osadza się w psychice i determinuje przyszłość. Skrzypce bez strun to potężny symbol. Symbol utraconej harmonii, zniszczonego piękna, ale także niegasnącej pasji i potencjału, który mimo wszystko dąży do wyrażenia siebie. To symbol nadziei, że nawet z pustki może zrodzić się melodia.

Powieść jest także głęboką refleksją nad naturą człowieczeństwa – nad jego wytrzymałością, zdolnością do przetrwania w nieludzkich warunkach, ale i nad kruchością umysłu, który staje w obliczu zbyt wielkiego cierpienia. Stryjewska z czułością maluje portret powojennej Polski – kraju na nowo uczącego się żyć, ale w którym pod powierzchnią radości z wyzwolenia pulsują rany, podziały i trudności budowy nowej rzeczywistości. To także opowieść o sile sztuki, która, nawet w najtrudniejszych chwilach, potrafi ukoić, leczyć i łączyć ludzi. Muzyka, choć niewidzialna, staje się pomostem między ludźmi, językiem, który przekracza bariery słów i traumy. To opowieść o nadziei, która, niczym maleńki płomień, potrafi rozjaśnić najgłębsze ciemności, i o miłości, która jest w stanie uleczyć nawet najgłębsze rany.

Tytuł ten to prawdziwy festiwal emocji. Od pierwszych stron czujemy wzruszenie, ciekawość i subtelny smutek, który przenika całą opowieść. Autorka z wyczuciem buduje napięcie, dozując informacje o przeszłości skrzypka, co sprawia, że każda strona wciąga coraz głębiej. Czytelnik współodczuwa z Alicją jej determinację, ale i jej bezradność wobec niewyrażalnego cierpienia. Przesiąkamy empatią dla skrzypka, który walczy o każdy strzęp pamięci. Jest tu szczypta romantyzmu, delikatnego i subtelnego, który kwitnie wbrew wojennym zgliszczom, dając nadzieję na przyszłość.

Najmłodsze literackie dziecko autorki to nie tylko powieść historyczna, to przede wszystkim głęboko humanistyczna opowieść o uniwersalnych wartościach: o sile empatii, o niezwykłej mocy, jaką potrafi mieć drugi człowiek w procesie uzdrawiania duszy, o nadziei, która rodzi się nawet w najbardziej zrujnowanym świecie. Anna Stryjewska stworzyła dzieło, które poruszy każdego, kto choć raz zastanawiał się nad konsekwencjami wojny, nad tym, jak pamięć kształtuje naszą tożsamość i jak ważna jest ludzka dobroć. A także dla tych z nas, którzy zdajemy sobie sprawę z tego, jak ważne jest odnalezienie własnego miejsca w świecie. To literatura, która zmusza do refleksji, prowokuje pytania o sens cierpienia, siłę przetrwania i rolę sztuki w ludzkim życiu.

Ta książka to niezapomniane przeżycie literackie, na które składa się również język, jakim posługuje się autorka. Poetycki, a jednocześnie klarowny i przenikliwy. Opisy są malownicze, pełne sensorycznych detali, które pozwalają niemal poczuć powiew wiosennego wiatru w Bełdowie czy zapach starego kościoła. Dialogi są naturalne i wiarygodne, oddając charakter epoki i psychikę bohaterów. Styl autorki sprawia, że nawet najtrudniejsze tematy stają się przystępne, a czytanie staje się prawdziwą przyjemnością, choć często przeplataną melancholią i refleksją.

Macie moje słowo, że ta historia trafi do serca każdego, kto ceni sobie głębokie historie, bogate tło historyczne i bohaterów, którzy żyją na kartach książki. Lektura z pewnością dostarczy nam literackiego doświadczenia, które warto przeżyć. To piękna lekcja empatii, wyrozumiałości i niezłomnej wiary w drugiego człowieka. Jeśli szukacie książki, która wzruszy Was do łez, ale jednocześnie napełni nadzieją; jeśli pragniecie zanurzyć się w opowieści o ludziach, którzy mimo piekła na ziemi, nie tracą nadziei i walczą o siebie; jeśli chcecie poczuć, jak muzyka, nawet ta niesłyszalna, może leczyć – to "Ballada dla Adeli" jest lekturą dla Was. Pozwólcie sobie na tę podróż w przeszłość, bo historie spisane przez Annę Stryjewską są ponadczasowe, dotykając sedna człowieczeństwa. Po jej przeczytaniu inaczej spojrzycie na siłę ludzkiego ducha i na to, jak ważne jest, by nigdy nie przestawać grać, nawet jeśli skrzypce nie mają strun.

[Zakup własny].

wtorek, 5 sierpnia 2025

Zapowiedź recenzencka: " Szalone Porto" Jolanta Kosowska / Fragment powieści



Czy jesteście gotowi na literacką podróż, która poruszy wasze serca i umysły? Już jutro 6.08.2025 będzie miała premiera najnowsza powieści Jolanty Kossowskiej „Szalone Porto". Na pewno wkrótce Wam o niej opowiem, a tymczasem mam dla Was wyjątkową okazję! Zanurzcie się w przedpremierowym fragmencie tej porywającej historii i dajcie się porwać wirze emocji. Jolanta Kosowska zaprasza nas do świata pełnego niezapomnianych wrażeń. Nie przegapcie tej szansy na literacką ucztę.

OPIS WYDAWNICTW ZACZYTANI:

Miasto pełne kolorów może skrywać mrok…

Życiowe plany Martyny runęły jak domek z kart. Gdy na kilka tygodni przed ślubem odkryła, że ukochany ją zdradza, odwołała uroczystość. Zamierza zrezygnować także z długo wyczekiwanej podróży poślubnej do Portugalii.

Odwodzi ją od tego Clara. Znajoma lektorka proponuje jej gościnę w mieszkaniu w Porto, a Martyna przystaje na jej propozycję. Po dotarciu na miejsce, zachwyca się pięknem miasta, jednak dostrzega też jego drugie oblicze – ubóstwo. Wkrótce poznaje jednego z bezdomnych, młodego Gaspara, a on stopniowo wciąga ją do swojego nietypowego świata.

Z czasem Martyna odkrywa, że ci, którzy nie mają nic, znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie. Ktoś na nich poluje. Morderca pozostaje nieuchwytny, a na jego celownik trafia także Gaspar. Martyna mimowolnie angażuje się w sprawę. Wkrótce – wśród ludzi, których nikt nie zauważa – odkryje, po co tak naprawdę tu przyjechała…


FRAGMENT POWIEŚCI


Zrobiło się już zimno. Wiał wiatr od rzeki. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła dwudziesta trzecia. Nigdy jeszcze nie zasiedziałam się tak długo na nabrzeżu. Uregulowałam rachunek, przeszłam około stu metrów wzdłuż Douro, a potem zaczęłam piąć się krętą, wąską uliczką w kierunku przystanku autobusowego. Ostatni autobus odjechał pół godziny temu. Nie znałam innego środka komunikacji, którym mogłabym się dostać w pobliże mojego domu. Wyjęłam telefon. Zaczęłam szukać połączenia. Nie było źle. Musiałam przejść około pięćset metrów do stacji metra. Ruszyłam szybkim krokiem i minęłam ostatnią restaurację z tych znajdujących się na przedłużeniu Praca da Ribeira. Kiedy zaczęłam wchodzić po schodach, zauważyłam, że nie ma już obok mnie ludzi. Na nabrzeżu kręcili się jeszcze turyści, sporo osób siedziało w barach i restauracjach, ale tutaj było pusto. Przyspieszyłam kroku, serce biło mi szybko, droga pięła się ostro w górę. Musiałam na chwilę zwolnić, bo wydawało mi się, że serce wyskoczy mi przez gardło. W uszach słyszałam szum połączony z biciem mojego serca. Zatrzymałam się na chwilę i rozejrzałam dookoła. Nikogo. Oddech zaczął się uspokajać, serce zwolniło. Szum w uszach zniknął. Ruszyłam dalej i wtedy nagle zaniepokoił mnie jakiś dźwięk. Nawet nie potrafiłam go nazwać. Jak spod ziemi ktoś wyrósł za moimi plecami. Obróciłam się i tuż za sobą zobaczyłam mężczyznę. Miał na sobie kurtkę narzuconą na koszulę, do tego ciemne spodnie, a na szyi szalik. Ten szalik zakrywał mu pół twarzy i właśnie on mnie w tym wszystkim najbardziej przeraził. – Przepraszam, jeżeli panią przestraszyłem – odezwał się po angielsku. – Szukam Rue de Dom Hugo. – Nie potrafię panu pomóc, nie jestem stąd – powiedziałam pospiesznie. – Nie musi pani być stąd, żeby znać tę ulicę – palnął. – Nie znam nazw ulic w Porto – stwierdziłam głośno. Czułam się coraz mniej pewnie. Coś niepokoiło mnie w tym mężczyźnie. W jego zachowaniu dostrzegłam coś dziwnego. Zbliżył się do mnie. Jego kurtka dotknęła mojej sukienki. Jak na złość ulica pozostawała pusta. – Nie znam Porto – powtórzyłam głośno. – Przyjechałam tutaj niedawno. Chciałam się od niego odsunąć, ale zastąpił mi drogę. – Poczekaj! Chcesz po prostu odejść? To takie idiotyczne. Wieczór się dopiero zaczął. Jesteś samotna i ja również. Dwoje samotnych ludzi i magiczne Porto. Chciałam uciec, ale chwycił mnie za rękę. Miał mocny uścisk. Z przerażenia nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Szarpnęłam dłoń. Uścisk stał się jeszcze mocniejszy. I nagle tuż obok nas stanął Gaspar. – Spadaj! – rzucił do obcego. Mężczyzna spojrzał na niego z obrzydzeniem. – To ty spadaj, gnojku! – warknął. – Wynoś się! Twój smród jest nie do zniesienia! Być może rzuciłby się na Gaspara, gdyby nie to, że za nim pojawiło się jeszcze dwóch innych bezdomnych. – Spadaj, człowieku! – powiedział Gaspar wyraźnie po angielsku. – To nie jest miejsce na przemoc. Idź stąd! – Zrobił krok w kierunku mężczyzny. Ten się cofnął i zmierzył Gaspara wrogim spojrzeniem. Gaspar stał spokojnie tuż obok mnie, nie spuszczał wzroku z typa. – Ja tylko chciałem zapytać o ulicę! – burknął nieznajomy. – Spadaj, człowieku, zanim wezwiemy policję! Facet się odwrócił. Początkowo szedł wolno, potem, obawiając się, że Gaspar zacznie go gonić, przyspieszył i już po chwili zaczął biec w kierunku nabrzeża. Zniknął za zakrętem. Zniknęli też bezdomni, którzy stali za Gasparem. Pewnie poszli za tamtym. – Nie chodź sama nocą po takich zadupiach!– burknął Gaspar. – To bywa niebezpieczne. Ten koleś to pikuś, nie wyglądał groźnie, ale kiedyś może ci się trafić ktoś zupełnie inny. Ładna dziewczyna, noc, puste ulice… Trzeba nie mieć instynktu samozachowawczego, żeby plątać się tu samotnie nocą. Porto jest piękne, ale niebezpieczne. Przyciąga szumowiny z całego świata. O tej porze jest bezpiecznie tylko na nabrzeżu, tam kręci się policja. Tutaj się nie zapuszcza. Odwrócił się i chciał odejść, a mnie ogarnęło przerażenie. – Czy mógłbyś odprowadzić mnie w kierunku metra? – zapytałam niepewnie. – Nie powinnaś się ze mną pokazywać. To zły pomysł – powiedział. – To nie przysporzy ci przyjaciół, raczej wrogów. Turystki nie zadają się z bezdomnymi. Należymy do innych światów. – Ja się z tobą nie zadaję, ja po prostu cię proszę, żebyś odprowadził mnie do stacji metra. Coś na kształt uśmiechu przemknęło przez jego twarz. – Nie zadajesz się ze mną? A jakoś co chwilę nasze drogi się krzyżują. Stacja jest dwieście metrów stąd – dodał po chwili. – Pójdę dziesięć kroków za tobą. Poczekam, aż wsiądziesz do metra. Jeszcze jedno: o tej porze wsiadaj do pierwszego wagonu. – Do pierwszego wagonu? – zapytałam. – – Dlaczego? – Pozostałe nie mają połączenia z pierwszym. Są monitorowane, ale jeżeli prowadzący nawet zobaczy coś niebezpiecznego, to nie ma szansy interweniować. Powiadamia tylko policję. A policja może być dopiero na kolejnej stacji. Czasami może być już za późno na działanie. – Straszysz mnie? Bawi cię to, że się boję? 

- Nie straszę cię. Już trochę żyję w tym mieście. O tej porze wsiada się do pierwszego wagonu. Rozumiesz? – zapytał. – Myślę, że to nie jest trudne do zrozumienia. Wsiadasz tam, gdzie jest człowiek prowadzący pojazd, i wysiadasz na szóstym przystanku. Potem idź w górę obok banku… Przestraszona ruszyłam szybkim krokiem, raz po raz oglądając się za siebie. Szedł za mną. Zatrzymał się przy bramie jednej z kamienic, później stanął na chwilę przy wystawie sklepu z sardynkami, przeszedł jeszcze parę kroków i wtoczył się ze mną na stację metra. To mnie zastanowiło. Przecież przed chwilą rozmawiał ze mną normalnie, nie był pijany i na pewno nie ćpał. Po chwili zrozumiałam – wtoczył się i nikt go nie zaczepiał, nawet policjanci popatrzyli na niego wyrozumiale. – Hej, koleś! – rzucił w jego kierunku jeden z funkcjonariuszy. – Tutaj nie ma miejsc do spania! – Ja tylko na chwilę – usłyszałam pijacki bełkot. – Zrobiło się zimno! – Ogrzej się trochę i potem spadaj! Niedługo odjedzie ostatnie metro. Za godzinę zamykamy. – Wiem, wiem – bełkotał Gaspar, chwiejąc się na nogach. – Ja tylko na chwilę. Ja pierniczę! Kim on był? Ten człowiek zmieniał się jak kameleon, w każdej minucie grał inną rolę. Wsiadłam, zgodnie z tym, co Gaspar mówił, do pierwszego wagonu. Widziałam go z daleka. Zatrzymał się przed bramkami, na których trzeba było kasować bilety. Stał oparty o jeden z automatów. Uniosłam rękę. Też mi pomachał. Jeszcze czekał, aż zamkną się drzwi metra. Wagony ruszyły. Gaspar odwrócił się i odszedł. Próbowałam sobie przypomnieć, co do mnie mówił. Że mam usiąść w pierwszym wagonie i wysiąść na szóstym przystanku? Skąd wiedział, że powinnam wysiąść na szóstym? Ja sama jeszcze tego nie wiedziałam. Opuściłam wagon i wszystko się zgadzało. Mówił, że mam pójść w górę ulicą obok banku, bo tam w nocy są strażnicy, którzy obserwują teren, i nic mi tam już nie grozi. Szybkim krokiem ruszyłam w kierunku domu, wpisałam kod, otworzyłam bramę i pospiesznie weszłam do środka. Dopiero w mieszkaniu poczułam się bezpieczna.

    ***   

Przekonajcie się sami, jak bardzo wciągająca jest  proza autorki. Otwórzcie drzwi do świata pełnego emocji, intryg i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego fragmentu nie będziecie chcieli przestać.
Zatem, po zapoznaniu się z tekstem, odpowiedzcie szczerze: Czy macie ochotę przeczytać całą książkę?